Ogłoszenia Zwierzęta
Aktualności: Usługi detektywistyczne tylko  ze sprawdzonym biurem Detektyw Warszawa polecamy tego detektywa.

Autor Wątek: Internet nieograniczone możliwości -dobre i złe strony.  (Przeczytany 72398 razy)

Offline Gaga

  • Administrator
  • Rozgadany Weteran
  • *****
  • Wiadomości: 26310
Internet nieograniczone możliwości -dobre i złe strony.
« dnia: Maj 14, 2005, 01:06:48 am »
Zakupy z internetu prosto do domu

Bez wychodzenia z domu można kupić już prawie wszystko, co jest człowiekowi potrzebne do życia. Cały asortyment artykułów spożywczych, środki do utrzymania czystości, a także meble i wyposażenie mieszkalne oraz sprzęt AGD i RTV.

więcej>>>
Pozdrawiam :))
"Starsza Jesienna Miotełka"

Pan Rajek

  • to weteran
  • polecający usługi
  • *******

Offline Gaga

  • Administrator
  • Rozgadany Weteran
  • *****
  • Wiadomości: 26310
Jak i o czym rozmawiamy na internetowych forach
« Odpowiedź #1 dnia: Maj 20, 2005, 12:19:00 pm »
Polska rozmowa internetowa

Ściek czy filar wolności słowa: jak i o czym rozmawiamy na internetowych forach

  Aborcja, religia, księża, seks, kara śmierci, korupcja, Żydzi, a ostatnio teczki i lustracja. Bush, Miller, Michnik, Kulczyk, Lepper, Rydzyk – to ulubione tematy wymiany zdań w naszym Internecie. Jedni uważają, że to ściek, trybuna sfrustrowanych oszołomów. Inni – że filar wolności słowa, supernarzędzie, które rewolucjonizuje komunikację społeczną. Tak czy inaczej internetowe fora stały się dziś najbardziej dynamicznym polskim medium: setki tysięcy użytkowników, miliony wypowiedzi. Ta ilość już stanowi jakość.
Cytuj
Pytali, czy ona na poważnie, prosili, żeby zadzwoniła na policję lub pogotowie, starali się wybadać, czy jest sama w domu. W końcu wydobyli od niej adres i telefon. Zadzwoniła starsza kobieta i stanowczym głosem kazała jej iść wymiotować. Joanna słyszała, że jednocześnie rozmawia z jakimś mężczyzną, mężem zapewne, by natychmiast dzwonił z komórki na policję.

Przekonali ją. Zeszła na parter do matki. Poprosiła o pomoc.

– Ludzie, których nigdy nie widziałam na oczy, siedzący przed swoimi komputerami, gdzieś na drugim końcu światłowodów, oddaleni o setki kilometrów ode mnie, wiedzieli lepiej, co się ze mną dzieje od mojej własnej rodziny. Sama nie zdobyłabym się, żeby poprosić mamę o pomoc. Dla niej moja depresja była zawsze czymś niezrozumiałym i wstydliwym – mówi dziś Joanna.

Policja, choć wzywana, nie przyjechała. Do dyżurnego oficera zadzwonił ktoś z drugiego końca Polski, przedstawił się jako mąż kobiety chorej na depresję i zaczął informować, iż zamieszkała dwie przecznice od posterunku dziewczyna, która należy do wirtualnej grupy wsparcia, właśnie popełnia samobójstwo, o czym żona dzwoniącego właśnie czyta na monitorze swojego komputera. Oficer dyżurny uznał dzwoniącego za człowieka niespełna rozumu, o czym poinformował go, zanim zirytowany rzucił słuchawkę.

Cytuj
O charakterze wypowiedzi w sieci decyduje w dużym stopniu ich anonimowość. Mimo że administratorzy są w stanie zidentyfikować komputer, z którego nadano list i ustalić dane osobowe jego autora, to czynią to w przypadkach absolutnie wyjątkowych i tylko dla własnych potrzeb.

IGOR T. MIECIK
Pozdrawiam :))
"Starsza Jesienna Miotełka"

Offline Gaga

  • Administrator
  • Rozgadany Weteran
  • *****
  • Wiadomości: 26310
Internet nieograniczone możliwości -dobre i złe strony.
« Odpowiedź #2 dnia: Wrzesień 10, 2005, 11:44:31 pm »
Zakupy z myszką
   

  Internet daje nieograniczone możliwości. Bez ruszania się z domu możesz kupić wszystko, o czym tylko zamarzysz

 Pamiętaj – to wciąga! Nie musisz ruszać się z wygodnego fotela, kiedy za oknem leje deszcz, stać w korkach czy tłoczyć się w metrze. Uśmiechnięty dostawca przyniesie twoje zakupy pod same drzwi. Wystarczy, że podasz numer karty kredytowej.  
MAGDALENA GIGNAL
 
Więcej>>>
Pozdrawiam :))
"Starsza Jesienna Miotełka"

Offline Gaga

  • Administrator
  • Rozgadany Weteran
  • *****
  • Wiadomości: 26310
Internet nieograniczone możliwości -dobre i złe strony.
« Odpowiedź #3 dnia: Wrzesień 22, 2005, 02:17:07 pm »
Internet pełen szpiegów

Polska to siedlisko internetowych szpicli. Więcej mają ich tylko Amerykanie
Jest ich coraz więcej. Działają niepostrzeżenie i zawsze podstępem. Nie pracują dla żadnych specsłużb, ale inwigilują każdego, kogo tylko spotkają na swojej drodze.


Cytuj
Programy szpiegujące nie ostrzegają internauty o rozpoczęciu procesu instalacji. Zagnieżdżają się na dysku podstępem, a gdy już wejdą do systemu, ukrywają się i rozpoczynają swoją tajną misję. Ich obecność przez długi czas może być niezauważalna, mimo że gromadzą dane o użytkownikach zainfekowanych komputerów, a potem – bez ich wiedzy – wysyłają je do autora danego szpiega. – Program, któremu pozwolimy się zainstalować w naszym komputerze, może udostępnić absolutnie całą zawartość naszego dysku – ostrzega Ireneusz Parafjańczuk, specjalista w dziedzinie bezpieczeństwa systemów teleinformatycznych z CERT Polska (zespołu reagującego na naruszenia bezpieczeństwa w Internecie, dotyczące domeny.pl). – Będzie „podsłuchiwał” wszystko to, co robimy na naszym komputerze, wszelkie hasła, odwiedzane strony czy nawet napisane maile – dodaje. Uzyskane w ten sposób informacje mogą zostać później dowolnie wykorzystane, przeważnie tak, aby twórca szpiega mógł na nas zarobić. Spyware potrafi nie tylko wyświetlać niechciane reklamy, ale również wykradać numery kart kredytowych, a jeśli korzystamy z bankowości internetowej, także numery umożliwiające logowanie do kont i zlecanie przelewów online.

Więcej>>>


Polsk@ w sieci

Raport: Jak wykorzystujemy komputer i Internet

Mapę Polski rysuje się ze względu na poziom bezrobocia czy wykształcenia. Ostatnio można to zrobić, przyjmując za kryterium dostęp do komputera, Internetu czy posiadanie komórki. Najlepiej jest w województwach pomorskim i mazowieckim, a najgorzej - w kujawsko-pomorskim i zachodniopomorskim.

więcej>>>  
Pozdrawiam :))
"Starsza Jesienna Miotełka"

Offline Gaga

  • Administrator
  • Rozgadany Weteran
  • *****
  • Wiadomości: 26310
Internet nieograniczone możliwości -dobre i złe strony.
« Odpowiedź #4 dnia: Listopad 07, 2005, 11:56:16 pm »
Cyfrowe pokolenie

Mówi się o nich „dzieci sieci” albo „generacją @”
Młodzi Katalończycy nie wyobrażają sobie już życia bez internetu. Nauka i zabawa upływa im przed monitorem komputera. Naukowcy doszli do wniosku, że trzeba się z tego cieszyć.

Cytuj
Katalońscy badacze są optymistami i uważają, że obserwowane zmiany wyjdą młodym ludziom na dobre. „Kultura cyfrowa to dziś nasz chleb powszedni” – uspokajają. „Nowe technologie nie zachęcają młodzieży do izolowania się od innych. Wręcz przeciwnie. Dzisiejsze nastolatki odnajdują w sieci nie tylko cenne informacje, lecz co najważniejsze, przyjaciół. Na skutek ich wirtualnej aktywności tworzy się nowy język, który dopełnia lub nawet zastępuje ten tradycyjny. Przeciwstawianie się zmianom i innowacjom to jedno z najgorszych możliwych rozwiązań” – konkludują autorzy raportu.

więcej >>>
Pozdrawiam :))
"Starsza Jesienna Miotełka"

Offline Gaga

  • Administrator
  • Rozgadany Weteran
  • *****
  • Wiadomości: 26310
Internet nieograniczone możliwości -dobre i złe strony.
« Odpowiedź #5 dnia: Listopad 20, 2005, 01:13:24 am »
Ciekawe badania

Co drugi Polak ma własny komputer

Prawie połowa Polaków posiada komputer osobisty, najczęściej wyposażony w moduł dźwiękowy i kolumny. Jednak sprzęt do multimediów, taki jak kamery internetowe czy odtwarzacze MP3, jest w polskich domach słabo rozpowszechniony - wynika z badania TNS OBOP.
Cytuj
Według badań TNS OBOP, prawie połowa (46,4 proc.) Polaków ma w domu komputer. Modernizację lub zakup komputera w ciągu najbliższego półrocza planuje 10 proc. Jest to duży wzrost w porównaniu do ubiegłego roku, kiedy to posiadanie komputera osobistego domu deklarowało 37,3 proc. badanych.

Zaskakujące są dane na temat użytkowania komputerów ? 60,3 proc. ankietowanych przyznało, że używa ich do słuchania muzyki. Innymi często wykorzystywanymi możliwościami komputerów były gry (52 proc.), przeglądanie stron WWW (48,4 proc.) i odtwarzanie filmów (46,3 proc.).

Co drugi Polak ma własny komputer
18.11.2005 17:59
 
AFP
Prawie połowa Polaków posiada komputer osobisty, najczęściej wyposażony w moduł dźwiękowy i kolumny. Jednak sprzęt do multimediów, taki jak kamery internetowe czy odtwarzacze MP3, jest w polskich domach słabo rozpowszechniony - wynika z badania TNS OBOP.


Według badań TNS OBOP, prawie połowa (46,4 proc.) Polaków ma w domu komputer. Modernizację lub zakup komputera w ciągu najbliższego półrocza planuje 10 proc. Jest to duży wzrost w porównaniu do ubiegłego roku, kiedy to posiadanie komputera osobistego domu deklarowało 37,3 proc. badanych.

Zaskakujące są dane na temat użytkowania komputerów ? 60,3 proc. ankietowanych przyznało, że używa ich do słuchania muzyki. Innymi często wykorzystywanymi możliwościami komputerów były gry (52 proc.), przeglądanie stron WWW (48,4 proc.) i odtwarzanie filmów (46,3 proc.).

Najrzadziej korzystano z komputera do obsługi aplikacji biurowych i telefonii internetowej VIP.

Według analityków OBOP oznacza to, iż coraz silniejsza jest tendencja odchodzenia od używania aplikacji biznesowych w domu na rzecz wykorzystywania komputera w charakterze domowego centrum rozrywki. Potwierdza to inne badanie, w którym 80 proc. użytkowników zadeklarowało, że ich komputery są wyposażone w obsługę dźwięku bądź kartę dźwiękową i głośniki komputerowe. W większości przypadków (72 proc.) są to systemy dwugłośnikowe. Posiadanie systemu dwóch głośników z dodatkowym subwooferem (głośnikiem niskotonowym) deklaruje 17,5 proc. badanych, a zaawansowane systemy pięciu i więcej głośników - 9,4 proc. ankietowanych.

Sprzęt multimedialny jest jednak jeszcze mało popularny ? 92,4 proc. ankietowanych nie posiada kamer internetowych. Jednak tendencje do rozwoju multimedialności na rynku europejskim powinny spowodować zmiany także na rynku polskim.

"Popularność komunikatorów internetowych, które coraz częściej dają także możliwość prowadzenia rozmów wideo, powinna z czasem przynieść wzrost sprzedaży kamer internetowych" - napisał w omówieniu raportu Marcin Kindler, dyrektor środkowoeuropejskiego oddziału firmy Creative Labs, jednego największych producentów komputerowych urządzeń multimedialnych.

Jego zdaniem "Polacy coraz częściej będą chcieli nie tylko usłyszeć swoich bliskich, ale również ich zobaczyć, tak jak to się już obecnie dzieje w wielu krajach Europy Zachodniej i Stanach Zjednoczonych".

Według TNS OBOP, w Polsce nie są też popularne odtwarzacze MP3. 85,7 proc. ankietowanych posiadaczy komputera przyznało, iż nie korzysta z żadnego osobistego odtwarzacza MP3.

Pozostałe 16 proc. najczęściej korzysta z odtwarzaczy CD z możliwością odtwarzania płyt MP3 (taki sprzęt ma 47,4 proc. badanych, którzy posiadają odtwarzacz MP3).

W dalszej kolejności uplasowały się odtwarzacze z pamięcią flash (kartowy nośnik pamięci) - (8,8 proc.) i dyskiem twardym (5,6 proc.).

Badania przeprowadzono w lipcu 2005 r. na próbie reprezentatywnej 1005 osób - mieszkańców Polski w wieku 15 i więcej lat, w oparciu o wywiady.
((PAP))  
Pozdrawiam :))
"Starsza Jesienna Miotełka"

Offline Gaga

  • Administrator
  • Rozgadany Weteran
  • *****
  • Wiadomości: 26310
Internet nieograniczone możliwości -dobre i złe strony.
« Odpowiedź #6 dnia: Luty 28, 2006, 10:39:46 pm »
Cyfrowy Gutenberg
Czy internet oznacza śmierć prasy drukowanej?

Wydawcy gazet zachodzą w głowę, w jaki sposób powstrzymać spadające zainteresowanie prasą drukowaną. Jedyną alternatywą wydaje się internet, ale tak naprawdę poruszamy się tutaj po omacku. Nikt nie dokładnie nie wie, jaki model rozwoju czasopism lub gazet codziennych w intranecie okaże się strzałem w dziesiątkę.


Potrzebuje informacji, więc siadam przed monitorem i mam je w zasięgu myszki. Dwadzieścia cztery godziny na dobę, przez siedem dni w tygodniu i ciągle jeszcze za darmo. Nie muszę czekać na poranne wydanie gazety. Młodzi ludzie coraz częściej sięgają wydań internetowych swoich ulubionych tygodników i miesięczników, ponieważ mają tam dostęp do darmowych artykułów. Ale czy to wszystko oznacza śmierć prasy drukowanej?
Cytuj
Jednak trend, jaki obserwujemy od kilku lat jednoznacznie pokazuje, że internet powoli odbiera czytelników prasie drukowanej. Jest to związane z długim czasem druku i kolportażu. Także ogłoszenia drobne, które stanowiły magnes dla poszukujących ofert sprzedaży lub pracy są łatwiej dostępne w sieci. To właśnie z tych powodów gazety zaczęły zmieniać swoją formułę. Przestały być jedynie dostawcami informacji i zaczęły na pierwszych stronach publikować podsumowania wydarzeń poprzedniego dnia wraz z komentarzami ekspertów i felietonistów. Jednak to nie wystarcza. Wydawcy coraz poważniej myślą o zaistnieniu w internecie. – Szansą przetrwania jest udostępnienie wydania internetowego i dokonanie – uwaga, to ważne – właściwego wyboru wśród licznych wchodzących w rachubę opcji.
Cały artykuł >>>
Pozdrawiam :))
"Starsza Jesienna Miotełka"

Offline Gaga

  • Administrator
  • Rozgadany Weteran
  • *****
  • Wiadomości: 26310
Internet nieograniczone możliwości -dobre i złe strony.
« Odpowiedź #7 dnia: Czerwiec 03, 2006, 10:15:00 am »
Ciekawe,jakby u nas w Polsce wypadła statystyka ? ;)
Ilu internautów  możnaby zaliczyc do ...... aktywnych twórców zwartośći  internetu ?

Internet tworzy co trzeci jego użytkownik
Internet Standard 02-06-2006 , ostatnia aktualizacja 02-06-2006 14:41

48 milionów Amerykanów to twórcy internetowych treści: prowadzą bloga lub stworzyli własną stronę internetową, dzielą się prywatnymi zdjęciami czy wideo lub umieszczają w internecie swoje opowieści czy wiersze.

Spośród wszystkich internautów w Stanach Zjednoczonych, niezależnie od ich sposobu łączenia się z internetem, aż 35% tworzy i umieszcza własne materiały w sieci.

Aby zostać zaliczonym do grupy aktywnych twórców zawartości internetu, czyli grupy tworzącej user-generated online content, należało być aktywnym na przynajmniej jednym z wymienionych pól: prowadzić bloga, własną stronę WWW, blogować wspólnie z innymi, stworzyć dla kogoś stronę internetową czy dzielić się w sieci materiałami stworzonymi samodzielnie, takimi jak zdjęcia, opowiadania czy wideo.

Okazuje się, że spośród osób, które mają dostęp do internetu w domu, przynajmniej jednej z takich czynności poświęca czas 36% osób, przy czym najwięcej, bo 28% Amerykanów, dzieli się swoimi materiałami takimi jak zdjęcia czy wideo.

Zgodnie z intuicją, najliczniejszą grupę aktywnych twórców treści tworzą internauci, którzy mają szerokopasmowy dostęp w domu. W tej grupie aż 42% internautów jest aktywnych.

Kolejna zależność związana jest z wiekiem inteernautów. Spośród osób poniżej 30 roku życia z szerokopasmowym dostępem do internetu w domu, aż 51% internautów zasila zasoby internetu, przy czym 25% prowadzi bloga.

Zachęcamy do odpowiedzi na pytanie sondy: Czy prowadzisz bloga lub masz własną stronę WWW lub publikujesz prywatne zdjęcia lub umieszczasz własne wideo w internecie?

Więcej wyników w raporcie Pew Internet & American Life Project "Broadband Adoption"

Magdalena Górak
Pozdrawiam :))
"Starsza Jesienna Miotełka"

Offline ilonadora

  • User z prawami do pisania
  • Rozgadany Weteran
  • *******
  • Wiadomości: 8423
    • http://wwwmojedzieciaki.blox.pl/html
Internet nieograniczone możliwości -dobre i złe strony.
« Odpowiedź #8 dnia: Czerwiec 03, 2006, 11:35:58 am »
Czarna strona internetu


Do Polski wkracza cyber bullying, zjawisko oczerniania i wyszydzania w sieci, które na Zachodzie zbiera już ponure żniwo

Życie aptekarki Małgorzaty A. z Elbląga legło w gruzach. Kobieta nie chodzi do pracy, boi się wyjść na ulicę. Towarzyszy jej tylko wstyd. A wszystko przez stronę internetową, gdzie Mirosław W., jej były narzeczony, opublikował zdjęcia, które miały być tylko dla niego... Nagie, odważne, wręcz pornograficzne. Całość okrasił pikantnym opisem jej seksualnych upodobań. Nie omieszkał przy tym podać pełnego imienia i nazwiska kobiety oraz miejsca jej pracy i zamieszkania. Napisał też, że Małgorzata A. jest nosicielką wirusa HIV.

Twórca strony nie ukrywa, że zrobił to z chęci zemsty na kobiecie, z którą spędził dziesięć lat. Jak twierdzi, to kara za jej niewierność i jego zranione uczucia. Mężczyzna nie ograniczył się tylko do zrujnowania życia byłej sympatii. Wykorzystując internet, skompromitował również jej rzekomych kochanków. Opublikował ich pełne dane personalne wraz z adresami i zdjęciami. Wszyscy zostali przedstawieni jako niedorozwinięci, narkomani i złodzieje. „Panienka lubuje się w przeróżnego typu menelach, im gorszy i brudniejszy, tym lepszy”, czytamy na stronie Mirosława W.

W Elblągu zawrzało. Link do wspomnianej witryny wędrował z komputera do komputera. Kopia strony znajdowała się na kilku serwerach, w tym także zagranicznych. Jej adres szybko trafił na fora ogólnopolskie. Sprawa nabrała rozgłosu. Mirosławem W. zajęła się prokuratura. Postawiono mu zarzut rozpowszechniania treści pornograficznych.

Najgorsze przed nami

Sprawa elbląskiej aptekarki to dopiero początek tego, co wkrótce może stać się plagą. Oczernianie, wyszydzanie lub kompromitowanie ludzi za pośrednictwem internetu jest już prawdziwą zmorą w Europie Zachodniej i za oceanem. Zjawisko to doczekało się tam nawet swojej nazwy i określane jest mianem cyber bullying. Problem zaczął się kilka lat temu. Najpierw przybrał formę złośliwych i obraźliwych SMS-ów, potem e-maili. Teraz dotyczy głównie witryn internetowych, wpisów na forach dyskusyjnych czy dręczenia przez komunikatory sieciowe. Cel internetowych chuliganów jest jeden – zdyskredytować konkretne osoby lub grupy, a nawet całe społeczności. – Poczucie anonimowości, które daje internet, sprawia, że jego użytkownicy pozwalają sobie na więcej niż w świecie rzeczywistym – mówi dr Dominik Batorski, socjolog internetu. Zdaniem psychologów, łatwiej oczerniać i szykanować, gdy można ukryć się za parawanem internetowego pseudonimu i nie patrzeć ofiarom w oczy. Nękanie w internecie jest o tyle groźniejsze od tradycyjnych pomówień czy plotek, że kompromitujące materiały w krótkim czasie dostępne są dla wielu osób i pozostają w sieci na zawsze, nawet po rozwiązaniu samego konfliktu czy ustaleniu i zdyscyplinowaniu sprawcy. – Informacje w internecie rozprzestrzeniają się bardzo szybko. Można zablokować czy usunąć jedną lub kilka stron, ale nie sposób dotrzeć do wszystkich – podkreśla dr Batorski.

Fala dociera do szkół

Szczególnym niepokojem napawa fakt, że zjawisko to dotyka przeważnie dzieci i młodzież.

– Rozwój internetu w szkołach jest zrozumiały. To podatny grunt. Dla młodych ludzi internet to powszechny sposób komunikacji i pozyskiwania informacji – mówi dr Batorski.


więcej w wp>>>
"Być bohaterem przez minutę, godzinę, jest o wiele łatwiej niż znosić trud codzienny w cichym heroizmie."
Ilonadora i czwórka pociech

Offline ilonadora

  • User z prawami do pisania
  • Rozgadany Weteran
  • *******
  • Wiadomości: 8423
    • http://wwwmojedzieciaki.blox.pl/html
Internet nieograniczone możliwości -dobre i złe strony.
« Odpowiedź #9 dnia: Czerwiec 03, 2006, 12:05:58 pm »
Bitwa o internet


Kto nadzoruje internet? Oczywiście Amerykanie

Jednak ONZ chce to zmienić. W centrum uwagi rozpoczynającego się w Tunisie Światowego Szczytu Społeczeństwa Informatycznego znajdzie się sprawa kontroli nad siecią.

 
Icann to skrót od Internet Corporation for Assigned Names and Numbers – organizacji non-profit nadzorującej nadawanie nazw i numerów internetowych. Dotychczasowe funkcjonowanie tej instytucji, ulokowanej na przedmieściach Los Angeles, odbywało się niemal niezauważalnie i w bardzo nieznacznym stopniu kontrolowane było przez amerykański departament handlu. Teraz jednak ma się to zmienić.




Od 1998 roku Icann jest swego rodzaju  organem zarządzającym internetem. Do zakresu jego odpowiedzialności należy normowanie domen i numerów protokołów oraz przyznawanie adresów internetowych. Jednak debata nad przyszłością organizacji postawiła Stany Zjednoczone w opozycji do reszty świata. Niebawem, podczas konferencji ONZ w Tunisie nadejdzie czas ostatecznej konfrontacji. Zaplanowany na połowę listopada Światowy Szczyt Społeczeństwa Informatycznego miał być początkowo poświęcony upowszechnianiu dostępu do internetu. Ponieważ jednak dotychczasowy statut Icann wygasa za kilka miesięcy, w centrum uwagi znalazła się sprawa kontroli sieci.

Administracja Busha postawiła sprawę jasno – Icann ma być korporacją prywatną, ale działającą na terenie USA i podlegającą tamtejszemu prawu. Takie stanowisko spotkało się ze sprzeciwem wielu państw. W większości są to kraje rozwijające się bądź nowo uprzemysłowione, choć niedawno do grupy protestujących dołączyła także Unia Europejska. Zaniepokojenie wywołuje fakt, że jedyne supermocarstwo stoi u sterów mechanizmu, na którym opiera się cała światowa gospodarka. Przeciwnicy takiego stanu rzeczy chcą, aby nadzór nad internetem przeszedł w ręce organu działającego pod egidą ONZ, tak by każde z państw miało w nim swój głos.


więcej w onet wiadomosci
"Być bohaterem przez minutę, godzinę, jest o wiele łatwiej niż znosić trud codzienny w cichym heroizmie."
Ilonadora i czwórka pociech

Offline Gaga

  • Administrator
  • Rozgadany Weteran
  • *****
  • Wiadomości: 26310
Internet nieograniczone możliwości -dobre i złe strony.
« Odpowiedź #10 dnia: Styczeń 10, 2007, 06:51:17 pm »
Kto da za mniej

Najtaniej cyfrówkę, pralkę, telewizor, aspirynę kupisz w... No, właśnie. Sklepów w necie są tysiące. Na szczęście są też porównywarki cen. Z której korzystać?

Cytuj
Nikt nigdy wcześniej nie zgromadził takiej wiedzy o cenach i renomie wirtualnych sprzedawców jak porównywarki cen. Nic dziwnego, że ich popularność rośnie. Serwis Skąpiec.pl w październiku odwiedziło ponad 600 tys. internautów - o połowę więcej niż w lipcu. Z Ceneo korzystało aż 880 tys. użytkowników (w lipcu 344 tys.). Ale to i tak nic w porównaniu z serwisami niepolskimi. 21 milionów osób odwiedza średnio w ciągu miesiąca Pricegraber.com z Los Angeles, który działa w kilku krajach i ma oferty 11 tys. sklepów. Amerykańskiej porównywarki Shopping.com używa około 50 mln osób miesięcznie.

http://serwisy.gazeta.pl/logo/1,66910,3819397.html
Pozdrawiam :))
"Starsza Jesienna Miotełka"

Offline ilonadora

  • User z prawami do pisania
  • Rozgadany Weteran
  • *******
  • Wiadomości: 8423
    • http://wwwmojedzieciaki.blox.pl/html
Internet nieograniczone możliwości -dobre i złe strony.
« Odpowiedź #11 dnia: Styczeń 16, 2007, 11:51:55 am »
Licytacja auta, którego nie ma

Nie udało się wczoraj zakończyć precedensowego procesu cywilnego o dżipa kupionego na Allegro. Jego sprzedawca niespodziewanie oświadczył, że w ogóle nie ma takiego samochodu.

O sprawie napisaliśmy wczoraj. Adam S. żąda od Roberta P., by wywiązał się z umowy, jaką zawarł z nim przez Internet. Latem ubiegłego roku S. na Allegro wylicytował za 23 tys. zł kilkuletniego dżipa grand cherokee. Mimo ponagleń P. unikał sfinalizowania transakcji. Tłumaczył, że samochodu nie sprzeda, bo przez pomyłkę nie wpisał ceny minimalnej i za mało zarobiłby na transakcji.

Właściciel serwisu aukcyjnego Allegro oznajmił, że nie się może wdawać w spór.


Adam S. złożył więc pozew, w którym domaga się uznania, że jednak kupił samochód. Wczoraj w Sądzie Rejonowym Warszawa-Praga-Północ odbyła się pierwsza rozprawa. Wyrok nie zapadł, bo niespodziewanie wynikły nowe okoliczności. - Nie chcę sprzedawać tego samochodu. Zrobiłem tylko sondaż ceny. Nie miałem takiego samochodu - oświadczył dziennikarzom Robert P.

Prawnik Adama S. nie krył zaskoczenia. - To dziecinada. Zatrważający brak odpowiedzialności - nie dowierzał mec. Konstanty Guliński. Mimo to podtrzymuje żądanie. - Kupujący ma prawo oczekiwać, że wystawiający rzecz ją sprzeda - podkreśla Guliński. Dodaje, że to precedensowa sprawa i może mieć znaczenie dla pewności przeprowadzania transakcji w serwisach takich jak Allegro.

Sąd odroczył rozprawę do 6 lutego.


rzeczpospolita
"Być bohaterem przez minutę, godzinę, jest o wiele łatwiej niż znosić trud codzienny w cichym heroizmie."
Ilonadora i czwórka pociech

Offline Gaga

  • Administrator
  • Rozgadany Weteran
  • *****
  • Wiadomości: 26310
Internet nieograniczone możliwości -dobre i złe strony.
« Odpowiedź #12 dnia: Luty 15, 2007, 09:34:13 am »
Autko,a teraz żaglówka.Przestroga sprzedającego,jak i dla kupującego.

Kupiła na Allegro łódź motorową za złotówkę
Maja Sałwacka2007-02-13

Żaganianka kupiła na Allegro łódkę wartą 40 tys. zł za... złotówkę. Sprzedawca nie zastrzegł ceny minimalnej. Kiedy się zreflektował, skończył aukcję, myśląc, że do sprzedaży nie doszło.

Agnieszka Trzebińska od pół roku buszuje w internecie na internetowej aukcji Allegro. Jest dobrą klientką. Osoby, z którymi zawierała transakcje, wystawiają jej pozytywne komentarze. Pod koniec ubiegłego roku pani Agnieszka rozglądała się za łódką dla ojca, zagorzałego żeglarza.

13 grudnia znalazła ciekawą propozycję. Afuxx, allegrowicz z Rawicza, na portalu od 2001 r., wystawił AM 480, bezkabinową łódź motorową z wygodnym kokpitem dla wędkarzy. Taką łodzią można wypuścić się nie tylko na jezioro i rzekę, ale nawet na morskie przybrzeże. Łódka jest przystosowana także do uprawiania narciarstwa wodnego. Sprzedawca zachwalał jej stan, pływał nią zaledwie kilka razy, m.in. po Adriatyku i po Odrze.

- Jak zwykle dałam symboliczną złotówkę. Liczyłam się oczywiście z tym, że cena ostro wzrośnie. Łódkę można było można kupić od ręki za 41 tys. zł, korzystając z opcji "kup teraz", ale pomyślałam, że lepiej się potargować. W najśmielszych marzeniach nie wiedziałam, że wylicytuję ją za złotówkę - opowiada Trzebińska.

Po 45 minutach od złożenia przez nią oferty allegrowicz prawdopodobnie zreflektował się, że nie zastrzegł ceny minimalnej. Wedle tej opcji łódka nie mogłaby być sprzedana poniżej określonej wartości. Postanowił się wycofać i wybrał najprostszy sposób: po prostu zakończył aukcję. Pani Agnieszka dostała wiadomość od Allegro, że wygrała licytację.

- Sprzedawca nie zdawał sobie sprawy, że kończąc licytację, sprzedaje łódkę osobie, która zaoferowała najwyższą cenę. Kliknięcie komputerową myszką jest równoznaczne z uderzeniem młotka prowadzącego licytację - tłumaczy Sebastian Kordel, adwokat pani Agnieszki, który wkrótce złoży do sądu pozew przeciwko właścicielowi łodzi. Ten nie ma zamiaru sfinalizować transakcji.

- Próbowałam się z nim umówić. Usłyszałam, że za złotówkę mogę sobie kupić gazetę, a łódki nie dostanę. Mimo to wysłałam mu zapłatę pocztą. Ale przekazu nie odebrał - opowiada Trzebińska. - Potem usłyszałam, że on w ogóle nigdy nie posiadał takiej łódki.

Rzecznik portalu Allegro Bartek Szambelan przyznaje rację pani Agnieszce. - Sprzedający, wystawiając łódkę, wybrał model aukcji tradycyjnej, gdzie licytacja rozpoczyna się od złotówki. Dołożył jednocześnie opcję "kup teraz" na kwotę kilkudziesięciu tysięcy złotych. W momencie kiedy zalicytował pierwszy oferent, opcja "kup teraz" automatycznie zniknęła. Sprzedawca wtedy zakończył aukcję przed czasem, tym samym zawarł transakcję z kupującym - tłumaczy Szambelan.

Czy sprzedający mógł uchronić się przed tak niekorzystnym obrotem sprawy? - Dobrze jest przeczytać regulamin i być świadomym, jakie konsekwencje niesie handel w internecie. Mógł przecież skorzystać z opcji "ceny minimalnej". A nawet jeśli tego nie zrobił, zanim zdecydował się na zakończenie licytacji, powinien wycofać ofertę pani Agnieszki, oczywiście podając rozsądny powód - dodaje Szambelan.

Kilka dni temu Sąd Rejonowy dla Warszawy-Pragi Północ przyznał w precedensowym procesie dotyczącym sprzedaży auta w internecie, że wygrana na serwisie Allegro to umowa kupna-sprzedaży ze wszystkimi konsekwencjami. Nakazał oferentowi sprzedać auto - za wylicytowane 23 100 zł - choć cena rynkowa Jeepa Grand Cherokee z silnikiem o pojemności 4,7 cm (rok 2000) była co najmniej dwukrotnie wyższa. Sprzedawca tłumaczył przed sądem, że zapomniał w swej aukcji podać cenę minimalną (30-40 tys. zł), a poza tym zepsuł mu się modem i nie mógł tego skorygować przed końcem aukcji. Sąd uznał, że nie ma wątpliwości co do przebiegu aukcji i pozostaje jedynie prawna ocena sporu. Kodeks cywilny dopuszcza różne formy zawarcia umowy sprzedaży, a więc także formę elektroniczną. Allegro.pl jest aukcją taką jak inne, tyle że elektroniczną.

- Wiele osób traktuje Allegro jako formę bezpłatnego ogłoszenia. Wystawia ofertę, podaje swój numer telefonu, licząc, że dogada się z kupującym poza portalem. A aukcja w internecie to nie żarty - tłumaczy mec. Kordel.
Pozdrawiam :))
"Starsza Jesienna Miotełka"

Offline Gaga

  • Administrator
  • Rozgadany Weteran
  • *****
  • Wiadomości: 26310
PRAWO NOWYCH TECHNOLOGII Przestępstwa w sieci są coraz częst
« Odpowiedź #13 dnia: Marzec 03, 2007, 09:30:51 am »
Kontrola nad zawartością Internetu jest konieczna

Wirtualna rzeczywistość jest wyzwaniem dla prawników, bo nie ma prawnomiędzynarodowych regulacji zarządzania cyberprzestrzenią

Taka jest ogólna teza VIII Konferencji "Prawo wobec nowych technologii", która odbyła się w piątek na Wydziale Prawa i Administracji Uniwersytetu Warszawskiego. Teoretycy i praktycy poruszyli kwestie związane z prawnymi aspektami działalności w cyberprzestrzeni.

Główny temat dyskusji dotyczył przestępstw w sieci. Internet z założenia miał mieć ogólnoświatowy zasięg i być wolny od jakiejkolwiek ingerencji zewnętrznej poprzez zagwarantowanie anonimowości. Stworzyło to wiele zagrożeń. Przestępstwa związane z rozpowszechnianiem pornografii wśród nieletnich, zniesławianie, naruszanie praw autorskich czy znaków towarowych zdarzają się coraz częściej. Przeciwdziałanie im wymaga odpowiednich narzędzi w postaci przepisów.

Jednak, jak tłumaczyła prof. Maria Kenig-Witkowska, wirtualna przestrzeń jest traktowana wedle odrębnych systemów prawnych danych państw.

W związku z tym pojawia się problem prawnomiędzynarodowej regulacji zarządzania cyberprzestrzenią.


International Corporation for Assigned Names and Numbers, firma, która zajmuje się nadawaniem domen, spełnia swoistą rolę administratora Internetu, ale jest to korporacja prywatna, podlegająca prawu amerykańskiego stanu Kalifornia. Od 2001 roku w sprawę zarządzania Internetem zaangażowała się ONZ. W polskim prawie istnieją mechanizmy dochodzenia odpowiedzialności za przestępstwa w sieci, m.in. art. 23, 24 oraz 448 kodeksu cywilnego.

- Jednak ustalenie tożsamości sprawcy jest trudne. Można się podszyć pod obcy adres lub korzystać z kawiarni internetowych- tłumaczył Adam Bodnar z Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka.

-Warto zauważyć, że nowe technologie w mediach sprzyjają m.in. realizacji celów politycznych -mówiła dr Anna Rosner z Instytutu Historii Prawa. -Odpowiednio sterowane są idealnym mechanizmem propagandy. Dlatego należy odpowiedzieć sobie napytanie, czy i jak prawo reguluje działanie nowych technologii. Według prof. Marka Zubika z Instytutu Nauk o Państwie nowe technologie są wyzwaniem i jednocześnie zagrożeniem dla prawa: - Wszelkie rozwiązania techniczne stają się sprawnym narzędziem działania, ale często rodzą nowe problemy.

Patronat medialny nad imprezą objęła "Rzeczpospolita".

Katarzyna Pawlak
Pozdrawiam :))
"Starsza Jesienna Miotełka"

Offline Emilianka

  • User z prawami do pisania
  • Wyjadacz
  • *****
  • Wiadomości: 3124
Internet nieograniczone możliwości -dobre i złe strony.
« Odpowiedź #14 dnia: Marzec 15, 2007, 10:45:33 am »
Śląskie: Oszukał tysiąc osób na Allegro

Blisko tysiąc osób z całej Polski oszukał 42- latek z Bytomia, który przez dwa lata oferował w portalu aukcyjnym nieistniejące przedmioty. Klienci, którzy wpłacali pieniądze na założone pod fałszywymi nazwiskami konta oszusta, stracili co najmniej 100 tys. zł.

- W chwili zatrzymania mężczyzna przygotowywał się do kolejnego oszustwa - powiedział w środę PAP Jacek Pytel z zespołu prasowego śląskiej policji.

Oszusta, po długotrwałym śledztwie, zdemaskowali policjanci z sekcji do walki z przestępczością gospodarczą komendy w Chorzowie oraz z zespołu do walki z przestępczością komputerową komendy wojewódzkiej policji w Katowicach. Było to możliwe m.in. dzięki ścisłej współpracy z ekspertami działu bezpieczeństwa serwisu aukcyjnego Allegro.

Oszust dobrze maskował swoją działalność. W portalu aukcyjnym założył kilkadziesiąt różnych kont, a na podstawie fałszywych dokumentów otworzył kilkanaście rachunków bankowych.

Na aukcjach oferował nieistniejące przedmioty, m.in. telefony komórkowe, aparaty fotograficzne, notesy elektroniczne itp. Na kilkanaście godzin przed zatrzymaniem zdążył wystawić na sprzedaż sto nieistniejących telefonów komórkowych.

Dla uwiarygodnienia swojej oferty oszust realizował niektóre transakcje, sprzedając m.in. niewiele warte nożyki czy baterie. Dzięki temu otrzymywał pozytywne komentarze użytkowników, zjednujące mu później zaufanie internautów.

Namierzenie mężczyzny było trudne m.in. dlatego, że dokonując transakcji w portalu aukcyjnym korzystał z cudzych połączeń internetowych. Włamywał się do bezprzewodowych sieci, dzięki czemu posługiwał się numerami identyfikacyjnymi innych użytkowników.

Oszust został zatrzymany we wtorek po południu na katowickim osiedlu Paderewskiego. Był bardzo zaskoczony, gdy do jego samochodu podeszli funkcjonariusze. Za oszustwo może mu grozić do ośmiu lat więzienia. Prawdopodobnie postawione mu będą także zarzuty włamania do sieci internetowych oraz posługiwania się fałszywymi dokumentami w celu osiągnięcia korzyści.

Offline Gaga

  • Administrator
  • Rozgadany Weteran
  • *****
  • Wiadomości: 26310
Internet nieograniczone możliwości -dobre i złe strony.
« Odpowiedź #15 dnia: Kwiecień 10, 2007, 11:45:06 pm »
Włamywacze czyszczą konta bankowe

Piotr Kościelniak
Kradzież tożsamości, nielegalne operacje finansowei podszywanie się pod banki - tym teraz zajmują się hakerzy, wynika z danych firmy Symantec
Czarnej liście krajów z najbardziej aktywnymi internetowymi przestępcami przewodzą Stany Zjednoczone. Ślady jednej trzeciej wszystkich ataków prowadzą właśnie do tego kraju. Na drugim miejscu znalazły się Chiny - 10 proc. i Niemcy - 7 proc.


Prawie 60 proc. wszystkich emailów wysyłanych w sieci to spam - twierdzi Symantec w swoim publikowanym co pół roku Internet Security Threat Report. To wzrost o 5 proc. Najwięcej dochodziło do nas listów sugerujących zakup akcji na giełdzie - wynika z danych Symantecu. Skąd są wysyłane te listy? Przede wszystkim (ok. 70 proc.) z Azji - uważają autorzy raportu Symantecu. Najgorzej jest na Filipinach, gdzie aż 88 proc. całej elektronicznej korespondencji to spam.

Błyskawicznie rośnie również liczba zainfekowanych komputerów wykorzystywanych do prowadzenia ataków w Internecie. Symantec twierdzi, że takich pecetów jest obecnie ok. 6 mln - to prawie o jedną trzecią więcej niż na początku ubiegłego roku. Co czwarty zainfekowany komputer działa w Chinach - twierdzą eksperci.

Jak udało się to sprawdzić? Symantec jest firmą dostarczającą oprogramowanie do zabezpieczania komputerów - działa ono na 120 mln pecetów na świecie. Wystarczyło zatem zbadać, skąd pochodziły zarejestrowane próby włamań. Specjalnie po to, aby analizować niechcianą pocztę założono również 2 mln kont pocztowych. Ich celem było wyłącznie przyciąganie spamu.

Niektóre dane zaprezentowane w raporcie są wstrząsające. Numery działającej karty kredytowej można kupić w sieci już za dolara. Za 14 dolarów można otrzymać kompletną skradzioną tożsamość - imię, nazwisko, datę urodzenia, numer konta bankowego, numery ubezpieczeń, kartę kredytową. W Stanach Zjednoczonych działają serwery - na wzór serwerów firmowych - których zadaniem jest przekazywanie skradzionych informacji i sprzedawanie ich chętnym.

Zespoły hakerów zaczynają też działać tak, jak zwalczające się gangi. Konkurencja na rynku cyberprzestępców jest tak duża, że wymusza wojnę. Ceny za kradzione dane spadają, a przestępcy donoszą policji na siebie nawzajem. Według Alfreda Hugera z Symantec Security Response hakerzy atakują serwery konkurencji w taki sam sposób, w jaki unieruchamiają komputery największych firm (tzw. metodą denialofservice). Jego zdaniem zdarzały się przypadki, gdy konkurencyjne grupy hakerów umieszczały w sieci zdjęcia twarzy swoich przeciwników lub informowały policję o ich adresach.

Według ekspertów w najbliższym czasie należy spodziewać się dwóch nowych zjawisk dotyczących internetowej przestępczości. Pierwszym będzie poszukiwanie luk w zabezpieczeniach systemu operacyjnego Microsoft Vista (przeglądarka Internet Explorer nadal jest najpopularniejszym celem ataków hakerów). Druga nowość ma związek z ogromną popularnością serwerów gier wieloosobowych. Ponieważ taka zabawa często jest płatna, przestępcy będą tworzyć fałszywe serwisy, podszywając się pod oryginalne, aby przejąć opłaty za gry.
Pozdrawiam :))
"Starsza Jesienna Miotełka"

Offline Gaga

  • Administrator
  • Rozgadany Weteran
  • *****
  • Wiadomości: 26310
Cyberprzestępcy atakują konta bankowe
« Odpowiedź #16 dnia: Maj 24, 2007, 10:32:01 am »
Cyberprzestępcy atakują konta bankowe

Jarosław Sidorowicz 2007-05-23
 
Hakerzy ponownie zaatakowali internetowe konta klientów banku BPH. Rozesłali program przechwytujący hasła dostępu.

O podejrzanych operacjach bank zaalarmowali klienci, którym na ekranach komputerów w trakcie logowania się poprzez internet pojawiały się niezrozumiałe napisy. Okazało się, że hakerzy próbowali zainfekować ich stacje wirusem instalującym program szpiegujący, tzw. trojana. Przechwytuje on hasła dostępu podczas wejścia na konto.

W trakcie logowania klientom pojawiał się fałszywy ekran do wprowadzenia hasła. Różnił się on istotnymi szczegółami od właściwego: nie wyświetlały się polskie litery, inny był kolor przycisków, brakowało też maskowania hasła podczas jego wpisywania. Gdyby ktoś się nabrał i wpisał hasło, program przeczytałby je i wysyłał złodziejom. Po wprowadzeniu kodu następowało przekierowanie na właściwą stronę banku, przez co klient pozostawał w nieświadomości, że właśnie udostępnił swoje oszczędności rabusiom.

Sprawą zajęła się już krakowska prokuratura, którą bank BPH sam zawiadomił o próbie popełnienia przestępstwa. - Według naszych ustaleń zabezpieczenia okazały się wystarczająco skuteczne, by nie doszło do kradzieży pieniędzy. Z uwagi na dobro postępowania innych szczegółów nie mogę podać - powiedział nam Piotr Kosmaty, szef Prokuratury Rejonowej Kraków-Śródmieście-Wschód, prowadzącej dochodzenie.

- Sprawę badał nasz departament bezpieczeństwa i nie stwierdziliśmy, by doszło do jakiegokolwiek nieautoryzowanego przelewu - potwierdza Dagmara Jaklewicz z zespołu prasowego BPH. - U firm zewnętrznych zamówiliśmy już "szczepionkę" na trojana, którym próbowano infekować komputery - zapewnia.

Nieoficjalnie dowiedzieliśmy się, że wirus mógł być wysłany z któregoś z krajów za wschodnią granicą.

To nie pierwszy atak hakerów na konta internetowe BPH. Dwa lata temu jednak internetowi złodzieje dobrali się do pieniędzy klientów banku. Metoda była niemal identyczna: wysłali programy typu trojan lub keylogger. Wirusa podpinali do innych informacji, które z internetu trafiały na komputery właścicieli kont. Tam szpiegujący program uaktywniał się, gdy ktoś wpisywał kluczowe hasło w wyszukiwarce (np. bank). Podczas logowania sczytywał z klawiatury hasła dostępu i wysyłał je do złodziei. Dysponując takimi danymi, złodzieje bez problemu wchodzili już na konta klientów i przelewali pieniądze na podstawione osoby. Nieoficjalnie mówiło się, że z kont poszkodowanych mogło wtedy zniknąć kilkadziesiąt tysięcy złotych. Kilka osób zamieszanych w internetowe włamania stanęło już przed sądem, ale śledczym nie udało się złapać organizatorów nielegalnego procederu.

Po tamtych doświadczeniach bank zwiększył zabezpieczenia kont internetowych, wprowadzając m.in. tzw. maskowanie hasła dostępu.


Źródło: Gazeta Wyborcza Kraków
Pozdrawiam :))
"Starsza Jesienna Miotełka"

Offline ilonadora

  • User z prawami do pisania
  • Rozgadany Weteran
  • *******
  • Wiadomości: 8423
    • http://wwwmojedzieciaki.blox.pl/html
10 komputerowych mitów
« Odpowiedź #17 dnia: Maj 27, 2007, 05:07:44 pm »
10 komputerowych mitów

Pewnie każdy z naszych czytelników zna jakiś "komputerowy mit" - czyli np. powtarzaną przez lata z ust do ust historię o tym, co należy lub czego nie należy robić ze sprzętem komputerowym. Problem z nimi jest taki, że realia często się zmieniają, mit się dezaktualizuje, ale mimo to wciąż jest powtarzany. Przykłady? Proszę bardzo: któż z was nie słyszał o tym, że korzystając z nieoryginalnych pojemników z tuszem narażacie się na utratę gwarancji drukarki? Że długie rozmawianie przez telefon komórkowy powoduje raka? Oczywiście, nie wszystkie z tych historii są nieprawdziwe - dlatego też postanowiliśmy przyjrzeć się bliżej najpopularniejszym komputerowym mitom i sprawdzić, które z nich są zgodne z prawdą, a które nie...

Największy problem z komputerowymi mitami ( a przynajmniej niektórymi z nich ) jest taki, że propagują je niekiedy nawet branżowi profesjonaliści. Przyczyna takiej sytuacji jest prosta i wspomnieliśmy już ją powyżej - chodzi o to, że pewne twierdzenia były prawdziwe kiedyś, jednak sytuacja z czasem ulegała zmianie i coś, co 10 lat temu było niezwykle ważne, dziś już nie jest. Przykładem może być choćby paranoiczna wręcz obawa niektórych użytkowników o to, że zwykłe magnesy są w stanie zniszczyć informacje zapisane na nośnikach komputerowych - owszem, kilkanaście lat temu, gdy wszyscy korzystali z dyskietek, to była prawda. Dziś - w erze HDD, pendrive'ów, kart pamięci i płyt DVD - to już tylko mit... Tym tematem zajmowaliśmy się już kiedyś - w tekście "Pokonać technologiczne mity" - http://www.idg.pl/news/68296.html. Dziś - idąc śladem naszych kolegów z amerykańskiego PC Worlda - postanowiliśmy "wziąć na warsztat" 10 nowych mitów i ocenić ich prawdziwość.

Mit nr 1: Jeśli pobierasz pliki z sieci P2P, organizacje MPAA i RIAA zawsze mogą cię namierzyć

Na popularyzowaniu tego mitu najbardziej z pewnością zależy wymienionym powyżej organizacjom - jeśli uda im się przekonać internautów korzystających z P2P, że da się ich namierzyć, być może przyczyni się do ograniczenia piractwa w Sieci. "Jeśli pobierasz z sieci muzykę, filmy i gry, to zawsze będziemy w stanie wytropić twój adres IP" - twierdzi rzeczniczka MPAA, Elizabeth Kaltman.

Cóż, wbrew powszechnej opinii, nie jest to jednak takie oczywiste. Przedstawiciele firmy BayTSP, która zajmuje się monitorowaniem popularnych sieci wymiany plików ( m.in. BitTorrent oraz eDonkey ) mówią, że w istocie jest to możliwe - ale nie zawsze. "Jeśli pobierany plik jest odpowiednio duży, to jest duża szansa, że uda nam się ustalić szczegółowe informacje o osobie, która go pobiera - adres IP, nazwę pliku, czas pobrania. Zupełnie inaczej jest z niewielkimi plikami - np. piosenkami. W tym przypadku zdobycie informacji o pobierającym jest niezwykle trudne" - tłumaczy Jim Graham, rzecznik BayTSP.
Organizacja MPAA od lat prowadzi antypiracką batalię przeciwko sieciom P2P

Peter Eckersley z Electronic Frontier Foundation zwraca również uwagę na fakt, iż użytkownicy P2P mogą na wiele sposób utrudnić działanie osobom lub organizacjom usiłującym ich namierzyć - wystarczy korzystać z anonimizujących serwerów proxy lub otwartych hotspotów. Eckersley zauważa również, że wbrew przekonaniu wielu internautów, korzystanie ze zmiennego IP ( dotyczy to np. neostrady ) nie chroni przed namierzeniem - adres IP danego internauty co prawda zmienia się co pewien czas, jednak dostawca usług internetowych jest w stanie określić, kto w danym momencie korzystał z określonego IP.

Ocena prawdziwości mitu: częściowo prawdziwy.

Mit nr 2: jeśli korzystasz z nieoryginalnych pojemników z tuszami, stracisz gwarancję

To jeden z mitów, w które wierzy większość użytkowników - jeśli włożysz do drukarki nieoryginalny pojemnik z tuszem, automatycznie stracisz gwarancję na urządzenie. A to nieprawda - przedstawiciele amerykańskich oddziałów Canona, Epsona czy Lexmarka zapewniają, iż korzystanie z nieoryginalnych tuszy nie powoduje natychmiastowej utraty gwarancji. Oczywiście, z jednym zastrzeżeniem - z gwarancji nie będzie można skorzystać, jeśli przyczyną ewentualnej awarii będzie właśnie ów pojemnik z atramentem.
Produceni zalecają korzystanie jedynie z oryginalnych pojemników z tuszem

Inna sprawa, iż producenci drukarek od lat mówią, że najlepszą jakość wydruku mogą zagwarantować jedynie tym użytkownikom, którzy korzystają z oryginalnych akcesoriów ( i faktycznie: potwierdzają to testy przeprowadzone przez PC Worlda - http://www.pcworld.com/article/id,111767/article.html ).

Ocena prawdziwości mitu: nieprawdziwy.

Mit nr 3: jeśli wpiszesz URL ręcznie, nie musisz obawiać się ataku phisherów


Internetowi oszuści, zwani phisherami, to prawdziwa zmora ostatnich miesięcy - specjalizują się oni w zwabianiu internautów na strony do złudzenia przypominające np. witryny e-banków i przechwytywaniu za ich pomocą danych niezbędnych do zalogowania się do e-konta. Atak najczęściej polega na przesłaniu do użytkownika wiadomości podszywającej się pod oficjalny komunikat wysłany przez bank ( może to być np. prośba o zweryfikowanie danych ) - jeśli internauta kliknie na zawarty w e-mailu odnośnik, zostanie przekierowany na fałszywą stronę, zaś wszelkie wpisane tam informacje przechwycą przestępcy.
Przykładowy e-mail phishingowy (fot. Arcabit.pl)

Wiele osób sądzi, że przed takim atakiem można się zabezpieczyć bardzo łatwo - wystarczy nie klikać na odnośniki do e-banków ( czy innych witryn, na których podajemy cenne dane ), tylko wpisywać ich adresy w pole adresowe przeglądarki. Niestety - ta metoda nie jest w stanie zabezpieczyć nas w 100%. Jest kilka sposobów, z których mogą skorzystać przestępcy chcący nas okraść. Pierwszy to tzw. pharming - czyli atak na serwer DNS, dzięki któremu oszust będzie mógł przekierować internautę wpisującego poprawny adres e-banku na inną stronę. Drugi sposób jest podobny - polega na zainfekowaniu komputera trojanem, który pozwoli przestępcy na dokonanie modyfikacji w lokalnym pliku Hosts ( efekt będzie taki sam, jak w przypadku wspomnianego wcześniej ataku na serwer DNS - tzn. wpisanie w przeglądarce określonego adresu URL spowoduje przekierowanie połączenia na inną stronę ).
Jak zabezpieczyć się przed takimi atakami? W pierwszym przypadku warto uważnie obserwować informacje o certyfikatach bezpieczeństwa strony, z którą się łączymy, w drugim - należy regularnie sprawdzać system narzędziami antywirusowymi i antyspyware'owymi.

Ocena prawdziwości mitu: częściowo prawdziwy.


Mit nr 4: Google znajdzie wszystko w Sieci, a jak już przechwyci informacje z twojej strony, to nie da się ich usunąć

Informacje o zasadach indeksowania zawartości stron znajdziecie w serwisie Google Webmaster Central


Wielu osobom wydaje się, że jeśli coś jest opublikowane na WWW, to Google na pewno to znajdzie i zindeksuje ( a nawet wykona kopię strony ). Ale to nieprawda. Po pierwsze, wyszukiwarka znajdzie informacje na stronie tylko wtedy, gdy są one powszechnie dostępne i jeśli do tej strony prowadzi jakiś odnośnik z innej witryny. "Jeśli nie chcesz, żeby Google dodał twoje dane do zasobów, to albo nie umieszczaj ich online, albo zablokuj dostęp do tej witryny hasłem. Google nie radzi sobie z hasłami" - mówi Danny Sullivan, dziennikarz magazynu Search Engine Land.

Możliwe jest także powstrzymanie "pająków" Google ( niewielkich programów, wyszukujących informacje na stronach WWW ) przed zindeksowaniem twojej strony lub usunięcie z katalogów wyszukiwarki wyników ich pracy - instrukcje, jak to zrobić, znaleźć można na stronie Google - http://www.google.com/webmasters/.

Ocena prawdziwości mitu: nieprawdziwy.


Mit nr 5: Wyświetlanie statycznych obrazów na telewizorze plazmowym spowoduje "wypalenie się" fragmentów ekranu

To akurat nie jest mit: według specjalistów z serwisu http://CrutchfieldAdvisor.com wyświetlacze plazmowe ( oraz niektóre CRT ) są podatne na wypalanie się luminoforu - może do tego dojść, jeśli na ekranie przez długi czas wyświetlany będzie nieruchomy obraz.

Eksperci tłumaczą jednak, że problemem tym raczej nie powinni przejmować się zwykli użytkownicy telewizorów plazmowych - ponieważ szereg zjawisk wpływa na redukowanie zagrożenia. Nie ma się co obawiać, że logo stacji telewizyjnej wypali się w rogu ekranu - przerwy reklamowe we współczesnej telewizji są na tyle częste, że uniemożliwiają wypalanie się luminoforu. Nie bez znaczenia jest też fakt, iż większość współczesnych telewizorów wyposażona jest w systemy redukujące to zjawisko ( np. tzw. orbitowanie - czyli minimalne przesuwanie statycznych elementów obrazu ).
42-calowa plazma HD firmy Panasonic

Istnieje jednak pewna grupa użytkowników, którzy narażeni są na uszkodzenie w ten sposób telewizora - Andre Sam z amerykańskiej sieci sklepów RTV Best Buy tłumaczy, że są to... nałogowi gracze, korzystający z plazmy oraz np. konsoli do gier. Potrafią oni spędzać przed telewizorem po kilkanaście godzin - a w tym czasie wyświetlające się na ekranie gry stałe elementy ( statystyki gracza, okno stanu amunicji w grach FPS, zegary w "rajdówkach" ) mogą rzeczywiście wypalić fragmenty ekranu.

Ocena prawdziwości mitu: prawdziwy... ale nieuciążliwy.



Mit nr 6: Jeśli chcesz, by komputer pracował wydajnie, musisz partycjonować i często defragmentować duże dyski


To twierdzenie wydaje się prawdziwe - szczególnie w przypadku komputerów pracujących pod kontrolą systemu Windows, który ma skłonność do wykorzystywania każdej wolnej przestrzeni na dysku i podczas zapisywania plików rozbija go na tysiące części, rozsianych po HDD. Wydaje się, że takie dyski warto defragmentować - przyczyni się to bowiem do scalenia plików i ograniczy liczbę operacji wyszukiwania, które trzeba będzie przeprowadzić w celu odczytania pliku.

Problem w tym, iż testy tego nie potwierdzają - eksperymenty przeprowadzone przez naszych kolegów z amerykańskiego PC Worlda wykazały, że komputery, których dyski zostały zdefragmentowane, nie stają się wcale bardziej wydajne, niż przed tą operacją. Przedstawiciele firmy Diskeeper Corporation zastrzegają, że defragmentowanie przyspiesza działanie dysku - ale tylko pod warunkiem, że co najmniej 20% jego przestrzeni jest wolne.

Testy wykazują również, iż w przypadku nowoczesnych dysków na wydajność nie wpływa w znaczący sposób ich partycjonowanie. Aczkolwiek to warto robić z innego powodu - dużo wygodniej się pracuje, jeśli na jednej partycji umieścimy system operacyjny i aplikacje, a na innej - dane. Takie rozwiązanie minimalizuje również ryzyko utraty danych w przypadku awarii systemu.

Ocena prawdziwości mitu: częściowo prawdziwy
.

Mit nr 7: Jeśli wsadzisz do aparatu cyfrowego szybką kartę pamięci, będziesz mógł szybciej robić zdjęcia

Faktem jest, że na nowoczesnych kartach pamięci flash, przystosowanych do zapisu i odczytu danych z ogromnymi prędkościami, da się szybciej zapisać zdjęcie, niż na kartach starszego typu. Ale wbrew temu, co zwykli wmawiać sprzedawcy w sklepach, kupienie takiej karty raczej nie sprawi, że nasz aparat będzie szybciej rejestrował obraz - bo zapisanie zdjęcia na karcie to dopiero ostatni etap procesu wykonywania fotografii. Cyfrówka musi najpierw przechwycić zdjęcie, potem je przetworzyć, a dopiero na końcu jest ono zapisywane na karcie. I to te dwa pierwsze etapy trwają najdłużej - tak więc kupienie choćby najszybszej karty minimalnie wpłynie na czas wykonywania zdjęcia.

Szybkość zapisu danych na karcie może mieć spore znaczenie, jeśli włożysz wolną kartę do aparatu, który potrafi szybko zapisywać zdjęcia. Zauważysz wtedy wyraźne spowolnienie - jednak w sytuacji odwrotnej ( wolny aparat, szybka karta ) raczej nie powinieneś liczyć na zauważalne przyspieszenie.

Oczywiście, zastosowanie szybkiej karty ma swoje zalety - z pewnością zauważysz różnice podczas kopiowania zdjęć z cyfrówki na dysk komputera.

Ocena prawdziwości mitu:raczej nieprawdziwy.

Mit nr 8: Urządzenia prześwietlające bagaż na lotnisku mogą uszkodzić dane na kartach pamięci

Oficjalne stanowisko producentów tych urządzeń jest takie: "Nasza aparatura prześwietlająca nie wpływa negatywnie na dane przechowywane w pamięci cyfrowych aparatów fotograficznych oraz kartach pamięci flash".

Cóż, nie można się z tym nie zgodzić - z testów przeprowadzonych przez magazyn Digital Camera Shopper wynika, że karty pamięci potrafią być wyjątkowo "twarde". Dziennikarze znęcali się nad nimi na wyjątkowo wymyślne sposoby - karty bez uszczerbku przetrwały kąpiel w gazowanym napoju, pełny cykl prania w pralce automatycznej, przejechanie deskorolki i machinacje przeprowadzane przez destrukcyjnego sześciolatka. Uległy dopiero młotkowi oraz gwoździom, którymi przybito je do drzewa...

Ocena prawdziwości mitu: nieprawdziwy.

Mit nr 9: Długotrwałe korzystanie z telefonu komórkowego może powodować raka oraz inne problemy zdrowotne

To dość popularna opinia - jest ona rozpowszechniona do tego stopnia, że niektórzy lekarza odradzają korzystanie z komórek. Fakty jednak są takie, że nie istnieją żadne wiarygodne opracowania, które jednoznacznie udowadniałyby, że telefony komórkowe powodują jakiekolwiek schorzenia. Takie też jest oficjalne stanowisko Światowej Organizacji Zdrowia oraz amerykańskiej FDA ( Food and Drug Administration ).

Na pewno wiadomo tylko, ze komórki mogą interferować z rozrusznikami serca, defibrylatorami oraz aparatami słuchowymi... Rozmawianie przez telefon może też zagrażać zdrowiu, jeśli robisz to podczas prowadzenia samochodu - ryzykujesz w ten sposób spowodowanie wypadku.

Ale to wciąż nie cała prawda. To, że na razie nie ma żadnych dowodów na negatywny wpływ komórek, nie oznacza, że są one w pełni bezpieczne - dlatego też wciąż prowadzone są badanie w tej kwestii. Na wszelki wypadek nie przesadzajmy więc z pogaduszkami...

Ocena prawdziwości mitu: czas pokaże
.

Mit nr 10: Gdyby mój komputer był zombie, to na pewno był o tym wiedział

Nieprawda - nie wiedziałbyś. W ostatnich miesiącach autorzy trojanów, przekształcających "pecety" w komputery-zombie dokładają wszelkich starań, by właściciel komputera nie był w stanie wykryć, że jest on zdalnie kontrolowany i wykorzystywany np. do wysyłania spamu. Jeśli nie masz aktywnego, uaktualnionego programu antywirusowego i firewalla, który zaalarmuje cię, że ktoś podłącza się do systemu, to mogą minąć długie miesiące, zanim zorientujesz się, że twój komputer to zombie. Inna sprawa, że jeśli masz wymienione powyżej oprogramowanie, to komputer jest raczej bezpieczny...

Lawrence Baldwin z serwisu MyNetWatchman ( www.mynetwatchman.com ), który zajmuje się monitorowaniem aktywności botnetów, mówi, że większość użytkowników dowiaduje się, że ich komputery to zombie PC dopiero wtedy, gdy informuje ich o tym dostawca usług internetowych lub gdy ich poczta zaczyna być blokowana ( ponieważ ich adres IP znalazł się na jednej z "czarnych list" antyspamowych.

Co więc może świadczyć o tym, że komputer stał się zombie? Jest kilka standardowych symptomów - np. nagła awaria oprogramowania antywirusowego ( wiele trojanów wyłącza je po zainfekowaniu systemu ), pojawienie się okresowych problemów z wydajnością maszyny czy wydłużony czas uruchamiania się. Warto jednak zaznaczyć, że powyższe objawy mogą także świadczyć o zwykłej "infekcji wirusowej". Przede wszystkim jednak trzeba pamiętać o profilaktyce: czyli korzystać z regularnie uaktualnianego programu antywirusowego i antyspyware'owego oraz firewalla.

Ocena prawdziwości mitu: nieprawdziwy.

Tekst powstał na podstawie artykułu "Tech Myths: Busted and Confirmed" Dana Tynana z amerykańskiego magazynu PC World.


wp.pl tech
"Być bohaterem przez minutę, godzinę, jest o wiele łatwiej niż znosić trud codzienny w cichym heroizmie."
Ilonadora i czwórka pociech

Offline Gaga

  • Administrator
  • Rozgadany Weteran
  • *****
  • Wiadomości: 26310
Komputer jak stolik do kawy
« Odpowiedź #18 dnia: Maj 31, 2007, 02:36:11 pm »
Komputer jak stolik do kawy
Urządzenie trafi do domów najwcześniej za trzy lata


Do obsługi tego komputera nie jest potrzebna klawiatura ani mysz. Wystarczą palce, którymi użytkownik dotyka ekranu.




Zaprojektowany przez Microsoft komputer o nazwie Surface z wyglądu przypomina wprawdzie zwykły stół, ale za to wykorzystuje nowoczesny sposób komunikacji z człowiekiem. Jego niezwykłość polega na tym, że użytkownik steruje działaniem oprogramowania za pomocą wszystkich palców (tzw. multi-touch), wykonując naturalne, intuicyjne ruchy. Co ciekawe, z wyposażonego w ogromny ekran "komputera stołowego" będzie mogło jednocześnie korzystać kilka osób.

Ta metoda to najnowszy pomysł inżynierów odpowiedzialnych za tzw. interfejs użytkownika - czyli sposób komunikacji między maszyną a człowiekiem. Nad podobnymi systemami pracują również specjaliści Hewlett-Packard. Pierwszym dostępnym komercyjnie produktem wykorzystującym obsługę za pomocą palców będzie natomiast telefon komórkowy iPhone firmy Apple. Nowatorski sposób obsługi urządzenia jest najważniejszą jego cechą, już ustawiają się po nie kolejki chętnych.

Nowy komputer Microsoftu przeznaczony jest - przynajmniej na razie - tylko dla odbiorców korporacyjnych. Trafi do hoteli, niektórych restauracji i kasyn oraz sklepów elektronicznych. Wiadomo już, że pierwsi będą mieli okazję pobawić się Surface'em goście sieci Sheraton, kasyn Harrah's i sklepów oferujących usługi T-Mobile.

Wyposażony w ekran o przekątnej 30 cali i opierający się na systemie Windows Vista, Surface będzie kosztował między 5000 a10000 dolarów. Zdecydowanie tańsza wersja przeznaczona do domu ma się pojawić wciągu trzech lat -zapowiada Microsoft. - Uważamy, że rynek urządzeń tej kategorii będzie miał wartość miliardów dolarów. Wyobrażamy sobie, że takie "komputery stołowe" staną się powszechne i będą montowane w stolikach, kontuarach czy na przykład lustrach - powiedział Steve Ballmer z Microsoftu.

peka, bbc, reuters
Pozdrawiam :))
"Starsza Jesienna Miotełka"

Offline sonia

  • User z prawami do pisania
  • Rozgadany Weteran
  • *******
  • Wiadomości: 25632
    • Dar Życia
Internet nieograniczone możliwości -dobre i złe strony.
« Odpowiedź #19 dnia: Maj 31, 2007, 03:08:59 pm »
Ciekawe-owszem, ale za jaką kasę?  :roll:

przybędzie miejsca w domach, gdy ubędzie najpierw z portfela  ;)
Tam gdzie warto dotrzeć, nie ma dróg na skróty.
Sonia, mama Moniki z zD- 19,10l. , Domowa terapia

Offline Gaga

  • Administrator
  • Rozgadany Weteran
  • *****
  • Wiadomości: 26310
Internet nieograniczone możliwości -dobre i złe strony.
« Odpowiedź #20 dnia: Czerwiec 09, 2007, 09:25:41 pm »
Google i geny

Pokaż mi, jakie strony odwiedzasz, a powiem Ci, kim jesteś

Pragnąc lepiej poznać swoich użytkowników, gigant z Mountain View inwestuje w aplikację, która pomoże rozszyfrować profil genetyczny jego klientów.


Zastanawiacie się, w co się dzisiaj ubrać, co robić w sobotę wieczorem lub jak ukierunkować własną karierę zawodową? Nie ma problemu: wkrótce Google będzie Was znał na tyle dobrze, że odpowie na takie pytania i rozwieje wątpliwości. Jest to w każdym razie nieukrywaną ambicją lidera wyszukiwarek internetowych, który oznajmił, że zamierza stworzyć najbogatszą na świecie bazę danych osobowych.

Google, który już teraz pieczołowicie przechowuje ślady wszystkich kliknięć i poszukiwań prowadzonych przez użytkowników, chce do końca potwierdzić słuszność stwierdzenia: "Pokaż mi, jakie strony odwiedzasz, a powiem Ci, kim jesteś". W jaki sposób? Przez doskonalenie algorytmów pozwalających stworzyć dokładniejszy obraz i pełniejszą analizę żeglowania w sieci każdego internauty. A chodzi o to, że im lepiej wyszukiwarka zna swojego użytkownika, tym łatwiej może mu zaproponować reklamy wiążące się z jego zainteresowaniami.

Może to zbieg okoliczności, ale Google właśnie przeprowadził "drobną" operację finansową: zakupił za 3,9 miliona dolarów mniejszościowy udział w biotechnologicznej spółce 23andMe, której właścicielką jest... nowa małżonka Sergeya Brina, jednego z założycieli giganta z Mountain View. Informacje o genetycznych cechach klientów firmy mają być kluczem do udoskonalenia metod leczenia i spersonalizowanej opieki medycznej.

W Stanach Zjednoczonych i w wielu innych krajach, jak Szwajcaria czy Hiszpania, laboratoria zajmujące się badaniami DNA zbijają gigantyczne fortuny. Przykładem może być Family Tree DNA. Za kilkaset dolarów można uzyskać swój genetyczny dowód tożsamości i znaleźć "kuzynów spod znaku DNA" na całym świecie.

Stąd tylko krok do realizacji marzeń Google zmierzającego do rozpoznania profilu genetycznego swoich użytkowników, aby jeszcze lepiej trafiać do nich z własną ofertą.

Czy to w ogóle możliwe? Zdaniem ośrodka badawczego Génopole w Evry, "jesteśmy jeszcze odlegli o całe lata świetlne od tego, aby móc stwierdzić na ile nasze działania w internecie wiążą się z określonym profilem genetycznym". – Należałoby założyć z jednej strony, że ludzie będą dobrowolnie przesyłać informacje na temat swojego genomu, a z drugiej, że uda się zbadać jego wpływ na zachowanie w sieci. To technologicznie niemożliwe. A poza tym nie do przyjęcia ze względów etycznych – ocenia Nicole Chemani, dyrektorka ds. komunikacji w Génopole. – Zdaje się, że ktoś chciał po prostu sprawić przyjemność swojej żonie...

Wątpliwości ma także Jean-Marie Chauvet, dyrektor LC Capital, firmy zajmującej się innowacyjnymi technologiami w dziedzinie informacji. Uważa on, że realizacja całego pomysłu nasuwa problemy. – Nie jest pewne, czy ludzie zechcą uczestniczyć w tej grze (...) – mówi. – Niezależnie od tego istnieje ogromny problem poufności i ochrony danych pojawiający się przy tym projekcie. Google dysponowałby danymi osobowymi przydatnymi chociażby dla wielkich firm farmaceutycznych, wciąż poszukujących informacji na temat określonych populacji. Niepokojący jest w tym kontekście fakt, że do Google mają dostęp właściwie wszyscy...
Pozdrawiam :))
"Starsza Jesienna Miotełka"

Offline Gaga

  • Administrator
  • Rozgadany Weteran
  • *****
  • Wiadomości: 26310
Internet nieograniczone możliwości -dobre i złe strony.
« Odpowiedź #21 dnia: Czerwiec 15, 2007, 08:57:56 am »
Po co nam internet w pracy
Dariusz Brzostek2007-06-11

Polacy nie widzą nic złego w tym, żeby prywatnie poserfować w sieci podczas pracy. - To zdrowe zachowanie, że chcemy na chwilę się rozluźnić. Potem jesteśmy bardziej efektywni - tłumaczą socjolodzy

Jakie strony internetowe oglądasz w pracy?

Surfowanie w sieci stało się jedną z najczęstszych metod uciekania od pracy. Według badań przeprowadzonych przez serwis America Online najpopularniejszym przytaczanym przez pracowników usprawiedliwieniem marnowania czasu pracy na wirtualne podróże była wymówka, iż nie mają oni już nic do roboty i dlatego leniuchują, ich przerwy w pracy zaś to efekt niskich wynagrodzeń nieadekwatnych do zadań, jakie wykonują.

A gdzie serfują Polacy?

Nowe buty i ustawy przez Gadu-Gadu


Ewa Tatarkiewicz pracuje w prestiżowej agencji nieruchomości. Każdy dzień pracy zaczyna od rytualnej gorzkiej kawy ze śmietanką i przeglądania internetu. Najpierw czyta wiadomości na portalach (Wp.pl i Onet.pl), później przegląda najświeższe ploteczki z prasy kolorowej, potem o tych i innych ploteczkach rozmawia przez komunikator Gadu-Gadu ze znajomymi. Dlaczego to robi? - Bo to pomaga w pracy. Zupełnie inaczej się pracuje, jak wiem, co słychać u znajomych, czy jak się dowiedzą, że kupiłam sobie fajne buty i mogę im je opisać - mówi.

O tym, jak pomocne w pracy może być Gadu-Gadu, mówi Beata Żelazek, pracownik administracji państwowej na Podlasiu. - Konsultuję się z koleżankami z innych miast i podpowiadamy sobie, jak rozwiązać nietypowe problemy społeczne czy interpretacje ustaw. Poza tym dobrze mieć kontakt do kogoś, kto szybko streści nową ustawę czy powie, jak szybko i skutecznie przeprowadził odpowiednie postępowanie z dłużnikami - przekonuje. Wiele szczegółowych rozwiązań, których trudno szukać w nowelizacjach ustaw, można znaleźć na forach internetowych, szczególnie dotyczących tego, jak zareagować w danej sytuacji czy chociażby jak koleżanki motywowały pisma do prokuratora czy komornika o ściągnięcie wierzytelności. - Wiadomo, co wiele głów poradzi, to zawsze lepiej niż jedna - dodaje Beata. Gdy obrobi się ze swoją pracą, lubi zajrzeć do sieci, by przejrzeć dział dla kobiet i dowiedzieć się czegoś o najnowszych trendach w modzie.

Allegro, czyli zakupy w pracy

Z kolei 23-letni Patryk Bartkowski, który w Warszawie projektuje wnętrza, nie ma w pracy Gadu-Gadu. Poza wyszukiwaniem zawodowych nowinek myszkuje w sieci, by się zrelaksować pomiędzy kolejnymi zleceniami. - Wchodzę na Youtube.com i odcinam się na chwilę od zajęć. Lubię przejrzeć ciekawe filmiki, nowe spoty czy złożyć zamówienie na kolejną rzecz na portalu aukcyjnym Allegro.pl. Zazwyczaj po pracy nie ma już czasu, by jeździć jeszcze po sklepach. Ostatnio na Allegro kupiłem kilka śmiesznych gadżetów akcesoriów do telefonu, modem do laptopa i perfumy Chic, taniej niż w sklepie - wylicza. Dlaczego kupuje na allegro? - Lepiej na tym wychodzę. O wiele bliżej mam na pocztę niż do sklepu - śmieje się Patryk, który przerywa pracę, by zobaczyć najnowszy hit na aukcji - torebkę teletubisia Twinky Winky. - Po takiej porcji śmiechu dużo lepiej się pracuje.

Pracodawcy odcinają sieć

Internet w pracy choć jest niezbędny, to coraz częściej jest wykorzystywany do innych celów. Internauci na portalu Praca.wp.pl przyznali się, że chętnie korzystają z "niewłaściwego" przeznaczenia internetu w pracy. Aż 33 proc. pracowników poświęca przynajmniej godzinę pracy na surfowanie w sieci w celach prywatnych, 8 proc. zaś - od dwóch do trzech godzin. Jak łatwo policzyć, w ciągu tygodnia tracimy co najmniej pięć godzin pracy, w przeciągu miesiąca - ponad 20. Jednak w prywatnym surfowaniu pracownicy nie widzą nic złego. Takiego zdania było 64 proc. ankietowanych. Kolejnych 21 proc. uznało, że prywatne korzystanie z internetu jest do przyjęcia tylko wtedy, jeśli nie zdarza się zbyt często.

Pracodawcy widząc spadek efektywności, coraz częściej odcinają pracownikom dostęp do sieci, pozostawiają tylko strony niezbędne do wykorzystywania w celach zawodowych. Tak zrobiło dowództwo służby więziennej. Dziś, aby skorzystać z internetu, każdy pracownik musi dostać zgodę od dowódcy, który patrzy i skrzętnie odnotowuje, co i do kogo wysyłał. Z kolei w Lubelskim Urzędzie Marszałkowskim informatycy monitorowali, jakie strony przeglądają pracownicy tamtejszego urzędu. Gdy zauważyli, że urzędnik surfuje po stronie niezwiązanej z jego pracą, natychmiast zawiadamiali jego przełożonych. Gdy sytuacja powtórzyła się ponownie, pracownikowi odcinano dostęp do sieci. Pomogło. W lubelskim magistracie, choć jest pełen dostęp do sieci, z prywatnych stron nikt nie korzysta.

Oglądam mojego synka

Oprócz serwisów aukcyjnych i Gadu-Gadu internet oferuje też inne przydatne narzędzia. 32-letnia Joanna Grzelak nie wyobraża sobie, żeby w pracy nie mogła mieć wglądu na swojego synka, który chodzi do jednego z warszawskich przedszkoli, które są non stop monitorowane dla rodziców w sieci. - Wystarczy, że w zaloguję się na stronie internetowej przedszkola i widzę, co mój Adrianek w danej chwili robi. Jako matka muszę wiedzieć, że nic mu nie dolega, nie płacze i wszystko w przedszkolu jest w porządku. Loguję się po 6-10 razy dziennie, za każdym razem popatrzę przez kilka minut i mogę w spokoju pracować. Gdyby nie internet, musiałabym zrezygnować z pracy, bo nie wytrzymałabym tej presji - tłumaczy.

Z kolei Jola Jęcz, asystentka w biurze handlowym, gdy tylko wyrobi się ze swoją pracą, poszukuje w sieci przyjaznych dusz. - Te portale randkowe są rewelacyjne. Naprawdę poznałam wiele fajnych osób, z którymi do dziś się spotykam w realu, oczywiście po pracy - mówi Jola. Poza tym chętnie spędzam czas na Grono.net, odwiedzam ciekawe strony, gdzie można kupić fajne książki, płyty czy kosmetyki. Wszystko dzięki znajomym z sieci - cieszy się.

Porno pułapka


Czasem jednak zdarzy się, że wpadamy w pułapkę, jaką zastawi na nas internet. Tomek, Jacek i Piotrek to młodzi, dwudziestoparoletni ochroniarze strzegący jednego z warszawskich pasaży handlowych. Pracują w systemie: 24 godziny pracy, następnie 48 godzin wolnego. W ciągu dnia pilnują stoisk. Wieczorem, gdy nic się nie dzieje, idą do dyżurki, gdzie wertują po kolei płatne strony erotyczne, wysyłając SMS-y po 10 zł każdy, żeby je odblokować. - Mamy już ukończone 18 lat, to nam wolno - odpowiada Piotrek. Jako stronę startową ustawili stronę porno. Oglądając, wpisują swoje komentarze lub zapisują zdjęcia nagich kobiet. - Taka praca. Bez tego byśmy się zanudzili. Ile w końcu można się kręcić wokół pustych sklepów - argumentuje Jacek. - Po 16 godzinach stania i nam należy się coś w pracy. A każdy niech robi to, co lubi - tłumaczy Tomek. - A prawda jest taka, że jedni te strony przeglądają i się przyznają do tego, inni lubią popatrzeć i udają, że nigdy tam nie wchodzą - śmieje się.

Serfujmy, ale z umiarem

Dr Marek Szopski, socjolog z Uniwersytetu Warszawskiego, tłumaczy, że człowiek jako tzw. system przetwarzania danych chętnie różnicuje swoje bodźce. - Jesteśmy ludźmi, nie supermaszynami. A człowiek już ma taką naturę, że potrzebuje pewnej różnorodności. Po 40-50 minutach intensywnej pracy potrzebujemy czasu na relaks. Inaczej popadlibyśmy w niepotrzebną monotonię. Dlatego chętnie buszujemy po sieci, choć i tu powinniśmy znać swój umiar.

Dr Szopski sam przyznaje, że też nie lubi ciurkiem pracować. Gdy tylko znajdzie wolną chwilę, szuka w sieci ciekawych informacji. Chętnie też czytam portale informacyjne i przeglądam aukcje internetowe. - Sam Umberto Eco powiedział, że otwarty dostęp do półek pozwala dotrzeć do wiedzy, której nikt z nas nie szuka, a której w inny sposób nigdy byśmy nie znaleźli. Tak samo jest ze mną - dodaje.













Cytuj

Oglądam mojego synka

Oprócz serwisów aukcyjnych i Gadu-Gadu internet oferuje też inne przydatne narzędzia. 32-letnia Joanna Grzelak nie wyobraża sobie, żeby w pracy nie mogła mieć wglądu na swojego synka, który chodzi do jednego z warszawskich przedszkoli, które są non stop monitorowane dla rodziców w sieci. - Wystarczy, że w zaloguję się na stronie internetowej przedszkola i widzę, co mój Adrianek w danej chwili robi. Jako matka muszę wiedzieć, że nic mu nie dolega, nie płacze i wszystko w przedszkolu jest w porządku. Loguję się po 6-10 razy dziennie, za każdym razem popatrzę przez kilka minut i mogę w spokoju pracować. Gdyby nie internet, musiałabym zrezygnować z pracy, bo nie wytrzymałabym tej presji - tłumaczy.
Pozdrawiam :))
"Starsza Jesienna Miotełka"

Offline Emilianka

  • User z prawami do pisania
  • Wyjadacz
  • *****
  • Wiadomości: 3124
Internet nieograniczone możliwości -dobre i złe strony.
« Odpowiedź #22 dnia: Czerwiec 20, 2007, 10:54:27 am »
Sekret szczęścia: wykasować wszystkie maile

Debbie Weil

Dwaj amerykańscy blogerzy nie mając ochoty na czytanie nawału maili, jakie znalazły się w ich skrzynkach, postanowili ogłosić mailowe bankructwo, czyli wykasować całą zawartość skrzynki i wrócić do komunikacji głosowej z innymi ludźmi

Gdy Fred Wilson i Jeff Nolan oznajmili na początku roku, że są bankrutami, nie musieli stawić czoła wściekłym inwestorom czy wierzycielom. Nikt nie stracił pracy, a ceny akcji nie spadły.

Wszystko dlatego, że ogłoszone przez nich bankructwo nie dotyczyło upadku firmy, ale przeładowania informacjami: obaj ogłosili się "mailowymi bankrutami".

Wilson z uśmiechem oznajmił swoją decyzję na popularnym blogu kilka miesięcy temu, a jego słowa zapewne znajdą zrozumienie u osób zmagających się z nawałem maili.

Oznajmiając wcześniej, że miał ponad 2 tys. nieprzeczytanych wiadomości, napisał: "Mam takie zaległości w czytaniu maili, że ogłaszam bankructwo".

"Jeśli wysłaliście mi wiadomość (a nie jesteście moją żoną, partnerem lub kolegą), proszę o przesłanie jej jeszcze raz".

Inny bloger Jeff Nolan przyjął tę deklarację tak entuzjastycznie, że następnego dnia poszedł w ślady Wilsona, pisząc: "Od tego momentu wracam do komunikacji głosowej jako podstawowej metody interakcji z innymi ludźmi".

Po co czytać te wszystkie maile?

Wilson i Nolan wiedzą, co mówią. Jak wielu innych od lat zmagam się z nadmiarem wiadomości w mojej skrzynce, a mój stosunek do maili to przykład typowej relacji miłość-nienawiść. Sześć lat temu napisałam felieton o uzależnieniu od maili. Dostałam po nim więcej odpowiedzi niż kiedykolwiek przedtem lub potem.

Dziesiątki czytelników, od Stanów, przez Wielką Brytanię, aż po Australię i Malezję napisało do mnie, aby powiedzieć, że sprawdzanie skrzynki mailowej kilkanaście razy dziennie zajmuje im za dużo czasu i jest wyczerpujące. Jedynym rozwiązaniem, jakie widzieli było wyłączenie komputera.

Jesteśmy uwiązani do naszych Blackberry, Treo [kieszonkowe telefony i komputery - przyp. tłum.] i laptopów, a nasze życie w świecie zaawansowanych technologii nie przynosi wolności i elastyczności, a jedynie nawał informacji.

Te urządzenia miały uwolnić nas od siedzenia po godzinach w biurze. Mając dostęp do poczty elektronicznej można pracować wszędzie, od kawiarni internetowych w Paryżu po najdalsze wioski w Afryce czy Azji.

Czy jednak naprawdę musisz czytać serię maili, w których Peter zwołuje spotkanie, ale Sue nie może na nim być, więc trzeba zmienić termin, ale wtedy Edowi nie będzie pasowało, a tak czy inaczej sala konferencyjna została już zarezerwowana przez kogoś innego?

Inaczej niż w przypadku przekroczonego limitu na karcie kredytowej, bankructwo mailowe nie jest aż takie straszne jak się może wydawać. Niektórym odpowiada taki nowy początek dzięki skasowaniu zawartości skrzynki. Nie ma znaczenia ilu wiadomości się nie otworzyło czy nie przeczytało. Zaczynanie od nowa może przynieść ulgę.

Skrzynka mailowa jak zabałaganiona szafa

Nie muszę chyba wyjaśniać, że wiele razy kusiło mnie, aby ogłosić mailowe bankructwo i zacząć od nowa. Nigdy tego nie zrobiłam. Zdobyłam się jednak na coś podobnego - zmieniłam adres mailowy i "zaczęłam od nowa" z pustą skrzynką. Nie usunęłam wszystkich wiadomości z mojego starego konta, więc to się chyba nie liczy.

Niestety takie rozwiązanie działa na krótką metę. Konto Gmail, którego aktualnie używam jest zapełnione w 96 proc. Oznacza to, że mam ok. 2 MB maili (ponad 15 tys. wiadomości), zebranych w ciągu około dwóch lat. Zapytacie, dlaczego niektórych z nich nie usunę?

No cóż, zastanawiałam się nad tym. Przeczytałam FAQ i dyskusje na forum Gmail. Znalazłam nawet na popularnej stronie LifeHacker instrukcje jak opróżnić skrzynkę Gmail, ale póki co nie miałam czasu, żeby się tym zająć. Mam za dużo nowych maili do przeczytania...

Czy to znaczy, że lubię chomikować? Że jestem wariatką, która trzyma w domu każdą gazetę i magazyn, jaki kiedykolwiek miałam w rękach? Stosy pożółkłych gazet chwieją się niebezpiecznie. Trzeba przeciskać się przez wąskie przejście między pokojem, jadalnią i kuchnią. (Taki widok zawsze czeka na tych, którzy znajdują takiego zbieracza martwego i ktoś musi posprzątać jego dom).

Odeszłam jednak od tematu. Może to nie jest takie złe.

Co twoja skrzynka mailowa mówi o tobie? Czy jest to cyfrowe archiwum twojego życia? Czy może przypomina ona zabałaganioną szafę, do której wciskasz wszystko, co może się przydać, nawet jeśli nie przeglądałeś rzeczy leżących na dnie szafy (dziś pogniecionych, niemodnych i mało istotnych) przez kilka lat?


Powinniśmy walczyć z odruchem chomikowania i uwiązania do skrzynki mailowej. Jest też inny sposób, aby poradzić sobie z codziennymi cyfrowymi pogaduszkami. Można założyć bloga i poprosić znajomych o umieszczanie tam komentarzy zamiast pisania maili. Możesz także skorzystać z RSS-ów, aby być na bieżąco z tym, co chcesz wiedzieć, wtedy kiedy chcesz i z możliwością wyboru, np. czy chcesz czytać informacje z firmy czy też swoje ulubione blogi.

Ogłośmy więc mailowe bankructwo. Wytrzyjmy tablicę. Zamknijmy komputer. Wrzućmy nasze Blackberry na dno szuflady. Pojedźmy na plażę, w góry albo do lasu. Poczytajmy książkę albo napijmy się wina. I cieszmy się latem, zanim przeminie.

Źródło: The Guardian

Offline ilonadora

  • User z prawami do pisania
  • Rozgadany Weteran
  • *******
  • Wiadomości: 8423
    • http://wwwmojedzieciaki.blox.pl/html
Internet nieograniczone możliwości -dobre i złe strony.
« Odpowiedź #23 dnia: Lipiec 18, 2007, 12:14:36 pm »
Co za dużo, to niezdrowo


Badacze z University of Missouri-Columbia zauważyli, że lepiej za bardzo nie rozbudowywać kontentu stron internetowych. W swoim eksperymencie sprawdzali, ile uwagi ludzie poświęcają zdjęciom wybieranym z większego lub mniejszego zbioru. Okazało się, że koncentracja wzrasta w tym drugim przypadku. Naukowcy sądzą, że ich odkrycie wpłynie na sposób konstruowania wyszukiwarek, reklam i stron WWW.


Przyjrzyjmy się jakiemuś dużemu portalowi informacyjnemu. Na stronie głównej znajdziemy przynajmniej 50 zlinkowanych artykułów. Częstość występowania stron tak zwielokrotnionego wyboru wiąże się z przyjęciem założenia, że internautom zależy na rozszerzonym wachlarzu opcji. W naszym badaniu odkryliśmy, że wielość alternatyw do wyboru wcale niekoniecznie jest lepsza. W rzeczywistości może ograniczać zdolność danej osoby do skoncentrowania się na kontencie - opowiada Kevin Wise, profesor komunikacji strategicznej z uniwersyteckiego Instytutu Dziennikarstwa.

Wise i Kimberlee Pepple prosili wolontariuszy, by wybrali z zestawu miniaturek 3 zdjęcia. W jednej sytuacji eksperymentalnej zbiór składał się z 6, a w drugiej z 24 fotografii. Aby określić reakcję orientacyjną serca badanych, naukowcy mierzyli podczas oglądania zdjęć tętno. Reakcja orientacyjna (ang. orienting reaction) to obserwowana na poziomie fizjologicznym i zachowania reakcja organizmu na napływające bodźce. Wzrastające chwilowo tętno świadczy o tym, że coś przykuło czyjąś uwagę.

Okazało się, że u ludzi wybierających z 6-elementowego zbioru występowała reakcja orientacyjna, a w grupie, której przedstawiano rozbudowany zestaw, już nie...

Po zakończeniu tej próby wolontariusze wykonywali zadanie, które miało odwrócić ich uwagę od zadania ze zdjęciami. Następnie naukowcy prosili o wskazanie wcześniej oglądanych fotografii. Ludzie wybierający uprzednio z węższego zestawu dokonywali niemal w 100% poprawnych wyborów (99%), w dodatku szybciej podejmowali decyzję. Osoby, które widziały 24 zdjęcia, myliły się o 10% częściej (89% poprawnych odpowiedzi).

Zbyt wiele elementów nie pozwala na zapamiętanie. Poza tym nasze zasoby przetwarzania informacji w pewnym momencie się wyczerpują, co oznacza, że nie można skutecznie "przerobić" nowych danych bez poświęcenia części starych.



kopalnia wiedzy
"Być bohaterem przez minutę, godzinę, jest o wiele łatwiej niż znosić trud codzienny w cichym heroizmie."
Ilonadora i czwórka pociech

Offline ilonadora

  • User z prawami do pisania
  • Rozgadany Weteran
  • *******
  • Wiadomości: 8423
    • http://wwwmojedzieciaki.blox.pl/html
Internet nieograniczone możliwości -dobre i złe strony.
« Odpowiedź #24 dnia: Lipiec 24, 2007, 02:09:38 pm »
Anonimowość w sieci po półtora roku


Dane pozwalające na powiązanie haseł wpisywanych w wyszukiwarkę z użytkownikami będą znikały po 18 miesiącach - najpierw Google, a teraz Microsoft zmieniają politykę dotycząca prywatności w sieci.

Obrońcy prawa ludzi do prywatności od dawna alarmują, że internetowe wyszukiwarki to jedno z głównych zagrożeń dla prywatności, gromadzą bowiem dane o użytkownikach, a ich analiza pozwala na uzyskanie wiedzy na temat upodobań internautów. W czerwcu brytyjska organizacja Privacy International uznała Google za wroga numer 1 prywatności. Oberwało się też - choć znacznie mniej - Microsoftowi. Sprawą zainteresowała się nawet Komisja Europejska i amerykańskie władze, bo danych o użytkownikach obie spółki mogą gromadzić coraz więcej - Google czeka na zgodę na przejęcie firmy reklamowej DoubleClick (monitoruje m.in. efekty e-kampanii; np. zbiera informacje o zachowaniu w sieci osób, które widziały reklamy), Microsoft zaś chce kupić spółkę aQuantative, która rywalizuje z DoubleClick.

Obaj giganci ugięli się pod presją: Google już w czerwcu ogłosił, że po 18 miesiącach dane staną się anonimowe, czyli nie będzie można powiązać historii poszukiwań z konkretnym użytkownikiem.

Wczoraj na podobne posunięcie zdecydował się Microsoft. O ile użytkownik nie zdecyduje inaczej, dane zgromadzone przez wyszukiwarkę "Live Search" Microsoftu będą usuwane. Przedstawiciele koncernu zapowiedzieli też, że zawężą zakres danych zbieranych przez wyszukiwarkę i inne internetowe aplikacje.

Microsoft podkreśla jednak, że to użytkownik powinien decydować, czy zależy mu zachowaniu anonimowości, czy bardziej na usługach internetowych, które muszą opierać się właśnie na takich danych, jeśli mają być skrojone do jego potrzeb (np. spersonalizowana strona z wiadomości z tylko tych branż, które nas interesują.



gazeta.pl
"Być bohaterem przez minutę, godzinę, jest o wiele łatwiej niż znosić trud codzienny w cichym heroizmie."
Ilonadora i czwórka pociech

Offline ilonadora

  • User z prawami do pisania
  • Rozgadany Weteran
  • *******
  • Wiadomości: 8423
    • http://wwwmojedzieciaki.blox.pl/html
Internet nieograniczone możliwości -dobre i złe strony.
« Odpowiedź #25 dnia: Lipiec 27, 2007, 11:46:07 am »
Internet drugiej generacji: za co może odpowiadać administrator serwisu



Wyrok w sprawie serwisu YouTube wytoczonej przez koalicję producentów audiowizualnych będzie miał znaczenie nie tylko dla właścicieli tego serwisu - twierdzi adwokat, wspólnik w kancelarii Traple Konarski Podrecki


Serwisy określane jako Internet drugiej generacji (Web 2.0) wyróżniają się tym, że zapewniają użytkownikom samodzielne zamieszczanie materiałów. Środek ciężkości redagowania stron WWW przesunął się więc w kierunku użytkowników. Rola administratorów serwisu ogranicza się do dostarczenia platformy informatycznej, za pomocą której internauci komunikują treści między sobą. Taki model funkcjonowania witryn Web 2.0 rodzi pytanie o zakres odpowiedzialności administratorów, gdy treści umieszczone przez użytkowników naruszają prawa osób trzecich, w tym autorskie. Szczególne problemy związane są z funkcjonowaniem tych serwisów, które pełnią rolę swoistych forów wymiany nie tylko amatorskich treści, ale również utworów lub przedmiotów praw pokrewnych stworzonych przez podmioty profesjonalne. Wymiana ta dokonywana jest bowiem przeważnie bez zezwolenia uprawnionych podmiotów. Działalność najpopularniejszego serwisu tego typu - YouTube - stała się przedmiotem powództwa wytoczonego przez koalicję producentów audiowizualnych właścicielom serwisu, firmom YouTube Inc., YouTube LLC oraz Google Inc. Wyrok w tej sprawie będzie miał fundamentalne znaczenie dla określenia sposobu funkcjonowania serwisów Web 2.0. Warto w związku z tym zanalizować najważniejsze problemy prawne dotyczące tej sprawy, zachowują one bowiem (mimo pewnych odmienności w systemach odpowiedzialności) aktualność na gruncie naszego prawa.

Dwa modele prawne

Administratorzy serwisów Web 2.0 mają do wyboru dwa modele prawne funkcjonowania serwisów:

> według pierwszego są tzw. dostawcą treści (content provider). Ich działalność wkracza w monopol autorski przysługujący podmiotom, których treści są dostępne w serwisie. W konsekwencji administratorzy będą odpowiadać jako sprawcy (bezpośredni) naruszeń, jeśli treści rozpowszechniane w serwisie okażą się bezprawne. Odpowiedzialność ta, określona przepisami prawa autorskiego, jest niezależna od winy;

> według drugiego administratorzy są podmiotami przechowującymi cudze treści (host provider). Dostarczają jedynie platformę informatyczną, do rozpowszechniania utworów dochodzi natomiast między użytkownikami. Działania administratorów nie ingerują w sferę praw autorskich uprawnionych podmiotów, czynności relewantnych z tego punktu widzenia dokonują wyłącznie użytkownicy serwisu. W konsekwencji administratorzy nigdy nie odpowiadają jako sprawcy naruszeń, lecz najwyżej jako pomocnicy.

Przesłanek ich odpowiedzialności nie określają ustawy prawno-autorskie: ani amerykańska (sprawa YouTube), ani polska.

W systemie anglosaskim orzecznictwo wypracowało natomiast konstrukcję pośredniego naruszenia (indirect infringement). Ma ono miejsce, gdy istnieje odpowiedni związek między pośrednim naruszycielem a działalnością powodującą bezpośrednie naruszenie. W szczególności związek ten może polegać na przyczynieniu się do naruszenia prawa autorskiego (contributory infringement). Będzie tak wtedy, gdy pośredni naruszyciel - wiedząc o takiej działalności - namawia do niej lub ją materialnie wspiera (np. dostarczając oprogramowanie do bezprawnego kopiowania utworów muzycznych).

W prawie polskim odpowiedzialność pośredniego naruszyciela określa art. 422 kodeksu cywilnego. Wobec serwisów Web2.0 najczęściej zastosowanie znajdzie konstrukcja pomocnictwa do wyrządzenia szkody. Pomocnictwo rozumiane jest generalnie jako fizyczne lub psychiczne wspieranie sprawcy szkody, przy czym może ono przybierać postać czynną i bierną (np. zaniechanie wykonania obowiązku określonego przepisami prawa). Podstawową przesłanką odpowiedzialności pomocnika jest wina, na którą składają się dwa elementy: obiektywny - bezprawność, oraz subiektywny -wadliwość podmiotowa.

Jako sprawca...

W sprawie YouTube zarzut dotyczy pozyskiwania przez właścicieli serwisu licencji na dalszą dystrybucję zamieszczanych w nim materiałów. Tego rodzaju postanowienia miały być w regulaminie, którego treść musieli zaakceptować wszyscy użytkownicy. Zdaniem powodów taki sposób funkcjonowania serwisu skutkuje odpowiedzialnością za (bezpośrednie) naruszenie praw autorskich.

Ten zarzut zachowuje pełną aktualność na gruncie prawa polskiego. Pozyskując od użytkowników licencje na dalsze rozpowszechnianie materiałów zamieszczonych w serwisie, administrator serwisu staje się dostawcą treści. Jeśli ich charakter jest bezprawny, odpowiada on jako sprawca naruszenia. Odpowiedzialności tej nie można skutecznie wyłączyć (np. w regulaminie serwisu).

... i pomocnik

Ze względu na opisane ryzyko administratorzy serwisów Web 2.0 próbują zorganizować swoją działalność w sposób pozwalający na zaliczenie ich do podmiotów przechowywujących cudze treści (host provider). Wtedy bowiem mogą skorzystać z wyłączeń odpowiedzialności określonych przez ustawy o handlu elektronicznym. Przesłanki wyłączeń są w nich bardzo zbliżone: podmioty przechowujące w swoich zasobach teleinformatycznych cudze dane nie ponoszą odpowiedzialności, jeśli nie mają wiedzy o ich bezprawnym charakterze, a niezwłocznie po pozyskaniu takich informacji uniemożliwią do nich dostęp. W ustawach tych zapisana jest również zasada, zgodnie z którą podmioty przechowujące cudze dane nie mają generalnego obowiązku monitorowania tych treści pod kątem ustalenia ich bezprawnego charakteru.

Przepisy te istotne ograniczają (ale nie wyłączają) możliwości przypisania administratorom serwisów odpowiedzialności jako pomocnikom. Odpowiedzialność tę mogą nadal ponosić w razie: a) niewykonania ustawowego obowiązku zablokowania dostępu do bezprawnie rozpowszechnianych materiałów, b) niewykonania sądowego obowiązku zapobiegania naruszeniom praw autorskich, c) podejmowania różnego rodzaju działań mających charakter świadomego współdziałania z naruszycielem.

Obowiązek zapobiegania


Podmioty przechowujące cudze treści są zobowiązane do zablokowania dostępu do bezprawnie rozpowszechnianych materiałów niezwłocznie po pozyskaniu wiedzy o takim ich charakterze. Wiedzę tę pozyskują przedewszystkim od uprawnionych podmiotów. Tego rodzaju regulację zawierają wszystkie ustawy o handlu elektronicznym, a w naszej o świadczeniu usług drogą elektroniczną ustanawia ją art. 14 ust. 1. Niewykonanie obowiązku zablokowania dostępu do bezprawnych treści naraża host providerów na odpowiedzialność jako pomocników.

Procedura ta nie zawsze dostatecznie chroni uprawnione podmioty. Wyraźnie ilustruje to sprawa YouTube. W pozwie wykazano bowiem, że administrator serwisu blokował jedynie dostęp do bezprawnie rozpowszechnianych utworów umieszczanych pod wskazanym w powiadomieniu adresem internetowym. Tymczasem te same utwory były nadal rozpowszechniane w serwisie - również nielegalnie - przez innych jeszcze użytkowników. Co więcej, ten sam użytkownik mógł ponownie umieścić w serwisie, po otwarciu nowego konta, bezprawny materiał.

Problem ten mogłoby rozwiązać nałożenie nahost providerów obowiązku zapobiegania naruszeniom praw autorskich. Obowiązek taki nie został jednak (w odróżnieniu od powinności blokowania dostępu do bezprawnie rozpowszechnianych materiałów) wyraźnie wprowadzony w ustawach o handlu elektronicznym, w tym i w polskiej. Możliwość taką jednoznacznie przewiduje art. 14 ust. 3 dyrektywy 2000/31/WE o handlu elektronicznym. Wmyśl tego przepisu uprzywilejowany status host providerów w zakresie odpowiedzialności cywilnej lub karnej nie wyklucza dopuszczalności nałożenia przez sądy obowiązku zapobiegania naruszeniom.

Problematyką tą zajmował się też niemiecki Sąd Najwyższy w związku z procesem toczącym się między podmiotami uprawnionymi do marki Rolex a administratorem serwisu aukcyjnego Ricardo (host provider). W wyroku z 11 marca 2004 r. (BGH, IZR304/01) sąd nałożył na właściciela serwisu obowiązek monitorowania w przyszłości wszystkich aukcji pod kątem wychwycenia innych naruszeń dotyczących tego samego znaku towarowego (Rolex), w szczególności przez stosowanie odpowiedniego oprogramowania wykrywającego podejrzane aukcje, np. z uwagi na informację o sprzedaży podróbek czy szczególnie niską cenę oferowanego towaru. Takie ustawienie kryteriów kontrolowania aukcji ma istotne znaczenie dla ewentualnej odpowiedzialności administratora serwisu aukcyjnego. Może on bowiem odpowiadać tylko za te naruszenia, które powstały z jego winy.Również na gruncie prawa polskiego można próbować konstruować obowiązek podjęcia przez host providera działań zapobiegających naruszeniom praw autorskich w przyszłości. Pozwala na to art. 439 k.c. Przy jego stosowaniu pamiętać jednak należy, że ustanawia on bardziej rygorystyczne przesłanki niż ustawa o prawie autorskim. Konieczne jest bowiem wykazanie istnienia niebezpieczeństwa bezpośredniego zagrożenia szkodą, samo stwierdzenie stanu zagrożenia interesów uprawnionego nie jest wystarczające.

Zakaz współdziałania z naruszycielem

Administrator serwisu Web 2.0 może odpowiadać jako pomocnik również w razie czynnego wspierania sprawcy naruszeń prawa autorskiego. W sprawie YouTube powodowie zarzucili, że pozwani nie świadczyli usługi "czystego" hostingu, ale podejmowali jeszcze dodatkowe czynności, np. umieszczanie bezprawnych treści na swoim serwerze, ich zapis we własnym formacie, indeksowanie materiałów oraz stworzenie systemu wyszukiwawczego. Równie istotne, że pozwani wiedzieli i chcieli, aby dochodziło do naruszeń praw autorskich osób trzecich, stanowiło to wręcz część ich biznesplanu. W pozwie podkreślono także, że ich działalność miała cechy promowania naruszeń praw autorskich powodów dokonywanych przez użytkowników serwisu. Te wszystkie okoliczności przesądzają o możliwości przypisania YouTube pośredniego naruszenia praw autorskich powodów, mającego cechy tzw. contributory infringement.

Z punktu widzenia prawa polskiego dla przyjęcia odpowiedzialności pomocnika nie jest wystarczające wykazanie dostarczania przez niego środków technicznych służących do naruszenia. Jego działanie powinno mieć bowiem charakter świadomego współdziałania ze sprawcą. Z tych względów administratorzy serwisów Web2.0 nie będą odpowiadali za dostarczanie oprogramowania pozwalającego na bezprawne rozpowszechnianie w serwisie cudzych utworów. Trudno bowiem przyjąć umyślność ich działania, gdy oprogramowanie to służyć może również do umieszczania materiałów nienaruszających praw autorskich (np. utworów stworzonych przez użytkowników). Bardziej skomplikowana jest natomiast ocena wprowadzania różnego rodzaju ułatwień w korzystaniu z profesjonalnych treści umieszczanych przez użytkowników (osoby fizyczne) w serwisie Web2.0. Ułatwienia te mogą przybrać postać np. indeksowania utworów oraz stworzenia systemu wyszukiwawczego ułatwiającego odnalezienie utworów stworzonych przez zawodowych producentów. Moim zdaniem działania takie będą się mieściły w kategorii pomocnictwa, administratorom serwisu można bowiem będzie postawić zarzut umyślnego współdziałania w naruszeniu, gdyż powinni się spodziewać, że użytkownicy - osoby fizyczne - nie mają prawa do rozpowszechniania tego rodzaju materiałów w Internecie.


rzeczpospolita
"Być bohaterem przez minutę, godzinę, jest o wiele łatwiej niż znosić trud codzienny w cichym heroizmie."
Ilonadora i czwórka pociech

Offline ilonadora

  • User z prawami do pisania
  • Rozgadany Weteran
  • *******
  • Wiadomości: 8423
    • http://wwwmojedzieciaki.blox.pl/html
Internet nieograniczone możliwości -dobre i złe strony.
« Odpowiedź #26 dnia: Lipiec 28, 2007, 01:19:40 pm »
Fenomen Wikipedii


Wikipedia, największa encyklopedia online, ukazała się na płytach DVD. Przestała być eksperymentem internetowym. Walczy o odbiorców jako poważne wydawnictwo. W księgarniach stoi na półkach obok multimedialnej Encyklopedii Britannica i Wielkiej Encyklopedii PW

Wyobraźcie sobie świat, w którym każdy ma dostęp do wiedzy całej ludzkości. Do tego właśnie dążymy” - pisze na swoim blogu twórca Wikipedii Jimmy Wales .

Razem z Larrym Sangerem sześć lat temu stworzył internetową Nupedię . Hasła pisali wykładowcy uniwersyteccy i autorzy publikacji naukowych. Niedługo później Wales i Sanger uruchomili eksperymentalny projekt - Wikipedię. Do pracy nad nim zaprosili internautów. Zamiast wynagrodzenia dali im możliwość wspólnego redagowania artykułów z każdej dziedziny wiedzy. Okazało się, że tego potrzebują bardziej niż encyklopedii redagowanej przez profesorów. Nupedia po trzech latach przestała istnieć. Wikipedia działa dziś w 253 językach. Przez jednych uznawana jest za najbardziej wartościowy projekt w internecie, przez innych za spełnienie koszmaru o świecie bez autorytetów.

Redaktorzy w ukryciu


Na DVD z polską Wikipedią znalazło się 238 tysięcy artykułów - ponad połowa tego, co można przeczytać w internetowej wersji. Odrzucono hasła słabo napisane, źle udokumentowane, z informacjami, które mogły wydawać się nieprawdziwe albo niepełne.

Trudno podać autorów tej encyklopedii, bo ukrywają się pod pseudonimami. Sami tworzą sylwetki internetowe, w których opisują swój wiek i wykształcenie. Zazwyczaj są licealistami albo studentami. Kngel ma 14 lat i poświęca Wikipedii kilka godzin dziennie. - Cieszy mnie, że mogę uczestniczyć w projekcie, który już zapisał się w historii. - mówi "Gazecie" - Zdaję sobie sprawę, że trafia tu większy procent niepewnych informacji, niż w tradycyjnych encyklopediach, ale większość z nich jest szybko weryfikowana. Jednak przydaliby się eksperci. Mogliby poprawiać artykuły i podwyższyć wiarygodność encyklopedii.

Podobnego zdania jest Larry Sanger. Rozstał się z Walesem i tworzy Citizendium - encyklopedię piszą internauci, ale nad jakością tekstów czuwają eksperci.

Wikipedia od lat ma niezachwianą pozycję wśród najczęściej odwiedzanych stron w internecie. Pod tym względem zostawia za sobą Britannikę, która zatrudnia ponad setkę redaktorów i około cztery tysiące autorów - wśród nich laureatów Nobla, pisarzy i profesorów. Nie jest dla niej konkurencją też internetowa wersja Wielkiej Encyklopedii PWN - w jej powstawaniu bierze udział około 3 tysięcy autorów, 300 redaktorów i Rada Konsultantów, reprezentująca świat polskiej nauki. Wśród autorów Wikipedii również zdarzają się eksperci, choć nie wiadomo, ilu ich jest. Niektórzy ukrywają się pod pseudonimami, jak Polimerek - doktor chemii nieorganicznej i Wulfstana - doktor mediewistyki. Choć zdarzają się też występujący pod prawdziwymi nazwiskami, jak Stanisław Czachorowski - biolog, profesor Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego. - Byłoby szkodliwe stworzenie systemu, w którym deklaracja o posiadanych kwalifikacjach zamykałaby dyskusję i odbierała prawo do podważania praw objawionych - mówi Tomasz Sienicki, wiceprezes Fundacji Wikimedia, 32-letni anglista. W Wikipedii o kształcie tekstów nie decydują autorytety, ale społeczność i ustalone przez nią zasady. Jedna z najważniejszych: należy podawać tylko informacje, których prawdziwość potwierdzają inne źródła.

Wpadka z Batutą


Czy tak jest - sprawdzają autorzy. Nie zawsze zauważają błędy. Tak było z wymyślonym hasłem o Henryku Batucie. Artykuł o komuniście, działaczu międzynarodowego ruchu robotniczego i uczestniku wojny domowej w Hiszpanii to jedna z najbardziej znanych prowokacji w Wikipedii. Nazwisko nieistniejącego bohatera publikowano w internetowej encyklopedii przez 15 miesięcy. Tekst utrzymywał się tak długo, bo doskonale imitował przyjętą w Wikipedii formę - dużo informacji, udokumentowanych linkami do innych haseł i zdjęciami.

Zdarzają się też zwykłe kłamstwa. Najsłynniejsze to hasło o Johnie Seigenthalerze - amerykańskim dziennikarzu, byłym asystencie Roberta Kennedy'ego. Anonimowy autor postawił mu zarzut udziału w zabójstwie braci Kennedych. Wikipedia podawała taką informację przez ponad cztery miesiące. Dopóki nie odkrył jej sam Seigenthaler. Zadzwonił do Jimmy'ego Walesa: „Czy macie pojęcie, kto to napisał?” - „Nie” - odpowiedział Wales, ale w wyniku zamieszania w mediach wprowadził nowe, bardziej restrykcyjne zasady tworzenia biografii. Seigenthaler nazwał Wikipedię „nieodpowiedzialną wyszukiwarką”. W znalezieniu autora swojej internetowej biografii pomógł mu Daniel Brandt, twórca strony WikipediaWatch , która informuje o błędach i plagiatach Wikipedii. Udowadnia m.in., że artykuł o Adamie Asnyku w całości skopiowany jest z serwisu Uniwersytetu Gdańskiego, a połowa tekstu o Henryku Sienkiewiczu przepisana ze strony z turystycznymi informacjami o Polsce. Wales o plagiatach: „Nie możemy tego tolerować. Chcemy móc powiedzieć: wszystko zrobiliśmy zgodnie z zasadami i bez niczyjej pomocy”.

Każdy może być autorem

O tym, że Wikipedią naprawdę rządzą jej autorzy można się przekonać, próbując zrozumieć hierarchię, która wśród nich panuje, ich zestaw zasad i pojęcia, jakimi się posługują w prywatnych rozmowach.

Jak w dobrej grze, istnieje podział na role. Autorem może być każdy. Administratorami (w polskiej wersji jest ich około 130) - autorzy o dużym doświadczeniu. Muszą mieć na swoim koncie co najmniej tysiąc napisanych haseł i 3 miesiące stażu. Wybierani są w drodze głosowania. Podejmują decyzje o kasowaniu artykułu, blokowaniu wandali oraz - jak mówi Kngel - "wykonywaniu woli społeczności". Są też biurokraci - nadają oraz odbierają uprawnienia administratorom. Oraz CheckUserzy i stewardzi. Mogą nimi zostać administratorzy, którzy ukończyli 18 lat i zgodzą się na ujawnienie swojej tożsamości w Fundacji Wikimedia. Mają najwięcej uprawnień - starają się zidentyfikować autora, jeśli jest taka potrzeba. Konflikty między wikipedystami rozstrzyga Komitet Arbitrażowy. Jego członkowie wybierani są przez społeczność.

Tomasz Sienicki: - Wikipedyści są równi, takie same prawa ma i licealista, i profesor. Ale jednocześnie, jak w każdej społeczności, istnieje naturalna hierarchia. Autorytet wypracowuje się wysokiej jakości edycjami merytorycznymi, wiedzą, umiejętnością jej przedstawienia, chęcią brania udziału w dyskusjach, zaangażowaniem. Dostęp do funkcji technicznych, który mają administratorzy, nie uprawnia do rozstrzygania kwestii merytorycznych. Dla podkreślenia tego faktu nazywa się ich "cieciami" - oni po prostu sprzątają. Mogą zablokować do edycji artykuły, w których pojawiają się przejawy wandalizmu i rozbuchane wojny światopoglądowe. Blokady nie są jednak zakładane na zawsze. Naszym zdaniem aktywni edytorzy potrafią wspólnie wypracować akceptowalną dla wszystkich wersję tekstu".

- Jeżeli chodzi o usuwanie artykułów, istnieją dwie tendencje - mówi "Gazecie" Dodek, jeden z administratorów, uczeń drugiej klasy liceum - inkluzjonizm i delecjonizm. Według inkluzjonistów, niemal każdy sensownie napisany artykuł powinien zostać, bo może się komuś przydać. Delecjoniści są zwolennikami jasnych i rygorystycznych norm artykułów - takich jak w publikacjach papierowych. Ja jestem raczej delecjonistą".

Wirtualny wyścig

Jednak nawet największym delecjonistom daleko do przestrzegania zasad pracy nad encyklopediami drukowanymi. W PWN najpierw powstaje zestaw haseł, potem ustala się ich objętości i projektuje strukturę. Jeden tekst przechodzi przez 27 etapów opracowania, biorą w nim udział autorzy, konsultanci, redaktor i redakcja językowa. Teksty czyta specjalista od nazewnictwa geograficznego, odbywa się trzykrotna korekta i sprawdzanie krzyżowe (czy zgadzają się te same fakty podawane w różnych hasłach). Zatrudniony jest również osobny zespół ilustracji i kartografii. Maciej Pogorzelski, dyrektor wydawniczy encyklopedii PWN: - Po ośmioletniej pracy intensywność powstawania nowych materiałów maleje. Wynika to z koncepcji encyklopedii jako spójnej i zaplanowanej całości. W Wikipedii odbywa się międzynarodowy wyścig o to, w jakim języku powstanie najwięcej artykułów. Dlatego poza niewątpliwie wartościowymi pojawiają się takie, które w profesjonalnej publikacji mogłyby pełnić najwyżej rolę indeksu, na przykład krótkie informacje o małych miejscowościach.

Polska Wikipedia pod względem liczby haseł zajmuje czwarte miejsce na świecie. Ale dla twórców Wikipedii motywacją do pracy nie jest walka o wysoka pozycję na liście najbardziej obszernych encyklopedii. Tomasz Sienicki: - Autorami kieruje sprzeciw wobec kulturze, w której każda informacja ma swojego właściciela. Może też chodzić o rozwój wiedzy i zainteresowań, budowanie pozycji w środowisku, przyjemność z dobrze wykonanego zadania. I bardzo ważna sprawa: redagowanie Wikipedii uzależnia. Nie jest możliwe osiągnięcie stanu docelowego, zawsze zostaje coś do zrobienia.

Z tej przyjemności twórcy encyklopedii na DVD musieli zrezygnować. Odrzucono hasła o wątpliwej treści i takie, które w wersji online zaznaczono do skasowania, poprawy albo do rozbudowania. Wszystkie artykuły zespół 50 redaktorów sprawdził pod względem poprawności językowej i ortografii. Autorami jest ponad 5 milionów internautów.



gazeta.pl
"Być bohaterem przez minutę, godzinę, jest o wiele łatwiej niż znosić trud codzienny w cichym heroizmie."
Ilonadora i czwórka pociech

Offline ilonadora

  • User z prawami do pisania
  • Rozgadany Weteran
  • *******
  • Wiadomości: 8423
    • http://wwwmojedzieciaki.blox.pl/html
Internet nieograniczone możliwości -dobre i złe strony.
« Odpowiedź #27 dnia: Lipiec 28, 2007, 02:58:27 pm »
Tele2 zacznie wojnę o tani internet


Od poniedziałku internet będzie jeszcze tańszy! Jak dowiedziała się "Gazeta", tego dnia konkurencyjnymi cenami zaatakuje rynek Tele2


Gdy niecały miesiąc temu Netia ogłosiła swoje nowe ceny za dostęp do szerokopasmowego internetu, wydawało się, że szybko nikt nie podniesie tej rękawicy. Oferta była rewolucyjna: przez pierwszy rok internet za darmo, potem 49 zł miesięcznie. Średnio w całym trzyletnim okresie (bo na tyle podpisuje się umowy) użytkownik zapłaci ok. 33 zł. Ta obowiązująca do końca lipca promocja miała pomóc zdobyć ponad 200 tys. klientów jeszcze w tym roku i ok. 1 mln w ciągu trzech lat. Oferta Netii była konkurencyjna: Neostrada Telekomunikacji Polskiej kosztuje w trzyletnim kontrakcie 51 zł miesięcznie za szybkość 1 Mbit/s, a internet w Dialogu - 52 zł. Niewiele tańsza była oferta Tele2. Ta spółka weszła z usługą dostępu do sieci 25 czerwca, proponując np. w czasie trzyletniej umowy cenę 15 zł miesięcznie za 1 Mbit/s przez pierwsze pół roku, a potem 55 zł. Średnio za dostęp do internetu klient płaci więc 48 zł miesięcznie. Ale to już historia.

Z naszych informacji wynika, że w przyszłym tygodniu, najprawdopodobniej już w poniedziałek, Tele2 zaproponuje 15 miesięcy darmowego internetu, a potem cena nie będzie wyższa niż koszt proponowany przez Netię. To oznaczałoby, że użytkownik nowej oferty w Tele2 zapłacił miesięcznie średnio 28 zł.

Karol Wieczorek, rzecznik Tele2, nie chce komentować naszych informacji. - Nie mogę ani potwierdzić, ani zaprzeczyć - ucina.

Oferta Tele2 oznacza kolejną bitwę o użytkowników szerokopasmowego internetu w Polsce. Pierwsza wojna rozegrała się w lutym tego roku. Dzięki decyzji Urzędu Komunikacji Elektronicznej operatorzy alternatywni uzyskali możliwość oferowania internetu na łączach TP SA. Dodatkowo z powodu zmiany regulaminu klienci mogli bezkarnie zrezygnować z usługi Neostrady TP. Wtedy rozpoczęło się pospolite ruszenie - ok. 50 tys. osób postanowiło przejść do Netii i GTS Energis. Większość uciekinierów wybrała Netię, ta jednak nie była przygotowana technicznie do takiego zalewu chętnych. Efekt był taki, że tysiące osób czekały tygodniami na podłączenie do sieci.

Konkurenci Tele2 na razie nie chcą komentować nowej oferty operatora. - Mogę mówić o naszych planach, które przewidują jeszcze m.in. dwie promocje w tym roku - zaznacza Jolanta Ciesielska, rzecznik Netii. Jacek Kalinowski, rzecznik Grupy TP, zaznacza tylko, że jego firma z uwagą obserwuje zmiany na polskim rynku. - Planujemy wprowadzić w niedługim czasie kolejne atrakcyjne oferty w Neostradzie, ale nie mogę jeszcze mówić o szczegółach - zastrzega.

Agresywna walka Tele2 nie dziwi Magdy Borowik, analityka telekomunikacyjnego w IDC Polska. - Takie postępowanie firmy wpisuje się w strategię jej szwedzkiego właściciela, który na każdym rynku, na którym się znajdzie, dąży do zdobycia pozycji pierwszego operatora alternatywnego - tłumaczy. - Firma ma wystarczający kapitał, by oferować usługi nawet poniżej granicy opłacalności, żeby tylko wyrwać klientów konkurencji.

Jej zdaniem oferta cenowa Tele2 nie zostanie już pobita. - Innych operatorów alternatywnych nie stać, by w nieskończoność obniżać cenę, natomiast TP SA posiada wciąż ponad 50 proc. rynku i na razie nie musi obniżać stawek. Dalsza walka będzie obejmować raczej oferowanie coraz większej liczby usług za tę samą cenę. Mam na myśli wszelkiego rodzaju wideo na żądanie czy gier ściąganych z sieci - tłumaczy.

Ten pogląd zdają się potwierdzać plany Telefonii Dialog. - Nie planujemy żadnej drastycznej obniżki cen, bo zakładamy, że sprzedaż usług na granicy lub poniżej opłacalności to krótkoterminowa strategia. Zmiany oferty dostępu do internetu, które planujemy na wczesną jesień, będą więc związane przede wszystkim z usługami dodanymi - mówi Marta Pietranik, rzecznik Dialogu.



gazeta.pl
"Być bohaterem przez minutę, godzinę, jest o wiele łatwiej niż znosić trud codzienny w cichym heroizmie."
Ilonadora i czwórka pociech

Offline Gaga

  • Administrator
  • Rozgadany Weteran
  • *****
  • Wiadomości: 26310
Internet nieograniczone możliwości -dobre i złe strony.
« Odpowiedź #28 dnia: Wrzesień 02, 2007, 10:23:45 pm »
Ulubiona metoda marnowania czasu

Internet zamiast przerwy w pracy



Choć wydaje się, że wszyscy pracują, wydajność nie rośnie. Pracownicy wpatrują się w monitory, ale zamiast załatwiać sprawy służbowe, zajmują się internetowym czatem, grają lub odpisują na prywatne listy. Jedną piątą czasu w biurze spędzamy na załatwianiu własnych spraw przez Internet.


-Trudno się oprzeć wrażeniu, iż cały świat jest na wyciągnięcie ręki, a swoje poczynania w Internecie łatwo ukryć przed ludźmi przechodzącymi obok korytarzem - wyjaśnia prof. Patricia Wallace z Johns Hopkins University w Baltimore. Zdaniem autorki książki "Internet w miejscu pracy. Jak nowa technologia zmienia pracę" ludzie zawsze wynajdywali sposoby, by uniknąć biurowego wysiłku. Dla takiego internetowego lenistwa ukuto nawet specjalny termin - cyberslacking.

W jaki sposób pracownicy wykorzystują firmowy dostęp do Internetu? Najczęściej odbierają i odpisują na prywatne listy. Przyznaje się do tego co najmniej jedna trzecia ankietowanych przez Jamesa Philipsa z australijskiego Monash University. Z tego samego badania wynika, iż pracownicy lubią też robić w pracy zakupy online, korzystają z usług finansowych oraz z serwisów społecznościowych. W wielu komunikatorach jest nawet specjalny znacznik "w pracy" określający dostępność użytkownika.

Według badań przeprowadzonych ostatnio przez Salary.com do marnotrawienia czasu przed monitorem przyznało się sześciu na dziesięciu pracowników amerykańskich firm. Co trzeci surfował w Internecie, przyznając, że praca go nudzi albo jest nisko płatna. A z przeprowadzonego w ubiegłym roku podobnego izraelsko-amerykańskiego badania wynika, iż co piąty zatrudniony zaglądał na strony erotyczne.

Choć za takie przewinienia firmy natychmiast wyrzucają z pracy, pozwolenie na załatwianie prywatnych spraw w Internecie wcale nie musi się okazać złe - przekonuje Patricia Wallace. -Tak zwany cyberslacking może oznaczać zakupy, obsługę konta czy umówienie opiekunki, dzięki czemu nie trzeba brać dwugodzinnej przerwy na lunch -uważa Wallace.

Piotr Kościelniak, reuters
zródło
Pozdrawiam :))
"Starsza Jesienna Miotełka"

Offline ilonadora

  • User z prawami do pisania
  • Rozgadany Weteran
  • *******
  • Wiadomości: 8423
    • http://wwwmojedzieciaki.blox.pl/html
Internet nieograniczone możliwości -dobre i złe strony.
« Odpowiedź #29 dnia: Wrzesień 07, 2007, 11:42:54 am »
UPC przyspiesza chello do 20 Mb/s




Firma UPC zaprezentowała nową ofertę szerokopasmowego dostępu do internetu. W jej ramach zniesiono m.in. limity pobierania danych dla usługi chello easy oraz zwiększono prędkość pobierana i wysyłania danych dla usług chello easy, light i ultra. Firma przygotowała też dla klientów specjalną ofertę promocyjną.


6 września rozpoczyna się również promocja UPC o nazwie "Kup 3, płać za 2". W jej ramach przy zamówieniu trzech usług świadczonych przez firmę (telewizja - Pakiet Pełny, internet, telefon ) klient płaci tylko za dwie. Z trzeciej może korzystać bezpłatnie przez cały czas trwania umowy, czyli 16 miesięcy. UPC przekonuje też, że przez jeden dodatkowy miesiąc można będzie korzystać za darmo z wszystkich usług. Firma promocją objęła także instalację usług: 9,90 zł.

Do najważniejszych zmian w ofercie dostępu do internetu należy wymienić zwiększenie prędkości przesyłania danych od klienta w usłudze chello ultra - z 12288 do 20480 kb/s, czterokrotne przyspieszenie prędkości downloadu w usłudze chello easy (z 512 do 2048 kb/s), dwukrotne zwiększenie prędkości transferu w chello light (z 2048 do 4096 kb/s) oraz wspomniane już zniesienie limitu pobierania danych w chello easy.

Zwiększeniu uległy też prędkości uploadu danych.

Cena dostępu do internetu w UPC poza promocją "Kup 3, płać za 2" wynosi 69 zł (easy), 89 zł (light) i 249 zł 9 ultra). Jak łatwo zauważyć, z oferty szerokopasmowego internetu wypadła taryfa chello classic, jednak jej użytkownicy będą mogli nadal z niej korzystać, jeśli zechcą.

Przypomnijmy, iż w tym tygodniu wystartowała promocja TP SA "mała cena", w ramach której korzystanie z neostrady w okresie promocyjnym kosztować będzie od 9,90 zł miesięcznie.


interia
"Być bohaterem przez minutę, godzinę, jest o wiele łatwiej niż znosić trud codzienny w cichym heroizmie."
Ilonadora i czwórka pociech

Offline ilonadora

  • User z prawami do pisania
  • Rozgadany Weteran
  • *******
  • Wiadomości: 8423
    • http://wwwmojedzieciaki.blox.pl/html
Internet nieograniczone możliwości -dobre i złe strony.
« Odpowiedź #30 dnia: Wrzesień 13, 2007, 11:25:40 am »
Pragnienie drugiego życia: uzależnieni od gier komputerowych



Rajd kończył się o dwudziestej trzeciej, potem grała jeszcze sama. Kiedy dopadała ją senność - kładła się w ubraniu do łóżka. W końcu przestała się myć.

 
Ewa – zielonooka ciemna blondynka o ujmującym, nieco nieśmiałym uśmiechu – przed kilkoma tygodniami obchodziła urodziny. Wcześniej wydawało jej się, że to dwudzieste pierwsze, ale kiedy odjęła 1985 od 2007 okazało się, że jednak dwudzieste drugie. A kilka dni przed urodzinami pisała podanie: "W lutym bieżącego roku zostałam skreślona z listy studentów z powodu nieuczęszczania na zajęcia. Obecnie zwracam się z gorącą prośbą o przywrócenie mi statusu studentki. Prośbę swoją motywuję..." – i dopiero podpisując uświadomiła sobie, że skreślona z listy została nie trzy, ale piętnaście miesięcy temu.

Narkomanom i alkoholikom w ciągu przydarza się coś, co można nazwać sprasowaniem czasu: nie sposób dojść, kiedy coś się wydarzyło. Niedawno zabili tu, na gdańskim Przymorzu, jednego człowieka na melinie, a przedtem przypalali mu twarz elektryczną maszynką – ale żaden z oskarżonych nie umie powiedzieć, czy to był wtorek, piątek, czy może raczej poniedziałek. Od miesiąca każdy wtorek wyglądał jak piątek, a każdy piątek jak poniedziałek i wszyscy się pogubili w chronologii.

Ewa czasem pije wino, ale raczej rzadko. Narkotyków nie używa wcale. A jednak sprasował się jej cały rok.

Dwa lata temu Ewa rozstała się z chłopakiem, z którym mieszkała od początku studiów. W liceum chodzili do tej samej klasy i na długo przed studniówką wiedzieli już, że na studiach zamieszkają razem. On dostał się bez trudu na informatykę na politechnice, ona wybrała ten sam kierunek na uniwersytecie. Na początku wszystko układało się świetnie: wspólne mieszkanie, grono znajomych, dwa koty – ale potem coś się stało, coś popsuło i ostatecznie nie wyszło.

Nie płakała zbyt długo – żeby nie rozpamiętywać porażki, rzuciła się w wir zajęć. Po sesji letniej złożyła podanie o przyjęcie na drugi kierunek studiów: informatyka w wydaniu uniwersyteckim okazała się mniej pociągająca, niż sądziła, więc zdecydowała się na równoległe studiowanie kulturoznawstwa. Zawsze interesowała ją literatura, a dzięki celującej ocenie z polskiego na świadectwie maturalnym konkurs świadectw okazał się czystą formalnością.

W wakacje pracowała jako barmanka, żeby wyjechać ze znajomymi na wycieczkę do Londynu – a potem jeszcze z matką do Egiptu. Wróciła pięknie opalona – równie ładna, ale szczuplejsza o jakieś osiem kilogramów od tej Ewy, która popijając drobnymi łykami kawę wpatruje się w okno i próbuje przypomnieć sobie, co było później.

Przyszedł październik i bieganie między dwoma wydziałami. A później zaczęła się jesień – i energia, która dotąd ją napędzała, zaczęła gdzieś niknąć. A jeszcze później miała wygłosić referat o roli sloganów w reklamie – i wtedy przypomniała sobie, że właściwie zawsze panicznie bała się wystąpień publicznych.

Wcześniej, nie pamięta kiedy, zaczęła grać w "World of Warcraft", grę sieciową osadzoną w realiach fantastycznego świata: magicznych lasów pełnych elfów i krasnoludów walczących z orkami i trollami. Świata magów, druidów, wojowników i paladynów.

Gry sieciowe istnieją tak długo jak internet. Pierwsze z nich pozbawione były grafiki, a możliwości graczy ograniczały się do wyboru jednego z dwóch albo trzech wariantów zachowania. Przełom nastąpił czternaście lat temu, w chwili premiery "Dooma II", który umożliwiał wcielenie się w jedną z czterech postaci i obserwowanie akcji z jej perspektywy. Mimo prymitywnych efektów graficznych, "Doom II" stał się zmorą nauczycieli informatyki, którzy bezskutecznie walczyli z wykorzystywaniem szkolnych pracowni komputerowych do celów rozrywkowych.

Gry pokroju "Dooma", nazywane zwykle strzelankami FPP (od angielskiego terminu first person perspective), zdominowały na wiele lat rozgrywki internetowe. Kamieniami milowymi były takie tytuły, jak "Quake III", "Counter Strike" czy "Wolfenstein – Enemy Territory". Ta ostatnia gra wykorzystuje uproszczone realia drugiej wojny światowej – gracz może zdecydować, czy chce dołączyć do aliantów, czy żołnierzy państw Osi, a następnie wybrać jedną z czterech profesji, wśród których znaleźć można inżyniera albo medyka. Później pozostaje już tylko wystrzeliwanie tysięcznych pocisków do wirtualnych postaci graczy z przeciwnej drużyny, podkładanie min i wskrzeszanie poległych współtowarzyszy za pomocą tajemniczych zastrzyków.

Counter Strike i Enemy Territory to gry, które potrafią wciągnąć na wiele godzin. Ich niesłabnąca atrakcyjność sprawiła, że wokół rozgrywek zorganizowały się środowiska graczy łączących się w tak zwane klany.

Klany, podobnie jak kiedyś plemiona i rody, używają wyróżniających skrótów i oznaczeń kolorystycznych, a zrzeszeni w nich gracze spotykają się w oznaczonych terminach na sieciowych sesjach treningowych – po to, aby zwiększyć szansę na przynoszące prestiż zwycięstwa w starciach z innymi klanami.

Cechą wspólną gier tego rodzaju jest jednak niepodważalny prymat gracza nad avatarem, czyli postacią wirtualną. Przy każdym wejściu na serwer postać tworzona jest od nowa: traci zdobyte wcześniej odznaczenia i umiejętności. Batalie – mimo dostępnych edytorów map i wielu lokacji stworzonych przez fanów – toczone są najczęściej według wciąż tych samych scenariuszy. Gracz wytrawny szybciej od początkującego zdobędzie punkty – ale przy każdej kolejnej rozgrywce początkowe szanse są równe, a z chwilą jej zakończenia avatary przepadają bezpowrotnie.

W przypadku "World of Warcraft" jest inaczej. Nadzwyczaj rozbudowany świat, składający się z kilku połączonych krain, obfituje nie tylko w przeciwników, z którymi można walczyć, ale także w zadania i zagadki, których rozwikłanie pozwala na zdobycie punktów doświadczenia. A te są skrupulatnie zapisywane na serwerze: gracz wylogowuje się po kilku godzinach, jego postać w wirtualnym świecie znika – ale wszystkie informacje pozostają w bazie danych i wystarczy zalogować się ponownie, żeby gra potoczyła się dalej.

Na początku zwykle gra się od czasu do czasu, po dwie-trzy godziny dziennie, po zajęciach, zamiast książki czy filmu. Ewa też  grała od przypadku do przypadku, a świat "Warcrafta" był lekarstwem na nudę i urozmaiceniem codziennej krzątaniny. Cóż złego mogło być w poszukiwaniach zaczarowanych studni, zbieraniu magicznych hiacyntów czy w polowaniu na tygrysy napadające podróżnych na leśnym dukcie? Jej avatar – smukła postać kobiety-paladyna – przemierzał bajecznie kolorowe krainy, zdobywając ekwipunek, punkty doświadczenia i czarodziejskie umiejętności przydatne w czasie coraz dalszych wypraw. W miarę rozwoju postaci, to, co niegdyś było skomplikowane, stawało się proste. Najciekawsze zadania wciąż jednak były niedostępne – brakowało kilku poziomów.

Ewę kusiły najciekawsze zadania, więc grała dalej.

Osiągnięcie ostatniego wówczas, sześćdziesiątego poziomu zajęło jej kilka miesięcy, może rok. Na sześćdziesiąty poziom dostała się jesienią – to była ta właśnie jesień, kiedy miała wygłosić swój referat i kiedy przypomniała sobie, że wstydzi się wystąpień publicznych.

Na sześćdziesiątym poziomie w pojedynkę nie można już zdziałać niczego. Pokonywanie kolejnych smoków, gigantycznych ogrów czy monstrualnych owadów wymaga współdziałania wielu postaci o różnych umiejętnościach – wojowników z magami, paladynów z łowcami, kapłanów z łotrzykami. Gracze łączą się więc w gildie i wspólnie – w kilkanaście, a czasem kilkadziesiąt osób – ruszają na wyprawy nazywane rajdami.

Gildii jest wiele. Różnią się poziomem zaawansowania graczy i intensywnością działań. Te najlepsze, określane angielskim słowem hardcore, organizują rajdy codziennie.

Ewa szybko trafiła do jednej z najlepszych gildii na serwerze i – jak mówi – dopiero wtedy zaczęła się prawdziwa gra.

Popołudniowe samotne wycieczki po świecie "Warcrafta" zastąpiła codziennymi rajdami o osiemnastej: jej avatar pośród kilkunastu albo nawet kilkudziesięciu innych, z których każdy miał swoją rolę. Wszystkich łączył wspólny cel – pokonanie kolejnego z potężnych przeciwników.

Sprawne współdziałanie wymagało dobrej komunikacji – więc zainstalowała oprogramowanie pozwalające na prowadzenie w czasie gry rozmów głosowych z towarzyszami wypraw.

Osiąganie sukcesów gwarantowało jedynie skrupulatne przestrzeganie właściwej taktyki – więc przed rajdami czytała poradniki, a po każdej wyprawie dyskutowała na serwerowym forum.

Okazało się, że na forum można spotkać wielu ciekawych ludzi, mimo że właściwie wszystkie rozmowy byłyby zupełnie niezrozumiałe dla osoby, która nie spędziła wielu godzin w świecie "Warcrafta".

"Wyczyściliśmy Gruul’s Liar, a potem do Magtheridon’s, ale tam dla pala dropuje tylko chest, więc spasowałam swojego spota" – pisała na przykład.

A poza tym, jak w każdej społeczności, czasem ktoś opowiadał coś wesołego (np. o ostatnim rajdzie), ktoś o kimś mówił niekiedy coś nieprzyjemnego (np. że jest chciwy i zabiera najlepsze przedmioty), a ktoś pokazywał innym zdjęcia rodzinne (to znaczy zrzuty ekranu, na których avatary uczestników pozowały po udanej wyprawie). I właściwie wszystko było takie samo jak w normalnym życiu. Prawie.

Była więc jesień, Ewa miała wygłosić referat o roli sloganów w reklamie, a gra okazała się jeszcze ciekawsza niż wcześniej. Przesunęła termin referatu raz, drugi i trzeci. Potem okazało się, że jest ostatnią osobą w grupie, a najbliższy czwartek – ostatnim możliwym terminem.

W tamten czwartek nie poszła na zajęcia. Zamiast tego pokonała razem z gildią wyjątkowo potężnego smoka. Dzień można było więc – mimo wszystko – uznać za całkiem udany.

Pomyślała, że skoro i tak nie zaliczy tego przedmiotu, to na pozostałe na kulturoznawstwie nie musi już chodzić. I że właściwie to nawet lepiej – bo dzięki temu będzie mogła zdobywać punkty za czas spędzony w grze. A bez punktów nie można liczyć na wylicytowanie po rajdzie najcenniejszych trofeów.

Zrezygnowała też z ćwiczeń na informatyce. Wystarczyło przecież, że będzie się zjawiać w terminach oddawania zadań.

A później – że wcale nie musi chodzić, a zadania będzie wysyłać mailem. To był całkiem dobry pomysł, ale jakoś brakowało jej czasu, żeby zająć się pisaniem programów.

A później skierowano ją na powtarzanie roku.

Znajomi Ewy z gildii mają po dwadzieścia kilka lat. Wielu mieszka z rodzicami, nie studiuje i nie pracuje. Ci, którzy pracę miewają, zmieniają ją często – ilekroć okazuje się, że zabiera im zbyt wiele czasu. Są też tacy, którym udało się pogodzić pracę z graniem – przychodzą do domu po siedemnastej, o osiemnastej są już na rajdzie, grają do dwudziestej trzeciej i kładą się szybko, żeby wstać o wpół do siódmej. I tak codziennie, miesiącami.

Jest też pewien 50-letni mężczyzna, Polak, który nie zna angielskiego. Podczas kiedy inni rozwijali swoje avatary wykonując zlecone zadania – on, nie rozumiejąc poleceń, musiał zdobywać punkty zabijając wałęsające się gdzieniegdzie zwierzęta. On także doszedł do sześćdziesiątego poziomu – ale musiało mu to zająć jeszcze więcej czasu niż innym. Co najmniej kilka miesięcy grania po kilkanaście godzin dziennie.

Grają też małżeństwa. Skrupulatnie dzielą się czasem – ktoś musi przecież pilnować dzieci. Najpierw gra żona, rano, kiedy dzieci są w przedszkolu – a później, kiedy mąż wraca z pracy, ona zajmuje się dziećmi, a on rozwija swoją postać. W małżeństwie najważniejsza jest umiejętność wypracowania kompromisu.

Czasami ktoś postanawia odejść. Zwykle wraca – chyba że sprzedał swoje konto na internetowej aukcji, czasem za kilka tysięcy złotych. Ci, którzy sprzedali, płaczą. Dwudziestokilkuletni mężczyźni płaczą jak dzieci, całymi dniami – i w końcu wracają, już nie do gry, ale chociaż na forum. Tam mają jedynych przyjaciół – wszyscy inni gdzieś poznikali.

A potem – ale całkiem nie wiadomo kiedy: w styczniu, może w lutym – Ewa przestała wychodzić z domu. Po zakupy szła dopiero wtedy, kiedy głodny kot zaczynał przeraźliwie miauczeć w przedpokoju. Sama – kiedy zapasy się kończyły – nie jadła czasem przez dzień czy dwa. Do sklepu zimą, w śniegu i przy trzaskającym mrozie, biegła w letnich sandałkach i bez rajstop. Bo zakładanie rajstop trwałoby zbyt długo.

W pokoju piętrzyły się stosy śmieci: reklamówki, paragony, puste puszki, nieumyte kubki, styropianowe pojemniki po zamawianych czasem obiadach na telefon, porozrzucane notatki z dawnych czasów. Wszystko pokryte warstwą kurzu i kociej sierści.

Rodzice niczego nie zauważyli – w domu rodzinnym, w innym mieście, pojawiała się w weekendy, raz, czasem dwa razy w miesiącu. Grała wtedy nieco mniej – siedem, może osiem godzin. "Na uczelni – mówiła – wszystko w porządku. Egzaminy będą trudne, ale to wiadomo. Taki kierunek".

A jeszcze później Ewa przestała rozbierać się do snu. Rajd kończył się o dwudziestej trzeciej, potem grała jeszcze godzinę albo dwie sama, żeby zdobyć punkty albo skompletować ekwipunek. Kiedy dopadała ją senność – kładła się w ubraniu na łóżku. Rano wstawała, myła się, piła kawę i logowała na serwer.

W końcu przestała się myć.

Opowiada to wszystko krótkimi, urywanymi zdaniami, odgarniając z czoła włosy i uśmiechając się niekiedy z zażenowaniem. To olbrzymia zmiana – nie tylko dlatego, że odczuwa zażenowanie, ale także – że się uśmiecha. I że znowu potrafi budować zdania. W czasie owego zgubionego roku słysząc dowcip mówiła z kamienną twarzą "lol". "Lol" oznacza laughing out loud – "śmieję się głośno".

Psycholog Sławomir Draczyński nie ma wątpliwości: uzależnienie od gry komputerowej wynika zwykle z problemów z adole­scencją. Komuś, kto nie potrafi sobie poradzić z problemami realnymi, gra podsuwa problemy zastępcze – które można rozwiązać, nie ruszając się z miejsca. I osiągać przy tym satysfakcję, jakiej dotąd bardzo brakowało.

Uzależnienie od gier komputerowych nie jest jednak – używając terminu fachowego – kosztowne społecznie. Alkoholizm jest kosztowny społecznie, bo jak ktoś pije, to cierpi cała rodzina. Nawet jak pijak umrze – dzieci wciąż mają problem. A człowiek siedzący przez rok czy dwa przed monitorem kosztuje społeczeństwo niewiele. Przestępczości nie podwyższa, mienia publicznego nie demoluje, żony z dziećmi nie wypędza z domu. Dla społeczeństwa nie ma sprawy.

Z punktu widzenia psychologii wszystkie uzależnienia są takie same – powodują dysfunkcję społeczną jednostki. To, czy ktoś cierpi na alkoholizm, czy jest narkomanem albo hazardzistą – to kwestie poboczne, istotne tylko dla szczegółów terapii.

O ile jednak alkoholizm, narkomania i hazard znane są od wieków, o tyle uzależnienie od gier komputerowych jest zjawiskiem nowym: brakuje literatury, szkoleń i wskazówek terapeutycznych, a informacje o możliwościach leczenia pojawiły się dopiero ostatnio, drobnym drukiem w serwisach internetowych kilku prywatnych ośrodków.

– Jak miałabym mieć zaufanie do terapeuty – pyta Ewa – który nie rozumie, co do niego mówię, a historię o roku spędzonym przed monitorem traktuje jak bajkę o żelaznym wilku?

Na początku września Ewa dostała e-mail od Szymona. Zdziwiła się – byli kiedyś parą, dawno temu, kiedy zaczynała liceum, ale po rozstaniu nie utrzymywali kontaktu.

Szymon pytał, co u niej słychać. Pomyślała, że odpisze mu jutro. Jutro wypadło gdzieś w połowie października. Odpisał natychmiast – że może znalazłaby czas na spotkanie. W listopadzie umówiła się na grudzień, na koniec grudnia.

Spotkali się w Sopocie – po raz pierwszy od wielu miesięcy spędziła wtedy wieczór poza domem, zamiast na rajdzie, ale co pół godziny dzwoniła do przyjaciół z gry, pytając, jak im idzie. Szymon dużo mówił, ona starała się tylko uśmiechać – wstydziła się, bo nie miała niczego do opowiedzenia, a samo mówienie przychodziło jej z trudem. Kiedy wróciła do domu, odetchnęła z ulgą i – nie zdejmując nawet płaszcza – uruchomiła komputer.

A Szymon wysyłał maile. Regularnie, co dwa-trzy dni, chociaż na najkrótszą choćby odpowiedź czekał zwykle przez kilka tygodni. Czasem dzwonił: dużo mówił, odpowiadała półsłówkami. O czym miałaby rozmawiać? O kolejnej instancji? O tym, jak na rajdzie kolega z Francji zabrał jej zbroję, którą próbowała zdobyć od tygodnia?

Szymon umówił wizytę u psychiatry. Nie chciała pójść, ale w końcu uległa – ot tak, żeby się odczepił. Lekarz stwierdził depresję i zapisał prozac. Łykała bez przekonania. A Szymon wciąż dzwonił, wypytywał i opowiadał, co dzieje się w prawdziwym świecie. W końcu zaprosiła go do siebie, raz, potem drugi i trzeci. Bo barwnie opowiadał.

W maju zostali parą. Po trzech miesiącach leczenia farmakologicznego Ewa podeszła do sesji egzaminacyjnej – na uczelni spędziła w całym semestrze sześć godzin, ale w maju, z pomocą Szymona i kolegów, przygotowała wszystkie zaległe programy, a to najważniejsze. Dwa przedmioty zaliczyła w czerwcu, trzy zostały na wrzesień – ale niewiele zabrakło, więc jest dobrej myśli.

Za namową Szymona złożyła też podanie o przywrócenie na studia kulturoznawcze. Pani w dziekanacie przeczytała podanie – o tym, że rok przed komputerem, że rozpoznanie depresji, terapia farmakologiczna i próba poukładania sobie życia na nowo – i roześmiała się serdecznie.

– Pani chyba żartuje? – zapytała. – Chyba pani nie wierzyła, że możemy to uznać, prawda?

– W każdym razie był to najbardziej – Ewa szuka właściwego słowa, mrużąc oczy i bębniąc palcami o blat: bardzo wielu wyrazów zapomniała przez ten czas – najbardziej błogi rok w moim życiu. Budziłam się rano i wiedziałam, co będę robić: najpierw zdobywanie punktów, potem jakieś misje, wieczorem rajd. Żadnych problemów, czas mijał bezboleśnie. Trochę mi tego brakuje. Jak drugiego dzieciństwa.

Nie skasowała gry. Ma wakacje, więc spędza przed monitorem pięć albo sześć godzin dziennie – ale twierdzi, że wyłącznie z nudów, bo gra straciła już swój dawny urok. Teraz znów woli czytać albo wyjechać gdzieś z Szymonem na kilka dni, jeżeli tylko czas mu pozwala. Leki odstawiła, bo – jak mówi – czuje się przecież całkiem dobrze. I wszystko jest w porządku, naprawdę, gra tylko z nudów.

A poza tym – tam ma przyjaciół, nie może ich przecież, ot tak, zostawić.

16 stycznia firma Blizzard wydała pierwszy dodatek do gry "World of Warcraft" – "The Burning Crusade". Rozszerzył dostępną liczbę poziomów do siedemdziesięciu. Oprócz setek nowych zadań, zagadek i potworów do pokonania, rozszerzył świat "Warcrafta" o nowy kontynent. Jego nazwa to Outland.

Według słownika land to ziemia, kraj, out oznaczać zaś może – na zewnątrz, poza.

Ale także: wyłączony, nieczynny, niewłaściwy.

Piotr Czerski (ur. 1981) jest poetą i prozaikiem, absolwentem informatyki na Politechnice Gdańskiej. W 2006 r. opublikował "Ojciec odchodzi".

W czwartek 13 września o godz. 22.00 autor  spotka się z Czytelnikami w wirtualnej redakcji "TP" w Second Life. Zapraszamy.


onet
"Być bohaterem przez minutę, godzinę, jest o wiele łatwiej niż znosić trud codzienny w cichym heroizmie."
Ilonadora i czwórka pociech

Offline Emilianka

  • User z prawami do pisania
  • Wyjadacz
  • *****
  • Wiadomości: 3124
Internet nieograniczone możliwości -dobre i złe strony.
« Odpowiedź #31 dnia: Wrzesień 17, 2007, 10:46:54 am »
Dlaczego internet nie wyrównuje szans społecznych?

Rozmawiał Dominik Uhlig



Bo wbrew oczekiwaniom biedniejsi, gorzej wykształceni, z małych miast i wsi tracą czas w sieci na zabawę i zostają w tyle. Tak samo jak ci, którzy internetu nie mają wcale


Dominik Batorski, doktor socjologii z Uniwersytetu Warszawskiego, w ramach wielkiego sondażu „Diagnoza społeczna 2007” badał, co Polak potrafi zrobić z komputerem i co z tego wynika.

Diagnoza społeczna 2007


Dominik Uhlig: Blisko 40 proc. rodzin w Polsce ma już dostęp do internetu, to o połowę więcej niż cztery lata temu. Rozwój internetu miał przemienić nas w ludzi sukcesu, otwartych na świat, lepiej wykształconych. Udało się?

dr Dominik Batorski: Nie do końca. Komputer i internet na pewno pomagają w osiągnięciu sukcesu. Porównajmy kariery zawodowe tych, którzy komputery mają, i tych, którzy ich nie mają. W ciągu ostatnich sześciu lat awansował co czwarty użytkownik komputera i tylko co dziesiąta osoba, która z komputera nie korzysta. W ostatnich dwóch latach dochody skomputeryzowanych wzrosły średnio o ok. 270 zł rocznie, a pozostałych - zaledwie o ok. 100 zł. Ludzie, którzy używają komputerów, częściej znajdowali lepiej płatną pracę, częściej się szkolili, częściej też wyjeżdżali do pracy za granicą.

To zrozumiałe. Użytkownicy komputerów i internetu są pewnie bogatsi, lepiej wykształceni, mieszkają w wielkich miastach. W ogóle lepiej im się wiedzie w życiu. Pytanie, czy internet pomógł tym biedniejszym, gorzej wykształconym, z mniejszych miast?

- Teza, że internet będzie wyrównywał szanse, okazała się, niestety, mitem. Ludzie mają w domach komputery, ale kłopot w tym, jak z nich korzystają.

Dla osób, które są w lepszej sytuacji materialnej i są lepiej wykształcone, internet jest przede wszystkim narzędziem pracy i nauki. Dzięki sieci ci ludzie jeszcze szybciej się uczą i szybciej bogacą.

Dla tych w gorszej sytuacji życiowej internet to przede wszystkim źródło rozrywki. Np. połowa rolników odpowiada, że używa komputera głównie dla rozrywki. Podobnie jest z bezrobotnymi. To na pewno nie poprawia ich sytuacji.

Pogłębia się zjawisko "cyfrowego wykluczenia" - ludzie bez dostępu do internetu zostają w tyle. Nowość polega na tym, że to samo zjawisko dotyka tych, którzy dostęp mają, ale nie umieją z niego skorzystać.

Traktują internet jak telewizję z większą liczbą kanałów?

- Człowiek ma do wyboru dwie ścieżki. Jedni zaczynają od przeglądarki internetowej, oglądają portale, później uczą się wysyłać e-maile, rozmawiać przez Gadu-Gadu. Inni zatrzymują się na etapie gier i kilku portali, których adresy są reklamowane.

Czyli stają przed oknem na świat, ale nie potrafią go otworzyć?

- Jest wiele powodów. Po pierwsze, nie znają języków obcych, a po angielsku w internecie można przeczytać wiele więcej. Po drugie, nie umieją znaleźć informacji, których potrzebują.

80 proc. internautów chwali się, że korzysta z wyszukiwarek, a tymczasem potrafią tylko włączyć wyszukiwarkę i wpisać jakieś słowo. Na przykład: "niebo". Łatwo znajdą informację, że jest niebieskie i pokryte chmurami. Dużo trudniej byłoby im odnaleźć konkretną informację na temat sekty Niebo.

40 proc. użytkowników komputerów chwali się znajomością arkuszy kalkulacyjnych - to nie zawsze jest prawda.

14 proc. osób twierdzi, że umie zrobić stronę internetową - wielu z nich chodzi po prostu o blog, gdzie w gotowy szablon wkłada się teksty, zdjęcia i filmy.

Dlaczego tak niewiele potrafią?

- Większość Polaków uczy się obsługi komputerów czy internetu samemu albo od znajomych. Mało kto korzysta z kursów. Niewielu nauczy się w szkole.

Ludzie z grubsza wiedzą tyle, ile powiedzą im znajomi. Biedniejsi, gorzej wykształceni, z małych miast mają mniej znajomych, którzy mogliby stać się ich przewodnikami po internecie.

Dlatego większość Polaków idzie przetartymi ścieżkami: korzysta z kilku znanych portali i poza nie nie wychodzi. Portale im z resztą nie pomagają, próbują zatrzymać internautów jak najdłużej; linki najczęściej kierują na kolejne strony tych samych portali.

Czyli ludzie zwiedzają, a nie odkrywają. Jakie będą tego skutki? Czy internet się stabloidyzuje, aby dostarczyć jak najwięcej rozrywki dla mało wymagających i mało aktywnych użytkowników?

- Za wcześnie na jednoznaczną odpowiedź. Ale nadzieje, że internet będzie znacząco rozwijał aktywność użytkowników, raczej się nie spełnią.

Przecież nawet Wikipedię, która jest fenomenem, tworzy ograniczona liczba osób. W polskiej wersji tej internetowej encyklopedii jest 400 tys. haseł, większość powstało dzięki kilku tysiącom osób.

Oczywiście coraz łatwiej publikować w sieci swoje blogi, zdjęcia czy filmy. Łatwość publikacji pobudzi kolejne osoby do tworzenia, nawet jeśli nie będzie to twórczość najwyższych lotów.

Na szczęście internet jest na tyle wielowymiarowym medium, że każdy znajdzie w nim to, czego szuka.

Co pana zdaniem może zrobić szkoła i państwo, aby nauczyć internautów, jak mądrzej korzystać z internetu?

- Niestety, wielu nauczycieli wciąż traktuje internet jako zagrożenie - miejsce, z którego uczniowie czy studenci kopiują swoje prace. Tymczasem szkoła musi nauczyć młodych korzystania z wielu źródeł, oceny wiarygodności informacji i ich selekcji.

Państwo też może pomóc, np. ułatwiając załatwianie urzędowych spraw przez internet.

Czy internet służy Polakom do nawiązywania nowych znajomości?

- Nie tak bardzo jak kiedyś. Kilkanaście lat temu człowiek wchodził na czat i poznawał sporo obcych ludzi - o przeróżnych zainteresowaniach, doświadczeniu, w różnym wieku. Ze swoimi znajomymi przeciętny internauta rozmawiać nie mógł, bo internet był mało popularny.

Teraz internauci już nie muszą szukać nowych znajomości. Z sieci korzysta ich rodzina, znajomi ze szkoły, z pracy. Komunikatory internetowe ułatwiają kontakt z osobami, które już znamy.

Tylko kilkanaście procent internautów spotyka się na żywo z osobami poznanymi w sieci.

Dziś internet staje się miejscem spotkań ludzi o podobnych zainteresowaniach, np. miłośników japońskiego rocka.

Ludzie pomagają też sobie nawzajem rozwiązywać problemy. Mam daewoo nexię. Poszła mi uszczelka pod głowicą. Na forum posiadaczy nexii znalazłem poradę, gdzie najtaniej mi to naprawią.

- Tak, nasze relacje w internecie stają się coraz bardziej zindywidualizowane, wyspecjalizowane. Nie szukamy jakichkolwiek nowych znajomych, ale np. osób, które przeżyły tę samą chorobę.

Internet pomaga też Polakom się organizować. Internauci dwa razy częściej niż inni działają w organizacjach pozarządowych, częściej chodzą na zebrania.

Jednak rzadziej chodzą na mszę. Internet zastąpił im Boga?

- Rzeczywiście, internauci rzadziej niż reszta społeczeństwa uczestniczy w praktykach religijnych, ale ostrożnie z wnioskami! Z internetu korzystają przede wszystkim ludzie młodsi, lepiej wykształceni, z większych miejscowości. Tacy Polacy w ogóle rzadziej chodzą na mszę, niezależnie od tego, czy mają komputer, czy nie.


Źródło: Gazeta Wyborcza

Offline ilonadora

  • User z prawami do pisania
  • Rozgadany Weteran
  • *******
  • Wiadomości: 8423
    • http://wwwmojedzieciaki.blox.pl/html
Internet nieograniczone możliwości -dobre i złe strony.
« Odpowiedź #32 dnia: Wrzesień 18, 2007, 02:21:04 pm »
Koszmar zapchanej skrzynki



Żyjąc w świecie stale gotowych, wszechobecnych połączeń, nigdy nie oddalamy się od naszych elektronicznych listów
Najnowsze badania naukowców z dwóch szkockich uniwersytetów dowodzą, że codzienny zalew e-maili stresuje pracowników, przeszkadza w pracy i niekorzystnie wpływa na wydajność.


34 procent spośród 177 respondentów twierdzi, że liczba otrzymywanych listów działa na nich irytująco i zmusza do natychmiastowej odpowiedzi. Ponad połowa ankietowanych sprawdza pocztę częściej niż co godzinę, a 35 procent z zażenowaniem przyznaje, że zagląda do skrzynki raz na piętnaście minut.

– Poczta elektroniczna jest niesamowitym narzędziem, które jednak wymknęło się spod kontroli – uważa dr Karen Renaud z wydziału informatyki uniwersytetu w Glasgow. – Chcemy poznać treść wiadomości, zwłaszcza tych od rodziny, znajomych czy od szefa, przerywamy więc wykonywaną czynność, żeby przeczytać e-maile. Problem polega na tym, że kiedy wracamy do pracy, nasz proces myślowy jest już przerwany.

Większość modeli telefonów komórkowych umożliwia synchronizację aparatu z kontem poczty internetowej. Urządzenia typu BlackBerry natychmiast po nadejściu wiadomości przesyłają ją z naszego serwera prosto na telefon. Większość lokali oferuje bezprzewodowy dostęp do internetu, dzięki czemu zabiegani biznesmeni mogą bez trudu sprawdzić swoje e-maile. Istnieje niezliczona ilość kawiarenek internetowych, które przez całą dobę zaspokajają nasz głód informacji i komunikacji. Do angielskiego słownika trafiło określenie "checking your vitals", oznaczające sprawdzenie rzeczy podstawowych, absolutnie najważniejszych: poczty elektronicznej, wiadomości na stronach społeczności internetowych, kandydatów na sieciowych przyjaciół itp.

Zdaniem dr Renaud e-mail jest wspaniałym narzędziem, nieznającym barier geograficznych, czasowych czy kulturowych. Jednak za jego ogromnymi możliwościami kryje się wielka odpowiedzialność. Tylko w ubiegłym roku na całym świecie wysłano ponad sześć bilionów elektronicznych listów. Coraz trudniej jest nadążyć za gwałtownym wzrostem popularności poczty internetowej. Problemem nie są same e-maile, ale sposób, w jaki sobie z nimi radzimy. – Kultura "natychmiastowości", w której najwyraźniej żyjemy, zmusza ludzi do tego, by odpowiadali na listy możliwie jak najszybciej – mówi Graham Jones, psycholog zajmujący się problemami internetu. – To z kolei potęguje nasze zmartwienia i obawy. Tylko nieliczne wiadomości wymagają natychmiastowej odpowiedzi. List elektroniczny wciąż postrzegany jest jako komunikacja pisemna, która z natury jest wolniejsza. Nie ma przymusu odpowiadania od razu.

Mimo to trudno się powstrzymać. Kiedy w naszej skrzynce pojawia się nowa wiadomość, czujemy pokusę, by rzucić wszystko i ją przeczytać. – Nie róbmy tego – przekonuje Jones. – Ustalmy sobie pory dnia, kiedy zajmujemy się pocztą. Cztery razy dziennie w zupełności wystarczy. Niektórym wystarcza raz.

Ograniczenie sobie dostępu do poczty wydaje się dobrym pomysłem, ale co zrobić z tymi, którzy zasypują nas e-mailami? Można dyskutować, czy listy elektroniczne są narzędziem komunikacji stosownym w każdej sytuacji. Faktem jest jednak, że dla większości z nas stały się głównym sposobem porozumiewania się z innymi. A ponieważ jest to narzędzie błyskawiczne, nadawca oczekuje błyskawicznej odpowiedzi.

David Shipley i Will Schwalbe, autorzy książki "Send: The How, Why, When and When Not of Email", zauważają: "List elektroniczny w znacznym stopniu zastąpił rozmowę telefoniczną. Tymczasem nie każdą rozmowę należałoby zastępować". Kiedy omawiamy delikatne sprawy czy też w sytuacji, gdy ton głosu jest szczególnie istotny, rozmowa jest znacznie bardziej stosownym sposobem komunikowania się niż bezduszny przekaz elektroniczny.

E-mail znakomicie sprawdza się w sytuacji, gdy chcemy zachować zapis rozmowy, świadectwo podjętej decyzji czy uzgodnienia dotyczące kontraktu. Mimo to zastanówmy się, zanim klikniemy "wyślij". Czy nie byłoby łatwiej i szybciej dla wszystkich zainteresowanych, gdybyśmy do nich zadzwonili albo przeszli się do innego pokoju w biurze, aby porozmawiać osobiście? Jeśli wysyłamy 87 e-maili, próbując bezskutecznie ulepszyć projekt lub umówić się na spotkanie, lepiej dać sobie spokój i uznać, że w tym przypadku poczta elektroniczna nie spełnia swojej roli. Być może uda się sfinalizować sprawę szybciej za pomocą telefonu lub rozmowy twarzą w twarz.

Nawet ci, którzy korzystają z poczty internetowej wyłącznie w celach towarzyskich, muszą liczyć się z wieloma trudnościami. Na każdą wiadomość od krewnego czy przyjaciela przypada jakieś 10 spamów. Dla początkujących oddzielanie ziarna od plew może okazać się zajęciem dość ryzykownym. Co będzie, jeśli przypadkiem otworzymy e-mail lub załącznik zawierający wirusa? Bywa też, że tajemniczy nadawcy oferują część swego majątku niewiadomego pochodzenia w zamian za szczegóły dotyczące naszego bankowego konta. W sieci nie brakuje naciągaczy, którzy za pomocą metody zwanej "phishingiem" chcą wyłudzić od nas informacje o koncie internetowym. Można się nabawić wrzodów żołądka.



onet
"Być bohaterem przez minutę, godzinę, jest o wiele łatwiej niż znosić trud codzienny w cichym heroizmie."
Ilonadora i czwórka pociech

Offline Emilianka

  • User z prawami do pisania
  • Wyjadacz
  • *****
  • Wiadomości: 3124
Internet nieograniczone możliwości -dobre i złe strony.
« Odpowiedź #33 dnia: Wrzesień 19, 2007, 07:57:54 pm »
Ćwierć wieku internetu z ludzką twarzą

Nie umiemy jeszcze przekazywać przez internet zapachu ani smaku. Tymczasem od bardzo dawna przekazujemy przez łącza uczucia. Dzisiaj mija 25. rocznica powstania emotikonek

:-), :-P, :-(, dzięki kilku prostym znakom dzieciaki nie muszą już pisać całymi zdaniami. Nie tylko - menedżerowie, biznesmeni i generałowie w kryzysowych sytuacjach też ratują się tajemniczym mrugnięciem;-)

Bartek Ciszewski


"Niestety, od następnego poniedziałku tracisz swoje stanowisko w firmie. Powody są wyłącznie ekonomiczne;-), Prezes"

Przekazywanie przykrych informacji to wyzwanie dla szefa . Całe szczęście na koniec może dodać trzy zbawienne znaki. Nie tylko rozładują napięcie, ale też wyjaśnią wiele: "Wiem, że wiesz, że to nieprawda, ale nie mogę napisać niczego innego".

Dzisiaj obchodzimy oficjalne 25-lecie ":-)" - wynalazku, który zrewolucjonizował komunikację. Serio. Dzięki emotikonom czaty, gadu-gadu, nawet mejle są mogą być bardziej naturalne od rozmowy telefonicznej.

Oficjalnie ojca emotikonów uznaje się profesora informatyki z uniwersytetu Carnegie Mellon w Pitsburgu Scotta Fahlmana (na zdjęciu), który 19 września 1982 roku zaproponował, by na uczelnianym forum używać znaku ":-)", gdy żartujemy, i ":-(", gdy piszemy poważnie (bezsporny dowód autorstwa znajdziecie tu).

Proste znaczki przywróciły nam utracone w przekazie na odległość MINY. A to one zawierają kluczową informację, czy wypowiedziane słowa są wyznaniem przyjaźni, miłości czy nienawiści. Z czasem internauci nauczyli się za pomocą kilku znaków klawiatury wyrażać właściwie wszystkie emocje:
http://www.emotikony.pl/buziki.html


Jeśli brakuje ci pomysłów, możesz poszukać inspiracji w bazach buziek, np.:
http://emoty.com.pl
http://emotikony.pl
albo na jednej z anglojęzycznych stron:
http://www.geocities.com/SoHo/7373/smiley.htm

 Genialny wynalazek, najpierw przyswoiły sobie dzieci, bo łatwiej było im wyobrazić sobie, że :-P to wywalony język, albo w (>_<) bardzo rozzłoszczone oblicze. Dorośli zaczęli najpierw wstydliwie, z przymrużeniem oka... ale szybko okazało się, że najłatwiej zakończyć każdą prośbę do kolegi z pracy uśmieszkiem. Według ankiety przeprowadzonej przez największy portal internetowy Yahoo! 55 proc. użytkowników komunikatora Yahoo Messenger, z których ponad połowa ma ponad 30 lat, codziennie korzysta z emotikonów.

Doszło do tego, że nowojorscy maklerzy, gdy akcje z ich portfela lecą na łeb na szyję i chcą okazać kumplom rozpacz, zamiast tradycyjnego "buuu", mówią do siebie "kiu, kiu". Skąd to? Właśnie z języka internetowych komunikatorów, gdzie "QQ" symbolizuje załzawione oczęta.

To nie koniec. Jak twierdzi w rozmowie z "New York Times" Christopher P. Michel, założyciel amerykańskiego portalu dla wojskowych Military.com i były oficer marynarki USA , uśmieszków używają też wysocy rangą oficerowie Pentagonu. Dla wielu generałów wieloznaczne mrugnięcie jest często zbawieniem. Nie kłamiąc mogą uniknąć jednoznacznej odpowiedzi w kontrowersyjnej sprawie.

25- czy 95-lecie emotikonów

Wielu twierdzi, że emotikony powstały dużo wcześniej:

W 1912 roku amerykański pisarz Ambrose Bierce zaproponował najdokładniejsze jego zdaniem odzwierciedlenie uśmiechu za pomocą znaków klawiatury maszyny do pisania: "\__/". Ale jakoś się nie przyjęło.

W 1963 roku grafik Harvey Ball stworzył najsłynniejszy znak w Ameryce, jeśli nie na świecie, słynnego Smiley'a. Z czasem nasze programy pocztowe i komunikatory nauczyły się zmieniać : )  :) w żółtą buźkę.



Z kolei potrzebę znaku ":-)" miał jako pierwszy wyrazić słynny pisarz Władimir Nabokow, który tak odpowiedział w wywiadzie dla "NYT" z 1969 roku na pytanie dziennikarza, gdzie umieściłby się wśród innych współczesnych twórców: "Często myślę, że powinien funkcjonować specjalny znak typograficzny oznaczający uśmiech, np. poziomy nawias, chciałbym użyć go w odpowiedzi na to pytanie".

To dane z Wikipedii, a według mnie twórcą zbawiennej idei jeszcze w XIX wieku był Charles Dodgson, czyli Lewiss Carroll, który jako pierwszy opisał uśmiech bez kota, czyli :x).

Najpiękniejsze w całej historii jest to, że ani Falhman, ani Ball, ani żaden z wynalazców emotikonów nigdy ich nie opatentował, chociaż z podobnymi pomysłami wychodziły wielkie korporacje, np. Microsoft, :-P.

Ich potomkowie plują sobie w brodę, bo mogliby zarobić fortunę. Ale czy emotikony byłyby tak popularne, gdybyśmy musieli płacić za ich używanie?


źródło: http://www.technoblog.pl

Offline ilonadora

  • User z prawami do pisania
  • Rozgadany Weteran
  • *******
  • Wiadomości: 8423
    • http://wwwmojedzieciaki.blox.pl/html
Internet nieograniczone możliwości -dobre i złe strony.
« Odpowiedź #34 dnia: Wrzesień 21, 2007, 03:04:21 pm »
Ile o nas wie... internet?


Sieć to miejsce, w którym znajdujemy najświeższe informacje, dokonujemy transakcji bankowych, robimy zakupy i... mówimy o sobie na blogach i forach. Jak dużo jesteśmy w stanie ujawnić?

Blog pomocny

Jeszcze kilkanaście lat temu pisanie pamiętnika kojarzyło nam się ze skrupulatnym zapisywaniem codziennych wydarzeń w małym, ozdobnym zeszycie, który, co ważne, zamykany był na małą kłódkę. Jak bardzo współczesny blog różni się od pamiętnika sprzed lat? Przede wszystkim został pozbawiony symbolicznej kłódki, która czyniła go przedmiotem intymnym. Teraz pamiętniki upubliczniamy w Internecie i pozwalamy czytać je tysiącom nieznanych nam ludzi. Same decydujemy o treści bloga, umieszczając w nim mniej lub bardziej osobiste zwierzenia, przemyślenia, informacje o naszym życiu, a nawet, coraz częściej, prywatne zdjęcia. Wiele z nas zaczyna traktować prowadzenie bloga jako sposób na poradzenie sobie z codziennymi problemami, jako rodzaj terapii, w której mówienie o tym, co nas dręczy, jest kluczem do ostatecznego poradzenia sobie z tym.

Internautka domsa pisze: „To, że opisuję czasem na blogu swoje przeżycia lub problemy, wynika prawdopodobnie stąd, że łatwiej mi w danej chwili przelać swoje uczucia na wirtualny papier, do którego mam dostęp 24/7”.

Dla kobiet prowadzących blogi bardzo ważni są ich odbiorcy. Samo opisanie problemu, wyrzucenie go z siebie nie w każdej sytuacji jest wystarczające. Często internautki proszą swoje wirtualne koleżanki o pomoc lub poradę w konkretnej, aktualnej sprawie. Jaką przewagę mają przyjaciółki internetowe nad realnymi? Są szczere i obiektywne w wyrażaniu swego zdania. Piszą to, co naprawdę myślą, bo nie są zaangażowane w żadne relacje z koleżankami z sieci i nie obowiązuje ich mówienie „milszej prawdy” dla zachowania dobrych stosunków wzajemnych.

Blog na luzie

Kobiety dzielą się z wirtualnymi odbiorcami przeżyciami radosnymi i również smutnymi, szukając pocieszenia. Do blogów wprowadzają także informacje, które można by uznawać za błahe. Pisząc, „Kupiłam sobie nowa sukienkę, była w promocyjnej cenie na wyprzedaży. Jak Wam się podoba?”, i dodając zdjęcie nowego nabytku, oczekują obiektywnej oceny, pochwały dobrego zakupu, komplementu... To poszukiwanie koleżanek do plotkowania, kobiet z którymi łączy nas „pasja” robienia zakupów, zainteresowanie modą. Znacznie łatwiej jest znaleźć w sieci przyjaciółkę, która będzie naszą pokrewną duszą, bo w przeciwieństwie do rzeczywistości, w sieci poznajemy ludzi najpierw od strony zainteresowań, sposobu wypowiadania się na różne tematy, a nie wyglądu zewnętrznego – ujawnienie się przychodzi znacznie później.

Czego nie pokażemy?

Tak jak pokazanie na blogu zdjęcia nowej spódnicy, czy tuszu do rzęs przychodzi nam łatwo, tak pokazanie innym samej siebie jest dość trudne. Wynika to z braku pewności siebie i strachu przed negatywną oceną, która wystawią nam szczerzy do bólu użytkownicy sieci. Czasami brak chęci pokazywania siebie samej na blogu wynika z silnych przekonań o zbędności tegoż. Nie każda z nas ma potrzebę pełnego udzielania się w sieci:

Internautka ichigiku pisze: „Internet daje możliwość bycia zarówno anonimowym jak i rozpoznawalnym. Ja nie czuję potrzeby upubliczniania swojego wizerunku, a tym bardziej wizerunku bliskich mi osób. Założenie dziennika internetowego byłoby dla mnie równoznaczne z wyzbyciem się prywatności, która dla mnie jest rzeczą świętą”. Wiele internautek pokazuje publicznie swoje zdjęcia prywatne, nierzadko pokazując światu również osoby najbliższe. Blogi wzbogacone w zdjęcia są czytane częściej, są bardziej atrakcyjne z punktu widzenia czytelników, którzy ciekawi są życia innych ludzi. Im więcej autorzy pamiętników pokazują i opisują, tym chętniej odbiorcy to chłoną. Są jednak pewne granice, których większość kobiet prowadzących internetowe pamiętniki nie przekroczy. Każda z nas ustala sobie taką granicę indywidualnie, ale większość z internautek zgadza się ze sobą mówiąc: „Nigdy nie pokazałabym się nago”.

Czego nie napiszemy?


Nie istnieje wyraźnie wyznaczona granica dotycząca informacji podawanych w tekstach – czy to na prywatnym blogu czy w poście na publicznym forum. Tutaj granicę – dobrego smaku czy zachowania prywatności – każda z nas ustala sobie sama. Na co innego pozwalamy same sobie, a na co innego naszym współużytkowniczkom sieci:
mrs_tatty pisze: „Jeśli któraś dziewczyna opisałaby namiętną noc ze swoim partnerem, to absolutnie by mi to nie przeszkadzało, ale nie wiem czy sama chciałabym o tym pisać. Wyznaję zasadę, że ten temat w moim związku ma pozostać między mną a moim mężczyzną”.

O ile jesteśmy raczej tolerancyjne dla innych forumowiczek czy właścicielek blogów, to same określamy sobie prywatną moralność, w której działamy i staramy się jej nie przekroczyć, bo również w sieci bardzo ważne jest dla nas to, jak jesteśmy postrzegane

Sieciowy anonim na zawsze

Żadnych granic nie ustalamy sobie tylko w wypadku, gdy nigdy nie ujawniamy nawet części swojej tożsamości, a posty na forach piszemy zawsze jako anonimowe użytkowniczki pod przeróżnymi pseudonimami. Takie w pełni anonimowe użytkowanie sieci jest jego najbardziej wygodną formą – po raz pierwszy w życiu możemy napisać wszystko co tylko nam się podoba, a nawet jeśli zostaniemy skrytykowane, to i tak nie dotyczy to przecież nas, tylko naszego sieciowego alter ego. Internet daje nam szerokie pole do popisu i nieograniczoną możliwość kreowania wizerunku – możemy zataić to, czego nie chciałybyśmy opowiadać, bądź podkolorować nieco rzeczywistość, aby stać się ciekawszą dla innych.

Internetowe BHP

Użytkowanie sieci jest niesamowitą przyjemnością zarówno dla tych z nas, które mają dużo do powiedzenia o sobie i chcą pokazywać się światu, jak i dla tych, które pragną pozostać tylko obserwatorkami bujnego życia wirtualnego. Niezbędne jest jednak zachowanie zdrowego rozsądku. Musimy pamiętać, że nawet jeśli często otrzymujemy dobre rady od internetowych przyjaciółek i są nam one bardzo pomocne, to może zdarzyć się sytuacja, w której zostaniemy pozbawione możliwości konsultacji z nimi. Nie można dopuścić do uzależnienia od sieci, która jest dla nas niczym terapia - musimy zachować umiejętność samodzielnego radzenia sobie z problemami. Warto zachować dystans i mieć na uwadze to, że tak naprawdę nigdy nie dowiemy się kto siedzi po drugiej stronie, więc im lżej traktujemy rzeczywistość wirtualną, tym więcej otrzymujemy z niej korzyści. A jeśli mamy wrażenie, że rozmowa poszła za daleko, czy nie odpowiada nam towarzystwo, to warto wziąć przykład z Julki.com: „W razie czego wyłączam komputer i już”.



wp.kobieta.pl
"Być bohaterem przez minutę, godzinę, jest o wiele łatwiej niż znosić trud codzienny w cichym heroizmie."
Ilonadora i czwórka pociech

Offline Ulka

  • User z prawami do pisania
  • Rozgadany Weteran
  • *******
  • Wiadomości: 10988
Internet nieograniczone możliwości -dobre i złe strony.
« Odpowiedź #35 dnia: Wrzesień 27, 2007, 10:13:01 am »
INTERNET

Sieć łączy szkolnych kolegów

Maciej Popowicz, student informatyki, wymyślił ten portal, by nie stracić kontaktu ze znajomymi z ogólniaka. Po niecałym roku na naszej-klasie.pl do szkolnych lat wraca 700 tysięcy interntautów

BARTEK SADOWSKI
-Potrzeba matką wynalazku -przyznaje skromnie ten 23-letni student informatyki na Uniwersytecie Wrocławskim. Przed sobą ma jeszcze rok studiów i świetlaną przyszłość w biznesie. Fachowcy oceniają, że portal, który stworzył z trzema kolegami w listopadzie ub. roku, wart jest obecnie 15 mln zł. We wrześniu sprzedali 20 proc. udziałów niemieckiemu funduszowi European Founders. - Akurat studiowałem w Niemczech i gdy moi koledzy w Saarbrücken dowiedzieli się, że jadę do Aleksa Somwera, szefa tej firmy, powiedzieli z uznaniem: spotykasz się z naszym Billem Gatesem.


10 tysięcy nowych dziennie

Efekt przeszedł najśmielsze oczekiwania twórcy. Nie z powodów finansowych -tego w ogóle nie zakładał - czy ze względu na spektakularne przykłady spotkań po latach, jak choćby ten, gdy kilka miesięcy temu dwie koleżanki z wrocławskiej podstawówki odnalazły się po kilkunastu latach w Chicago, gdzie mieszkają od dłuższego czasu. Albo gdy dzięki jego pomysłowi w Ostrowie Wielkopolskim w czerwcu po ćwierćwieczu spotkała się cała klasa z podstawówki. Takich przykładów jest wiele. Zaskakujący jest lawinowy przyrost użytkowników. Od listopada ubiegłego roku zarejestrowało się 750 tys. użytkowników. Dziennie przybywa przeciętnie 10 tysięcy nowych osób, a miesięczna liczba odsłon to 400 milionów.

Popowicz sam się dziwi tym liczbom. Niespodziewanie trafił w wielkie zapotrzebowanie. Jedyna inwestycja to własny czas, napisanie programu, który wyszukał w sieci 60 tys. szkół do ich bazy, i 200 zł na wykupienie domeny i miejsca na serwerze. Działania promujące portal ograniczyły się w zasadzie do wydrukowania 1000 plakatów. - Nie mieliśmy pojęcia o promocji -uśmiecha się Popowicz.

-Portal rozpropagował się pocztą pantoflową - Joanna Gajewska pełniąca rolę rzecznika portalu z trudem przypomina sobie własne działania promocyjne.


Urok szczenięcych lat

Dlaczego portal społecznościowy, odwołujący się do lat szkolnych, odniósł tak wielki sukces? Studentix.pl, polski klon słynnego facebook.com, portalu wartego 8 mld dolarów, ma raptem 70 tys. użytkowników. - Bo to klon, który umiarkowanie sprawdził się w polskich warunkach, podobnie jak komunikatory typu ICQ czy Messenger -zauważa Popowicz. - Nie przystosowano ich do polskiej specyfiki, tak jak to zrobiło Gadu-Gadu czy Tlen.

Z kolei, zdaniem Popowicza, portale szkolnelata.pl czy szkolnalawka.pl, bazujące na identycznym z jego pomyśle, popełniły błąd, nie budując wirtualnych klas. Grono.pl też z mozołem buduje swą społeczność- po pięciu latach lat jest tu 1,5 mln użytkowników. Fotka.pl ma ich 5 mln, ale pracowała na to siedem lat.

Naszej-klasie udało się wygrać nawet z taką potęgą jak Agora, która jeszcze niedawno na wielkich billboardach promowała swoją domenę odnajdzmysie.pl.

Sam Popowicz upatruje sukcesu w doskonałym sformatowaniu portalu, jego przyjaznej architekturze, pomyśle, by podstawowym modułem była klasa, a nie szkoła, ale sam wie, że to wtórne wobec psychologicznej potrzeby kontaktu z przyjaciółmi ze szkoły. - Jestem informatykiem, nie potrafię wytłumaczyć, dlaczego jest on silniejszy od grupowania się ze względu na hobby czy zawód -odpowiada.

A Macieja Popowicza przez naszą-klasę odnalazła koleżanka, w której podkochiwał się w szkole podstawowej.

JAROSŁAW KAŁUCKI
Ulka-Darek30mpdz & Magda31 &   wspomnienia

Offline Emilianka

  • User z prawami do pisania
  • Wyjadacz
  • *****
  • Wiadomości: 3124
Internet nieograniczone możliwości -dobre i złe strony.
« Odpowiedź #36 dnia: Październik 05, 2007, 11:07:29 am »
Chłopaki z naszej-klasy

Agnieszka Kołodyńska

- Dzień w pracy zaczynam od logowania się na Naszej Klasie. Powinienem raporty przeglądać, ale jak szef nie widzi, to szukam znajomych - mówi Arek (34 lat), pracownik jednego z dużych wrocławskich banków.

- Ludzie zwariowali. Kogo nie spotkasz, pyta, czy jesteś już na Naszej-klasie! - mówi Arek (nie chce podać nazwiska, żeby szef nie miał dowodu na piśmie na jego surfowanie w internecie w godzinach pracy). Jest jednym z ponad 700 tysięcy użytkowników portalu. Występuje pod własnym imieniem i nazwiskiem. - Żadnych nicków, pseudonimów. Inaczej nikt by cię nie znalazł - wyjaśnia. - Na początku miałem opory, bo zwykle w sieci jest się anonimowym. Trzy miesiące trwało, zanim zdecydowałem się zapisać na listę w dzienniku klasy VIIIc - śmieje się. - Teraz nie żałuję, bo spotkałem się po 20 latach z moją klasą z podstawówki.

Piwo na pergoli

Umówili się na piwo na wrocławskiej pergoli. - Trochę się bałem. próbowałem przypomnieć sobie, komu w szkole dokuczałem, z kim się biłem. Człowiek nie wie, czy po latach to nie wróci. A tu zaskoczenie. Dziewczyny wyrosły na piękne kobiety, klasowy kujon prowadzi sklep spożywczy, a nasze klasowe popychadło okazało się lekarzem kardiologiem. Świetnie się nam gadało. Pokazywaliśmy sobie zdjęcia naszych dzieci. W przyszłym miesiącu planujemy kolejne spotkanie.

Hubert (34 lata), pracuje w firmie geodezyjnej we Wrocławiu, był pierwszym ze swojej klasy w podstawówce, który założył profil: - Ciężko dziś o przyjaciół, najlepsi są ci, których znamy od dzieciństwa. Od czasu do czasu spotykałem dawnych znajomych ze szkoły i za każdym razem przekonywałem się, że mimo lat, jakie minęły od czasu, gdy wspólnie się uczyliśmy, bardzo dobrze nam się rozmawia. Dochodziło wręcz do zwierzeń, opowiadaliśmy sobie o naszym życiu bez żadnego skrępowania. Jeszcze zanim powstał portal, miałem pomysł na zorganizowanie zjazdu klasowego. Problemem było jednak uzyskanie adresów, telefonów, jakiegokolwiek kontaktu. Założyłem klasę nie z powodu ciekawości czy chęci odświeżenia wspomnień, ale raczej z potrzeby spotkania z ludźmi, których pamiętałem jako dzieci. Mam dla nich jakiś niewytłumaczalny sentyment.

Rafał (32 lata) z Brzegu, gitarzysta: - Moją klasę zebrała koleżanka, która na stałe mieszka w USA. Pierwszy raz spotkaliśmy się u mnie w domu. Przyszło jakieś 15 osób. Dziś do pełnej listy z dziennika brakuje nam pięciu osób. Wiemy, kto czym się w życiu zawodowo zajmuje, i tworzymy coś w rodzaju giełdy pomocy koleżeńskiej. Jeśli będę potrzebował pomocy informatyka lub prawnika, zawsze mogę zadzwonić do kolegi z klasy; ja służę pomocą w kwestiach muzycznych. Jesteśmy przyjaciółmi i możemy na siebie liczyć. Stara przyjaźń jest jak miłość - nie rdzewieje.

Chłopaki i portal

Nasza-klasa.pl, jeden z najpopularniejszych sieciowych portali społecznościowych, działa zaledwie od roku. Założyli ją czterej studenci Uniwersytetu Wrocławskiego. Maciek Popowicz, Michał Bartoszkiewicz i Paweł Olchawa - studenci V roku informatyki na Uniwersytecie Wrocławskim zajmują się programowaniem. Za grafikę odpowiada Łukasz Adziński. Są młodzi, ale mają ogromne doświadczenie. Byli finalistami olimpiad i międzynarodowych konkursów informatycznych. Michał Bartoszkiewicz to finalista TopCodera, prestiżowego konkursu, który organizowany jest w Nowym Jorku. Paweł Olchawa doszedł do finału Google Code Jam, organizowanych przez firmę Google.com konkursu w programowaniu zespołowym, w którym rywalizują ludzie z całego świata.

- Z reguły po skończeniu szkoły ludzie rozjeżdżają się po Polsce, po świecie... Fajnie jest ich po latach odnaleźć. Dlatego postanowiliśmy założyć portal, który by to umożliwiał. Rok temu w lipcu zarejestrowaliśmy domenę, a wystartowaliśmy w Święto Niepodległości, 11 listopada - opowiada Joanna Gajewska, odpowiedzialna w portalu za kontakty z mediami.

- Zrobiliśmy to trochę na wariackich papierach. Mieliśmy pomysł, ale żadnej wiedzy o zarządzaniu czy reklamie. Wiele nauczyliśmy się przez ten rok - podkreśla Popowicz. - Pracowaliśmy po 16 godzin dziennie. Nie mieliśmy biura, więc pracowaliśmy w domach. Za wszystko płaciliśmy z własnej kieszeni.

- Nie było czasu nawet na wakacje. Chłopcy siedzieli non stop przy komputerach, bo wciąż coś trzeba poprawić, zmienić, dodać - dodaje Gajewska.

Opłaciło się. Dostrzegł ich niemiecki fundusz European Founders, potentat w tworzeniu portali społecznościowych, m.in. współwłaściciele europejskiego e-baya, i kupił od chłopaków 20 procent udziałów w Naszej-klasie. Wartość witryny wyceniana jest dziś na około 15 milionów złotych.

Tu siądzie zarząd, czyli my

Popowicz, drobny brunet w czarnej koszuli, jest siłą napędową portalu. Nie zajmuje się już programowaniem, ale prowadzi rozmowy z inwestorami. Oprowadza mnie po biurze na wrocławskim Biskupinie, do którego przenieśli się po zastrzyku gotówki. W pustym mieszkaniu stoją wielkie, wygodne fotele na kółkach. W takich da się wysiedzieć przy komputerze przez wiele godzin. - Tu przyjadą biurka zamówione w Ikei, staną na nich komputery - pokazuje. - W tym pokoju siądą programiści, a tu zarząd, czyli my - śmieje się.

Nie spodziewali się takiego sukcesu: - Wciąż nie możemy w to uwierzyć! Ruszyliśmy bez żadnej reklamy - mówią. - Rozwiesiliśmy tylko tysiąc plakatów na uczelniach i w szkołach. Najpierw przybywało nam użytkowników z Dolnego Śląska, teraz mamy ludzi z całej Polski i z zagranicy.

Pierwszy reklamodawca, który się pojawił - Google - był dla nich zaskoczeniem. - Tworzyliśmy portal, ale w ogóle nie pomyśleliśmy, że ktoś może chcieć się u nas ogłaszać. Nie wiedzieliśmy za bardzo, co z tą propozycją zrobić - śmieje się Joanna Gajewska.

Maciek, jako jedyny z twórców portalu, przyznaje się do innych zainteresowań niż informatyka. W wolnych chwilach żegluje po Mazurach, a zimą śmiga na snowboardzie. O sobie nie lubi gadać, więcej informacji zawarł w swoim profilu na Naszej-klasie. Pisze o sobie: "Kobieciarz i wieczny flirciarz. Głuchy i bez wyczucia rytmu, kompleks ten leczy, udając, że zna się na muzyce. Kolekcjonuje setki utworów, o których zapomina po miesiącu. Kompleksy wyniesione z lekcji polskiego rekompensuje sobie, uznając się za znawcę filmów (tak na prawdę kieruje się tylko i wyłącznie oceną na IMDB, za co parokrotnie omal nie zginął). Informatyk z wielkim brzuchem. Pisze szybciej, niż myśli. Jego klawiatura ma więcej wytartych klawiszy niż niewytartych".

Większość czasu poświęca Naszej-klasie. - Gdybyśmy przestali pracować nad portalem, w ciągu trzech dni przestałby działać - mówi.

Doda, Chuck Norris i inni

Dziennie w Naszej-klasie loguje się około ośmiu tysięcy nowych ludzi. Miesięcznie portal notuje ponad 500 milionów odsłon. Opiera się to na prostej zasadzie - każdy ma jakichś znajomych, a ci z kolei mają swoich znajomych. Wszyscy zaś chodzili do jakiejś szkoły - podstawowej, średniej, potem kończyli uczelnie. Użytkownicy portalu, zakładając własne profile, dopisują się jednocześnie do swoich klas, a jeśli ich jeszcze na portalu nie ma, mogą je założyć sami. Później wyszukują nazwiska ludzi, których znają. Jeśli kogoś odnajdą, mogą dodać do swoich znajomych. Najbardziej towarzyscy użytkownicy portalu mają na liście już po kilkaset osób. Każda klasa ma swoje forum dyskusyjne, w ramach portalu można wymieniać się wiadomościami.

- Najaktywniejsi są dziewiętnasto-, dwudziestolatkowie oraz grupa czterdziestoparolatków - zdradza Maciek Popowicz. - Na forum ścierają się w różnych dyskusjach. To niesamowite!

Na portalu funkcjonują już także osoby znane. Swój profil jako Ędward Ącki założył satyryk Szymon Majewski. Kilka swoich profili ma wokalistka Marta Mandrykiewicz-Wiśniewska (Mandaryna), rekordzistką jest jednak Dorota Rabczewska (Doda), która ma ich aż 16.

- Nie jesteśmy w stanie sprawdzić, czy wszystkie profile są prawdziwe. Usuwamy tylko takie, które są ewidentnym nadużyciem, zawierają zdjęcia pornograficzne lub nawołują do rasizmu. Chuck Norris może zostać, ale Adolf Hitler nie - mówi Popowicz.

Są także postaci takie jak Stefania Sempołowska, patronka X LO we Wrocławiu, która zapisuje się jako gość do każdej klasy założonej w liceum. Znaleźć też można wiele postaci literackich. Fitzwilliam Darcy (z twarzą aktora Collina Firtha), bohater powieści "Duma i uprzedzenie" Jane Austin, ma ponad 60 znajomych. Włóczykij z Muminków ma ich ponad 400, a Kubuś Puchatek, posiadacz 14 profili - 1400. Jest nawet Paris Hilton.

- Ale nie wszystkie dziwne profile są jajcarskie. Mój kolega założył profil Wania Pub. Pod tym szyldem skrzyknęli się stali bywalcy nieistniejącego już wrocławskiego pubu - opowiada Rafał. - Wspominamy stare knajpiane czasy.

Szturm do klasy

Miejsce Nasza-klasa.pl dzierżawi na serwerach w Niemczech i w USA. Bardzo trudne chwile twórcy portalu przeżyli, gdy ich stronę zareklamowała Wirtualna Polska. - Nie byliśmy przygotowani na tylu użytkowników. Serwery po prostu padły - wspominają. Drugi raz to samo stało się, gdy Naszą-klasę pokazała telewizyjna Panorama. - Ludzie po prostu szturmowali nasz portal!

Zapewniają, że Nasza-klasa jest wyjątkowa: - Nigdzie na świecie nie ma takiego portalu. Amerykańskie portale społecznościowe, jak classmates.com, czy facebook.com, są zupełnie inne. Pierwszy ma tylko klasy, a drugi same szkoły.

Zarobione na sprzedaży udziałów pieniądze chcą zainwestować, by rozwinąć firmę. - Myślimy, by wejść z portalem do innych krajów, ale to plany na odległą przyszłość - mówi Joanna Gajewska. - Na razie portal nie jest na sprzedaż.


www.nasza-klasa.pl

Offline Emilianka

  • User z prawami do pisania
  • Wyjadacz
  • *****
  • Wiadomości: 3124
Internet nieograniczone możliwości -dobre i złe strony.
« Odpowiedź #37 dnia: Październik 05, 2007, 11:14:40 am »
Twórca portalu nasza-klasa najmłodszym milionerem

Student informatyki Maciej Popowicz z Wrocławia dokonał jednej z największych transakcji w polskim internecie. Za kilka milionów sprzedał niemieckiemu funduszowi venture capital European Founders 20 proc. udziałów portalu społecznościowym Nasza-klasa.pl - podał serwis Money.pl.

Dokładna wartość transakcji nie została podana, ale jak podaje Money.pl jeden z pomysłodawców Naszej-klasy.pl zdradził, że kwota sięga kilku milionów złotych. Wartość całego serwisu społecznościowego Nasza- klasa.pl, który skupia w sieci znajomych ze szkoły, szacowana jest na 15 mln zł. Inwestorem, który zdecydował się kupić od studenta Macieja Popowicza 20 proc. udziałów portalu jest fundusz European Founders należący do braci Samwer, który dotąd zainwestował w ponad 100 internetowych firm.

Tym samym 23-letni wrocławianin stał się jednym z najbogatszych studentów w Polsce. W rozmowie z Money.pl Popowicz zdradził, że w planach ma kolejne, podobne projekty internetowe.

Portal Nasza-klasa.pl powstał 11 listopada 2006 roku. Obecnie zarejestrowanych jest w nim ok. 700 tys. użytkowników. Miesięcznie portal odnotowuje 500 mln odsłon. Dziennie 8000 nowych użytkowników loguje się do serwisu. Nad portalem czuwa obecnie 10-osobowy zespół. Maciej Popowicz jest pomysłodawcą portalu i zarządza nim, ale nad jego utworzeniem pracował wspólnie z kilkoma kolegami Pawłem Olchawą, Michałem Bartoszkiewiczem oraz Łukaszem Adzińskim.

Popowicz przyznał, że na początku ciężko było pogodzić intensywną pracę ze studiami, a pieniądze z reklam wpływały zbyt późno, żeby można było za nie kupić niezbędne kolejne serwery.

Jednak potencjał tkwiący w internetowej społeczności Nasza- klasa.pl szybko zauważyli inwestorzy, którzy zaczęli składać mu oferty.

Popowicz zdecydował się na European Founders, ponieważ według niego zarządzają największe autorytety branży internetowej: bracia Samwers. Fundusz zasili portal nie tylko finansowo, ale także przekaże wiedzę na temat e-biznesu.

W przyszłości założyciel portalu nie wyklucza odsprzedania większej części udziałów.


Sukces wrocławian: nasza-klasa, ich miliony

Twórcy internetowego portalu Nasza-klasa.pl to paczka czterech sympatycznych studentów informatyki. Od jakiegoś czasu chcieli znaleźć ciekawy internetowy portal skupiający szkolnych znajomych. - Niestety, takiego nie było. Postanowiliśmy więc stworzyć własny - mówią

Przedsięwzięcie opłaciło się. Nasza-klasa.pl ma dziś ponad 700 tysięcy zarejestrowanych użytkowników, a codziennie loguje się kolejnych osiem tysięcy. Portal jest wyceniany na 15 milionów złotych. Jego wartość ciągle rośnie. Perspektywy są tak zachęcające, że czwórką zdolnych informatyków z Wrocławia zainteresował się niemiecki fundusz venture capital European Founders. Kupił od wrocławian 20 procent udziałów portalu. Studenci zgarnęli około trzech milionów złotych. Za zarobione pieniądze chcą ulepszyć portal i rozwinąć firmę. - Fajnie byłoby wejść na rynek globalny - mówią.

Z garażu w internetowy biznes

Programistami Naszej-klasy.pl są Maciej Popowicz, Paweł Olchawa, Michał Bartoszkiewicz, a także Łukasz Adziński. Trzej pierwsi studiują na Uniwersytecie Wrocławskim informatykę, Łukasz jest grafikiem.

To Maciek Popowicz wpadł na pomysł stworzenia Naszej-klasy. - Nie chciałem tracić kontaktu ze szkolnymi znajomymi. Skrzyknąłem kumpli i zaczęliśmy programować. Nie mieliśmy pojęcia o reklamie czy zarządzaniu ludźmi. Wiedzieliśmy tylko, jak ma wyglądać nasz portal.

Na początku było ciężko. - Pracowaliśmy po 16 godzin dziennie - mówi Paweł Olchawa. - Nie mieliśmy własnego biura, więc tworzyliśmy w domu. Za wszystko płaciliśmy z własnej kieszeni. Inwestorzy przyszli dopiero później.

Przydało się doświadczenie. Maciek Popowicz: - Większość z nas to finaliści olimpiad i konkursów informatycznych. Np. Michał Bartoszkiewicz to finalista TopCodera - prestiżowego konkursu informatycznego, który odbywa się w Nowym Jorku. Wszyscy mamy jakieś konkursowe sukcesy. Wiedza zaowocowała.

Ale żeby portal nie nawalił, cały zespół musi poświęcać mu sporo czasu. - Nie możemy zwolnić tempa. Zrobiliśmy test, który wykazał, że gdybyśmy nagle przestali pracować nad portalem, to w ciągu trzech dni przestałby on w ogóle działać - tłumaczy Paweł Olchawa.

Informatyka ponad wszystko

Twórcy Naszej-klasy zaprzeczają, jakoby skopiowali pomysł z zagranicy. - Zarzucają nam, że jesteśmy jak amerykański portal classmates.com albo jak facebook. Ale pierwszy ma tylko klasy i nie uwzględnia całych szkół, a drugi to portal społecznościowy nastawiony tylko na szkoły. Nigdzie na świecie nie ma drugiego takiego portalu jak nasz - mówi z dumą Olchawa.

Twórcy Naszej-klasy wprowadzają się właśnie do nowego biura na Biskupinie. - Czekamy na dostawę mebli i komputerów - mówi Popowicz i pokazuje puste ściany. - Tu będzie nasza siedziba. Bo teraz zespół to aż 10 osób, ale za dwa-trzy lata będzie nas 20, a może i więcej. Nie wiadomo, co się stanie za 10 lat, może zaczniemy działać nie tylko w Polsce?

Sukcesy nie przesłaniają jednak chłopcom codzienności. - Jesteśmy zwykłymi studentami piątego roku informatyki na uniwersytecie. Nie mylić z polibudą - podkreślają ze śmiechem.

Maciek Popowicz ma patent żeglarski i w wolnych chwilach pływa po Mazurach. - Jak się uda, to w najbliższym czasie pojedziemy z dziewczyną do Chorwacji. A w zimie ślizgam się na snowboardzie. No i lubię się spotykać z przyjaciółmi. Pomaga mi w tym Nasza-klasa. Mam tam swój profil.

Paweł Olchawa na pytanie o hobby uśmiechnął się: - Poza informatyką nie istnieje.

Źródło: Gazeta Wyborcza Wrocław

Offline Emilianka

  • User z prawami do pisania
  • Wyjadacz
  • *****
  • Wiadomości: 3124
Internet nieograniczone możliwości -dobre i złe strony.
« Odpowiedź #38 dnia: Listopad 08, 2007, 02:52:02 pm »
Ciekawy artykuł na temat komunikacji w internecie drogą e-mailową - autorstwa Daniela Golemana, psychologa, autora książki "Inteligencja emocjonalna".


Podstępne e-maile

The New York Times
Daniel Goleman

Poczta elektroniczna zwiększa prawdopodobieństwo konfliktów i nieporozumień
Mózg zdecydowanie przedkłada bezpośrednie kontakty międzyludzkie nad pocztę elektroniczną, która wprowadza go w błąd.


Kończyłem właśnie przygotowywać do druku moją ostatnią książkę, kiedy dostałem e-mail od jednej z pracownic wydawnictwa. Wiadomość ta zatrzymała mnie na miejscu.

Widziałem ją raz w życiu, na jakimś zebraniu. Później korespondowaliśmy ze sobą drogą elektroniczną na tematy związane z kwestiami praw autorskich. Wydawało mi się, że doskonale się rozumiemy. A później ona napisała: "Trudno rozmawiać o tym za pośrednictwem poczty elektronicznej. Ja piszę ostre słowa, a Pan się irytuje".

Najpierw się zdziwiłem. Ja się irytuję? Potem jednak zauważyłem, że rzeczywiście było coś na rzeczy. Odbyliśmy zatem dłuższą rozmowę telefoniczną, w której spokojnie wyjaśniliśmy sobie wszystkie wątpliwości. Rozmowa zakończyła się w przyjacielskiej atmosferze.

Przewagę rozmowy telefonicznej czy bezpośredniej nad e-mailem widać najwyraźniej, kiedy dochodzi do nieporozumień czy sporów. Okazuje się, że w niektórych przypadkach posługiwanie się pocztą elektroniczną może wręcz wyolbrzymić nieporozumienia i zaostrzyć spory.

Dlaczego tak się dzieje? Odpowiedź na to pytanie przynosi neuropsychologia społeczna, czyli nauka badająca procesy zachodzące w mózgu podczas interakcji z innymi ludźmi. Okazuje się, że kiedy nasz mózg "spotyka się" z ekranem komputera, często popełnia błędy w odbiorze przekazu. I nic dziwnego, bo za pomocą internetu nie da się przekazać złożonych sygnałów niezbędnych mózgowi do prawidłowego odczytywania emocji.

Interakcja zachodząca w sytuacji "twarzą w twarz" to ogromne bogactwo informacji. Docierają do nas nie tylko słowa wypowiadane przez rozmówcę. Równie ważny jest przekaz pozawerbalny: ton głosu, wyraz twarzy, ruchy ciała, rytm kroków, szybkość mówienia, a także zgranie w czasie tego, co mówi i tego, co robi. Mówiąc najprościej – elementy naszego mózgu odpowiedzialne za relacje społeczne niejako "odtwarzają" to, co dzieje się w mózgu rozmówcy. W ten sposób zostajemy w pewnym sensie "emocjonalnie zestrojeni". To tworzy miedzy nami nić porozumienia, która jest efektem przetwarzania ogromnej liczby dodatkowych informacji. Cały proces zachodzi w gruncie rzeczy poza naszą świadomością.

W porównaniu z rozmową osobistą czy choćby telefoniczną e-mail to sposób komunikacji niezwykle ubogi emocjonalnie. Nie znajdziemy tu przekazu pozawerbalnego, nie odkryjemy delikatnych niuansów, drugiego dna i ukrytego znaczenia słów. Słowa napisane na klawiaturze i wyświetlane na ekranie wyprane są z emocjonalnego kontekstu, jaki zawsze towarzyszy rozmowie.

Oczywiście e-mail ma także mnóstwo zalet: jest szybki, wygodny, ułatwia dostęp do ludzi i instytucji, pozwala nam utrzymywać kontakt z wieloma osobami, z którymi trudno byłoby nam się spotkać i porozmawiać. E-mail pozwala współpracować na odległość. Jeśli jednak w pracy polegamy tylko na poczcie elektronicznej, brak całej emocjonalnej sfery przekazu niesie ze sobą czasami niemałe ryzyko.

W przyszłym roku w piśmie "Academy of Management Review" ukaże się artykuł, w którym prof. Kirstin Byron, wykładowczyni Whitman School of Management na Syracuse University, dowodzi, że poczta elektroniczna zwiększa prawdopodobieństwo konfliktów i nieporozumień.

Jedną z przyczyn jest fakt, że kiedy czytamy e-mail, mamy tendencję do interpretowania pozytywnych informacji jako bardziej neutralnych, a neutralnych – jako bardziej negatywnych niż zamierzał nadawca. Nawet żarty wysyłane za pośrednictwem poczty elektronicznej w odczuciu odbiorców są mniej śmieszne niż zdaniem nadawców.

Dlaczego tak się dzieje? Według artykułu opublikowanego w 2005 r. w piśmie "Journal of Personality and Social Psychology" winny jest nasz nieświadomy egocentryzm. Kiedy siedząc w pracy – w boksie czy gabinecie – wysyłamy e-mail, podświadomie "słyszymy" wszystkie niuanse, barwę tonu, emocjonalne nastawienie pisanego przez nas tekstu. Odbiorca oczywiście nie ma wglądu w nasze emocje, toteż dla niego tekst jest znacznie bardziej suchy.

Kiedy rozmawiamy, "społeczny radar" w moim mózgu wyłapuje w twoim głosie ostre nuty i automatycznie zmniejsza poziom irytacji w moim głosie – wszystko po to, aby ostatecznie dojść do porozumienia i nie pokłócić się. E-mail natomiast nie zawiera wszystkich tych wartości emocjonalnych, nie przekazuje metainformacji, które w klasycznej rozmowie decydują o jej pozytywnym lub negatywnym wydźwięku.

Według Josepha Walthera, profesora na wydziale komunikacji i telekomunikacji Michigan State University dobra znajomość między nadawcą a odbiorcą może częściowo zredukować te problemy. Jeśli dobrze się znamy, mniejsze jest prawdopodobieństwo sieciowych nieporozumień.

Te niuanse cyberpsychologii dobrze znane są Clayowi Shirky’emu, wykładowcy New York University zajmującemu się problemami interaktywnej telekomunikacji. Shirky specjalizuje się w dziedzinie zwanej "social computing" (często określaną jako Internet 2.0 czy Web 2.0). Chodzi o oprogramowanie służące do interakcji pomiędzy wieloma użytkownikami, takie jak Facebook czy czaty. Zapytałem go, jaki wpływ może mieć jego dziedzina badań na całe rzesze ludzi korzystających z poczty elektronicznej w pracy z innymi ludźmi.

– Kiedy porozumiewamy się z grupą ludzi, których znamy tylko za pośrednictwem poczty elektronicznej, znajdujemy się w sytuacji funkcjonalnego zespołu Aspergera: jesteśmy logiczni, racjonalni, ale emocjonalnie zablokowani – odparł.
– Ja sam pracuję w rozrzuconej po całym kraju grupie ludzi, która przygotowywała niegdyś pewne oprogramowanie do przekazywania danych medycznych. Porozumiewaliśmy się za pomocą poczty elektronicznej, organizowaliśmy telekonferencje, ale nic sensownego z tego nie wynikało. Wreszcie postanowiliśmy, że spotkamy się na dwa dni w Bostonie, żeby spokojnie rozwiązać wszystkie wątpliwości i wyjaśnić nieporozumienia. Okazało się, że podczas tego spotkania nasz zespół wykonał ogromną pracę! Później, kiedy już poznaliśmy się osobiście, wymiana informacji za pomocą poczty elektronicznej okazała się znacznie sprawniejsza, ostatecznie zdążyliśmy więc zakończyć pracę w ustalonym terminie…

Prof. Shirky sugeruje, że członkowie zespołów, które pracują w różnych miejscach, ale potrzebują dobrej koordynacji – na przykład zespół komputerowych ekspertów do spraw bezpieczeństwa chroniących duży bank – nie muszą w komplecie zbierać się na takich spotkaniach, by osiągnąć identyczne korzyści. Zamiast tego mogą zastosować tak zwany "model banian". Banian to inaczej figowiec bengalski – drzewo, które wypuszcza nowe korzenie z gałęzi.

– Chodzi o to, że nawet bez spotkania się całego zespołu można zapuszczać małe, lokalne "korzenie", utrzymując kontakty osobiste z najbliższymi współpracownikami, aby w ten sposób zwiększyć wydajność i skuteczność komunikacji elektronicznej – dodaje naukowiec.

Profesor Shirky radzi zatem, by szefowie działu IT dużego banku organizowali zebrania , na które zapraszaliby po jednym przedstawicielu zespołów z poszczególnych miast. W trakcie takich jedno- czy dwudniowych spotkań można by porozumieć się w najważniejszych sprawach i doprowadzić do realizacji konkretnych celów. W ten sposób jeśli grupa czuwająca nad bezpieczeństwem sieciowym w Singapurze dostanie e-mail od podobnej grupy pracującej w Londynie, będzie wśród odbiorców ktoś, kto zna nadawcę i rozumie jego sposób przekazywania informacji, co zmniejsza ryzyko nieporozumień czy zlekceważenia ważnych treści.

Warto także zwrócić uwagę na efekt "maila do sąsiedniego pokoju". Kiedy w firmie czy innej organizacji wzrasta stopień użycia poczty elektronicznej, spada wykorzystanie pozostałych rodzajów komunikacji, zwłaszcza zwykłych interakcji między pracownikami. Okazuje się, że gdy pracownicy mniej rozmawiają ze sobą na neutralne tematy, czują się bardziej izolowani od pozostałych. Zależność tę wykazali autorzy artykułu w piśmie "Organizational Science" już niemal dziesięć lat temu, kiedy poczta elektroniczna wchodziła dopiero do powszechnego użycia. Jak się okazuje, zwykłe "jak się masz!" wypowiedziane do kolegi z pracy ma znaczenie, buduje bowiem strukturę społeczną w firmie.

– Oprogramowanie społecznościowe, takie jak e-mail, nie jest lepsze od spotkania twarzą w twarz. Jest co najwyżej lepsze niż nic – podsumowuje prof. Shirky.


Dr Daniel Goleman jest psychologiem, autorem m.in. książek "Inteligencja emocjonalna" i "Inteligencja społeczna. Nowa nauka o stosunkach międzyludzkich".

Offline ilonadora

  • User z prawami do pisania
  • Rozgadany Weteran
  • *******
  • Wiadomości: 8423
    • http://wwwmojedzieciaki.blox.pl/html
Internet nieograniczone możliwości -dobre i złe strony.
« Odpowiedź #39 dnia: Listopad 16, 2007, 08:38:40 pm »
Najstarsza blogerka ma 95 lat i obchodzi urodziny


Najstarsza użytkowniczka bloga, 95-letnia Maria Amelia, jest Hiszpanką i właśnie obchodzi urodziny. Maria Amelia prowadzi w rankingu na najlepszego użytkownika bloga w języku hiszpańskim - konkursie zorganizowanym przez niemiecką TV Deutsche Welle. Zwycięzca zostanie ogłoszony 15 listopada.

Blog dziarskiej staruszki , pisany w języku hiszpańskim, czyta regularnie 60 tys. osób. Masa ludzi wpisuje codziennie życzliwe komentarze. Maria Amelia urodziła się w 1911 r. w Muxii w Coruńii. "Przyjaciele internetowi, dziś kończę 95 lat - pisze Amelia. "To wnuk podarował mi bloga" - pisze Amelia.

Nigdy nie myślałam, że poczuję tak wielką pasję, a teraz nie mogę żyć bez Internetu i Internautów. Oni mnie kochają i dają rady. Uwielbiam surfować i czytać biografie pisarzy - mówi Internautka w jednym z wywiadów, które można zobaczyć na jej stronie. (ap)

wp.pl
"Być bohaterem przez minutę, godzinę, jest o wiele łatwiej niż znosić trud codzienny w cichym heroizmie."
Ilonadora i czwórka pociech

Offline Emilianka

  • User z prawami do pisania
  • Wyjadacz
  • *****
  • Wiadomości: 3124
Internet nieograniczone możliwości -dobre i złe strony.
« Odpowiedź #40 dnia: Grudzień 11, 2007, 09:56:08 am »
Wielkie cięcie

Michael Beißwenger, lingwista z Dortmundzkiego Instytutu Języka i Literatury Niemieckiej, przeanalizował komunikacyjne cechy internetowych pogaduszek. Stwierdził, że chatując, pomijamy ok. 20% tego, co planowo chcieliśmy powiedzieć.

Eliminujemy całe bloki wypowiedzi, ponieważ przestają pasować do przebiegu sytuacji. Chatując, nie jesteśmy w stanie przez dłuższy czas jednocześnie pisać i czytać czyichś komunikatów, dlatego czasem nieuchronnie nasz wpis jest zupełnie nieadekwatny do przebiegu dialogu - wyjaśnia Niemiec.

To dlatego ludzie decydują się skasować przed wysłaniem sporą część ułożonego tekstu i powiedzieć coś zupełnie nowego (w założeniu bardziej odpowiedniego). Coś, co na początku wydaje się nieekonomiczne, ostatecznie okazuje się najlepszą strategią radzenia sobie z wymogami pisemnego porozumiewania się w czasie rzeczywistym i adekwatnego odpowiadania na ostatnie wpisy dyskutanta.

W ramach pracy doktorskiej Beißwenger badał różnice pomiędzy chatem a rozmową twarzą w twarz oraz ich wpływ na organizowanie wymiany zdań. Wynikiem jego dociekań jest książka pt. Sprachhandlungskoordination in der Chat-Kommunikation.

Przebieg komunikacji jest zapewne płynniejszy w przypadku osób piszących bezwzrokowo.

Anna Błońska
źródło: Digital Journal

Offline ilonadora

  • User z prawami do pisania
  • Rozgadany Weteran
  • *******
  • Wiadomości: 8423
    • http://wwwmojedzieciaki.blox.pl/html
Internet nieograniczone możliwości -dobre i złe strony.
« Odpowiedź #41 dnia: Luty 01, 2008, 11:11:29 am »
Śmierć z internetu

Internetowe grupy dla samobójców mogą dosięgnąć twoich bliskich
W Internecie najłatwiej jest znaleźć porady jak upiec ciasto albo jak obrabować bank. Niestety, równie łatwo można się tam dowiedzieć, jak najskuteczniej popełnić samobójstwo.


"Jak można szybko i bezboleśnie się zabić; tak, żeby nie bolało i nie było szans na odratowanie? Pomóżcie, a ja tak to zrobię" – rzuca w sieć jeden z internautów i natychmiast znajduje chętnych do udzielenia odpowiedzi. Grupy internetowych samobójców wymieniają się receptami i poradami. Trwa kampania na rzecz delegalizacji takich stron, gdyż obowiązujące dotąd przepisy prawne okazały się zupełnie nieskuteczne. W przeciwieństwie, niestety, do podawanych na nich przepisów na śmierć.

- Trzeba być chyba bardzo zdesperowanym, by zasięgać rad u żyjącego "eksperta" od samobójstw... – zauważa badający sprawę prof. Mark Williams z Bournemouth University. - To skończone bzdury i moralny gwałt.

Fakty są jednak takie, iż jak dotąd udowodniono co najmniej kilkadziesiąt przypadków samobójstw, które znalazły swoje źródło właśnie w Internecie.

Michael Gooden z East Essex w Wielkiej Brytanii samobójstwo próbował popełnić kilkakrotnie, jednak za każdym razem w ostatniej chwili brakowało mu odwagi. Przez Internet udało mu się w końcu umówić z anonimowym "specjalistą" w tej dziedzinie. "Doradca" namówił Goodena na przechadzkę w rejon skalnych urwisk w okolicach Beachy Head. Tam Gooden rozebrał się do naga i skoczył. Jego śmierć, podobnie jak przypadek szesnastoletniego Tima Pipera, który najpierw godzinami surfował po sieci, a następnie powiesił się w swojej sypialni, wywołały u ich rodziców szok. Zaalarmowali oni zarówno policję, jak i psychologów i psychiatrów, uświadamiając niebezpieczeństwo, jakie może niekiedy stanowić korzystanie z internetu. Naukowcy podkreślają, że największą atrakcją, a zarazem niebezpieczeństwem sieci jest anonimowość. Korzysta z tego, niestety, wielu psychopatów i szaleńców.

Nie tylko harakiri

Jedno z czołowych miejsc na świecie pod względem liczby samobójstw zajmuje Japonia. Japończycy coraz częściej poznają się on-line, wcale nie po to, by pójść razem, na przykład, na randkę, ale żeby wspólnie... popełnić samobójstwo. Do tej pory w Japonii popełniali je głównie zapracowani czterdziestolatkowie. Teraz coraz częściej jego ofiarą padają ludzie młodzi. "Szukam współtowarzyszy śmierci. Znam procedurę i mam doświadczenie" - pisała w ogłoszeniach internetowych trzydziestoczteroletnia kobieta. Zebrała siedmioosobową grupę ludzi (czterech mężczyzn i trzy kobiety), którzy mieli problemy w pracy, nauce lub życiu osobistym. Znaleziono ich w górskim parku niedaleko Tokio przywiązanych do siebie i zatrutych spalinami. Niedługo potem japońska policja znalazła w południowym Tokio inny samochód z ciałami dwóch kobiet, które także umówiły się na swoje samobójstwo przez Internet. Opinię publiczną tego kraju zbulwersował też przypadek dwudziestosiedmioletniego nauczyciela przyrody, który – dla wiadomych celów – sprzedawał w sieci cyjanek po 400 dolarów.

Samobójstwo w Japonii nie ma tej negatywnej konotacji jak ma to miejsce w kulturze chrześcijańskiej. Tam w świadomości wielu ludzi ciągle funkcjonuje samurajski kodeks Bushido. Japońscy samobójcy starają się nie przeszkadzać innym; raczej nie zabijają się w miejscach publicznych czy hotelach, żeby nie zaszkodzić właścicielom, nie obciążyć finansowo rodziny. Wybierają miejsca ważne, piękne i symboliczne, jak na przykład okolice świętej góry Fuji. Tam kończy życie co najmniej stu samobójców rocznie.

Koreański wyścig szczurów


Korea jest podobnie jak Japonia krajem o najwyższych i stale rosnących wskaźnikach samobójstw na świecie. Statystyki samobójczych śmierci są ceną, jaką płaci ten kraj za wielki cywilizacyjny sukces. Szczególnie przygnębia bardzo duży odsetek młodych ludzi, którzy nie są w stanie sprostać społecznemu parciu na sukces i wyścigowi szczurów trwającemu już od najmłodszych lat. Na stacjach metra w Seulu barierki dzielące pasażerów od wjeżdżającej kolejki pojawiły się w 2004 roku po tym, jak rok wcześniej, rzucając się pod nadjeżdżający pociąg, odebrało sobie życie 93 Koreańczyków.

Także w Korei Internet stał się narzędziem, któremu przypisuje się upowszechnienie zjawiska samobójstw grupowych organizowanych w sieci. Dlatego specjalnie utworzona Komisja Bezpieczeństwa Internetowego cenzuruje tam blogi, pilnując, by nie pojawiały się tytuły odwołujące do śmierci i samobójstwa. Wyszukiwarki są tak ustawione, by po wrzuceniu hasła "samobójstwo" w wynikach pojawiały się najpierw adresy do organizacji niosących pomoc.

Na ratunek samobójcom

Problem internetowych samobójstw jest równie poważny w Europie, w tym także w Polsce. Na przykład pod koniec zeszłego roku warszawska policja schwytała mężczyznę, który przez Internet doradzał jak popełnić samobójstwo. Delikwent został aresztowany. Pomagał w tej sprawie między innymi szesnastolatce, której zaoferował nawet dostarczenie odpowiedniej trucizny.

Powody, dla których młodzi ludzie skłonni są popełnić samobójstwo, to jedne z najbardziej złożonych i tajemniczych zjawisk. Od dawna wiadomo, że rozwój społeczny i psychologiczny człowieka nie nadąża za technologicznym. Oczywiście zjawisko zbiorowego samobójstwa nie jest czymś nowym, zmieniły się jedynie środki do jego realizacji.

Tylko w nielicznych krajach Europy wdrożono program zapobiegania samobójstwom. Doprowadził on do znacznej redukcji wskaźnika samobójstw w takich krajach jak np. Szwecja czy Finlandia. W Polsce program taki ciągle jeszcze pozostaje w sferze projektów.

Dusza w brzuchu

Kodeks honorowy japońskich samurajów, zwany "Bushido", głosił między innymi, że życie z poczuciem hańby gorsze jest od śmierci. "Można żyć, kiedy żyć się godzi i umrzeć, kiedy umrzeć trzeba" – głosiła jedna z maksym kodeksu. Idąc za jego wskazaniami samurajowie, którzy uważali się za pozbawionych honoru, decydowali się na samobójstwo rytualne, zwane seppuku (niezbyt trafnie określane przez Europejczyków jako harakiri). Polegało ono na rozpłataniu mieczem wnętrzności. Według tradycji japońskiej to właśnie w brzuchu mieściła się dusza i tam też umiejscowione były uczucia. Rozcięcie brzucha miało być dowodem niewinności samobójcy i okazania szczerości jego zamiarów. Po śmierci był on oczyszczany ze wszelkich zarzutów.

Smutna statystyka


Codziennie na całym świecie ponad tysiąc osób umiera śmiercią samobójczą. Liczba prób samobójczych jest prawdopodobnie kilkakrotnie większa. Statystyki w różnych krajach prowadzone są w rozmaity sposób i nie zawsze odnotowywany jest fakt samobójczego zamachu na swoje życie. Liczba zgonów w wyniku aktu samobójczego jest czasami kilkakrotnie większa niż zgonów w wyniku wypadków drogowych. Najwięcej aktów samobójczych popełniają ludzie w wieku 16–21 lat. Drugim, niebezpiecznym okresem jest wiek 45–55 lat. Wbrew rozpowszechnionym sądom samobójstwa w  większości państw świata (także w Polsce) częściej popełniają mężczyźni niż kobiety. Według naukowców u 40-70 proc. przypadków samobójców rozpoznano syndrom depresji. Statystycznie w Europie najwięcej samobójstw popełniają Litwini, a po nich Estończycy, Węgrzy i Finowie.


onet
"Być bohaterem przez minutę, godzinę, jest o wiele łatwiej niż znosić trud codzienny w cichym heroizmie."
Ilonadora i czwórka pociech

Mulesia

  • Gość
Internet nieograniczone możliwości -dobre i złe strony.
« Odpowiedź #42 dnia: Luty 12, 2008, 07:53:56 pm »
Wtorek, 12 lutego 2008

Pornografia dziecięca i cyberprzemoc. Jak temu zaradzić?

16:50

12 lutego po raz czwarty w Polsce obchodzimy Dzień Bezpiecznego Internetu. Organizatorami obchodów jest Fundacja Dzieci Niczyje oraz Naukowa i Akademicka Sieć Komputerowa, które realizują unijny projekt „Safer Internet”.


Dzień Bezpiecznego Internetu został ustanowiony z inicjatywy Komisji Europejskiej i ma na celu zwrócenie większej uwagi na kwestie bezpiecznego Internetu, a także dostępu dzieci i młodzieży do zasobów internetowych. – Chcemy, aby była to okazja do pospolitego ruszenia dla organizacji pracującymi z dziećmi – szkół, bibliotek, organizacji pozarządowych czy prywatnych osób. Co roku zachęcamy ich, aby w tym dniu organizowali lokalne inicjatywy związane z bezpieczeństwem dzieci w Internecie. Mogą być to zarówno lekcje o bezpieczeństwie w sieci, jak i bardziej innowacyjne pomysły – spoty, teatrzyki, gazetki szkolne czy happeningi – mówi Agnieszka Wrzesień z Fundacji Dzieci Niczyje.

Nagrody za najlepsze pomysły

Aby zgłosić pomysł wystarczy wypełnić formularzy na stronie DzienBezpiecznegoInternetu.pl. Można zgłaszać wszystkie inicjatywy, które zostaną zrealizowane do końca lutego 2008. Wszyscy organizatorzy, którzy przyślą sprawozdania do końca marca mają szansę wygrać nagrody finansowe i rzeczowe. - Mamy nadzieję, że dla wielu szkół będzie to początek regularnego organizowania zajęć o bezpieczeństwie w Internecie – mówi Wrzesień.

Dzień Bezpiecznego Internetu to nie tylko zachęcanie do lokalnych inicjatyw, ale szereg innych projektów. W tym roku organizatorzy chcą szczególnie zwrócić uwagę na nową odsłonę kampanii „Dziecko w Sieci” realizowaną pod hasłem „Stop cyberprzemocy”. - Coraz częściej słyszymy o tym w jaki sposób młodzi ludzie wykorzystują nowe technologie do przemocy na rówieśnikach, dlatego chcemy pokazać dzieciom do czego może doprowadzić często nieświadome korzystanie np. z aparatów fotograficznych i kamer w telefonach komórkowych. Niejednokrotnie ośmieszające zdjęcia i filmy publikowane w Internecie przez szkolnych kolegów prowadzą do prawdziwych dramatów. Wiele dzieci skarży się, że padło ofiarami wulgarnych wyzwisk, zastraszania i publicznego ośmieszenia – mówi Łukasz Wojtasik, koordynator kampanii „Dziecko w Sieci”.

Coraz więcej przemocy w serwisach społecznościowych

Jak dodaje Wojtasik, coraz więcej cyberprzemocy można zauważyć również na serwisach społecznościowych. – Oprócz zalet takich miejsc w Internecie, występuje tu mnóstwo zagrożeń związanych z publikowaniem treści, które mogą kogoś obrazić lub dotyczą włamania się na czyjeś konto – akcentuje Wojtasik.

Agnieszka Wrzesień podkreśla, że Dzień Bezpiecznego Internetu ma na celu również zainteresowanie rodziców problemem treści na które napotykają w sieci ich pociechy. – Dorośli często nie zdają sobie sprawy z tego co ich dziecko robi w swoim pokoju. Wracają zbyt zmęczeni z pracy, aby pomyśleć o tym ile zasadzek czeka na ich dzieci – mówi Wrzesień.

Nadkomisarz Zbigniew Urbański z Komendy Głównej Policji dopatruje się również innej przyczyny bierności rodziców. – Boją się zgłosić na policję, że ich dziecko zetknęło się z wulgarnymi treściami, bo niejednokrotnie korzystają z nielegalnego oprogramowania – podkreśla Urbański.

Jak pokazują badania firmy Gemius S.A. z ubiegłego roku, co dziesiąty Internauta to dziecko w wieku 7-14 lat. Ponad 71% badanych przyznało, że mimowolnie natknęło się na treści o charakterze erotycznym lub pornograficznym, a ponad połowa stwierdziła że napotkała w sieci brutalne sceny przemocy. Z badań wynika także, że młodzi ludzie nie widzą niebezpieczeństw związanych z poznawaniem nowych ludzi w Internecie. Tylko 15% z użytkowników poinformowało rodzica o tym, że spotkało się z osobą poznaną w sieci.

Gdzie zgłaszać niebezpieczne treści

Wychodząc naprzeciw dzieciom, które napotkały na zagrożenia w Internecie, Fundacja Dzieci Niczyje we współpracy z Fundacją Grupy TP uruchomiła kilka miesięcy temu stronę helpline.org.pl. Za pośrednictwem witryny można skontaktować się z ekspertem, który pomoże znaleźć rozwiązanie problemu.
Pół roku temu ruszyła także kampania społeczna przygotowana przez Fundację Dzieci Niczyje i NASK promująca stronę Dyzurnet.pl, na której można anonimowo zgłosić nielegalne treści w Internecie.
Miesięcznie Dyżurnet odnotowuje ponad kilkaset zgłoszeń, z czego najwięcej dotyczy treści pornograficznych z udziałem dzieci. - Użytkownicy sieci informują nas głównie o znalezionych filmach i zdjęciach. Cytują też dyskusje na czatach, forach i komunikatorach internetowych - mówi Marek Dudek, kierownik zespołu Dyżurnet. Dudek zaznaczył, że jest wiele problemów na które napotyka zespół. Wśród najważniejszych bolączek znalazły są różnorodne przepisy w poszczególnych krajach a także brak jednoznacznej wykładni prawnej dotyczącej takich zjawisk jak np. promowanie zachowań samobójczych, czy handlu ludzkimi organami.

Dziecko w wannie łakomym kąskiem dla pedofilów

Swoimi spostrzeżeniami dzieli się też nadkomisarz Zbigniew Urbański z Komendy Głównej Policji. - Wielokrotnie apelujemy do rodziców, aby nie zamieszczali na swoich prywatnych stronach nagich zdjęć swoich dzieci. Rodzice nie zdają sobie sprawy, że zdjęcia zrobione dziecku na plaży lub podczas kąpieli w wannie trafiają na strony pedofilskie - alarmuje nadkom. Urbański. Zdaniem szefa Dyżurnet.pl, opiekunowie powinni większą uwagę zwrócić na to, z jakich stron dzieci korzystają. Nie wystarczy kupić komputer i zainstalować Internet. Trzeba choć chwilę poświęcić na rozmowę z dzieckiem i przestrzec je przed tym, co czyha na nie w sieci - radzi Dudek.

Agnieszka Niesłuchowska, Wirtualna Polska
 
http://wiadomosci.wp.pl/wiadomosc.html?kat=1342&wid=9652958&rfbawp=1202841661.309&ticaid=15594

Offline Gaga

  • Administrator
  • Rozgadany Weteran
  • *****
  • Wiadomości: 26310
Internet nieograniczone możliwości -dobre i złe strony.
« Odpowiedź #43 dnia: Luty 14, 2008, 11:44:54 pm »
Jak zniknąć z portali społecznościowych?

Zuzanna Szybisty2008-01-31,

Anonimowość w internecie to mit. Coraz więcej prywatnych informacji o sobie zostawiamy w sieci, nie zdając sobie nawet sprawy, że mogą one być wykorzystane bez naszej zgody. Internet to potężna baza danych osobowych.

Miliony ludzi mają swoje wirtualne profile w sieci. Dzięki nim, wpisując w wyszukiwarkę imię i nazwisko danej osoby możemy dowiedzieć się m.in. gdzie się uczyła, z kim się przyjaźni, gdzie pracuje lub jakie są jej ulubione filmy.

Niedawno Główny Inspektor Ochrony Danych Osobowych (GIODO) przeprowadził kontrolę serwisu nasza-klasa.pl, sprawdzając czy dane osobowe zarejestrowanych użytkowników są tam odpowiednio chronione. Szybki wzrost popularności nasza-klasa.pl w ciągu ostatnich miesięcy spowodował, że serwis okazał się, za Telekomunikacją Polską, drugim pod względem wielkości zbiorem danych osobowych w Polsce.

Co o mnie wiedzą?

Dlaczego przechowywanie prawdziwych informacji o sobie w internecie może być niebezpieczne? W serwisach społecznościowych aż roi się od fałszywych kont osób publicznych. Sami przedstawiciele tych serwisów nie są zawsze w stanie rozpoznać, czy dany profil jest autentyczny, czy ktoś się podsuwa pod daną osobę. Zapobiegawczo, niektóre popularne osoby zakładają swoje oficjalne konta, które są często eksponowane przez administrację danego serwisu (np. "Znani blogują!" na MojaGeneracja.pl).

Ostatnie zamieszanie wokół nasza-klasa.pl nie powinno zagrozić jej mocnej pozycji, jaką ma w polskim internecie. Poważniejsze problemy może mieć jednak Facebook. W Polsce wciąż jeszcze mało znany, ale na świecie bijący rekordy popularności. Ponad 63 mln użytkowników na świecie oraz wycena serwisu na 15 mld USD robi wrażenie.

Od kilku dni Facebook musi walczyć o swoje dobre imię. Tym razem kilku internautów zwróciło uwagę, że nawet po skasowaniu swojego profilu, dane użytkownika wciąż są zachowywane przez administrację serwisu. Brytyjski ICO (odpowiednik polskiego GIODO) po skargach internautów postanowił zbadać, czy polityka prywatności Facebook jest zgodna z prawem Wielkiej Brytanii. - Firma zobowiązuje się do współpracy z ICO, by zachować zaufanie użytkowników Facebooka oraz działać zgodnie z brytyjskim prawem - takie zdawkowe oświadczenie wydali przedstawiciele firmy po ujawnieniu wątpliwości.

To, co niepokoi ICO to fakt, że nawet po dezaktywacji swojego konta, dane użytkownika nadal pozostają na serwerach Facebooka. Aby całkowicie usunąć informacje o sobie, należy ponownie zalogować się i usunąć wszystkie treści, jakie wcześniej zamieściliśmy. Proces ten może być dla niektórych internautów zbyt mozolny.

Tymczasem pod koniec ubiegłego roku Facebook musiał się także tłumaczyć za wprowadzenie kontrowersyjnego systemu reklamowego Beacon. System polega na śledzeniu określonych aktywności użytkownika na partnerskich witrynach (mających umowę z Facebookiem). Okazało się jednak, że główni zainteresowani czyli sami użytkownicy nie byli o tym informowani. Ponadto Beacon śledził działania także tych osób, które dezaktywowały konto w serwisie Facebook, i których adresy powinny zostać natychmiast usunięte z bazy danych systemu. Ostatecznie założyciel Facebooka - Mark Zuckerberg oficjalnie przeprosił za wszystkie problemy, których na czas nie rozwiązano.

Chroń się sam

Aktywny użytkownik internetu, zwłaszcza w młodym wieku, posiada swoje profile nawet na kilku serwisach społecznościowych. Co jeśli internauta postanowi skończyć swoją przygodę z wirtualnymi społecznościami? Każdy serwis w swoim regulaminie ma zapisane, że użytkownik ma prawo usunąć swoje konto. Jak pokazuje przykład Facebooka - skasowanie czy dezaktywacja konta niekoniecznie muszą być równoznaczne ze zniknięciem z bazy danych serwisu.

Polskie serwisy społecznościowe, jak Fotka.pl, Grono.net, Epuls.pl, ale także tzw. profesjonalne sieci jak Goldenline.pl czy Profeo.pl mają klarownie zapisane w regulaminie, że użytkownik ma prawo do skasowania swojego konta, podkreślając, że wiąże się to z brakiem możliwości korzystania ze wszystkich opcji serwisu. Jak do tej pory, nie pojawiły się żadne wątpliwości, że polskie społeczności mogłyby nielegalnie przechowywać dane swoich dawnych użytkowników. Systemy polskich serwisów nie są aż tak rozbudowane, i nie mają aż tylu milionów klientów co Facebook czy MySpace, dlatego wydają się bezpieczniejsze.

W ubiegłym roku zespół prof. Catherine Dwyer z Uniwersytetu w Pace przeprowadził badania wśród użytkowników dwóch najpopularniejszych serwisów społecznościowych w USA- MySpace i Facebook, by dowiedzieć się, jakie informacje o sobie są w stanie przekazać na stronach społeczności. Użytkownicy, pomimo że zdają sobie sprawę, iż ochrona prywatności jest na tych serwisach słaba, byli gotowi udzielać prywatnych informacji o sobie, aby uzyskać dostęp do wszystkich funkcjonalności serwisów. - Oba serwisy robią wszystko, by w jakiś sposób zmonetyzować posiadane przez nich informacje o użytkownikach- podkreślała w raporcie prof. Dwyer.

Serwisy społecznościowe mogą być także świetnym polem badawczym dla socjologów. Przekonani są o tym uczeni z Harvardu i Uniwersytetu w Los Angeles w Kalifornii (UCLA), którzy niedawno rozpoczęli tworzyć wirtualną bazę danych. - Zbieramy informacje z Facebooka. Posiadamy informacje nawet o całych rocznikach studentów. Następnie tworzymy bazę danych, która może być pomocna przy różnego typu analizach - tłumaczył BBC prof. Andreas Wimmer z UCLA.

Facebook umożliwia internautom porównywanie między sobą swoich zachowań, przekonań, gustów dzięki specjalnym aplikacjom. Dla socjologów są to szczególnie użyteczne narzędzia, ponieważ mogą np. udowodnić, że ludzie łączą się w relacje towarzyskie, jeśli są do siebie podobni. A nawet, co podkreślają socjolodzy, poprzez tego typu serwisy można trafić do osób mających skłonności samobójcze.

Większość polskich i zagranicznych serwisów społecznościowych oferuje usługę typu "pokaż mój profil tylko znajomym". Okazuje się jednak, że zdecydowana większość internautów nie korzysta z tej możliwości i udostępnia wszystkim wejście na swoje konto. Ponadto, mało kto kasuje całkowicie swój profil (konto), gdy przestaje korzystać z danego serwisu. Może sobie o nim przypomnieć nawet po kilku latach, gdy np. potencjalny pracodawca będzie sprawdzał informacje o nim w internecie.
Pozdrawiam :))
"Starsza Jesienna Miotełka"

Offline ilonadora

  • User z prawami do pisania
  • Rozgadany Weteran
  • *******
  • Wiadomości: 8423
    • http://wwwmojedzieciaki.blox.pl/html
Internet nieograniczone możliwości -dobre i złe strony.
« Odpowiedź #44 dnia: Luty 28, 2008, 09:14:40 am »
www.wojna.com

4 września 2023 roku, godzina 9:08, Warszawa.
Wszystko dzieje się niemal w odstępie ułamków sekund. Wysiada prąd, łączność bezprzewodowa, Internet. Pociągi na superszybkich liniach: Katowice-Warszawa-Gdynia, Warszawa-Poznań-Wrocław stają w szczerym polu. Dochodzi do kilku kolizji. Stają wagony w metrze warszawskim, a także wrocławskiej i śląskiej kolejce nadziemnej. Z nieba spadają samoloty.


Pod koniec dnia straty liczone są w miliardach złotych, a liczba zabitych w tysiącach. Wobec wyłączenia systemu RFID, odpowiedzialnego za automatyczne potrącanie opłat za zakupy na kontach, w największych miastach wybuchają zamieszki na tle rabunkowym. Zdemolowano centra handlowe, m.in: Złote Tarasy, Arkadia, Silesia City czy Galeria Dominikańska. Usuwanie awarii zajmie blisko dwa tygodnie. Do najbardziej poszkodowanych należą sektor telekomunikacyjny, lotniczy, finansowy, banki, sektor usługowy oraz transport.

Premier w specjalnym komunikacie, wobec paraliżu e-mediów drukowanym na plakatach i rozlepianym w całej Polsce, oświadcza, że i tak udało się uniknąć najgorszego scenariusza. Ocenia, że zmasowany atak sieciowy na kraj udał się w 75 procentach.

Czy ta czarna wizja mogłaby się spełnić? Niestety tak, choć podobny przebieg wydarzeń jest mało prawdopodobny. Jednoczesne zaatakowanie wszystkich najważniejszych sieci w kraju wymaga niesamowitej koordynacji, a także ogromnych zasobów ludzkich i materialnych. Nie dysponują nimi ani terroryści, ani zorganizowana przestępczość. Kto więc mógłby dokonać takiego ataku? Odpowiedź brzmi: inne państwo. Wojna powoli wkracza do Internetu.

Sprawa estońska


Rok 2007, Estonia. Pierwszy tak zmasowany i skoordynowany atak informatyczny na państwo. Obiektem napaści typu DDoS (Distributed Denial of Service) stały się m.in.: serwery bankowe i rządowe. Eksperci od spraw bezpieczeństwa informatycznego z firmy McAfee w raporcie na temat przestępczości internetowej podają, że w szczytowym momencie w cyberatak zaangażowano około 20 tys. sieci komputerowych z całego świata.

Tradycyjne środki obrony były niewystarczające wobec tego ataku na kluczową infrastrukturę teleinformatyczną Estonii. Użycia sieci zombie można było się spodziewać, natomiast kompleksowość i koordynacja, które mogliśmy obserwować, były czymś zupełnie nowym. Atakowano konkretne cele, za pomocą różnych technik i w określony czasie. Ataki ustały dlatego, że napastnicy zaprzestali działań z własnej woli, a nie dlatego, że zostali powstrzymani – twierdzą cytowani w raporcie McAfee analitycy NATO.

Sprawa estońska to najbardziej spektakularny przykład cyberataku na państwo. Ale takich zdarzeń było więcej. W zeszłym roku ofiarą napaści internetowych stały się m.in. Niemcy, Stany Zjednoczone oraz Indie. We wszystkich tych przypadkach podejrzewa się, że napastnikami nie były autonomiczne grupy hakerów, ale inne państwa. Doszliśmy do punktu, w którym bezpieczeństwo sieciowe stało się kwestią bezpieczeństwa narodowego. Według ekspertów McAfee już 180 państw stworzyło cyberkomanda, które pełnią funkcje zarówno defensywne, jak ofensywne. Wszyscy hakują wszystkich, a świat znalazł się w obliczu cybernetycznej zimnej wojny – twierdzi McAfee. Sprawa estońska, ataki na Pentagon czy urząd kanclerski w Niemczech są przejawami tego konfliktu.

Obecnie państwa raczej „macają się” wzajemnie niż podejmują poważne działania, ale w ciągu 10-20 lat może się to zmienić. A wtedy zimna wojna, zmieni się w gorącą.

Rzut oka w przyszłość


Jak miałaby wyglądać gorąca cyberwojna? Najpierw trzeba odpowiedzieć na pytanie, jak będzie wyglądała sieć?

Można przyjąć kilka założeń. Po pierwsze, upowszechnienie dostępu, głównie w oparciu o technologie bezprzewodowe. Internet w rozwiniętych państwach będzie dostępny niemal wszędzie i prawdopodobnie za darmo. Niemal wszędzie oznacza także samoloty i pociągi. Kilka miesięcy temu Federalna Agencja Awiacji uziemiła Boeinga 787 z powodu obaw, jakie budziła integracja systemów komputerowych maszyny, połączona z ogólnodostępną siecią na pokładzie samolotu. Obawiano się, że pasażerowie będą się mogli łatwo włamać do komputerów maszyny i zostawić tam trojana lub inny szkodliwy program. Dzięki temu haker mógłby przejąć kontrolę nad samolotem i doprowadzić do katastrofy. Producent samolotu stwierdził, że zainstaluje zabezpieczenia, które zagwarantują stuprocentowe bezpieczeństwo. Niewielu to przekonało. Analitycy twierdzą, że zawsze zostanie jakaś luka. Podobne zagrożenia wystąpią, jeśli bezprzewodowe połączenie z siecią będzie dostępne w superszybkich pociągach.

Po drugie, nastąpi automatyzacja wszelkich możliwych procesów. Oczywiście dla wygody szarego człowieka. System Radiowej Identyfikacji Towarów (RFID) prawdopodobnie zastąpi niebawem kody paskowe. Zastosowany w sklepie umożliwi podliczanie zakupów bez konieczności wyjmowania ich przy kasie. W dalszej perspektywie kasy znikną, a należność za zakupy będzie pobierana bezpośrednio z konta bankowego.

Po trzecie, wzrost szybkości łączy sprawi, że cała komunikacja w krajach rozwiniętych, w tym radio i telewizja, oparta zostanie na infrastrukturze światowej sieci.
nnymi słowy, niemal cała nasza aktywność życiowa uzależniona będzie od sprawnej sieci teleinformatycznej. Wówczas bezpieczeństwo internetowe państwa będzie równie ważne, a może ważniejsze, niż bezpieczeństwo energetyczne czy niepodzielność terytorialna. Coraz mniej będzie się liczyć konwencjonalna armia, coraz bardziej hakerzy.

Już teraz analitycy m.in. Biura Bezpieczeństwa Narodowego w udostępnianych przez siebie materiałach na poważnie biorą możliwość (choć jest to określane jako „czarny scenariusz”) wywołania sztucznego krachu na giełdzie, zablokowania kont bankowych, czy wywołania paniki w społeczeństwie, co doprowadziłoby do załamania całego systemu finansów publicznych. Wraz z rozwojem technologii ryzyko takich wydarzeń będzie się zmniejszać, dzięki ulepszeniu procedur i środków bezpieczeństwa. Z drugiej strony, przy rosnącym uzależnieniu gospodarki od Internetu, negatywne skutki takiego ataku będą rosnąć.

Narodowe siły internetowe

Aby chronić swoje zasoby internetowe, kraje będą zmuszone utworzyć na bazie dzisiejszych cyberkomand Siły Zbrojne w Internecie (SZI). Obecnie za działania w sieci najczęściej odpowiadają rozmaite agencje wywiadowcze. W Polsce są to: Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego oraz odpowiedzialna za bezpieczeństwo militarne Służba Kontrwywiadu Wojskowego, a także Centrum Zarządzania Systemami Teleinformatycznymi i inne. Prócz jednostek jawnych, oficjalnych, podejrzewa się, że służby specjalne na całym świecie rekrutują młodych hakerów. Podobnie czynią organizacje przestępcze. Wzorem są tu metody stosowane kiedyś przez niesławne KGB. Specjalni agenci odnajdują młodych, zdolnych zapaleńców – często studentów i uczniów szkół średnich. Geeków rekrutuje się za relatywnie niewielkie kwoty lub udostępniając komputerowe gadżety. Ta hakerska sieć to nieoficjalne zasoby służb specjalnych, które potem można wykorzystać w takich atakach, jak na Estonię. Dzięki temu, nawet jeśli atakujący zostanie wykryty, trudno go będzie powiązać z organami państwa. Takie środki przydatne są jednak tylko do działań ofensywnych, o charakterze dywersyjnym. Przy defensywie, w przypadku zmasowanego ataku, trudno szybko zmobilizować wszystkich dostępnych agentów. Można się wręcz spodziewać, że w obronie weźmie udział mniejszość zwerbowanych hakerów, zaś większość sama stanie się ofiarami ataków. W tej sytuacji koniecznością jest powołanie formalnej struktury – Sił Zbrojnych w Internecie. Służyć w nich będą zawodowi żołnierze-informatycy, monitorujący sieć w poszukiwaniu zagrożeń 24 godziny na dobę. Jeśli będzie trzeba, zareagują. SZI będzie się także zajmować odstraszaniem potencjalnych agresorów. Poszczególne kraje będą prężyć swoje cybermuskuły czy to przez różne pokazowe akcje, czy przez zaprezentowanie kolejnego superkomputera z ogromną mocą obliczeniową.

Trzeba przy tym pamiętać, że w gruncie rzeczy zapewnienie bezpieczeństwa sprowadza się do zarządzania ryzykiem. Wskazywane są potencjalne zagrożenia, szacowane ryzyko ich wystąpienia oraz straty, które mogą przynieść. Następnie podejmowane są racjonalne kroki zaradcze – biorąc pod uwagę możliwości technologiczne i finansowe państwa. Z tego powodu ważną, być może najważniejszą rolę w SZI pełnić będą nie hakerzy, ale analitycy, których zadaniem będzie właśnie wyszukiwanie niebezpieczeństw i szacowanie ryzyka ich wystąpienia. Naturalnie, poszczególne jednostki będą próbowały rozmaicie oszukać przeciwnika. Będzie to robione albo tradycyjnymi środkami, jak kontrolowane przecieki, albo poprzez ataki na słabszego konkurenta. W ostatnim przypadku celem nie będzie zniszczenie atakowanego, ale zademonstrowanie silniejszym wrogom, do czego jesteśmy zdolni bez wchodzenia z nimi w konflikt. Tak można zinterpretować niedawną cybernapaść na Estonię.

Strony konfliktu

Możemy wymienić kilka stron przyszłego konfliktu. Pierwszą są terroryści. Z ich strony można spodziewać się spektakularnych, ale jednorazowych ataków. Każdy spotka się ze stanowczą reakcją państw, które wirtualnymi i fizycznymi środkami unieszkodliwią sprawców.

Drugą stanowią zorganizowane grupy przestępcze, przenoszące tradycyjne przestępstwa do sieci (to już ma miejsce). Poruszając się po Internecie będziemy tak samo narażeni na szantaż czy kradzież jak spacerując ulicą. Przestępcy kierują się jednak głównie chęcią zysku, trudno więc z ich strony spodziewać się zmasowanego ataku na struktury państwa. Najprawdopodobniej nigdy nie zdobędą oni zasobów, umożliwiających taką operację.

Trzecia strona, to państwa dysponujące wystarczającą ilością pieniędzy i ludzi, żeby znacząco zaistnieć w cyberprzestrzeni. Najważniejsza jednak jest grupa czwarta. W jej skład wchodzą informatyczne potęgi, które będą toczyły między sobą grę o supremację nad światową siecią. Kto będzie należał do tej grupy? Prawdopodobnie: Stany Zjednoczone, Rosja, Chiny, Indie – już dziś supermocarstwa, które część potencjału militarnego przeniosą do Internetu – a także jedna lub dwie wielkie korporacje.

Czy nawet największe firmy mogą rywalizować z wymienionymi mocarstwami? Wyobraźmy sobie, że Microsoft, czy Google wynajmują 10 tysięcy najemników i tworzą prywatną armię. Obie firmy stać na to, ale to nic wobec zbrojnej potęgi USA, Indii czy nawet Polski. Ale jeśli zamiast najemników korporacja wynajmie i „uzbroi” tyle samo biegłych informatyków, sytuacja się zmieni. Oczywiście, nikt nie bierze pod uwagę, że firmy te miałyby złe zamiary wobec jakichkolwiek państw, ale trzeba brać pod uwagę drzemiący w nich ogromny potencjał informatyczny. Dzięki niemu w cyfrowej sferze życia staną w jednym szeregu z światowymi mocarstwami.

Cel i przebieg

Cel prowadzenia cyberwojen jest taki sam, jak tych tradycyjnych: przejęcie lub umniejszenie zasobów przeciwnika. W tym przypadku jako zasoby rozumiemy tzw. wrażliwe informacje, umożliwiające dostęp do kluczowej infrastruktury państwa, przedsiębiorstwa czy osób prywatnych. Ich wartość będzie rosła wraz ze wzrostem znaczenia Internetu w światowej gospodarce. Im bardziej rozwinięte państwo, tym bardziej zagrożone jest cyberatakiem.

Może się powtórzyć scenariusz z okresu zimnej wojny, kiedy strony konfliktu rozbudowywały arsenały, nie tyle, żeby ich użyć, lecz aby być potężniejszym od przeciwnika. Tym razem wielkie pieniądze pójdą na inwestycję w rozwiązania informatyczne, a nie na uzbrojenie. Będzie się to naturalnie wiązało z rozwojem technologii, także, a może przede wszystkim, tych cywilnych. Zastosowanie nowych technologii jeszcze zwiększy zależność państw, przedsiębiorstw i ludzi od Internetu, a to zwiększy potencjalne skutki napaści, a więc i obawy przed takim – co z kolei doprowadzi do dalszych inwestycji.

Hardware do twojego software’u

Pod koniec stycznia awaria sieci dotknęła kilkadziesiąt milionów osób na Bliskim Wschodzie, w Afryce Północnej, a także w Indiach. W tym ostatnim kraju przepustowość łączy spadła o 60 proc., w Dubaju, wielkim centrum finansowym, jeden z dwóch dostawców usług internetowych przestał działać. Zakłócona została działalność egipskiej giełdy. Wszystko dlatego, że przerwany został kabel biegnący na dnie Morza Śródziemnego, między Aleksandrią a Palermo. Oto przykład, jak bardzo światowa sieć i cała gospodarka oparta na Internecie wrażliwa jest na uszkodzenia infrastruktury. Takich wąskich gardeł jest więcej – nie tylko kable, ale także węzły, instalacje odpowiedzialne za kierowanie ruchem w sieci. W przypadku światłowodów można próbować zastąpić je satelitami. Ale czy to rozwiąże problem? Obawy przed militaryzacją kosmosu są wciąż żywe, a przeniesie ruchu sieciowego na satelity może je tylko zwiększyć. W przypadku węzłów zminimalizowanie ryzyka uszkodzenia sieci można osiągnąć tylko przez zwiększenie ich ilości i rozproszenie ruchu w Internecie.

Wydaje się, że w skład SZI będą wchodzić także jednostki odpowiedzialne za fizyczne niszczenie infrastruktury. W bardziej pokojowych czasach można je wykorzystywać np. do kradzieży laptopów. Takie wypadki zdarzają się wysoko postawionym urzędnikom, prokuratorom, prezesom wielkich przedsiębiorstw na całym świecie. A niestety, szyfrowanie danych jeszcze nie wszędzie jest standardem.

Co dalej?

Czy w dalszej perspektywie możliwe jest urzeczywistnienie cyberpunkowych wizji a la „Matrix”? Niedawno producenci gier komputerowych przedstawili urządzenie pozwalające odczuwać ból, kiedy wirtualna postać otrzyma cios. Coraz częściej mówi się o możliwości podłączenia komputera bezpośrednio do układu nerwowego. Takie badanie prowadzi prof. Kevin Warwick, któremu via Internet udało się „spiąć” z dłonią robota. Wszystko to może doprowadzić do sytuacji, w której w języku polityków zwrot „uzależnienie informatyczne” zastąpi wysłużone „uzależnienie energetyczne”. Przy czym to pierwsze może być dużo groźniejsze od drugiego.

Dziękuję firmie McAfee za pomoc przy pisaniu artykułu


ONET
"Być bohaterem przez minutę, godzinę, jest o wiele łatwiej niż znosić trud codzienny w cichym heroizmie."
Ilonadora i czwórka pociech

Offline Gaga

  • Administrator
  • Rozgadany Weteran
  • *****
  • Wiadomości: 26310
Internet nieograniczone możliwości -dobre i złe strony.
« Odpowiedź #45 dnia: Maj 02, 2008, 10:09:00 am »
Polski program komputerowy - bat na pedofilów

Naukowcom z Sopotu udało się stworzyć nowoczesny, wyposażony w sztuczną inteligencję program komputerowy do łapania pedofilów. Już wkrótce zacznie on przeczesywać nasz internet - zapowiada "Gazeta Wyborcza".


więcej
http://forum.darzycia.pl/viewtopic.php?p=134781#134781
Pozdrawiam :))
"Starsza Jesienna Miotełka"

Mulesia

  • Gość
Internet nieograniczone możliwości -dobre i złe strony.
« Odpowiedź #46 dnia: Czerwiec 06, 2008, 10:12:26 pm »
Wessani przez komputer

Monika Janusz-Lorkowska 06-06-2008

Nastolatki uzależnione od Internetu. Kiedy sieć staje się nałogiem i jak z tym walczyć, radzi rodzicom dr med. Bohdan Woronowicz


źródło: Corbis

Rz: Każdy gimnazjalista w Polsce ma być wyposażony w komputer. To pomysł, który nie powinien sprzyjać uzależnieniom od komputera, bo nałogowo używamy chyba tylko Internetu?

Bohdan Woronowicz: Można uzależnić się od wszystkiego, co jest związane z komputerem. Występują tu rodzaje zależności, na które zwraca się baczną uwagę od połowy lat 90., czyli od momentu, kiedy komputer i Internet upowszechniły się i umasowiły. Jedną z nich jest uzależnienie od gier komputerowych. Ich różnorodność, możliwość ciągłego sprawdzania się, pokonywania własnych rekordów mocno wciąga. Inną częstą zależnością, z jaką się spotykam, jest tzw. erotomania internetowa – przeglądanie filmów, zdjęć, seksualnych czatów.

Ten problem nie dotyczy chyba nastolatków?

One mogą już też w to wpadać. Chociaż w ich przypadku dużo częściej mamy do czynienia z socjomanią internetową, czyli uzależnieniem od społecznych kontaktów wirtualnych – chat roomy, grupy dyskusyjne, poczta elektroniczna. Młodzi korzystają też nagminnie z gier sieciowych czy kasyn internetowych. To ma już wiele wspólnego z hazardem, który jest zakwalifikowany jako choroba. Spotkałem się też z przypadkami chorobliwego przymusu korzystania z różnego rodzaju baz danych w sieci, z wyszukiwania absurdalnych, często do niczego niepotrzebnych, informacji.Oficjalnie nie ma zarejestrowanej jednostki chorobowej: uzależnienie od Internetu, zapewne za kilka lat zostanie wprowadzona. Na razie, by uzyskiwać dofinansowanie na leczenie tego nałogu, trzeba podciągać go pod różnego rodzaju zaburzenia popędów, impulsów, nawyków itd. Sprawa jest trudna, również w leczeniu. Dotychczas powstało niewiele programów terapeutycznych dotyczących tego problemu.

Dlaczego nastolatki uzależniają się od sieci?

Niektórym korzystanie z Internetu ułatwia odprężenie się, pomaga w redukowaniu napięcia, poczucia samotności. Nałogowcy za pomocą Internetu regulują często swoje stany emocjonalne.

Jak rozpoznać uzależnienie?

Obserwując dziecko. Uzależnienie od Internetu ma swoje fazy. W pierwszej dziecko przechodzi fascynację możliwościami sieci, to jednak dotyczy wielu z nas i jeszcze o uzależnieniu nie świadczy. Potem mało sypia. Spędza przed komputerem czas do późnych godzin nocnych. Częste i długie przebywanie w wirtualnym świecie zaczyna się odbijać na wynikach w nauce – są wyraźnie gorsze. Nie ma czasu nie tylko na naukę, ale także na sen czy grę w piłkę. Zaczyna też ograniczać kontakty z bliskimi, wycofuje się z realnego świata, zastępując go wirtualnym. Na ile poważny jest problem możemy przekonać się, kiedy spróbujemy ograniczyć mu możliwość korzystania z komputera, odłączyć go od sieci. Jeśli pojawiają się u niego niepokój, złość, panika czy agresja – mamy prawdopodobnie do czynienia z uzależnieniem.

Jak reagować w takiej sytuacji?

Po pierwsze, i z tego powinni zdawać sobie sprawę wszyscy rodzice – jeśli kupujemy dziecku komputer, to korzystanie z niego powinno być kontrolowane od samego początku, a szczególnie czas spędzany przy nim. Warto uczyć dziecko, jak gospodarować czasem, uświadamiać mu, że spędzanie wielu godzin przed monitorem bardzo źle wpływa na rozwój jego układu kostno-mięśniowego, może powodować wady postawy, pogorszenie wzroku. Z dzieckiem o Internecie należy rozmawiać. Jeśli coś go w nim fascynuje, zapytać o to, nawet usiąść z nim przed monitorem i też się tym pofascynować. W ten sposób buduje się zaufanie i dobrą relację z dzieckiem. Wtedy jest duża szansa na to, że jeśli znajdzie w necie coś niedobrego, niepokojącego, to też o tym opowie. Jeśli jest już za późno i dziecko wpadło w nałóg, Internet należy mu po prostu ograniczać. Nie zabraniać zaglądania do niego w ogóle, ale ustalić limity czasowe. Lepiej jest też, kiedy komputer z dostępem do Internetu nie stoi w pokoju dziecka, lecz w ogólnodostępnym miejscu mieszkania.

Często leczy pan uzależnione od Internetu dzieci?

Niestety, niezbyt często, chociaż sądzę, że jest ich dużo. Z problemem przychodzą najpierw rodzice. Opowiadają o tym, że dziecko zatopiło się w wirtualnym świecie, i pytają, co mają robić. To delikatna sprawa, bo świadczy o tym, że rodzice w jakimś momencie popełnili błąd. Myśleli zapewne: dziecko jest w domu, w swoim pokoju, nie biega z kolegami nie wiadomo gdzie, mamy go na oku. Nic bardziej mylnego. Ono może odwiedzać w sieci bardzo niebezpieczne miejsca, a rodzina, choć jest obok, nic o tym nie wie.

Co pan myśli o obecności komputerów z dostępem do sieci w szkole? Tam rodzice nie mają kontroli nad tym, co dziecko w necie ogląda.

Ale nauczyciele mogą korzystanie z internetu kontrolować. I na pewno będą to robić. Nie wyobrażam sobie, że informacje dostępne w sieci mogłyby być przez szkołę niefiltrowane, a czas korzystania z nich nielimitowany.

Czy nastolatki łatwiej uzależniają się od Internetu niż dorośli?

Są mniej krytyczne, bardziej naiwne, i w tym sensie bardziej narażone na niebezpieczeństwa płynące z sieci. Wpadnięcie w nałóg nie jest jednak zależne od wieku, lecz od predyspozycji psychicznych.

Całość: Rzeczpospolita
http://www.rp.pl/artykul/144404.html

Offline Gaga

  • Administrator
  • Rozgadany Weteran
  • *****
  • Wiadomości: 26310
Wirtualne życie staruszki
« Odpowiedź #47 dnia: Czerwiec 10, 2008, 08:02:11 pm »
Wirtualne życie staruszki

Taki młodziutki z klatki obok, bardzo zdolny chłopak – zwłaszcza zna się na tych komputerach – nastawił jej na początku kody. To znaczy zrobił tak, żeby mogła za darmo wybudować sobie cały dom i ładnie go urządzić. Kiedy gra się uczciwie, trzeba chodzić do pracy. Pod domek podjeżdża autobus, klika się i simek, którym się aktualnie jest, wsiada i jedzie. Zarabia się pieniądze i wtedy można sobie wytapetować ściany, kupić drogi sprzęt, albo wybudować basen. Można też zrobić sobie więcej dzieci.


Często ma tam ochotę zamordować jakiegoś domownika – (ich dobór w jej przypadku był niespecjalnie zaskakujący, bo postanowiła zacząć od męża i dwójki dzieci,) albo zdemolować jakiś drogi sprzęt uzyskany dzięki pracy lub też nieco starszy, w jej wypadku uzyskany dzięki kodom. Cechy domownikom wybrała również nieszczególne. Mąż jest wysokim brunetem, ona nieco niższa, blondynka, krótko ścięta, z idealną, co oczywiste, figurą i – jak chciałaby - kilkoma kreacjami, wśród których najważniejsze są wieczorowe, bo w nich wyglądałaby świetnie oraz dresowe, bo pewnie dla niej wygodne. Postać jest zdrowa, zapewne w realnym świecie jadłaby dużo owoców, albo odnalazła jakąś cudowną dietę. Takich domów jak ten, w którym simsy mieszkają, też przecież nigdzie nie budują. Żadne prawdziwe okno nie daje tyle światła.

A przecież komputer kupili jej tak niedawno. Nawet nie kupili, tylko odziedziczyła go po córce, która kupiła jakiś lepszy. W każdym razie ten był używany, ale przecież babci zupełnie wystarczy. Im, znaczy córce i zięciowi, na pewno nie wystarczy używany komputer, bo oni na nim pracują. A ona bardzo ich prosiła, bo sama ledwie chodzi, a chciała się tego wszystkiego koniecznie nauczyć. Dlaczego? Bo w tym wieku, to ona może sobie już pozwolić na czystą ciekawość.

Często w grze robi się agresywna. Przewraca mebelkami, morduje domowników, albo przestaje spełniać jakieś tam obowiązki. Kiedyś wyrzucili ja z pracy, bo zaspała. Powiedziała sobie po prostu - dzisiaj zaśpię i zobaczymy. Wyrzucili ją z pracy, ale poszła zaraz do innej. Jeszcze tego samego dnia. Zaspała około dwunastej, a następnego dnia już było po sprawie. Może nie powinna wszystkiego opowiadać? Ktoś mógłby pomyśleć, że w takiej grze, niby głupiej, jednak człowiek pokazuje swoje właściwe oblicze. Bo co ona zrobiła, kiedy dano jej całkowitą swobodę, łatwość i lekkość, polegającą m.in. na tym, że nic a nic ją nie boli?

Zamordowała męża w basenie i zaspała do pracy

Przepracowała czterdzieści lat i nigdy nie zaspała (dopiero w The Sims, jako młoda, krótko ścięta). W tym wieku – uświadomiła to sobie niedawno – człowiek prawie nie sypia. Na pewno to nie jest sen taki, jak kiedyś. Ten jest płytki, podszyty czymś w rodzaju strachu. I nie przynosi odpoczynku. Cała ta starość jest takim jednym wielkim ogłupiającym letargiem. Chciałoby się obudzić i strząsnąć z siebie całą niemoc.

Próbowała innych rodzajów gier, ale wszystko toczyło się w nich za szybko. Nie umiała jeszcze dobrze skoordynować ruchów myszką. W innych grach to ona musiałaby dostosować się do tempa i reguł. Tutaj nie istnieją podobne wymogi. The Sims pochłaniają podobno każdego, kto się do nich zbliży. Przynajmniej na dwa miesiące. Może właśnie dlatego, że to takie głupie. To był na początku taki jej mały idiotyzm. Nic groźnego. Teraz The Sims wymagają od niej każdej wolnej chwili, a jest ich w tym wieku sporo, choć człowiek jeszcze usiłuje się oszukiwać, że ma jakieś szalenie ważne obowiązki.

Więc najpierw wymyśliła sobie samą siebie w idealnym domu. Nie wie, czemu akurat krótko ścięta blond. Wcale jej się takie nie podobają. Co do mężczyzny, uznała, że dobierze go do wymyślonej już partnerki. Choć modelowa rodzina okazała się nudna, nadal jest tam jakiś dreszczyk. Na ogół wiąże się on z tym, że może tam robić wszystko. Jeżeli człowiek na starość dziecinnieje, to ona czuje się tam jak dziecko spuszczone z łańcucha. Przez całe czterdzieści lat pracy w zawodzie nauczyciela nie mogła ani przez chwilę czuć się podobnie.

Męża zamurowała w basenie. Kazała mu pływać, po czym włączyła pauzę i wybudowała wokół basenu mur. Mąż pływał i był szczęśliwy (rąbek nad głową był prawie całkiem zielony – znaczy mąż był szczęśliwy, że może popływać). Potem w basenie był trup, a potem po domu krążył duch, który straszył.


Dawne życie

Może sobie na to wszystko pozwolić w wolnych chwilach, których jest za dużo, a których z wiekiem nieznośnie staje się jeszcze więcej. Przez całe życie miała ich bardzo niewiele i bardzo to sobie ceniła. Wstawała wcześnie, bo lekcje polskiego w technikum (wydawać by się mogło, że to degradacja zawodowa, ale ci, którzy tak mówią, chcą jedynie wyrazić pogardę dla uczniów, a to bardzo ją boli), rozpoczynały się o 8.00 przez cztery dni w tygodniu.


To co robiła, było o tyle ważne, że dla chłopców istniały tylko samochody, warsztat, rysunek techniczny, ewentualnie zawody sportowe (szkoła miała znakomite wyniki we wszystkich tych dziedzinach), a ona tym chłopcom chciała przekazać, że powinni być wrażliwi i czytać, bo bez tego nawet ten rysunek techniczny, czy piłka nożna będą jakieś uboższe. Nie musiała im tego tłumaczyć, bo to byli bardzo dobrzy chłopcy, choć z różnymi problemami, jak każdy z nas. Często przychodzili do niej, zwłaszcza ci chłopcy ze wsi, albo z pierwszych klas, żeby poprawiła im jakiś list. Jak oni pięknie potrafili pisać! Nie potrafiła później wstawiać im dwój, albo jakoś szczególnie karcić. Wiedziała, jacy to byli dobrzy chłopcy. Teraz, kiedy słucha, że młodzież jest rozwydrzona, na ogół nie wierzy tym, którzy to mówią. Młodzież nie jest rozwydrzona, tylko brakuje im na starcie tego i owego. Zwłaszcza teraz, kiedy wymaga się od nich nie wiadomo czego, a zazwyczaj tego, żeby w każdej sytuacji byli niewzruszeni i potrafili sobie poradzić. A przecież to nie jest takie proste.

Ona wie, jak to jest stawać przed wygórowanymi wymaganiami otoczenia, bo codziennie rano musi podnieść się z łóżka i sięgnąć po kule. Chodzi już coraz słabiej właściwie bez powodu. Ciało nie może ustać w pionie tak po prostu, jak kiedyś. To przyszło tak samo z siebie, nawet nie pamięta kiedy. Nie przeżyła żadnego wypadku, czy choroby. Właściwie nigdy specjalnie nie chorowała. Na słabość i odrętwienie nigdy nie była stosownie przygotowana. Objawy łagodzi jedynie fakt, że przychodziły stopniowo. Można by nawet powiedzieć, że podstępnie, bo małymi krokami. Zupełnie, jakby objawy usiłowały ją do siebie przekonać.

Byli uczniowie nadal o niej pamiętają. To teraz dorośli ludzie. W kształtowaniu ich dorosłości widzi swój spory udział, tym przyjemniej jest patrzeć na nich, kiedy idą skwerkiem tacy szczęśliwi i zadbani, albo kłaniają jej się w sklepowej kolejce. Z tamtego czasu zachowała dwa grube albumy zdjęć. Na tym wyszła bardzo ładnie. Nie widać wprawdzie warkocza – fryzura musiała być odświętna. Takie zdjęcia powieszone na ścianie na zawsze zmieniały przeznaczenie zaszczyconego nimi pomieszczenia, a nawet, zdarzało się, całego domu. Warkocz był długi, prawie do samej ziemi. Teraz do takiego warkocza nikt nie miałby cierpliwości, bo trzeba te włosy długo pielęgnować. Nie wystarczy zapuścić. Dawno nie oglądała tych zdjęć. A takie ładne wtedy wyszły. Wyciąga je tylko na specjalne okazje. Tu rzadko teraz ktoś przychodzi, bo córka wyprowadziła się do Warszawy, a koleżanki na ogół tak samo ledwie chodzą. Wszyscy jej przyjaciele zamknęli się w starości. Każdy w swojej, zupełnie osobnej.

W nowej pracy (w tej, którą musiała znaleźć po tym, jak zaspała do starej) dostała awans, bo okazało się, że długo tam pracuje. Dostała też stosowną do awansu podwyżkę. Zrobiła się cała zielona. To znaczy zielony zrobił się rąbek nad głową. Zielony znaczy szczęście, czerwony to smutek.

Michał Radziechowski
Pozdrawiam :))
"Starsza Jesienna Miotełka"

Mulesia

  • Gość
Internet nieograniczone możliwości -dobre i złe strony.
« Odpowiedź #48 dnia: Czerwiec 11, 2008, 07:59:48 am »
Gra świetna :ok: . Grywam w nią od lat.  Podobno mają wydać The Sims 3. Szkoda tylko , że cena jest taka "wirtualna".

Offline angel

  • Raczkujący bywalec
  • **
  • Wiadomości: 70
    • http://www.wolf.banda.pl
Internet nieograniczone możliwości -dobre i złe strony.
« Odpowiedź #49 dnia: Czerwiec 11, 2008, 01:17:45 pm »
czy my też będziemy tacy smutni ?
A po nocy przychodzi dzień a po burzy spokój

 

(c) 2003-2017 Team Dar Życia :: nota prawna :: o plikach Cookies :: biuro@darzycia.pl
Polecamy:   Forum o zwierzętach