Kichaj na kleszczeDlaczego szczepimy dzieci? Żeby nie chorowały, gdy dorosną – obruszy się każdy rodzic. Ale tym nadmiarem rodzicielskiej troski można im raczej zaszkodzić, niż pomóc.
Pierwszego kontaktu ze szczepionką każdy doświadcza już kilka godzin po urodzeniu. Ukłucia mają chronić przed gruźlicą i żółtaczką. W pierwszym roku życia niemowlę jeszcze kilka razy jest obowiązkowo poddawane szczepieniom. Na tężec, krztusiec, dur brzuszny i polio.
Kolejne miesiące życia są rozpisane w kalendarzu szczepień obowiązkowych i ulotkach reklamowych, z których jesienią straszy rodziców wirus grypy, a teraz, u progu wakacji – czyhające na dzieciaki w każdym zagajniku kleszcze. Szczepimy się w imię profilaktyki, żeby ochronić organizm przed groźnymi chorobami. Problem tylko w tym, że ani te choroby nie są tak groźne, jak nam się wydaje, ani szczepionki nie są takim dobrodziejstwem, jak sądzimy.
W erze antybiotyków wiele chorób, na które się szczepimy, już dawno przestało być zagrożeniem dla życia maluchów. W dodatku coraz więcej badań wskazuje na to, że układ odpornościowy niehartowany w dzieciństwie przez kontakt z zarazkami później zawodzi. Stąd liczne alergie, astma, a nawet nowotwory. W majowym numerze „British Journal of Cancer” ukazała się praca amerykańskich naukowców, z której wynika, że jeśli małe dzieci posyła się do żłobka, gdzie przechodzą wszystkie infekcje, potem znacznie rzadziej zapadają na białaczkę.
Młody układ odpornościowy trenuje bowiem precyzję działania na niegroźnych wirusach grypy czy wietrznej ospy.
Dlatego w wielu krajach szczepi się dzieci coraz później.
Na Malcie szczepionka BCG mająca chronić przed gruźlicą jest podawana dopiero nastolatkom, a w Niemczech, Szwajcarii i Szwecji – tylko dzieciom z grup podwyższonego ryzyka. Zupełnie inaczej niż w Polsce, gdzie dzieci szczepi się masowo, a zachorowalność na gruźlicę i tak rośnie.
W Japonii przesunięto dolną granicę wieku szczepień z dwóch miesięcy na dwa lata, po czym odnotowano znaczący spadek liczby zgonów niemowląt. Zbieg okoliczności? Z danych amerykańskiego Centers for Disease Control (CDC) wynika, że większość przypadków tzw. nagłej śmierci łóżeczkowej (niemowlę umiera w czasie snu, bez wyraźnych symptomów choroby) występuje między drugim a czwartym miesiącem życia,
czyli po pierwszych szczepieniach. Może więc istnieje jakiś związek między tymi faktami? Szczepionki wymyślili ponad tysiąc lat temu Chińczycy. W śluzówkę nosa wcierali wysuszone i pokruszone strupy zerwane chorym na czarną ospę, chroniąc się w ten sposób przed chorobą, której śmiertelność sięgała 25 proc.
Odsetek zgonów po wprowadzeniu osłabionego wirusa do organizmu zmniejszył się 10-krotnie. Pełen sukces. Na kolejne trzeba było, niestety, czekać aż do XIX wieku.
Wtedy pojawiły się kolejno szczepionki przeciw wściekliźnie, wąglikowi i gruźlicy.
Dzięki masowym szczepieniom udało się opanować wielkie epidemie. 25 lat temu Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) ogłosiła świat wolnym od ospy i zniosła obowiązkowe szczepienia przeciwko tej chorobie. Od 20 lat nikt w Polsce nie zachorował na polio (zwane też chorobą Heinego-Medina). Szczepionki są ciągle udoskonalane, rośnie też liczba chorób, przed którymi możemy się dzięki nim ustrzec.
Tylko czy warto to robić na masową skalę? Danuta Pawłowska
art z "Ozon " nr 10 z 23-29.06.2005