Ogłoszenia Zwierzęta
Aktualności: Jeśli uważasz że serwis Dar Życia jest potrzebnym miejscem Wesprzyj nas. Chcemy reaktywować serwis, dostosować graficznie i technicznie do aktualnych standardów, ale potrzebujemy Twojego wsparcia. Dziękujemy za wsparcie.

Autor Wątek: Trudne dzieci  (Przeczytany 2380 razy)

Offline Ulka

  • User z prawami do pisania
  • Rozgadany Weteran
  • *******
  • Wiadomości: 10988
Trudne dzieci
« dnia: Maj 27, 2008, 10:45:12 pm »
Sąd na trudne dzieci
 
Wagarują, źle się uczą, arogancko odzywają. Ale są dobrym rodzeństwem, a rodzice je kochają. Teraz na wniosek szkoły dzieci mogą być im odebrane. Dziś (wtorek) rozprawa w sądzie
 
- Pismo z sądu o tym, że wszczęto postępowanie o ograniczenie władzy rodzicielskiej nad trójką naszych dzieci, to był szok. Domyśliłam się, że wniosek złożyła dyrektorka gimnazjum - mówi Małgorzata Gruchot. - Dzieci się wystraszyły, że pójdą do domu dziecka. Agnieszka płakała.

Robert i Małgorzata Gruchotowie mają siedmioro dzieci w wieku 9-20 lat. Pochodzą z Ruszkowic pod Radomiem, w Warszawie mieszkają od siedmiu lat. Są gospodarzami dwóch budynków na Woli. Po opłaceniu czynszu zostaje im na życie nieco ponad 1,5 tys. zł. Troje ich dzieci chodzi do Gimnazjum nr 48 im. Jana Pawła II: Agnieszka do trzeciej klasy, Artur do drugiej, Karol do pierwszej. - Uczą się słabo, ale nie było z nimi większych problemów - mówi pani Małgorzata. - Aż do września 2007 r., kiedy dyrektorką gimnazjum została Marzena Małaszkiewicz.

Jesteśmy wszystkiemu winni

W domu rodziny Gruchotów porządki. Ojciec maluje ściany, dzieci mu pomagają. Rozmawiam z drugim pokoju z matką i trójką gimnazjalistów. Agnieszka: - Jesteśmy oskarżani o wszystkie szkolne wybryki.

Ktoś podpalił pojemnik na papier w łazience - Gruchotowie. Przyniósł alkohol na dyskotekę - Gruchotowie. - Jak ktoś rozpylił gaz i przyjechała straż miejska, ale nic nie znalazła, pani dyrektor mnie zapytała: "Gdzie to schowałaś?" - opowiada Agnieszka.

Twierdzi też, że podejrzewa ich o wyłudzanie pieniędzy od kolegów i zabieranie im kanapek. - Raz nauczyciel powiedział przy klasie: "Wszystkich Gruchotów trzeba wywalić ze szkoły" - dodaje Karol.

- Wychodzą do szkoły jak na ścięcie - twierdzi matka.

Bo ich nie pilnują

Marzena Małaszkiewicz godzi się na rozmowę z "Gazetą" po kilku dniach, po konsultacji z burmistrzem. - Agnieszka w I semestrze opuściła 306 godzin, w tym 120 usprawiedliwionych. Powtarza trzecią klasę. Chłopcy też często nie chodzą. Wszyscy mają zaległości w nauce. Ubierają się niestosownie, palą papierosy, arogancko się odzywają - wylicza.

Zaprzecza, by dzieci były szykanowane. Twierdzi, że szkoła próbowała im pomóc. Wychowawcy tłumaczyli rodzicom, że ich dzieci powinny się zgłaszać do nauczycieli w godzinach ich konsultacji. Jednak zdaniem dyrektorki Gruchotowie nie są w stanie ich dopilnować.

Małgorzata Gruchot twierdzi, że choć nie opuszcza wywiadówek, o konsultacjach dowiedziała się w kwietniu. A już w listopadzie dyrektorka sugerowała, by przenieść Agnieszkę do Centrum Kształcenia Ustawicznego. - To szkoła dla dorosłych, a córka miała 16 lat! - oburza się.

Małaszkiewicz: - Do CKU w wyjątkowych przypadkach mogą chodzić dzieci powyżej 15 roku życia.

W marcu skierowała sprawę trójki rodzeństwa do sądu. - To standardowa procedura - twierdzi Aleksandra Dunalewicz z wydziału oświaty dzielnicy Wola.- Dyrektor może wnieść do sądu o wgląd w sytuację rodzinną, jeżeli dzieci notorycznie nie chodzą do szkoły.

Po przyjęciu wniosku sąd z urzędu występuje o ograniczenie praw rodzicielskich. Może to oznaczać różne rzeczy - od przydzielenia kuratora po umieszczenie dziecka w placówce opiekuńczo-wychowawczej.

Potrzebują pomocy, nie sądu

Dunalewicz podkreśla, że w przypadku Gruchotów wniosek do sądu był uzasadniony. Inaczej uważa, Bożena Kudlicka, pedagog z gimnazjum (obecnie na urlopie zdrowotnym): - Wniosek do sądu to skandal! Znam tę rodzinę: są biedni, ale mają zasady. A dzieci są po prostu mniej zdolne. Potrzebują codziennie pomocy w nauce i ciepłego posiłku. Kiedyś to miały, uczyły się, jak mogły i specjalnie nie wagarowały.

Kudlicka jest autorką programu "Dorastanie bez ryzyka". Prowadziła w szkole klub dla trudnej młodzieży: - Dostaliśmy na niego pieniądze z Unii. Dzieci przebywały tam do godz. 18. Z wolontariuszami odrabiały lekcje, ćwiczyły na siłowni. Gotowali, uczyli się zachowania się przy stole.

W zeszłym roku z klubu korzystało 90 uczniów Gimnazjum nr 48, w tym Gruchotowie. W tym zasady się zmieniły. Do klubu chodzi 30 uczniów z różnych szkół. Agnieszki, Artura i Karola nie ma na liście. - Chętnych jest dużo - tłumaczy obecna koordynatorka. - Uczniowie po roku robią miejsce dla kolejnych.

Kudlicka: - Bzdura! Rok to za mało, by coś osiągnąć.

Dziś w Sądzie Rejonowym dla Warszawy-Woli pierwsza rozprawa w sprawie ograniczenia władzy rodzicielskiej Gruchotów.

Kiedy szkoła powinna wystąpić do sądu

 - Jak szkoła powinna sobie radzić z takimi dziećmi?

Łukasz Ługowski, dyrektor Młodzieżowego Ośrodka Socjoterapii "Kąt": - One wymagają szczególnej uwagi. Inaczej mamy jak w banku, że za kilka lat spotkamy je w bandzie na ulicy. W szkole powinno być miejsce na klub, do którego mogą przyjść i z kimś pogadać. W tym wieku dla nich autorytetem jest środowisko, a nie dorośli. To stawia nam, wychowawcom, poprzeczkę bardzo wysoko.

Beata Żak-Murawska, wychowaczyni z "Kąta": - Wychowawca w gimnazjum powinien znać swoją wartość, ale mieć dużo dystansu do siebie i poczucia humoru. Wtedy ma szanse dotrzeć do dziecka. Problem w tym, że nauczyciele tracą cierpliwość do trudnych dzieci, które źle się zachowują i zaniżają średnią, więc pozbywają się ich, często w bardzo brzydki sposób. Każą rodzicom podpisać papier, że sami zabierają dziecko ze szkoły.

A jeśli dyrektorzy wolą wystąpić do sądu, by przydzielił uczniowi kuratora lub umieścił w domu dziecka?

Ł.Ł.: - Niektórzy myślą, że mają wtedy problem z głowy. Ale to nieludzkie, choć zgodne z prawem. Przypomina mi historię lekarki, która nie przyjęła chorego dziecka, bo nie miało skierowania. Postąpiła według prawa, ale czy słusznie?

A ośrodek nie występuje do sądu?

B.M: - Często, ale wtedy, kiedy mamy pewność, że rodzice są niewydolni wychowawczo. Duże znaczenie ma to, czy interesują się dziećmi, pozostają w kontakcie ze szkołą.

Ł.Ł.: - A jeżeli pozostają, to czy są na tyle trzeźwi, żeby porozmawiać. Występujemy do sądu wtedy, kiedy w domu jest alkohol czy narkotyki i dziecko jest zagrożone demoralizacją.
Ulka-Darek30mpdz & Magda31 &   wspomnienia

Pan Rajek

  • to weteran
  • polecający usługi
  • *******

Offline Ulka

  • User z prawami do pisania
  • Rozgadany Weteran
  • *******
  • Wiadomości: 10988
Trudne dzieci
« Odpowiedź #1 dnia: Sierpień 19, 2008, 11:17:10 pm »
Pomagali bezprawnie dzieciom z Centralnego
 
Po zamknięciu jedynego w Warszawie hostelu interwencyjnego jego podopieczni nie mają gdzie się podziać. Miasto jest bezradne, bo prawo nie przewiduje istnienia takich miejsc. A znajdowali tam schronieni m.in. nieletni, którzy prostytuują się na Centralnym

Monika Siuchta. Streetworkerka z hostelu "Stacja" przy ul. WspólnejHostel interwencyjny prowadzili wychowawcy z programu Stacja. Mieścił się przy Wspólnej 65. Kilka minut od Dworca Centralnego. I to stamtąd głównie pochodzili "klienci" hostelu, bo tak wychowawcy określają swoich podopiecznych. Mówią też o nich "młodzi dorośli".

Każdy mógł tu przyjść

Jeszcze kilka miesięcy temu przy Wspólnej tętniło życie. Odbywały się zajęcia profilaktyczne, można było pogadać z psychologiem czy po prostu wspólnie przygotować posiłek. Dziś nie ma nikogo. Hostel stoi pusty.

- Mógł tu przyjść każdy, kto znalazł się na zakręcie. Przemoc w domu, problemy w szkole, narkotyki, eksperymenty z seksem w postaci prostytucji - mówi Monika Siuchta, jedna ze streetworkerek, która pracowała w hostelu. - Byli 20-latkowie, ale też osoby młodsze. Uciekinierzy z domów, którzy nie mieli gdzie pójść. Kradli albo prostytuowali się na Centralnym. Trafiali do nas. Zostawali, żeby się przespać, umyć, zjeść kanapkę. A my z nimi rozmawialiśmy - opowiada.

Z każdym młodym dorosłym wychowawcy układali plan działania, co zrobić, żeby wyjść na prostą. Nie legitymowali ich, jeżeli nie musieli, nie pouczali. Pokazywali, że można żyć inaczej. Albo kiedy wiedzieli, że młody dorosły i tak wróci na dworzec, dawali prezerwatywę, mówili, jak zabezpieczyć się przed HIV. Dla uzależnionych od narkotyków załatwiali detoks.

W ciągu czterech lat istnienia przez Stację przewinęły się setki osób. Wielu udało się pomóc. - Ktoś przestał kraść i pracuje teraz na czarno. Dla nas to sukces, bo mógł skończyć tragicznie. Ktoś inny pracuje na budowie, ma dziewczynę, razem wynajmują mieszkanie. Mówiliśmy: dziś rejestrujesz się jako bezrobotny, później razem przeglądamy gazety z ogłoszeniami o pracę. Nie musisz siedzieć przy automatach na Centralnym, nie musisz się prostytuować. Życie może być lepsze - Monika opowiada o pracy streetworkera.

Odesłać prostytutkę do mamusi

W kwietniu hostel zamknięto. Stacja od dłuższego czasu miała problemy finansowe. Wychowawcy i wolontariusze pozyskiwali pieniądze z innych projektów związanych np. ze streetworkingiem albo wykładali z własnej kieszeni. Czasem zdarzała się darowizna. Oficjalnie żadna instytucja, w tym biuro polityki społecznej w ratuszu, nie chciała dać środków na hostel, bo zgodnie z polskim prawem osoby niepełnoletnie nie mogą przebywać w takim miejscu bez zgody prawnych opiekunów. - Na Zachodzie takie placówki się sprawdzają. A w Warszawie zniknęło bezpłatne i bezpieczne miejsce, w którym młodzi dorośli mieli czas i warunki, żeby zastanowić się, co dalej - mówi Monika. - Zgodnie z prawem trzeba ich odesłać do rodziców, którzy często nawet ich nie szukali. Na domy dziecka są za starzy. A jak popełnili przestępstwo, trafiają do poprawczaków. Tam na pewno się nie zmienią.

"Klienci" dzwonią na telefon interwencyjny Stacji. Pytają, czy mogą przyjść do hostelu. - Co mamy odpowiedzieć? Idź na komisariat albo do noclegowni dla bezdomnych.

A na noc proszę na dworzec

Stacja dalej wysyła streetworkerów na Centralny. Wolontariusze mówią nawet o 50 młodych dorosłych kręcących się po dworcu. We wrześniu, po przerwie wakacyjnej, wróci świetlica. Ale hostelu nie będzie. - To nie to samo. Świetlica będzie zamykana wieczorem, żeby wszystko było zgodnie z prawem. Czy młody dorosły po godzinach pracy świetlicy ma wrócić na dworzec?

Miasto rozkłada ręce.- Hostel jest potrzebny, zwłaszcza w kryzysowych sytuacjach, kiedy pomóc trzeba natychmiast. Ale my musimy przestrzegać prawa - mówi Teresa Sierawska z biura polityki społecznej w ratuszu. - Przyjrzymy się niemieckim rozwiązaniom. Może uda się stworzyć coś pomiędzy bursą a hostelem - dodaje. W podobnym tonie wypowiada się Włodzimierz Paszyński, wiceprezydent Warszawy. - Tu są potrzebne zmiany systemowe. I to szybko. Problem prostytuujących się młodych chłopców i dziewcząt to Warszawie ciągle tabu. Ludzie mówią, że robimy kawał świetnej roboty, że jesteśmy potrzebni, ale jak przychodzi co do czego, to pytają: mamy dawać pieniądze, żeby prostytutki miały gdzie spać? - kwituje Monika Siuchta.

Źródło: Gazeta Wyborcza Stołeczna 19.08.2008r.
Ulka-Darek30mpdz & Magda31 &   wspomnienia

 

(c) 2003-2019 Team Dar Życia :: nota prawna :: o plikach Cookies :: biuro@darzycia.pl
Polecamy:   Forum o zwierzętach