Ogłoszenia Zwierzęta
Aktualności: Jeśli uważasz że serwis Dar Życia jest potrzebnym miejscem Wesprzyj nas. Chcemy reaktywować serwis, dostosować graficznie i technicznie do aktualnych standardów, ale potrzebujemy Twojego wsparcia. Dziękujemy za wsparcie.

Autor Wątek: Artykuły - Nowości szkolne  (Przeczytany 317617 razy)

Offline Emilianka

  • User z prawami do pisania
  • Wyjadacz
  • *****
  • Wiadomości: 3124
Artykuły - Nowości szkolne
« Odpowiedź #500 dnia: Październik 09, 2007, 10:38:42 am »
Co tata ma do szkoły?

Rodzice mogą rządzić szkołą - wpływać na jej budżet, plan lekcji i zajęcia dodatkowe. To ogromna władza, z której... wielu dorosłych nie potrafi skorzystać

W tym roku po raz pierwszy muszą w każdej szkole powstać rady rodziców, które mają nowe, większe, gwarantowane ustawą uprawnienia.

Rodzice stają się drugą siłą zaraz po dyrekcji. Rady miały zostać wybrane do końca września. W ich skład wchodzi jeden rodzic z każdej klasy. Jak często będą się spotykać i w jakiej formie współpracować z dyrektorem, zależy już od nich samych. O czym mogą decydować? O pieniądzach. Rady opiniują budżet szkoły. Podpowiedzą dyrektorowi, czy lepiej kupić pomoce szkolne, czy zrobić remont sali gimnastycznej.

Drugim zadaniem jest tworzenie programu wychowawczego szkoły. Rodzice mogą wpływać na rodzaj kar i nagród dla uczniów, profil klas, wprowadzanie zajęć dodatkowych z języków obcych, a nawet tak banalnych zasad jak obowiązek noszenia kapci. Małgorzata Palanis z podlaskiego kuratorium oświaty: - Dyrektor ma ostatnie słowo, ale nie może bagatelizować pomysłów rodziców.

I jak wygląda zaangażowanie mam i ojców? Blado. Paradoksalnie, to dyrektorzy chcieliby, żeby rodzice włączyli się w pracę dla szkoły, a ci migają się, jak mogą. - Wielu w czasie wyborów do rady najchętniej schowałoby się do mysiej dziury - opowiada Teresa Wierzbicka z katowickiego Zespołu Szkół Ogólnokształcących nr 1. - Angażowanie się w życie szkoły? Jak do tej pory idzie to opornie - potwierdza Zbigniew Jakuszko, dyrektor V LO w Lublinie.

- Dlatego chcemy uczyć rodziców, co mogą w radach robić - mówi Elżbieta Kaczmarek-Huber, przewodnicząca Zabrzańskiej Międzyszkolnej Rady Rodziców. W powstawaniu rad mają pomóc także kuratorzy oświaty - minister edukacji zlecił im skontrolowanie, czy szkoły radzą sobie z nowymi zasadami.

W chorzowskim LO im. Słowackiego rada rodziców działała prężnie jeszcze przed wprowadzeniem nowych przepisów. Efekty widać gołym okiem: rada kupuje bilety miesięczne ubogim uczniom, funduje książki, w zeszłym roku zorganizowała edukacyjną wycieczkę do Białowieży. Z kolei w sosnowieckim Staszicu rada rodziców pożyczyła uczniom pieniądze na stół do gry w piłkarzyki. Dzieci zwróciły dług z zebranych dwuzłotówek, które gracze wrzucają, by rozpocząć mecz.

Maryla Kacprzyk, pedagog z podwarszawskiej podstawówki: - Jestem za nowymi radami. Szkoła składa się z trzech równoważnych środowisk: uczniów, rodziców i nauczycieli. Jeżeli jedno z nich mniej angażuje się w jej życie, jest bardzo niedobrze. Bez rodziców szkoły nie ma. Do rady powinni trafić mądrzy rodzice, którzy będą rozwiązywać problemy, a nie je tworzyć.

Jerzy Kiszkiel, dyrektor IV LO im. Norwida w Białymstoku: - Rady rodziców istniały u nas od zawsze. Wydaje mi się, że nowa ustawa daje im możliwość kontrolowania dyrektorów i wydatków szkoły. A to, jeżeli rodzice będą nierozsądnie wykorzystywać te uprawnienia, może przynieść więcej złego niż dobrego.

- Ja się cieszę, że mogę mieć większy wpływ na edukację i szkołę moich dzieci - mówi Beata Kochman, matka gimnazjalisty i licealisty. A Elżbieta Kaczmarek-Huber puentuje: - Dostaliśmy do rąk silną broń. Teraz to od nas zależy, czy będziemy potrafili ją wykorzystać.


Źródło: Metro

Pan Rajek

  • to weteran
  • polecający usługi
  • *******

Offline Emilianka

  • User z prawami do pisania
  • Wyjadacz
  • *****
  • Wiadomości: 3124
Artykuły - Nowości szkolne
« Odpowiedź #501 dnia: Październik 09, 2007, 11:01:23 am »
Polskie szkoły uczą nieźle

Polska wypada nieźle - powyżej średniej unijnej - w opublikowanym w środę w Brukseli rankingu Komisji Europejskiej, dotyczącym edukacji i kształcenia w krajach UE.

By wcielić w życie zasady tzw. Strategii Lizbońskiej na rzecz wzrostu i zatrudnienia, UE postawiła sobie szereg celów także w zakresie edukacji. Zdaniem KE, reformy nie są wprowadzane wystarczająco szybko, by rzeczywiście wpłynąć na lepszą konkurencyjność unijnej gospodarki.

Niemniej niektóre kraje radzą sobie lepiej niż inne. Wśród wyróżnionych znalazła się Polska. KE chwali ją m.in. za niski odsetek uczniów kończących naukę na poziomie obowiązkowym i rezygnujących z dalszego kształcenia (5,6 proc. w 2006 roku). W całej UE ze szkół odeszło przedwcześnie aż 6 mln młodych ludzi - o 2 mln za dużo, by zrealizować unijny cel 10 proc. uczniów, którzy kończą jedynie poziom podstawowy.

KE zaznacza, że tak dobry wynik Polski w tym zakresie jest efektem przeprowadzonej reformy edukacji. Dodatkowym dowodem jest odsetek osób, które kończą drugi stopień edukacji (szkoły ponadgimnazjalne) - 91,7 proc. Unijny cel to 85 proc. Na razie średnia w UE to niespełna 78 proc.

System edukacji w Polsce zakłada, że uczniowie muszą skończyć 6 klas szkoły podstawowej i 3 klasy gimnazjum (jest to tzw. obowiązek szkoły), a do 18. roku życia trzeba wypełnić tzw. obowiązek nauki - oznacza to konieczność kontynuowania edukacji w liceach, szkołach zawodowych albo na różnego rodzaju praktykach.

Komisja cieszy się też z rosnącej w Polsce liczby studentów wybierających kierunki politechniczne, kluczowe dla rozwoju gospodarczego kraju i budowy gospodarki opartej na wiedzy, co jest obecnie jednym z unijnych priorytetów. W Polsce roczny wzrost wynosi 12,1 proc.

Opublikowany raport ocenia działania podjęte przez poszczególne kraje UE w ramach dążenia do spełnienia celów Strategii Lizbońskiej w zakresie edukacji. Celem przyjętej w 2000 r. Strategii było zwiększenie zatrudnienia i w ciągu 10 lat uczynienie unijnej gospodarki najbardziej konkurencyjną na świecie, czego jednak na razie nie udaje się osiągnąć.

Offline sonia

  • User z prawami do pisania
  • Rozgadany Weteran
  • *******
  • Wiadomości: 25627
    • Dar Życia
Tornistry- 3 kg i ani grama więcej
« Odpowiedź #502 dnia: Październik 11, 2007, 10:13:37 pm »
tornistry- 3 kg i ani grama więcej

 
Trzy kilogramy - nie więcej - tyle może dźwigać uczennica. Tymczasem tornistry małych Polek nierzadko ważą drugie tyle. Lekarze biją na alarm, ale żaden minister edukacji czy zdrowia nie umie sobie poradzić z tym problemem. W końcu za dziećmi ujął się Rzecznik Praw Obywatelskich - pisze "Dziennik".

Michał Maciuk, uczeń drugiej klasy wrocławskiej podstawówki, nie raz uginał się pod ciężarem - zmęczony opuszczał tornister z ramion na łokcie, nosił raz na jednym, raz na drugim ramieniu, przekładał do ręki. Przyzwyczaił się, że musi sobie jakoś radzić, choć gdy tylko może, daje go do poniesienia mamie albo tacie.

"Nie to, żebym nie chciał sam go dźwigać, ale rodzice martwią się o mój kręgosłup, że będzie krzywy, że będą mnie boleć plecy" - opowiada chłopiec i jednym tchem wylicza zawartość tornistra: "Książki, ćwiczenia, zeszyty, bloki, kredki, flamastry, klej, noyczki, farbki, plastelina, modelina, bibuła, zestaw pędzelków. No i oczywiście piórnik" - Michał wyciąga jego zawartość. "Nożyczki, linijka, ekierka, pióro, długopis, ołówek, markery, gumka do mazania, korektor. Aaa... zapomniałem, bo teraz już nie mam, ale mama codziennie pakuje mi jeszcze drugie śniadanie: kanapki, jabłko, sok" - dodaje ośmiolatek. W sumie plecak waży sześć kilogramów.

"Dobrze, że Michał ma w planie zajęć basen. To dobrze wpływa na kręgosłup. Uważam jednak, że dzieci nie powinny aż tyle dźwigać" - ocenia Majka, jego mama.

W Polsce nie ma żadnych przepisów, które określałyby maksymalną wagę uczniowskich plecaków. I to właśnie zaniepokoiło Rzecznika Praw Obywatelskich. "Konieczne jest wprowadzenie takich regulacji, które określałyby dopuszczalną wagę tornistrów, uwzględniając wiek oraz płeć dziecka" - napisał Janusz Kochanowski w liście otwartym do ministra edukacji Ryszarda Legutki i ministra zdrowia Zbigniewa Religi. Zaapelował do nich o zarekomendowanie sprawdzonych sposobów rozwiązania problemu. "Dotychczasowe działania MEN należy uznać za niewystarczające" - konkluduje Kochanowski.

Rzecznik powołuje się na rozporządzenie Rady Ministrów z 1990 roku, które zawiera wykaz prac zabronionych młodocianym. Wynika z niego, że chłopcom do 16 lat wolno przenosić ciężary nie większe niż 5 kg, a dziewczynkom - do 3 kg. Państwowa Inspekcja Sanitarna przyjęła masę 3 kg jako dopuszczalny ciężar tornistrów noszonych przez uczniów klas I-III szkoły podstawowej.

Ale to tylko teoria - twierdzi "Dziennik". 10-letnią Zuzannę spotykamy w Warszawie, jak wraca ze szkoły do domu. Na naszą prośbę wyciąga zawartość niebieskiego plecaka. Sterta książek i zeszytów waży około przepisowych trzech kilogramów, ale nie ma już drugiego śniadania (bo zjadła), a w ręku dodatkowo niesie worek z butami. "Czasami plecak mam naprawdę bardzo ciężki, ale już się przyzwyczaiłam" - mówi "Dziennikowi" z uśmiechem.

Z tegorocznych badań przeprowadzonych przez Państwową Inspekcję Sanitarną w woj. lubuskim wynika, że 46 proc. uczniów nosi za ciężkie plecaki. Dlatego wiele szkół nie czeka na wprowadzenie jakichś odgórnych przepisów i stara się na własną rękę odchudzać tornistry. W wielu szkołach w Katowicach w klasach I-III uczniowie nie dźwigają więcej niż 2 kg, w starszych klasach waga tornistra też jest niewiele większa. "Pomysł był prosty. Uczniowie zostawiają w szkole wszystkie pomoce: ekierki, linijki, farby, zeszyty do muzyki i plastyki, pędzle. Podobnie dodatkowe zeszyty ćwiczeń i podręczniki, które nie są im w domu potrzebne. Słowem wszytko, co tylko obciąża plecak" - wyjaśnia Barbara Gattnar, dyrektorka Szkoły Podstawowej nr 1 w Katowicach.

"Waga tornistra zależy w dużej mierze od nauczyciela. Niebagatelne znaczenie ma wybór podręczników. Niektóre wydawnictwa proponują po kilka zeszytów ćwiczeń do jednego przedmiotu. Mnożąc to przez kilka godzin dziennie, nierzadko tornistry ważyły po 5-6 kg" -
dodaje Małgorzata Wilk, wychowawczyni klasy III a w katowickiej "Jedynce".

Jej zdaniem nauczyciel nie ma wpływu tylko na... wagę drugiego śniadania. A te także potrafią obciążyć plecy ucznia. Dzieciaki przynoszą napoje w butelkach, a dodatkowe owoce też swoje ważą. Na dowód, że tornister ucznia może być lekki, 10-letnia Oliwia Susło z katowickiej Szkoły Podstawowej nr 1 unosi go jednym palcem. "Jeśli bez wysiłku jestem w stanie go unieść w ten sposób, to znaczy, że nie jest ciężki i nie zaszkodzi mojemu kręgosłupowi" - wyjaśnia uczennica.

Czego nie potrafią zorganizować ministrowie edukacji, potrafi rozwiązać... sam rynek. W tym roku w sklepach pojawiły się... plecaki z kółeczkami i wyciąganym uchwytem jak w podróżnych torbach. "Sprzedały się w tydzień przed rozpoczęciem roku szkolnego. Dzięki temu uczeń może nosić książki na plecach, ale nie musi. W każdej chwili wyciąga teleskopowy uchwyt i ciągnie tornister za sobą" - wyjaśniają sprzedawczynie sieciowej drogerii w Katowicach.

Skutki wychodzą na jaw po latach

Obok braku aktywności fizycznej i nieprawidłowego odżywiania, przeciążone plecaki są jedną z głównych przyczyn występowania wad postawy u dzieci. "Zbyt ciężki tornister powoduje nadmierne obciążenia kręgosłupa, który u dzieci jest bardzo plastyczny, a to w rezultacie prowadzi do wad postawy" - tłumaczy ortopeda dr Piotr Kuczyński. "Najczęstszym skutkiem jest skolioza, czyli skrzywienie boczne kręgosłupa.

Wieloletnie przeciążanie może również negatywnie wpłynąć na stawy biodrowe, kolanowe oraz stopy" - wylicza. Konsekwencje nabytych w dzieciństwie wad postawy ujawniają się dopiero w dojrzałym wieku.

Pojawiają się bóle kończyn, zwyrodnienia stawów oraz nieprawidłowości w funkcjonowaniu narządów wewnętrznych - stąd tak duża dziś popularność zabiegów rehabilitacyjnych, masaży. Jednak u dorosłych można najwyżej walczyć z bólem, na prostowanie kręgosłupa jest już za późno. Zdaniem specjalistów utrwalaniu się wad postawy sprzyja załamanie się opieki profilaktycznej. "Dawniej w przychodniach znajdowały się poradnie wad postawy, w których wykrywano i korygowano te przypadłości. Dziś takie placówki już nie funkcjonują
" - tłumaczy prof. Jarosław Czubak, ortopeda dziecięcy ze szpitala w Otwocku.("Dziennik")
Tam gdzie warto dotrzeć, nie ma dróg na skróty.
Sonia, mama Moniki z zD- 19,10l. , Domowa terapia

Offline Emilianka

  • User z prawami do pisania
  • Wyjadacz
  • *****
  • Wiadomości: 3124
Artykuły - Nowości szkolne
« Odpowiedź #503 dnia: Październik 14, 2007, 12:07:21 pm »
Czy ocena z religii powinna być wliczana do średniej?

Opracowanie: Agata Domańska

Rozporządzenie ministra oświaty, zgodnie z którym stopień z religii wliczany będzie do średniej ocen, budzi duże kontrowersje. Czy nie jest to naruszenie wolności wyznania i rozdziału państwa od Kościoła? Jak należy potraktować uczniów, którzy religii nie wybiorą, a w ich szkołach nie są prowadzone zajęcia z etyki? I wreszcie - czy w ogóle można oceniać wiarę? Bo jak wskazuje doświadczenie, katecheci wystawiają często stopnie nie z wiedzy religijnej, lecz z pobożności. Podyskutuj z nami na stronie www.poradnikdomowy.pl


Tak. To przedmiot jak inne, a ocena odgrywa rolę dopingującą.

Władysław Ciemnicki, prezes Stowarzyszenia Rodzin Katolickich w Archidiecezji Łódzkiej


Jestem zwolennikiem takiego rozwiązania. Powodów, które uzasadniają moją postawę, jest kilka. Warto zacząć od tego, że rozporządzenie ministra obejmuje nie samą religię, ale kilka przedmiotów: religię, etykę, religioznawstwo, a nawet język obcy. Chodzi bowiem o ocenę z tzw. przedmiotu dodatkowego, który uczeń wybiera. Każdy z rodziców ma możliwość decyzji, czy jego dziecko będzie chodzić na religię, etykę, religioznawstwo, czy na niemiecki. Jeśli rodzice zadeklarują się jako osoby niewierzące, na świadectwie ich dziecka może widnieć ocena np. z etyki. To nie są lekcje wyłącznie religii katolickiej. Dziecko rodziców, którzy zdeklarują się np. jako protestanci, ma możliwość uczęszczania na zajęcia z religii tego Kościoła. To sprawia, że nie ma tu elementu przymusu, do którego odwołują się przeciwnicy wliczania ocen z religii do średniej. Druga sprawa: ocena z religii nie jest stopniem z wiary. Nie ocenia się tu bowiem religijności, ale znajomość historii, Biblii, a ta wiedza, jak każda inna, może podlegać konkretnej ocenie. Sprawa trzecia to kwestia motywacji do nauki. Rozmawiałem z wieloma nauczycielami przedmiotów traktowanych jako dodatkowe i wszyscy zgodnie twierdzili, że często uczniom brakuje motywacji, jaką daje ocena wliczana do średniej. A przecież religia jest przedmiotem praktycznie takim samym jak polski, historia, filozofia czy nauki przyrodnicze - ma swoją metodologię, swoje zasady nauczania, zmusza nauczyciela do realizacji nakreślonego przez Kościół programu itd. Dlatego byłoby nienaturalne, gdyby religia została wyłączona z systemu oceniania. To ważne, ponieważ jest przedmiotem z grupy nauk humanistycznych, a warto humanizować dzieci i młodzież, uczyć właściwych postaw moralnych. Podczas zajęć z religii uczniowie dokonują np. interpretacji Biblii, która w wielu miejscach przypomina opowieść lub poemat - wygląda to podobnie jak analiza wiersza na lekcjach polskiego.

Nie przemawia do mnie argument, że religia jest specyficznym przedmiotem. Jako ludzie mamy naturę duchowo-fizyczną - WF jest zatem równie specyficznym przedmiotem. Mimo to nikt nie protestuje przeciwko wpływowi stopnia z wychowania fizycznego na średnią ocen. Dlatego i ocena z religii takich sprzeciwów budzić nie powinna.





Nie. Narusza to rozdział państwa świeckiego od Kościoła.

Sławomir Olszewski, organizator i konsultant internetowej Poradni Filozoficznej www.filozoficzna.com


Wliczanie stopnia z religii do średniej ocen na świadectwie rodzi liczne zastrzeżenia i kłopoty natury pedagogicznej, prawnej i filozoficznej. Przekonania religijne i wierzenia to sfera prywatna każdego człowieka, której nie powinno się naruszać. Uważam, że nie sposób ustalić obiektywnych kryteriów, za pomocą których można ocenić cudzą wiarę, która nie jest na pokaz. I jaki interes miałoby w tym mieć państwo i społeczeństwo? Religia nie jest przecież warunkiem dobrego wykształcenia, ani gwarancją nienagannego zachowania lub praworządności, bo przestępcy zdarzają się także wśród osób wierzących. Nie kwestionuję znaczenia wiary religijnej w życiu społecznym i osobistym, np. w obliczu bezradności i cierpienia, ale sądzę, że większą wartość wychowawczą miałaby opisowa wiedza o religii, czyli religioznawstwo. Pozwalałaby kształcić młodzież w duchu tolerancji, ekumenizmu, co jest istotne dla rozwoju Unii Europejskiej. Uznając religię za element i jedno z kryteriów wykształcenia, otwieramy drogę do dyskryminacji w życiu społecznym i gospodarczym ze względu na przekonania religijne. Religijność zaczyna mieć bezpośredni wpływ na osiągnięcia młodego człowieka w szkole, których zwieńczeniem jest przecież praca i kariera. Osoby niewierzące mają w tej sytuacji prawo zgłaszać pretensje, że ich postawa ateistyczna jest dyskryminowana - niestety, nikt nie wystawi uczniowi za to szóstki. Państwo świeckie nie powinno zajmować się katechezą i nauczaniem doktryn wiary. Kontrola nad edukacją i oświatą nie obejmuje przecież kontroli nad tym, czego (i jak) nauczają kościoły, a może być to sprzeczne z programem nauczania innych przedmiotów w szkole. Otwieramy więc drogę do indoktrynacji młodzieży, czyli niekontrolowanego wpajania im idei i doktryn w ramach obowiązkowej oświaty. Trudno oczekiwać, by rodzice entuzjastycznie godzili się na to, że ich pociechy będą w szkole niżej punktowane, jeśli katecheta oceni, że mniej wierzą w Boga lub gorzej się do niego modlą. Badania socjologiczne pokazują, że Polacy nie podzielają entuzjazmu zwierzchników Kościoła katolickiego dla wliczania ocen z religii do średniej. W mojej ocenie duchowni wszystkich wyznań nie powinni lekceważyć tego sygnału i na siłę forsować swoich interesów.


Źródło: Poradnik Domowy[/b]

Offline sonia

  • User z prawami do pisania
  • Rozgadany Weteran
  • *******
  • Wiadomości: 25627
    • Dar Życia
Eksperci: polska szkoła segreguje uczniów
« Odpowiedź #504 dnia: Październik 15, 2007, 08:31:54 am »
Eksperci: polska szkoła segreguje uczniów

- PAP, PU
 

Polska szkoła jest szkołą segregacyjną i dyskryminacyjną jeśli chodzi o traktowanie uczniów niepełnosprawnych - podkreślali uczestnicy dwudniowej Konferencji "Niepełnosprawni w systemie oświaty i na rynku pracy", która rozpoczęła się w Warszawie.

Według ekspertów, zbyt dużo niepełnosprawnych uczniów uczy się w szkołach specjalnych, podczas gdy rodzaj ich niepełnosprawności pozwala na naukę w zwykłych szkołach gdyby tam stworzono im odpowiednie warunki.

Ci bowiem niepełnosprawni, którzy uczą się zwykłych szkołach bardzo często natrafiają na bariery - nauczycieli nie przygotowanych do pracy z nimi, nie dostosowane do ich potrzeb podręczniki oraz bariery architektoniczne.

Jak mówiła socjolog prof. Anna Firkowska-Mankiewicz z Akademii Pedagogiki Specjalnej w Warszawie stosunek do osób niepełnosprawnych się zmienia: "od kompletnego ostracyzmu, lęku, nieufności, wstrętu, odrazy przechodzimy do postaw coraz bardziej akceptujących.
Zaczynamy zauważać, że osoby niepełnosprawne są wśród nas, nie reagujemy już alergicznie na ich widok". - Ciągle nie umiemy jednak spojrzeć na osoby niepełnosprawne jak na równoprawnych obywateli, a przecież rodzice dzieci niepełnosprawnych płacą takie same podatki jak rodzice dzieci zdrowych, sami niepełnosprawni gdyby stworzyć im warunki pracy też płacili by podatki - podkreśliła Firkowska-Mankiewicz.

Zaznaczyła, że o traktowaniu równoprawnym niepełnosprawnych mówią m.in. wszystkie konwencje praw człowieka.

- Tymczasem polska szkoła jest jeszcze ciągle segregacyjna, choć widać pewne zmiany na plus.

Pojawiły się szkoły integracyjne - tak mniej ostra forma segregacji.

Na świecie myśli się już inaczej: nie mówi się o osobnym kształceniu niepełnosprawnych czy o ich integracji, lecz o włączaniu, czyli dostosowywaniu zwykłych szkół masowych do uczniów, który w pewien sposób się różnią od pozostałych. Niepełnosprawność jest bowiem zwykłą ludzką kondycją, każdy z nas może w każdej chwili stać się niepełnosprawny - powiedziała Firkowska-Mankiewicz.

Dlatego - jak mówiła - ważne jest by dzieci niepełnosprawne już na etapie wychowania przedszkolnego uczestniczyły w zajęciach z resztą dzieci. Jest to potrzebne zarówno jednym jak i drugim, by w przyszłości budowały właściwe relacje społeczne.

- Tak się jednak w Polsce nie dzieje. Dyskryminacja dzieci niepełnosprawnych zaczyna się już w przedszkolu. Do przedszkoli trudno się w ogóle dostać, bo jest w nich zbyt mało miejsc w stosunku do liczby chętnych, a podania rodziców dzieci niepełnosprawnych są w pierwszej kolejności odrzucane - powiedziała.

Jej zdaniem, dyskryminacja trwa dalej w szkole podstawowej, a nasila się w gimnazjum i szkolnictwie ponadgimnazjalnym, odsetek zaś osób niepełnosprawnych na studiach jest znikomy.

Z danych MEN, wynika, że odsetek dzieci niepełnosprawnych uczących się w szkołach specjalnych wynosi 65 proc., w tym w szkołach podstawowych 44 proc., gimnazjach - 63 proc., w szkołach ponadgimnazjalnych - 72 proc. W integracyjnych szkołach podstawowych uczy się 16 proc. niepełnosprawnych, w gimnazjach integracyjnych - 5 proc., w integracyjnych szkołach ponadgimnazjalnych - 4 proc.

W Europie w kształceniu włączającym przodują: Norwegia i Włochy, gdzie od lat nie ma w ogóle szkół specjalnych i integracyjnych. Nie ma takich szkół także we francuskojęzycznej części Kanady. W ostatnim czasie dużo na rzecz upowszechnienia kształcenia włączającego zrobiono w Wielkiej Brytanii.

Według Pawła Wdówika, z Biura ds. Osób Niepełnosprawnych Uniwersytetu Warszawskiego, szkoły specjalne i integracyjne nie przygotowują uczniów do podjęcia studiów, na studiach nie radzą sobie też ci niepełnosprawni, który byli nauczani w sposób indywidualny. Jak mówił, obecnie wszyscy niepełnosprawni studenci UW to absolwenci zwykłych szkół.

Doradca metodyczny w zakresie kształcenia specjalnego w Warszawie Lidia Klaro-Celej, poinformowała, że z danych z mazowieckiego Ośrodka Doskonalenia Nauczycieli wynika, iż przytłaczającą większość nauczycieli szukających wsparcia metodyków, to nauczyciele szkół masowych, szukających pomocy w pracy z uczniami niepełnosprawnymi, z deficytami zdrowia, z nadpobudliwością czy problemami z koncentracją.

Uczestnicy konferencji zwracali także uwagę, nie tylko na bariery mentalne na jakie napotykają niepełnosprawni uczniowie, ale też na nadal istniejące bariery architektoniczne. Większość budynków szkolnych w Polsce to stare budynki nieprzystosowane do potrzeb osób niepełnosprawnych.

W Polsce nie ma przepisów, które nakazywałyby by remontowi budynku użyteczności publicznej towarzyszyło dostosowywanie go do potrzeb osób niepełnosprawnych, jak jest w innych krajach europejskich - zauważyła prof. Ewa Kuryłowicz z Wydziału Architektury Politechniki Warszawskiej. - Jeśli nie ma przepisów, to inwestorzy nie chcą wydawać środków na dostosowanie budynków - zaznaczyła.

Mówiła także, że choć od 12 lat obowiązuje u nas prawo, zgodnie z którym każdy nowooddany budynek użyteczności publicznej musi być pozbawiony barier architektonicznych, to są architekci starający się obejść to prawo. - Ktoś, kto nie ma wśród bliskich, w rodzinie, w gronie przyjaciół i znajomych osoby niepełnosprawnej lub sam nie doświadczył ograniczeń nie zdaje sobie sprawy z problemów przed jakimi taka osoba staje - powiedziała Kuryłowicz.

Z szacunków Akademii Pedagogiki Specjalnej im. Marii Grzegorzewskiej w Warszawie wynika, że w Polsce jest 400-500 tys. uczniów niepełnosprawnych.
Tam gdzie warto dotrzeć, nie ma dróg na skróty.
Sonia, mama Moniki z zD- 19,10l. , Domowa terapia

Offline ilonadora

  • User z prawami do pisania
  • Rozgadany Weteran
  • *******
  • Wiadomości: 8423
    • http://wwwmojedzieciaki.blox.pl/html
Artykuły - Nowości szkolne
« Odpowiedź #505 dnia: Październik 15, 2007, 11:16:24 am »
Sześciolatku, marsz do szkoły


Jest sprawa, która łączy wszystkie główne partie: to plan przyspieszenia startu edukacyjnego najmłodszych - ujawnia "Dziennik".

Już we wrześniu 2009 r. do pierwszej klasy pójdą sześciolatki. A w przyszłym roku szkolnym do obowiązkowej "zerówki" trafią pięcioletnie dzieci. Przedstawiciele trzech największych partii przekonują, że to priorytet ich polityki edukacyjnej.

- Gdyby decyzja należała do mnie, to podpisuję się pod tym rozwiązaniem nawet dziś - przekonywał w piątek minister edukacji Ryszard Legutko. Jego zastępca i partyjny kolega Sławomir Kłosowski dodaje, że PiS ma już gotowy projekt zmiany ustawy oświatowej. Ze znalezieniem większości przyszłym Sejmie nie powinno być żadnego problemu.
 
- W tej chwili to najważniejsza i najpilniejsza zmiana, jakiej wymaga polski system edukacji - przekonuje posłanka PO Krystyna Szumilas. - Nie wiem, jaka jest determinacja PiS w tej sprawie, ale w LiD jest bardzo duża. Przypomnę, że to lewica pierwsza mówiła o potrzebie obniżenia wieku rozpoczęcia nauki w szkołach - podkreśla Marek Borowski, koordynator programu lewicowej koalicji.

Dlaczego ta zmiana jest tak istotna, że łączy nawet partie z dwóch różnych biegunów sceny politycznej? Rozmówcy gazety zgodnie podkreślają, że chodzi o wyrównanie szans edukacyjnych. Im wcześniej dziecko trafi do przedszkola, a potem szkoły, tym łatwiej przychodzi mu nauka. Po za tym dzieci przebywające w środowisku rówieśników lepiej się rozwijają. Na wsi, gdzie do przedszkoli uczęszcza zaledwie co trzecie dziecko, nauczyciele alarmują, że do klas pierwszych trafiają dzieci na poziomie rozwoju czterolatka.

Propozycja PO i PiS jest taka, aby w przyszłym roku szkolnym do zerówek poszli sześciolatkowie i ci pięciolatkowie, którzy urodzili się w pierwszej połowie roku. W kolejnym roku ta grupa poszłaby do pierwszej klasy, a do zerówek pozostała część, wtedy już sześciolatków, i pięciolatkowie. Z kolei LiD chce pozostawić ten wybór rodzicom, którzy mogliby skonsultować decyzję z psychologiem.



interia
"Być bohaterem przez minutę, godzinę, jest o wiele łatwiej niż znosić trud codzienny w cichym heroizmie."
Ilonadora i czwórka pociech

Offline Ulka

  • User z prawami do pisania
  • Rozgadany Weteran
  • *******
  • Wiadomości: 10988
Artykuły - Nowości szkolne
« Odpowiedź #506 dnia: Październik 16, 2007, 11:13:41 pm »
MEN nie rozstrzygnął przetargu na specjalistyczne podręczniki
Niewidome dzieci nie mają się z czego uczyć - alarmuje "Metro". Choć mamy połowę października, MEN nie rozstrzygnął przetargu na specjalistyczne podręczniki.

http://www.niepelnosprawni.pl/ledge/x/20854
Ulka-Darek30mpdz & Magda31 &   wspomnienia

Offline sonia

  • User z prawami do pisania
  • Rozgadany Weteran
  • *******
  • Wiadomości: 25627
    • Dar Życia
Artykuły - Nowości szkolne
« Odpowiedź #507 dnia: Październik 18, 2007, 10:38:09 am »
Centymetry i czasowniki nie dla maluchów

- Olga Szpunar 2007-10-17

Wyleciały milimetry, zamiana metrów na centymetry, pisemne dzielenie, mnożenie, prawie cała ortografia i cała gramatyka. Tymczasem ćwiczenia do klasy IV zaczynają się od... powtórki gramatyki! Nauczyciele protestują przeciw zmienionej tydzień przed początkiem roku szkolnego podstawie programowej dla nauczania początkowego
- Właściwe całą III klasę mogę już teraz spokojnie puścić na wakacje - mówi Ewa Adamczyk, nauczycielka nauczania początkowego w krakowskiej podstawówce nr 85.

Wszystko, czego zgodnie z nową podstawą programową powinna nauczyć dzieci w ciągu trzech lat, przerobiła ze swoimi uczniami w dwa lata, gdy obowiązywała jeszcze stara podstawa.

Zmieniła się ona na tydzień przez wakacjami (rozporządzenie zostało podpisane 23 sierpnia) i według nauczycieli została drastycznie okrojona. - Dodatkowo jest zupełnie niespójna z wymaganiami wobec starszych uczniów. Na przykład w klasach I-III nie ma w ogóle gramatyki, a ćwiczenia do IV klasy rozpoczynają się od pytania: "Co już wiesz o
czasowniku?". Jak mam je przerabiać z uczniami, którzy zgodnie z nową podstawą pojęcie "czasownik" powinni pierwszy raz usłyszeć dopiero w IV klasie ? - pyta Anna Dyszy-Kasprzycka, ucząca języka polskiego w klasach IV-VI.

Nauczyciele alarmują, że brak podstaw gramatyki utrudnia dzieciom naukę pisania tekstów. Bo aby dziecko dobrze pisało, musi wiedzieć, że jeśli rzeczownik jest rodzaju żeńskiego, to przymiotnik też musi być w tym rodzaju. - Jak mam mu to przekazać, skoro takie pojęcia jak czasownik, rzeczownik i przymiotnik w nowej podstawie nie istnieją ? - pyta ucząca klasy I-III w podstawówce nr 85 Anna Kras.

Co to za kreseczki?

Zmiany dotyczą też matematyki. Nie ma już nauki pisemnego dzielenia i mnożenia. Fikcyjne operacje pieniężne dzieci mają wykonywać na kwotach jedynie do 100 zł. Wyleciała zamiana metrów na centymetry. Milimetrów nie ma w ogóle.
- Dzieciaki patrzą na linijki i pytają: "Proszę pani, a co to są te drobne kreseczki?". Mam im powiedzieć: "Dowiecie się kochani w IV klasie?"- ironizuje Adamczyk.

- Maluchy trzeba uczyć życiowo. Jak mogę im nie mówić o zmianie metrów na centymetry, skoro to się ciągle wokół nich dzieje. Pobieranie miary na mundurki, mierzenie w gabinecie lekarskim... - podaje przykłady Adamczyk.

- Szkoła nie jest jedynym miejscem, z którego dzieci czerpią wiedzę. Wokół nich toczy się życie. Oglądają telewizję, chodzą do supermarketów. Trudno liczyć z dziećmi tylko do 100 zł, skoro mama w sklepie wydaje znacznie więcej. Trudno też nie uczyć o procentach [te wyleciały z matematyki w kl. IV-VI - przyp. red.], skoro wokół same promocje. To tańsze o 10, tamto o 30 proc. - mówi matematyczka Urszula Mazur.

Minister: Cóż ja mogłem?

Dlatego nauczyciele z krakowskiej podstawówki bagatelizują nową podstawę. Uczą zgodnie ze starymi zasadami. Teraz przygotowują spotkanie z rodzicami, na którym chcą prosić ich o zgodę, by uczyli według starych zasad.

Oceniać muszą jednak według nowych. Uczniom, którzy nie przyswoją gramatyki czy operacji zamiany miar, ale opanują wszystko, co jest w obecnej podstawie, będą zmuszeni postawić wysokie oceny. Efekt? - Wypuścimy ze szkoły bardzo słabe dzieci z bardzo dobrymi wynikami - ostrzegają.

Dlatego pedagodzy z krakowskiej podstawówki piszą apel do ministra edukacji o przywrócenie dawnej podstawy. - Bez względu na to, czy po wyborach zostanie ten sam minister, czy przyjdzie nowy, trzeba coś z tym zrobić - mówi kategorycznie Kras.

- Zostałem ministrem dwa tygodnie przed końcem wakacji. Nic nie mogłem z tym zrobić - tłumaczy minister edukacji Ryszard Legutko. Przyznaje, że protesty przeciw nowej podstawie programowej, zwłaszcza tej dla klas I-III w szkołach podstawowych i zwłaszcza te dotyczące gramatyki, docierają do ministerstwa. - Chcemy wszystkie błędy i nieścisłości poprawić - zapowiada.


Źródło: Gazeta Wyborcza Kraków
Tam gdzie warto dotrzeć, nie ma dróg na skróty.
Sonia, mama Moniki z zD- 19,10l. , Domowa terapia

Offline Gaga

  • Administrator
  • Rozgadany Weteran
  • *****
  • Wiadomości: 26487
Artykuły - Nowości szkolne
« Odpowiedź #508 dnia: Październik 20, 2007, 11:19:00 pm »
2007-10-11 Dorota Turska

Subiektywizm oceniania, czyli... nauczyciel też człowiek

Oceniamy wszyscy, bo na tej podstawie podejmujemy różne decyzje życiowe. Kupno określonego towaru, wybór formy spędzenia wakacji czy zaprzestanie kontaktów z ulubioną dotychczas sąsiadką, są wynikiem naszego prywatnego aktu oceny. Sami też (oraz co najwyżej nasi najbliżsi) ponosimy konsekwencje błędnych ocen. Jednak, gdy ocenianie nastawione jest na kontrolowanie pewnych społecznie ustalonych celów, na przykład edukacyjnych, sytuacja jest odmienna.

Formułowane przez nauczyciela oceny nie są jego „prywatną sprawą”.
 Na ich podstawie podejmuje się na przykład decyzje o przejściu młodego człowieka, bądź nie, na kolejny etap kształcenia. Również rodzice uczniów zwykle budują oczekiwania dotyczące przyszłości dziecka właśnie na podstawie uzyskiwanych stopni. Nie można też zapominać, że wysokość szkolnych not znacznie wpływa na ogólną samoocenę młodzieży, na procesy związane z kontrolą osobistą nad wynikami własnych działań. Wszystko to wskazuje, że skutki szkolnego oceniania odczuwane są „daleko poza terenem szkoły”.

Nauczyciele doskonale zdają sobie sprawę ze społecznej odpowiedzialności za wystawiane oceny.
 Próbują zatem obiektywizować proces oceniania, tak by postawiona nota w sposób najbardziej trafny odzwierciedlała poziom wiedzy i umiejętności ucznia. W tym celu odwołują się do możliwie jasno sprecyzowanych kryteriów, zezwalających na wystawienie konkretnej oceny. Są one wypracowywane w trakcie własnej praktyki pedagogicznej, dyskusji z innymi nauczycielami, a w formie opisowej zawierają je Wewnątrzszkolne Systemy Oceniania.

Problem jednoznacznych kryteriów jest szczególnie ważny w przypadku egzaminów zewnętrznych, w których równie istotna jest trafność oceny, jak i niwelowanie rozbieżności w sposobach oceniania przez różnych egzaminatorów. Okazuje się jednak, że nawet najbardziej szczegółowe wskazówki nie gwarantują, że ocenianie będzie mieć taki sam przebieg wobec wszystkich uczniów. Dlaczego tak się dzieje? Najprostsza odpowiedź brzmi: bo nauczyciel, także w trakcie „zawodowego” oceniania, nie przestaje być człowiekiem. Mówiąc inaczej, ulega właściwym wszystkim ludziom zniekształceniom, których działania – pomimo najlepszej woli bycia obiektywnym – może sobie po prostu nie uświadamiać.

„Przecież znam się na ludziach”

W trakcie praktyki pedagogicznej nauczyciel spotyka tak wielu uczniów, że pogłębione poznanie każdego z nich jest niemożliwe. Dlatego konieczne jest uporządkowanie nadmiaru informacji płynących od „świata wychowanków”. Można to zrobić, budując na podstawie własnych doświadczeń modelowe (prototypowe) obrazy ucznia. Są to niewątpliwie dwa najbardziej odmienne modele: „dobrego” i „słabego” ucznia, ewentualnie bardzo pojemny model „średniaka”. Pierwsze kontakty z nową grupą uczniów skutkują przyporządkowaniem ich do określonych modeli. Nie dotyczy to tylko nauczycieli, jest to powszechne psychologiczne zjawisko. Poznając kogoś, mamy tendencję do porównywania tej osoby z już istniejącym w naszym umyśle prototypem dobrego kumpla, toksycznego szefa czy popularnej aktorki. Fakt, że nauczyciele stosują takie przyporządkowania, nie jest oznaką ich rutyny czy braku zaangażowania w pracę, lecz próbą wprowadzenia porządku w nadmiarze bodźców i informacji. Zjawisko to ma jednak swoje konsekwencje – są nimi odmienne oczekiwania wobec ucznia określonego jako „dobry” lub jako „słaby”. Nauczyciel uwrażliwia się na poszukiwanie i podkreślanie zachowań ucznia zgodnych z własnymi oczekiwaniami. Ale też zamyka się i trudno mu dostrzec zachowania dziecka niezgodne z przypisaną mu przez siebie etykietą. W ten sposób uruchomiony zostaje mechanizm samosprawdzających się przepowiedni, nazywany przez psychologów efektem Pigmaliona i Golema.


Efekt Pigmaliona

Warto poświęcić trochę uwagi efektowi Pigmaliona i Golema, chociaż zjawiska te wykraczają poza problematykę oceniania. W starogreckim micie o Pigmalionie talent rzeźbiarza i jego modły do Afrodyty zamieniają kamienny posąg w żywą, piękną kobietę o imieniu Galatea. W pracy Pigmalion w klasie szkolnej, amerykańscy psychologowie Robert Rosenthal i Lenore Jacobson wykazali, w jaki sposób pozytywne oczekiwania nauczyciela co do możliwości ucznia wpływają na jego rzeczywiste osiągnięcia. Teza, że nauczyciel tworzy uczniowi „dobremu” (subiektywnie spostrzeganej Galatei) lepsze warunki zdobywania wiedzy, została później wielokrotnie potwierdzona.
Wysokie oczekiwania nauczyciela przekładają się bowiem na częstsze kontakty, większe wsparcie, okazywane zainteresowanie i rzeczowe informacje zwrotne. Większe wymagania spotykają się z wyraźną nagrodą. Słuszny wydaje się pogląd, że „dobry” uczeń umie więcej, ponieważ nauczyciel więcej go uczy. Częste informacje zwrotne, udzielane w ciepłej atmosferze akceptacji, powodują, że „dobry” uczeń ma więcej okazji do dostrzegania związku pomiędzy jakością działań a ich skutkami. Dzięki temu wzrasta jego poczucie kontroli, co wtórnie wzmacnia motywację do nauki.

Aby nie tworzyć golemów

W tradycji żydowskiej istnieje legenda o Golemie. Była to ogromnych rozmiarów istota ulepiona z gliny przez rabina Marahala, ale pozbawiona zdolności myślenia i mówienia. Nawet jej twórca nie mógł się z nią porozumieć. Odrzucając całą drastyczność legendarnego pierwowzoru, można się jednak zgodzić, że manifestowane przez „słabego” ucznia marzenie, by przetrwać lekcję bez jakiejkolwiek interakcji z nauczycielem („najlepiej zapaść się pod ławkę”), uzasadnia przyjętą nazwę.

Warto jednak uświadomić sobie, że to nauczyciel ma moc sprawczą tworzenia Golema. W jaki sposób? Na przykład, gdy sygnalizuje uczniowi brak akceptacji, przyłapuje na nieprzygotowaniu, wyraźnie go za to ganiąc. Tak jakby sprawiało mu satysfakcję udowadnianie, że uczeń nic nie umie, bo to potwierdza jego przeświadczenie na temat „słabego” ucznia. Jakiekolwiek powodzenie Golema zauważane jest przez nauczyciela z trudem i budzi różne wątpliwości – „na pewno ściągał”.

Postępowanie nauczyciela zgodne z efektem Pigmaliona i Golema może nie być uświadomione, dlatego trudno poddaje się refleksjom. Łatwiej przecież zgodzić się z tezą, że „przyjemniej pracuje się z dobrym uczniem”, który w lot pojmuje treść lekcji, niż przyznać się, że kolejne tłumaczenie materiału bez widocznego efektu, wywołuje irytację i wycofanie się z kontaktu z uczniem, który szczególnie potrzebuje wsparcia. Bez względu na stopień uświadomienia sobie i akceptacji tego faktu, efekt Pigmaliona i Golema działa w przypadku wystawiania ocen, co udowodnili francuscy psychologowie Georges Noizet i Jean Paul Caverni.

Podczas badania poproszono nauczycieli o ocenę uczniowskich prac (wypracowań z języka francuskiego), jednocześnie podając informacje o uprzednich postępach ocenianego ucznia. Nauczyciele otrzymali także jednakowe, sprecyzowane kryteria oceny. Okazało się, że wysokość postawionych not pozostawała w ścisłym związku z otrzymanymi informacjami o autorze pracy. Inaczej mówiąc, to samo wypracowanie zostało ocenione istotnie wyżej, gdy było przypisane „dobremu”, a nie „słabemu” uczniowi. Należy podkreślić dwa istotne wnioski płynące z tego eksperymentu.

Pierwszy z nich ukazuje, że efekt Pigmaliona i Golema ma miejsce nie tylko wtedy, gdy sami sobie tworzymy opinię o konkretnym wychowanku, lecz także możemy tę etykietę przejąć od innego nauczyciela. Stwierdzenie to znacznie poszerza zakres działania omawianego efektu: potwierdza bowiem zjawisko kierowania się już jakimś nastawieniem wobec ucznia jeszcze przed osobistym kontaktem z nim, na zasadzie przyswojenia „pieśni gminnej”, krążącej po pokoju nauczycielskim.

Wniosek drugi informuje, że modyfikacja oceny ze względu na informacje o uczniu występuje także wtedy, gdy są podane precyzyjne kryteria oceniania. Ta teza może skłonić do przypuszczeń, że nauczyciele są stronniczy, nierzetelni i brak im dobrej woli. Jest to jednak interpretacja krzywdząca. Po raz kolejny trzeba odwołać się do nieuświadomionych procesów zachodzących podczas oceniania. Jeżeli nauczyciel spotyka się z dwiema różnymi informacjami – pierwszą zawartą w opinii o uczniu, drugą w treści pracy ucznia, to robi wszystko, by tę rozbieżność zmniejszyć. Ponieważ ludzie chcą mieć zaufanie do formułowanych przez siebie opinii, to łatwiej osiągnąć satysfakcjonującą zbieżność, selektywnie czytając pracę teraz ocenianą. Następuje zatem uwrażliwienie na obecne w niej wskaźniki pozytywne (potwierdzające opinię), których waga jest doceniana i akcentowana. Rola wskaźników negatywnych (sprzecznych z opinią) jest natomiast pomniejszana. W pewnych przypadkach może dojść nawet do stronniczego manipulowania znaczeniem wskaźników, jak to ma miejsce w poniższym przykładzie.

Wyobraźmy sobie, że pewien dyrektor szkoły ma bardzo negatywną opinię o nauczycielu Sokratesie. Musi jednak ocenić pracę swojego nauczyciela. Przeprowadza więc hospitację lekcji, kierując się obiektywnie stosowanymi kryteriami. W efekcie powstaje szczegółowy protokół oceny, zakończony zgodną z przekonaniami dyrektora konkluzją.

Protokół oceny nauczyciela Sokratesa

Cechy osobiste: wygląd – ubrany w stare prześcieradło udrapowane wokół ciała; pewność siebie – niepewny siebie, stale zadaje pytania, umiejętność posługiwania się językiem angielskim – mówi z silnym akcentem greckim, zdolności przystosowawcze – gotów się otruć, kiedy znajdzie się pod przymusem; łączna ocena 1.
Kierowanie klasą: organizacja – nie trzyma się żadnego planu, wygląd klasy – brak przyciągających wzrok tablic ściennych, korzystanie z pomocy dydaktycznych – nie korzysta; łączna ocena 1.
Relacje nauczyciel – uczeń: takt – stawia ucznia w kłopotliwej sytuacji przez zadawanie pytań, stosunek klasy – uczniowie są mu życzliwi; łączna ocena 3.
Techniki nauczania: przygotowanie do lekcji – nie układa planu lekcji, trzymanie się programu – zupełnie luźne, pozwala uczniom przeskakiwać z tematu na temat, znajomość przedmiotu – nie zna materiału, musi zasięgać wiedzy u uczniów przez zadawanie im pytań; łączna ocena 2.
Postawa zawodowa: etyka zawodowa – nie należy do stowarzyszeń zawodowych, kwalifikacje zawodowe – zupełny brak, nie zatroszczył się nawet o podjęcie studiów, stosunki z rodzicami uczniów – rodzice próbują się go pozbyć; łączna ocena 1.
Rekomendacja: "nie ma dla niego miejsca w oświacie. Nie należy go zatrudniać.


„Z kim tu mamy do czynienia?”

Jeżeli zgodzimy się, że wiedza o osobie ocenianej wpływa na przebieg procesu oceniania, to logiczne wydaje się, że brak jakichkolwiek informacji o uczniu spowoduje pełną obiektywność. Niestety, także w przypadku anonimowości prac uczniów, nauczyciel dokonuje subiektywnych zniekształceń typu „z kim tu mam do czynienia?”. Noizet i Caverni wykazali, że na końcową ocenę pracy ma wpływ to, w którym miejscu w pracy pojawiają się błędy. Bardzo wyraźnie jest to widoczne w przypadku dyktanda, gdzie bierze się pod uwagę liczbę i rodzaj popełnionych błędów w całości pracy. Jeżeli wymienione wskaźniki są w różnych pracach takie same, to – jak się okazuje – nauczyciele mają tendencję do postawienia oceny niższej wtedy, gdy błędy pojawiają się na początku. Bezbłędny początek przy znacznie gorszym końcu skutkuje natomiast wyższą oceną końcową. Dlaczego tak się dzieje? Odpowiada za to efekt pierwszego wrażenia. To właśnie na podstawie pierwszego kontaktu formułujemy swoją opinię o człowieku, o miejscu, w którym nam przyszło przebywać, czy czytanej właśnie lekturze. Ta pierwsza opinia z trudem poddaje się zmianom, na przykład w efekcie napływających, sprzecznych z nią informacji. Anonimowość ucznia powoduje, że nauczyciel zwraca szczególną uwagę na pierwsze sygnały zawarte w jego pracy. Sygnały korzystne budują przeświadczenie, że ma tu do czynienia z uczniem „dobrym”, nagromadzenie błędów zaś skłania do przypuszczenia, że autorem jest uczeń „słaby”. W ten sposób uruchamia się działanie efektu Pigmaliona i Golema wraz ze znanymi już konsekwencjami w przebiegu oceniania.

„Dobrze by było porównać do czegoś tę pracę”

Warto wspomnieć o jeszcze jednym zniekształceniu, które występuje w przypadku braku informacji o uczniu. Zniekształcenie typu „dobrze by było porównać do czegoś tę pracę” – ujawnia się szczególnie podczas sprawdzania długiej serii prac, co ma miejsce na przykład w przebiegu egzaminów zewnętrznych. Najbardziej specyficzna jest sytuacja pracy ocenianej jako pierwsza, gdyż nauczyciel nie ma jeszcze możliwości porównania jej z innymi uczniowskimi „wytworami”. Zasadniczym punktem odniesienia pozostaje wtedy „idealny model produktu”, który istnieje w umyśle nauczyciela. Dlatego – jak wskazały badania Noizeta i Caverniego – praca pierwsza zwykle oceniana jest bardziej surowo. Lektura kolejnych prac najczęściej prowadzi do wniosku, że i one odbiegają od ideału, co powoduje stopniowe obniżanie wysoko postawionej poprzeczki wymagań. Równie niekorzystna jest sytuacja pracy, która w zestawie znalazła się bezpośrednio po ocenionej bardzo wysoko. Ta praca także uzyska istotnie niższą ocenę, niż miałoby to miejsce w przypadku innego jej ułożenia. Dzieje się tak, bo fakt wystąpienia idealnej pracy potwierdza przekonania nauczyciela, że „można było doskonale się przygotować”. Praca będąca natychmiastowym kontrastem wobec tych oczekiwań spotyka się z surową notą. Zauważmy, że ten efekt kontrastu działa także w drugą stronę. Praca, którą czytamy bezpośrednio po bardzo słabej, ma – tylko z powodu takiego umiejscowienia – wielkie szanse uzyskania wyższej noty. Nauczyciel chce bowiem wyraźnie zaznaczyć, że między porównywanymi pracami „nie ma żadnej miary porównawczej”. Należy dodatkowo podkreślić, że takie zniekształcenie działa szczególnie w sytuacji, gdy twórcą testu (sprawdzianu) jest osoba oceniająca, a przecież taka sytuacja ma najczęściej miejsce w codziennej praktyce szkolnej. Pojawia się wtedy emocjonalny stosunek do zaproponowanego sposobu sprawdzenia wiedzy uczniów – przekonanie, że odległość od „modelu idealnego” rzetelnie informuje o tej wiedzy. Wystąpienie pracy idealnej (bądź prawie idealnej) potwierdza przeświadczenie nauczyciela, że postawione wymagania są rozsądne i uzasadnione, można je zatem stawiać innym. To powód większej surowości oceniania po pracy bardzo dobrej. Natomiast praca występująca po bardzo słabej spotyka się z dodatkowym bonusem nauczyciela, który pokazuje, że całkowite niespełnienie jego oczekiwań dotyczy przypadków incydentalnych.
Podsumowując, należy podkreślić, że opisane zniekształcenia w zawodowym procesie oceniania mają miejsce dlatego, że nauczyciel nie może przestać być człowiekiem. Kieruje się zatem przeświadczeniami, które mają na celu – mówiąc najszerzej – obronę lub podniesienie własnej samooceny jako osoby dobrze wykonującej swoje obowiązki. Uświadomienie sobie tego faktu jest ważnym etapem w ciągłym procesie refleksji nad własną praktyką oceniania.?

Warto przeczytać:
Ch. Galloway, Psychologia uczenia się i nauczania, PWN, Warszawa 1988.
G. Noizet, J. P. Caverni, Psychologiczne aspekty oceniania osiągnięć szkolnych, PWN, Warszawa 1988.
D. Turska, Skuteczność ucznia. Od czego zależy udana realizacja wymogów edukacyjnych?, Wydawnictwo UMCS, Lublin 2006.
Artykuł pochodzi z czasopisma "Psychologia w szkole"
Pozdrawiam :))
"Starsza Jesienna Miotełka"

Offline Emilianka

  • User z prawami do pisania
  • Wyjadacz
  • *****
  • Wiadomości: 3124
Artykuły - Nowości szkolne
« Odpowiedź #509 dnia: Październik 21, 2007, 12:49:25 am »
Z wątku Artykuły - nowości szkolne :

Cytat: "Gaga"
2007-10-11 Dorota Turska

Subiektywizm oceniania, czyli... nauczyciel też człowiek

Oceniamy wszyscy, bo na tej podstawie podejmujemy różne decyzje życiowe. Kupno określonego towaru, wybór formy spędzenia wakacji czy zaprzestanie kontaktów z ulubioną dotychczas sąsiadką, są wynikiem naszego prywatnego aktu oceny. Sami też (oraz co najwyżej nasi najbliżsi) ponosimy konsekwencje błędnych ocen. Jednak, gdy ocenianie nastawione jest na kontrolowanie pewnych społecznie ustalonych celów, na przykład edukacyjnych, sytuacja jest odmienna.

Offline ilonadora

  • User z prawami do pisania
  • Rozgadany Weteran
  • *******
  • Wiadomości: 8423
    • http://wwwmojedzieciaki.blox.pl/html
Artykuły - Nowości szkolne
« Odpowiedź #510 dnia: Październik 23, 2007, 10:48:44 am »
Szkoły nakładają na uczniów kary finansowe


Uczeń Zespołu Szkół Ponadgimnazjalnych nr 4 w Bełchatowie, który zapomni tenisówek na zmianę, płaci złotówkę kary...

Jego koleżanka z I LO im. Broniewskiego, która zapomni identyfikatora, za zastępczy zapłaci 50 groszy. Uczniowie kary te mogą odpracować. O sprawie pisze "Dziennik Łódzki".

Możliwość odpracowania kar finansowych szkoły wprowadziły kilka dni temu. Jak czytamy w gazecie, dyrektorzy nie potrafią jednak odpowiedzieć na pytanie, ile złotych jest warte 15 minut odkurzania lub mycia szyb.

Co szkoła robi z pieniędzmi pochodzącymi z kar płaconych przez uczniów? - Przeznacza podobno na remonty, kwiatki na koniec szkoły, środki czyszczące - mówi Wojtek, uczeń jednej ze szkół.

- Mam troje dzieci i żadne z nich nie zarabia, więc nie powinno się od nich żądać kar finansowych, tym bardziej w szkole - denerwuje się Beata Kuchciak, która sama pracuje w szkole (Gimnazjum nr 3).

Dyrektor ZSP nr 4 Dorota Pędziwiatr kary te nazywa "cegiełkami". A cegiełki te - jak twierdzi - są inicjatywą Rady Rodziców. - To rodzice zdecydowali, że te symboliczne złotówki zmotywują uczniów do noszenia identyfikatorów i obuwia zmiennego - mówi "Dziennikowi Łódzkiemu". - Zgodziliśmy się na to, bo jest to pewna metoda, dzięki której możemy ten obowiązek od uczniów egzekwować - tłumaczy.


interia
"Być bohaterem przez minutę, godzinę, jest o wiele łatwiej niż znosić trud codzienny w cichym heroizmie."
Ilonadora i czwórka pociech

Offline sonia

  • User z prawami do pisania
  • Rozgadany Weteran
  • *******
  • Wiadomości: 25627
    • Dar Życia
Artykuły - Nowości szkolne
« Odpowiedź #511 dnia: Październik 23, 2007, 11:10:05 am »
Cytuj
Minister edukacji dzisiaj powinien być liderem, z nowoczesnym podejściem do edukacji. Mógłby zrezygnować z centralistycznego rządzenia, dać szkole więcej samodzielności. Wytyczyć tylko ogólne ramy programowe, ale uwolnić nauczycieli od konieczności wypełniania precyzyjnie spisanego programu. Uwierzyć w pozarządowe patenty na ożywienie oświaty i elastycznie kierować wydawaniem olbrzymich unijnych pieniędzy na edukację, jakie dostaniemy na najbliższe siedem lat. No i przede wszystkim - dogadać się z nauczycielami. Trzeba dać im samodzielnie decydować, ułatwić dokształcanie i docenić, że - każdy z kilkoma dyplomami w ręku - są prawdopodobnie najlepiej wykształconą grupą zawodową w kraju. Przed wyborami wszystkie ugrupowania zabiegały o ten 600-tys. elektorat - co im teraz zaproponuje PO?......


- Źródło: Gazeta Wyborcza

więcej-czytaj:
Żeby szkoła była szkołą
- Aleksandra Pezda 2007-10-23
Tam gdzie warto dotrzeć, nie ma dróg na skróty.
Sonia, mama Moniki z zD- 19,10l. , Domowa terapia

Offline sonia

  • User z prawami do pisania
  • Rozgadany Weteran
  • *******
  • Wiadomości: 25627
    • Dar Życia
Artykuły - Nowości szkolne
« Odpowiedź #512 dnia: Październik 23, 2007, 11:44:24 am »
Znowu mamy inną nazwę Ministerstwa:

Zarządzenie Nr 103 Prezesa Rady Ministrów z dnia 2 października 2007 r. w sprawie nadania statutu Ministerstwu Nauki i Szkolnictwa Wyższego M. P. Nr 71, poz. 767

Na podstawie art. 39 ust. 5 ustawy z dnia 8 sierpnia 1996 r. o Radzie Ministrów (Dz. U. z 2003 r. Nr 24, poz. 199, z późn. zm.1)) zarządza się, co następuje:
§ 1. Ministerstwu Nauki i Szkolnictwa Wyższego nadaje się statut, stanowiący załącznik do zarządzenia.

§ 2. Traci moc zarządzenie nr 99 Prezesa Rady Ministrów z dnia 27 czerwca 2006 r. w sprawie nadania statutu Ministerstwu Nauki i Szkolnictwa Wyższego (M. P. Nr 45, poz. 475 i Nr 85, poz. 866 oraz z 2007 r. Nr 3, poz. 22).

§ 3. Zarządzenie wchodzi w życie po upływie 14 dni od dnia ogłoszenia.
Tam gdzie warto dotrzeć, nie ma dróg na skróty.
Sonia, mama Moniki z zD- 19,10l. , Domowa terapia

Offline amara

  • Aktywny Gadacz
  • *****
  • Wiadomości: 781
Artykuły - Nowości szkolne
« Odpowiedź #513 dnia: Październik 25, 2007, 12:42:46 pm »
Protest przeciwko obniżkom płac

Przed większością urzędów wojewódzkimi w całym kraju odbędą się pikiety organizowane przez Związek Nauczycielstwa Polskiego. ZNP protestuje przeciwko zapisom dotyczącym płac nauczycieli w projekcie budżetu na przyszły rok.

Jak mówił na konferencji prasowej prezes związku Sławomir Broniarz, w pikietach ma uczestniczyć około 10 tys. osób. Według jego szacunków, np. w Warszawie demonstrować ma 600-800 osób, a w Katowicach około 1400 osób.

Jak poinformowała rzeczniczka ZNP Magdalena Kaszulanis, w Szczecinie z przyczyn formalnych pikieta nie odbędzie się, zaś w Gdańsku związkowcy zamiast w czwartek pikietować będą w poniedziałek. ZNP twierdzi, że pensje nauczycieli w przyszłym roku zamiast wzrosnąć - zmaleją. Chodzi o zapisaną w projekcie budżetu na 2008 rok kwotę bazową, według której wylicza się wysokość wynagrodzenia dla pracowników sfery budżetowej, w tym dla nauczycieli.

W budżecie na 2007 r. wyjątkowo zapisano osobną kwotę bazową dla nauczycieli, wyłączając ją z kwoty obowiązującej dla pozostałych pracowników sfery budżetowej - wynosi ona 1885 zł. W projekcie budżetu na 2008 r. jest tylko jedna kwota bazowa wynosi 1835 zł.

Minister edukacji Ryszard Legutko przed wyborami parlamentarnymi kilkakrotnie zapewniał, że planowana jest autopoprawka rządu do projektu ustawy budżetowej, zgodnie z którą będzie osobna kwota bazowa dla nauczycieli i będzie ona wyższa niż tegoroczna.

Zaznaczył, że wcześniej w ramach pakietu tzw. ustaw okołobudżetowych musi zostać znowelizowana ustawa Karta Nauczyciela. Tłumaczył, że w Karcie musi się znaleźć zapis mówiący o tym, że wysokość wynagrodzenia nauczycieli jest obliczana na podstawie osobnej kwoty bazowej określonej w ustawie budżetowej specjalnie dla tej grupy zawodowej.

Według ZNP, jest to przerzucanie odpowiedzialności na nowy parlament i nowy rząd. Dlatego prezes związku zapowiedział, że wystąpi o spotkanie z kandydatem na premiera Donaldem Tuskiem. Chce z nim rozmawiać o sytuacji finansowej nauczycieli. Jak zaznaczył Broniarz, związek chce m.in. przypomnieć szefowi Platformy Obywatelskiej o jednym z haseł kampanii wyborczej tej partii: "Nasze dzieci będą uczone przez dobrze zarabiających nauczycieli".

Podczas pikiet ZNP będzie domagać się także wzrostu o 50 proc. płacy zasadniczej nauczycieli. Jak wyjaśnił Broniarz, dzięki temu płaca zasadnicza nauczycieli zaczynających pracę w zawodzie - stażystów, wzrosłaby o 605 zł i wynosiłaby około 1500 zł miesięcznie; płaca nauczycieli dyplomowanych, czyli na najwyższym stopniu awansu zawodowego, wzrosłaby o 1100 zł.

- Niech pikiety będą sygnałem, że środowisko oświatowe w sprawach wynagrodzeń jest zdeterminowane. Niech to będzie pierwsze ostrzeżenie dla nowo wybranych przedstawicieli parlamentu, że o swoje sprawy będziemy walczyć do skutku - podkreślił Broniarz.

Mówił, że od nowego rządu ZNP oczekuje m.in. jak najszybszej korekty projektu budżetu na przyszły rok jeśli chodzi o kwotę bazową dla nauczycieli oraz przedstawienia projektu rozporządzenia w sprawie minimalnych stawek wynagrodzenia nauczycieli w przyszłym roku.

wp.pl
"Człowieka poznaje się po tym co nosi w sercu"
terapeuta zajęciowy, mama Mateusza 11l z zD

Offline sonia

  • User z prawami do pisania
  • Rozgadany Weteran
  • *******
  • Wiadomości: 25627
    • Dar Życia
Artykuły - Nowości szkolne
« Odpowiedź #514 dnia: Październik 29, 2007, 07:49:30 am »
Uczniowie mają utrudniony dostęp do klas integracyjnych

Dzieci przewlekle chore mają ograniczony dostęp do nauki w szkołach ogólnodostępnych. Przepisy prawa oświatowego nie przewidują bowiem organizowania dla nich kształcenia specjalnego.

Ewa Sowińska, rzecznik praw dziecka, zwróciła się do Ryszarda Legutki, ministra edukacji narodowej, o zmianę przepisów dotyczących orzekania o potrzebie kształcenia specjalnego lub indywidualnego nauczania dzieci i młodzieży. Jej zdaniem, problem ten szczególnie dotyczy dzieci przewlekle chorych, które bez uzyskania orzeczenia kwalifikującego do kształcenia specjalnego nie mogą uczęszczać do klas integracyjnych. Tak się stało m.in. w przypadku chłopca chorego na hemofilię, którego, mimo że zdał egzaminy, nie przyjęło jedno ze szczecińskich gimnazjów.

- Tłumaczenie resortu edukacji, że dzieciom przewlekle chorym można zapewnić naukę w szkołach specjalnych zorganizowanych w zakładach opieki zdrowotnej lub w formie indywidualnego nauczania, pozbawia je możliwości integracji z rówieśnikami w szkołach ogólnodostępnych - uważa Maciej Osuch, społeczny rzecznik praw ucznia, który w tej sprawie zwrócił się również do rzecznika praw obywatelskich.

Poza tym sieć szkolnictwa przyszpitalnego jest słabo rozwinięta.

- Należy również pamiętać, że nie wszystkie dzieci przewlekle chore wymagają leczenia szpitalnego i stałej obserwacji medycznej - dodaje Maciej Osuch.
Jego zdaniem należy zmienić zasady interpretacji przepisów, zgodnie z którymi dziecko przewlekle chore chcące uczyć się w szkole ogólnodostępnej musi mieć wydane specjalne orzeczenie o potrzebie kształcenia specjalnego. Bez orzeczenia dzieci te mogą się jedynie uczyć w szkołach specjalnych lub w trybie indywidualnym w domu. Resort edukacji wydaje je tylko w sytuacji, gdy dziecko przewlekle chore jest uznane również za niepełnosprawne.

Podstawa prawna

■ Rozporządzenie ministra edukacji narodowej z 12 lutego 2001 r. w sprawie orzekania o potrzebie kształcenia specjalnego lub indywidualnego nauczania dzieci i młodzieży oraz szczegółowych zasad kierowania do kształcenia specjalistycznego lub indywidualnego nauczania (Dz.U. nr 13, poz. 114 z późn. zm.).

DOMINIKA SIKORA
Gazeta Prawna Nr 210 (2080) niedziela-poniedziałek, 28-29 października 2007 r. > Praca i ubezpieczenia
Tam gdzie warto dotrzeć, nie ma dróg na skróty.
Sonia, mama Moniki z zD- 19,10l. , Domowa terapia

Offline Emilianka

  • User z prawami do pisania
  • Wyjadacz
  • *****
  • Wiadomości: 3124
Artykuły - Nowości szkolne
« Odpowiedź #515 dnia: Październik 29, 2007, 09:16:32 am »
Po wyborach szkolne lektury do zmiany

Kanon lektur ustalony przez Giertycha - do kosza. Do szkół pójdą sześciolatki, pojawią się bony edukacyjne - dowiedział się dziennik "Polska".

Gdy tylko Donald Tusk wskaże nowego ministra edukacji, na jego biurku wyląduje sterta apeli o unieważnienie kanonu lektur, który wymyślili dla szkół byli ministrowie: Roman Giertych z LPR i Ryszard Legutko z PiS. Pisma w sprawie lektur szykują m.in. Polska Izba Książki, Stowarzyszenie Nauczycieli Polonistów, znawcy literatury i autorzy podręczników do języka polskiego. Poloniści alarmują, że nowy kanon jest zbyt obszerny. Ostrzegają, że zniechęceni uczniowie w ogóle przestaną czytać.

Autorka podręczników dr hab. Zofia Agnieszka Kłakówna w swojej analizie zaznacza, że autorzy nowego kanonu nie orientowali się w dziecięcej i młodzieżowej literaturze. – Nie wiadomo, dlaczego uczniowie starszych klas szkoły podstawowej mają czytać "Starą baśń" Kraszewskiego, skoro wiadomo, że tekst stwarza bariery kulturowe i językowe – pisze dr Stanisław Bortnowski z UJ w ocenie dla PIK. Zaznacza, że nadmiar lektur zmusza nauczycieli do "biegu po tytułach". – Lektura proponowana wyłącznie dla celów propagandowych, politycznych czy światopoglądowych, zostanie ośmieszona i odrzucona – uważa.

Wystąpienia w sprawie lektur do MEN szykują też niektóre uczelnie. – Nowy kanon lektur jest sprzeczny z programem nauczania i treścią podręczników. To powoduje w szkołach gigantyczny chaos – mówi Piotr Marciszuk, prezes Polskiej Izby Książki. – Nowy minister oświaty musi wycofać pochopnie ogłoszony spis i rozpocząć publiczną debatę o tym, co powinni czytać uczniowie – dodaje.

Typowany na szefa MEN Jarosław Gowin z PO wypowiada się ostrożnie: – Do kanonu lektur należy podejść bez politycznych i ideologicznych uprzedzeń. Przyszły minister musi go skonsultować ze środowiskiem nauczycieli.

Według dziennika "Polska", lista lektur to niejedyna rewolucja, która czeka szkołę. Rząd PO chce wysłać do szkół sześciolatki, a pięciolatki do obowiązkowej zerówki. Każdy rodzic ma też dostać bon edukacyjny - dzięki temu do lepszych szkół trafi więcej pieniędzy.

Offline amara

  • Aktywny Gadacz
  • *****
  • Wiadomości: 781
Artykuły - Nowości szkolne
« Odpowiedź #516 dnia: Listopad 05, 2007, 08:52:32 am »
Rodzice coraz chętniej nie posyłają dzieci do szkoły

Według "Metra", rośnie liczba rodziców, którzy zamiast posyłać swoje dziecko do szkoły, uczą je sami w domu. Znana na Zachodzie metoda edukacji homeschooling podbija Polskę.

Jeszcze dziesięć lat temu takich dzieci było kilkoro w całej Polsce. Dziś jest ich już około 30. A zainteresowanie rośnie. Mamy wiele zapytań od rodziców, którzy chcą to robić - mówi pracownik Wydziału Studiów Edukacyjnych UAM w Poznaniu, prezes Stowarzyszenia Edukacji Domowej dr Marek Budajczak.

Budajczak wraz żoną byli pionierami homeschoolingu w Polsce. Przestali posyłać dzieci do szkoły kilkanaście lat temu. Ich syn był po pierwszej klasie podstawówki, córka po drugiej. Ufaliśmy, że uda nam się ich wyedukować nie gorzej niż szkoła. Udało się. Dzieci przeszły wszystkie szczeble edukacji, zdały amerykańską maturę SAT i teraz mogą już same o sobie decydować - mówi.

Czy "wypisanie" dziecka ze szkoły jest legalne? Ustawa o systemie oświaty daje rodzicom taką możliwość. Formalnie zgodę na to udziela dyrektor ich szkoły rejonowej. Musi jednak otrzymać deklarację rodziców, że biorą na siebie obowiązek edukacji dziecka - tłumaczy gazecie wicekurator w Łodzi Cezariusz Mostowski. Ale według niego edukacja domowa ma sporo minusów: Szkoła jest też szkołą życia. Dziecko, które nie przebywa w szkole z rówieśnikami, tylko jest chowane pod kloszem, słabiej edukuje się społecznie - twierdzi.

Budajczak odpiera te zarzuty. Dzieci uczące się w domu nie są izolowane ani zamknięte w klatkach. Normalnie kontaktują się z rówieśnikami na podwórkach, w domach kultury, klubach czy organizacjach dziecięcych i młodzieżowych - mówi.

"Metro" informuje, że dziecko nauczane w domu musi co rok zdawać egzaminy, niekiedy co semestr. Te egzaminy nie są wystandaryzowane. Układają je nauczyciele ze szkoły rejonowej. Czasami to prawdziwy koszmar. Znam przypadek piątoklasistki, która w ciągu czterech dni musiała odpowiedzieć na niemal 500 pytań pisemnych i 120 ustnych z różnych przedmiotów - opowiada Budajczak. Ta dziewczynka zdała i otrzymała świadectwo. Co, jeśli dziecko egzaminu nie zda? Wtedy rodzic może dostać napomnienie, by posłać dziecko do szkoły - mówi Mostowski. Dodaje jednak, że nie zna takiego przypadku.

wp.pl
"Człowieka poznaje się po tym co nosi w sercu"
terapeuta zajęciowy, mama Mateusza 11l z zD

Offline Emilianka

  • User z prawami do pisania
  • Wyjadacz
  • *****
  • Wiadomości: 3124
Artykuły - Nowości szkolne
« Odpowiedź #517 dnia: Listopad 07, 2007, 12:04:32 pm »
Koledzy z klasy mówią: Zwariował, że wrócił

Rodzice Olka są lekarzami. Pracują w Newcastle. On też mógł mieszkać i uczyć się w Anglii, ale woli w Polsce

Wyjechałem z Łodzi przed czwartymi urodzinami - opowiada Aleksander Kucharski, 16-letni licealista o radiowym głosie. - Rodzice dostali pracę w Londynie. Po kilku latach wróciliśmy. W Łodzi dokończyłem podstawówkę i poszedłem do gimnazjum. Rok w gimnazjum i znów wyjazd do Anglii. Tym razem do Newcastle. Na stałe.

Zamieszkaliśmy w bliźniaku, przy samym morzu. Miałem swój pokój - jakieś dwadzieścia metrów z kominkiem - przed domem ogród. Na początku września odwiedziła nas pani Sandra. Powiedziała, że jest urzędniczką i pomoże znaleźć szkołę. Przyniosła foldery, informatory. Piła herbatę i opowiadała. Potem swoim fordem Ka zawiozła nas do kilku szkół. Ostatecznie wybraliśmy katolicką.

Zostałem uczniem drugiej klasy High School, odpowiednika naszego gimnazjum.

Tam szkoła katolicka różni się od zwykłej tym, że jest religia i krzyże w salach. Religii uczy zwykły nauczyciel, nie ksiądz czy katecheta. Nie ma też modlitw. W mojej klasie było kilku protestantów i muzułmanów. Poznawaliśmy Biblię, ale pamiętam też lekcje o synagogach czy bóstwach hinduskich. Żeby lepiej zrozumieć tę Biblię.

Najfajniejsza była stołówka

Pierwszego dnia do szkoły zawiozła mnie pani Sandra swoim fordem. Potem jeździłem już szkolnym busem. Kwadrans drogi.

Szkoła była olbrzymia. Półtora tysiąca uczniów. W Anglii to normalka - mało dużych szkół, a nie dużo małych, jak u nas. I nie ma rejonizacji.

W budynku -a właściwie ich kompleksie - najfajniejsza była stołówka. Cała ze szkła. Z tacą jechało się wzdłuż bufetów i nakładało, co chciało. Ziemniaki, frytki, ryż, hamburgery, sałatki, zupy czy moje ulubione spaghetti. Płaciło się kartą, żeby nie nosić pieniędzy.

W szkole nie musiałem zmieniać butów. Kurtkę wieszałem na krzesłach. Nie było szatni, ale za to jakie sale! W każdej komputer i projektor z ekranem. Z tyłu szafki na zeszyty i podręczniki. W salach do nauki gotowania -kuchenki, zlewy, mikrofalówki, suszarki. W pracowniach krawieckich -prawdziwe maszyny z igłami. Nauczyłem się piec pizzę i szyć poduszki, a na zajęciach z techniki robić zabawki. Drewniane, elektryczne, ruchome, różne.

W pracowni do techniki czułem się jak w warsztacie stolarskim. Tyle narzędzi! Na przyrodzie i chemii przy każdej ławce palnik, probówki i kran z wodą. W Łodzi palnik był tylko przy biurku. Właściwie butla gazowa, którą przynosiła nauczycielka. Jeden uczeń coś robił, reszta patrzyła.

Niesamowite były też boiska. Trawiaste. Aż trzy! Ciągle koszone i podlewane. Cztery sale gimnastyczne do kosza, siatkówki, badmintona, z lustrami, drabinkami, stołami do ping-ponga, a nawet wypożyczalnia butów piłkarskich. Każda dyscyplina miała reprezentację. Piłkarskie były dwie: A i B. W Łodzi salę miałem jedną i ciasną, a boisko na łące, którą deszcz zamieniał w błoto.

Wagary? Za chwilę szuka ciebie policja

Czy moją szkołę w Łodzi z tą w Newcastle coś łączy? W żadnej nie płaciłem za naukę, ale w Anglii darmowe były też podręczniki, zeszyty, farby na plastykę, nawet długopisy. Przez półtora roku wydałem tylko sześć funtów na wycieczkę. No i kilkadziesiąt na mundurek, tam od dawna obowiązkowy. Biała koszula, sweter bordo, spodnie w kant i ciemne buty.

Wagary? W Anglii to ryzyko. Każdy dzień zaczyna się spotkaniem z wychowawcą. Jeśli cię nie ma, sekretarka dzwoni do rodziców i pyta, co się dzieje. Jeśli mama z tatą nic nie wiedzą, za chwilę szuka ciebie policja, a rodzice mogą stanąć przed sądem i zapłacić grzywnę. Chorujesz - musisz mieć zwolnienie lekarskie. Usprawiedliwienie od mamy - jak w Polsce - nie wystarczy. Poza tym przed godziną trzecią każdy sprzedawca czy policjant ma prawo zażądać od ucznia kartki ze stemplem szkoły, że zwalnia cię z lekcji. Dzięki temu frekwencja prawie stuprocentowa [w Polsce ok. 80-procentowa i ciągle spada].

Nauczyciele? Do wychowawcy mogłem zgłosić się w każdej sprawie. Nawet wstydliwej - jak alkohol czy seks. Starał się pomóc, doradzał, nigdy nie krzyczał. Często sam pytał, czy wszystko gra.

Kłopoty z nauką zgłaszało się szefom departamentów - to tacy najważniejsi nauczyciele z poszczególnych przedmiotów. Są do dyspozycji ucznia, ale wyłącznie w godzinach pracy.

W Łodzi do swojej wychowawczyni mam komórkę. Z poprzednią do dziś się widuję. Ostatnio zaprosiła mnie do domu, żebym zobaczył jej małe dziecko. W Anglii to się nie zdarza.

Ale paradoksalnie o wstydliwych sprawach trudniej rozmawia się z wychowawcami w Polsce. Seks czy narkotyki wciąż są tabu.

Skandal na cały kraj

Nauczyciele w Anglii nie mają prawa ujawniać swoich poglądów. A tutaj? Przed wakacjami, gdy Sejm debatował o aborcji, bibliotekarka wywiesiła zdjęcia płodów i papieża. Inny nauczyciel powiedział, że Che Guevarę należało rozstrzelać. Wiem, który głosuje na PO, a kto słucha Radia Maryja. Tam to nie do pomyślenia. Skandal na cały kraj.

W High School na każdym roku jest aż dziesięć klas, ale na różne przedmioty chodzi się z innymi uczniami. Wcale niegłupie! Każdy przedmiot ma kilka poziomów. Dobrzy uczą się z dobrymi, słabsi ze słabszymi. W zależności od tego, co kogo interesuje, do czego ma się talent.

Mnie przydzielili do średnich grup, ale szybko awansowałem. Z matematyki w miesiąc na najwyższy poziom. Jako jedyny zdałem test na sto procent. Szkoła wysłała do mamy list z gratulacjami. Napisali, że jestem geniuszem - choć w Polsce z matmy szóstek nie miałem. Po roku wszędzie byłem w czubie. Nawet na angielskim.

Ze szkoły wychodziłem o trzeciej. Odbierałem brata z podstawówki i czekaliśmy w domu na mamę. Gdzieś od piątej miałem czas wolny. Najczęściej spotykałem się z Dawidem, który do Newcastle przyjechał z Włoch, albo szedłem na treningi kajakarskie.

W Anglii nauczyciele nie zadają do domu. Nikt nie słyszał o korkach. To, co w szkole, wystarcza, by dostać się na studia albo zdobyć pracę. Nie ma też olimpiad czy kartkówek z zaskoczenia. Nauczyciel ocenia nie tyle wiedzę, ile zaangażowanie. Nie spotkałem nikogo, kto nie zdał.

W Łodzi nie tracę czasu

W lutym wróciłem do Polski. Bez rodziców. Dokończyłem trzecią klasę gimnazjum, dostałem się do renomowanego liceum. Dlaczego wróciłem? Wszyscy pytają. Mówią: "Chyba oszalałeś". Rodzice tłumaczyli: "W Newcastle masz tyle możliwości, szanse na studia, dobrą pracę". I że nie po to wyjeżdżali do Anglii, żebym wracał do Polski. Ale ja czułem, że stoję w miejscu. Tracę czas.

U nas na geografii trzeba znać stolice wszystkich państw, a nawet rzeki. W Anglii prawie nikt w klasie nie wiedział, gdzie jest Kenia, a wielu nie potrafiło znaleźć na mapie Polski. To samo na matematyce czy fizyce. My robimy działania na wektorach, a oni rozmawiają o ruchach tektonicznych.

Wyjeżdżając z Polski, dobrze znałem niemiecki. Teraz mówię gorzej.

W Newcastle dostałem listę pojęć i definicji, które nauczyciel kazał połączyć w pary, malując odpowiednim kolorem. - Jak w podstawówce - pomyślałem.

Wróciłem również ze względu na kolegów. W Anglii miałem ich wielu, byli OK, ale bardzo dziecinni. Chcieli, żebym się z nimi szwendał po plażach, pił piwo i gadał o dziewczynach. Najlepiej o zaliczeniu kolejnej. Nie czytali gazet. Właściwie nic ich nie interesowało. Poza piłką nożną albo jak ktoś się powiesił. Dziewczyny w kółko o zakupach, lakierach do włosów i co będą robić w piątek wieczorem.

Ja interesuję się ekologią, uważam, że człowiek powinien żyć w zgodzie z naturą, ale nie miałem z kim o tym pogadać. Ich nie obchodzi globalizacja, efekt cieplarniany, Unia, wojny, polityka. Może dlatego, że wszystko dostają na tacy? Nie było tam komunizmu? Nie ma biedy? Nikt się nie ściga?

W Łodzi mieszkam u babci, w kamienicy blisko centrum. Też mam swój pokój, nawet większy, choć bez kominka. Zamiast ogrodu - betonowe podwórko. Po szkole odrabiam lekcje, uczę się do klasówek. Chodzę na włoski, niemiecki i kółko filmowe. Sąsiadowi, który startował na posła, roznosiłem ulotki. Z Patrykiem, kolegą ze szkoły, chodziliśmy na debaty, żeby wiedzieć, kto co obiecuje. Z Aśką gadamy o filmach. Z Kasią przekonujemy innych, by nie używali reklamówek. Czuję się świetnie.

Po maturze chcę wyjechać. Skończyć studia na renomowanej uczelni, która da możliwość pracy za granicą. Potem znów wrócę. Ale jeśli w Polsce będę musiał żyć tak, jak kiedyś moi rodzice - zrobię to, co oni.

Źródło: Gazeta Wyborcza
Marcin Markowski, Łódź



Wybrał polską szkołę

Szesnastoletni Aleksander z Łodzi rozczarował się poziomem brytyjskiej edukacji
Zdecydował, że wróci do Polski, by tam kontynuować naukę. Po dwóch latach w jednej z najlepszych publicznych szkół średnich w Wielkiej Brytanii wrócił do Łodzi, gdzie chodzi do III Liceum Ogólnokształcącego.


Aleksander trafił na łamy angielskich gazet. Piszą o nim piątkowe "The Sun", "Daily Mail". Wszystko zaczęło się od artykułu w "Gazecie Wyborczej" sprzed kilku dni. Aleksander przyjechał do Newcastle razem z rodzicami dwa lata temu. Jego mama jest konsultantem psychiatrą, a ojciec ortopedą. Od czwartego roku życia mieszkał już matką w Londynie przez cztery lata. Ma radiowy, niski głos, mówi rozsądnie, starannie dobierając słowa. Rozmawiając z nim, ma się wrażenie, że mamy do czynienia z osobą dorosłą.

- W pewnym momencie mówiłem lepiej po angielsku niż po polsku – opowiada Aleksander. - Było naprawdę OK.

Kucharscy wrócili do Polski, jednak po jakimś czasie sytuacja w służbie zdrowia w kraju zmusiła ich do ponownej emigracji. Tym razem pojechali do Newcastle, a Aleksander przerwał naukę w pierwszej klasie gimnazjum.

Niższy poziom

Po przyjeździe do Anglii przyjęto go do St Thomas More High School w North Shields, North Tyneside.

- Tam było mniej różnorodnie niż w Londynie, bardziej "angielsko" – wspomina. - Nie było tej mieszanki narodowościowej i kulturowej. Na początku czułem się nieswojo, jak to zwykle bywa, kiedy ktoś jest nowy i na dodatek pochodzi z zagranicy. Trudno mi było się dostosować, mimo że dobrze mnie przyjęli. Potem było coraz lepiej, aż w końcu stałem się jednym z nich. Wtedy zacząłem się niepokoić. Nie chciałem być taki jak oni.

Styl życia młodych Anglików jest zupełnie inny niż Polaków. Większość nie interesuje się nauką. Nastawieni są na konsumpcję. W głowie im tylko zabawa, zakupy i weekendowe szaleństwa.

Aleksander czuł, że stoi w miejscu. Że uczy się ponownie rzeczy, których nauczyła go wcześniej polska podstawówka i gimnazjum.

- Nie chciałbym uogólniać, bo są też wśród nich ludzie wrażliwi i wartościowi. Tak samo zresztą w Polsce.

- Nie wszyscy są idealni. Nic nie jest jednak czarno-białe – mówi Aleksander. - Wszędzie mamy odcienie szarości.

Według Aleksandra młodzież polska jest inna, bo ma inne zmartwienia, związane z sytuacją finansową. Anglicy wszystko mają i nie chce im się starać. Wydaje się, że są nieco zadufani w sobie, że tkwi w nich duma, która bardziej szkodzi, niż pomaga.

Wracam do Polski

W lutym tego roku zdecydował opuścić rodziców, wrócić do rodzinnej Łodzi, gdzie zamieszkał z babcią. Skończył ostatnią klasę gimnazjum. Teraz chodzi do liceum.

- W Polsce czuję się swobodniej, mam tu rodzinę, znajomych – mówi Aleksander. - Chciałbym jednak wrócić do Anglii na studia. Myślałem, że w angielskim liceum więcej się nauczę. Okazuje się, że lepiej chyba do studiów przygotować się w Polsce. Być może w prywatnych, płatnych szkołach poziom nauczania jest wyższy.

Ostatnie publikacje na jego temat trochę go niepokoją.

- W "The Sun" napisano, że miałem dosyć mojej szkoły. A to nie tak – tłumaczy szesnastolatek. - Sama szkoła była w porządku. Spotkałem się z sympatią ze strony rówieśników. Podobali mi się nauczyciele, zdecydowanie lepsi niż w Polsce, bardziej przyjaźni, tolerancyjni. Jedyne co mi się nie podobało, to program nauczania i poziom wiedzy.

Martwią go też komentarze czytelników, jakie można znaleźć obok tych artykułów w Internecie.

Ludzie piszą "Bardzo dobrze, niech już nie wraca" albo "Dobrze, że wyjechał, zwolniło się miejsce dla angielskiego dziecka."

Nie chcę nikomu zaszkodzić

Przypadek Aleksandra potwierdza obecne od dawna stereotypy, że poziom edukacji w krajach zachodnich, a szczególnie w Wielkiej Brytanii i USA jest o wiele niższy niż w Polsce. Popatrzmy zresztą na główne wydania wiadomości w angielskich stacjach telewizyjnych. Większość materiałów dotyczy Anglii i Anglików. Jeśli mówi się o wydarzeniach za granicą, to tylko w kontekście brytyjskim, np. wiadomości z Afganistanu są pokazywane tylko dlatego, że Wielka Brytania ma tam swoich żołnierzy. W polskiej telewizji mamy wiadomości z całego świata i poziom wiedzy ogólnej przeciętnego Kowalskiego jest wyższy niż jego angielskiego odpowiednika. Można podejrzewać, że powodem takiej sytuacji jest pewnego rodzaju zadufanie w sobie. Anglicy uważają, że ich naród jest najlepszy na świecie i nie muszą wiedzieć o tym, co dzieje się w Polsce, Czechach czy Maroku. Bo i po co?

Aleksander rozsądnie prosi o autoryzację swoich wypowiedzi, nie chce żeby zostały przekręcone w taki sposób, w jaki zrobił to bulwarowy dziennik.

- Nie chciałbym, żeby moje słowa komuś zaszkodziły, na przykład mojej byłej szkole, która była w zasadzie w porządku. Boję się, że przez to wszystko może ona ucierpieć.

Michał Górka
Polish Express

Offline Emilianka

  • User z prawami do pisania
  • Wyjadacz
  • *****
  • Wiadomości: 3124
Artykuły - Nowości szkolne
« Odpowiedź #518 dnia: Listopad 08, 2007, 03:28:45 pm »
Czy rzeczywiście tak teraz wygląda nauka w klasach 1-3? :shock:

Jedna lekcja w podstawówce trwa 5 godzin!

Rozrasta się zjawisko zamykania dzieci z młodszych klas szkół podstawowych w sali lekcyjnej na kilka godzin dziennie. Dzieci przebywają w klasach niewietrzonych i ciasnych, mogą wyjść tylko na chwilkę do toalety. Tak być nie może.

Dzwonek na przerwę w szkole podstawowej. Klasy IV-VI wybiegają na przerwę. Każdy z nas wie, jak dzieci czekają na tę chwilę odpoczynku. Mogą pobiegać, pooddychać świeżym powietrzem na szkolnym boisku, albo chociaż pochodzić po korytarzu. Na korytarzu zawsze jest dyżurny nauczyciel - tego wymaga prawo. Przerwa trwa.

W tym samym czasie dzieci z klas I-III siedzą w klasie. Słuchają zza drzwi jak inne dzieci biegają i pokrzykują, widzą przez okna, że koledzy chodzą po podwórzu. Dzieci z klas I-III są zamknięte w swojej klasie ze swoją panią i mogą wyjść tylko na moment do toalety. Ich klasa nie jest wietrzona, ich pani nie odpoczywa w czasie przerw. Nie mają miejsca, by pobiegać, bo wszędzie stoją ławki. Wolno im tylko chodzić. Ale co to za przyjemność dla znużonego długą lekcją dziecka, by chodzić między ławkami w małej klasie? Dzieci więc zostają w ławkach albo siadają na podłodze. Czekają na kolejną lekcję. Niektórych boli głowa, bo jest duszno. Niektórzy się przeziębiają - bo pani jednak czasem otwiera okno. Niektórzy się już przyzwyczaili.

Kurator: to niedopuszczalne

Pytam rodziców, pań, dyrekcji, kuratora, ministra - co myślą o tej sytuacji, niezgodnej przecież z prawami uczniów. Kurator i minister są zgodni - to sytuacja niedopuszczalna, dzieci w każdej szkole muszą mieć prawo do przerwy poza salą lekcyjną, a gdy pozwala na to pogoda - muszą mieć możliwość wyjścia na dwór.
"Moim zdaniem - napisał Andrzej Wiśniewski z Departamentu Kształcenia Ogólnego i Specjalnego - rodzice powinni złożyć na ręce dyrektora szkoły stanowczy protest w przedmiotowej sprawie oraz domagać się wyjaśnienia podstaw takiego zarządzenia."

Rodzice z wiadomych powodów nie chcą narażać się dyrekcji. Nie piszą więc skarg do kuratorium. Wielu rodziców nie przywiązuje też większej wagi do tego problemu, bo nie mają czasu na zajęcie się sprawami swoich dzieci - chyba taka jest smutna prawda. A może "są ważniejsze sprawy"...?
Nauczycielka ze Szkoły Podstawowej nr 124 w Warszawie tłumaczy: "Nam, nauczycielom, też to zarządzenie nie jest na rękę - w czasie przerw nie mogę wyjść nawet do toalety, bo nie mogę zostawić dzieci samych w klasie. Nie mogę zrobić sobie herbaty ani po prostu odpocząć." Po chwili dodaje: "Ale tak jest od dawna, chyba już wszyscy się przyzwyczaili. Czasem dzieci są wypuszczane na jedną przerwę".

Jest cicho, jest bezpiecznie...

Z moich rozmów z innymi rodzicami wynika, że problem dzieci zamkniętych w klasie nie dotyczy tylko jednej szkoły. Dyrektorzy tłumaczą swoje decyzje względami bezpieczeństwa - jak się dzieci zamknie, to żadne się nie przewróci, nie potknie, nie potrąci kolegi... Jest spokój. Jest cicho. Jest bezpiecznie. Ponieważ rodzice boją się interweniować, sprawą powinny zająć się z urzędu kuratoria i wpłynąć na zmiany dziwnych decyzji dyrektorów. Każde dziecko ma przecież prawo do ruchu, do odpoczynku, do świeżego powietrza, do zabawy i do higienicznych warunków nauki. Chyba, że dzieci w klasach I-III prawa nie dotyczą? Zapytałam dzieci czy chciałyby wychodzić z klasy na przerwę. Jeden chłopiec zrobił się smutny i powiedział: "Tak, ale dopiero za rok wyjdziemy, w czwartej klasie"...

Offline Gaga

  • Administrator
  • Rozgadany Weteran
  • *****
  • Wiadomości: 26487
Artykuły - Nowości szkolne
« Odpowiedź #519 dnia: Listopad 08, 2007, 03:46:30 pm »
Cytat: "Emilianka"
Ponieważ rodzice boją się interweniować

Dlaczego się boją?  :puppydogeyes:
Pozdrawiam :))
"Starsza Jesienna Miotełka"

Offline Gaga

  • Administrator
  • Rozgadany Weteran
  • *****
  • Wiadomości: 26487
Bony, które rozruszają dzieci
« Odpowiedź #520 dnia: Listopad 08, 2007, 03:49:47 pm »
Co sądziecie o takim pomyśle?


Bony, które rozruszają dzieci

2007-11-08 07:28

Stop cherlawym i słabowitym dzieciom. Radni miejscy w Krakowie chcą zadbać o kondycję fizyczną i zdrowie młodego pokolenia. Wymyślili, by Kraków jako pierwsze miasto w Polsce wprowadził od przyszłego roku szkolnego imienny bon sportowy o konkretnej, jeszcze nieustalonej wartości. Dostanie go każdy uczeń i wykorzysta, jak będzie chciał: na szermierkę, basen lub siatkówkę - pisze "Gazeta Krakowska".

Dwunastoletni Bartek marzy na przykład o sekcji karate. Co ma zrobić? - Weźmie do ręki bon i zapisze się na zajęcia tam, gdzie będzie miał blisko - opisuje Małgorzata Jantos, radna PO, która wpadła na pomysł wprowadzenia bonów. Dzięki temu oprócz lekcji WF, które często są dla dzieci nudne, Bartek będzie mógł uprawiać poza szkołą sport, który go interesuje. Bon podoba się rodzicom. - Uważam, że to najlepszy pomysł, by córka przekonała się do jakichkolwiek zajęć - cieszy się Anna Baranowska.

Dzięki bonowi rodzice będą mogli spełnić marzenia dzieci o ćwiczeniu np. kendo bez nadwerężania domowego budżetu. Bony mają być sfinansowane ze środków gminy na popularyzację zajęć sportowych, z pieniędzy z korkowego (wpływy z koncesji na alkohol) i środków unijnych.

Pomysł pojawił się, bo z uprawianiem sportu w Polsce jest bardzo źle. Potwierdza to prof. Jerzy Cempla z krakowskiego AWF, który przeprowadzał badania wśród uczniów. - Ich kondycja fizyczna jest coraz gorsza - zauważa.

Zamówiony przez miasto raport z 2006 r. o stanie zdrowia krakowian wykazał, że brak aktywności to główny powód zapadania na różne choroby wśród mieszkańców miasta. Specjaliści twierdzą, że tylko za pomocą bonu można polepszyć kondycję stu tysięcy krakowskich uczniów i zachęcić ich do uprawiania sportu. O tym, że mają rację, świadczą doświadczenia naszych południowych sąsiadów. Na Słowacji, która wprowadziła bon trzy lata temu, w ciągu roku udział dzieci w zajęciach sportowych zwiększył się o 40 proc.

Właściciele klubów i ośrodków sportowych oraz szefowie domów młodzieży też twierdzą, że to strzał w dziesiątkę. Doskonale wiedzą, że wielu młodych ludzi, którzy chcieliby korzystać z ich oferty, nie może sobie na to pozwolić, bo rodzice nie mają pieniędzy. - Będą mieli ochotę ćwiczyć kendo czy boks, nie ma sprawy. Tenis stołowy? Proszę bardzo - cieszy się Jan Bajger, instruktor karate i dyrektor programowy związku YMCA.

Prof. Aleksander Tyka z AWF w Krakowie dodaje, że każda inicjatywa, która choć w minimalny sposób zwiększy aktywność sportową młodych ludzi, jest super. Pomysł radnych podoba się też Krystynie Kollbek-Myszce, dyrektor wydziału spraw społecznych w urzędzie miasta. - Muszą za nim iść jednak większe pieniądze - uważa. - Być może na początek zajęcia będą prowadzone w szkołach pilotażowo. Nie zmarnujemy tego projektu - obiecuje.

Elżbieta Lęcznarowicz, wiceprezydent Krakowa, twierdzi, że jest otwarta na dyskusję dotyczącą bonu. Żeby 1 września 2008 r. dzieci mogły mieć bon w ręku, rada miasta musi przegłosować pomysł do końca tego roku.

(PAP)
Pozdrawiam :))
"Starsza Jesienna Miotełka"

Offline Emilianka

  • User z prawami do pisania
  • Wyjadacz
  • *****
  • Wiadomości: 3124
Artykuły - Nowości szkolne
« Odpowiedź #521 dnia: Listopad 08, 2007, 03:53:23 pm »
No właśnie... dlaczego się boją i przyzwalają na taką sytuację swoich dzieci?
Czy też jest tak, jak mówi ta nauczycielka, że "Ale tak jest od dawna, chyba już wszyscy się przyzwyczaili." , a może uważają że tak po prostu ma być - skoro ktoś to ustalił?

 :puppydogeyes:

Mulesia

  • Gość
Artykuły - Nowości szkolne
« Odpowiedź #522 dnia: Listopad 08, 2007, 04:38:10 pm »
Dla mnie to szokujące.
Muszę się dowiedzieć jak to wygląda w szkole,  do której ma chodzić mój synuś.

Offline amara

  • Aktywny Gadacz
  • *****
  • Wiadomości: 781
Artykuły - Nowości szkolne
« Odpowiedź #523 dnia: Listopad 15, 2007, 09:26:54 am »
Uczniowie nie chcą chodzić na religię

Odkąd ocena z religii jest liczona do średniej, katecheci przestali stawiać piątki na piękne oczy i zaczęli surowo oceniać uczniów. Ci w odpowiedzi unikają zajęć - opisuje "Metro".

Powodem jest rozporządzenie Romana Giertycha podpisane przez niego w czerwcu. Wtedy jako minister edukacji zdecydował, że z początkiem nowego roku szkolnego stopień wystawiany przez katechetę będzie tak samo ważny jak ten z matematyki czy polskiego. Wliczanie religii do średniej miało być zdaniem Giertycha sposobem na wzrost rangi tego przedmiotu.

Tymczasem z informacji płynących od dyrektorów szkół w całej Polsce wynika, że był to pomysł chybiony: od września z nauki religii zrezygnowały już setki uczniów. Np. w Zespole Szkół Ogólnokształcących nr 9 w Sosnowcu - 10% wszystkich uczniów. Na religię nie chodziło co roku ledwie kilka osób, teraz prawie cała jedna klasa - informuje Zbigniew Byszewski, dyrektor placówki.

Katecheci bronią się, że nikomu piątek na piękne oczy stawiać nie mogą. Oczywiście wiele zależy od nauczyciela, ale oceniać jakoś trzeba - mówi Ewa Grabińska ucząca religii w jednym z lubelskich liceów. A że młodzież rezygnuje z zajęć? Myślę, że to chwilowy bunt związany z tym, że do religii trzeba się teraz bardziej przykładać. Wrócą, jak uświadomią sobie, że na przykład do ślubu kościelnego potrzebne jest bierzmowanie. A do niego przygotowuje właśnie katecheza.

Ale dla ekspertów sprawa nie jest już tak oczywista: Można by zlekceważyć sprawę zmiany stopni z religii, gdyby nie to, że w zamian nie oferuje się etyki - uważa Irena Dzierzgowska, była sekretarz stanu w MEN. Ci co na religię nie chodzą, będą mieć kreskę na świadectwie. A to już nie jest obojętne. Bo kto zagwarantuje, że absolwent z kreską będzie miał takie same prawa w dalszej nauce czy przy zatrudnieniu, jak ten z wysoką oceną z religii? (PAP)

wp.pl
"Człowieka poznaje się po tym co nosi w sercu"
terapeuta zajęciowy, mama Mateusza 11l z zD

Offline Gaga

  • Administrator
  • Rozgadany Weteran
  • *****
  • Wiadomości: 26487
Pod tablicą zamiast na baczność - na huśtawce
« Odpowiedź #524 dnia: Listopad 16, 2007, 09:47:53 am »
Pod tablicą zamiast na baczność - na huśtawce
http://www.tvn24.pl/-1,1528639,wiadomosc.html

 Dzieci są jak anioły, a nauczyciele pozwalają rozwijać im skrzydła - mówi Barbara Obrębska nauczycielka języka polskiego z IX LO w Łodzi, która wymyśliła niekonwencjonalny sposób na zainteresowanie uczniów swoimi lekcjami.

- Weszłam do klasy i krzyknęłam „Eureka” mamy, czego szukamy - mówi nauczycielka. Z jej inicjatywy w klasie zainstalowano huśtawkę, na której siada każdy uczeń wezwany do odpowiedzi. To sposób nauczycielki na zmniejszenie stresu odpytywanych.

- Miałam dyskomfort psychiczny. Uczniowie najczęściej robią się czerwoni, bujają się na krześle, kręcą ciuszek przy odpowiedzi. Autorytetu nauczyciela nie muszę budować sobie w ten sposób, że dziecko stoi przede mną na baczność - mówi Obrębska.

Uczniowie są zachwyceni. - Od razu schodzi całe napięcie i odpowiadam dobrze - dodaje Paulina Zduńczyk, uczennica.
 
Pomysły nauczycielki dały efekt w postaci wysokiej frekwencji i aktywności. Ponadto na lekcjach polskiego uczniowie mają więcej swobody niż na innych zajęciach. Mogą na przykład zjeść kanapkę, czy zrobić sobie herbatę.

Nie tylko nauczycielka
Dla swoich podopiecznych nauczycielka stara się być nie tylko pedagogiem, ale także wychowawcą. Uczniowie uważają, że nauczycielka potrafi ich słuchać.

- To nie jest tylko pani profesor. Jest starszą siostrą, przyjaciółką, drugą matka. Mogę do niej przyjść, wyżalić się, czy poplotkować - mówi uczennica.

mwr
Pozdrawiam :))
"Starsza Jesienna Miotełka"

Offline zija

  • User z prawami do pisania
  • Raczkujący Gadacz
  • ****
  • Wiadomości: 433
    • http://dzieciom.pl\4687
Artykuły - Nowości szkolne
« Odpowiedź #525 dnia: Listopad 16, 2007, 01:56:20 pm »
bardzo oryginalne  a do tego skuteczne pani profesor udało się zainteresować  uczniów i przedmiotem i zachęcić ich do nauki i uczestnictwa w zajęciach  :)
 
podoba mi się
kamila 22l porażenie mózgowe  i epi wygasła

Offline Ulka

  • User z prawami do pisania
  • Rozgadany Weteran
  • *******
  • Wiadomości: 10988
Artykuły - Nowości szkolne
« Odpowiedź #526 dnia: Listopad 18, 2007, 07:59:33 pm »
Zeszyt i wojna w tornistrze

Urszula Jabłońska, Wojciech Karpieszuk
 
 Uczniowie Szkoły Podstawowej nr 25 przy Grzybowskiej: Cindy (w białej bluzce z różowym znaczkiem), za nią kolejno: Marta, Agnieszka, Izabela (Tra Ly), Daria, Antek, Kuba (Akop), Tomek (Le), Liza (Nguyen), Robert (Hai), Monika (Mi), Tomek, Ola (Le)

Ubrany na galowo wietnamski chłopiec recytował: "Ślubuję uroczyście, że będę pracować nad sobą, by wyrosnąć na dobrego Polaka", a ja pomyślałam: No to mam prawdziwie wielokulturową szkołę

- Dzieci szły w parach: polskie, wietnamskie, polskie i znowu wietnamskie. Przechodnie zatrzymywali się i pytali: Skąd ta wycieczka? A ja tylko prowadziłam grupę na obiad do sąsiedniej szkoły, bo u nas był remont stołówki - opowiada Marcela Dziak, szefowa świetlicy w śródmiejskiej podstawówce nr 2.

Taki widok w Warszawie nie należy do rzadkości. Uczy się u nas coraz więcej dzieci innych narodowości. W zeszłym roku szkolnym było ich ponad dwa tysiące. Prawie połowa z nich to imigranci z Wietnamu, Ukrainy i Rosji. Dużą grupę (prawie 150 osób) stanowili uchodźcy, głównie z Czeczenii, oraz Romowie (250). Aż 23 szkoły prowadzą dodatkowe zajęcia z języka polskiego.

Thao znaczy Tomek

Dzieci imigrantów z Wietnamu trafiają do szkoły już w kilka dni po przyjeździe do Polski. Dla ich rodziców edukacja jest bardzo ważna. - Są niezwykle zorganizowani - mówi Małgorzata Wiaderna, dyrektorka Szkoły Podstawowej nr 255 na Pradze-Południe, w której uczy się dziesięcioro wietnamskich dzieci. - Przychodzą z przetłumaczonymi świadectwami dzieci, kopiami paszportów. Wszystko zawsze spięte w schludny plik i opatrzone pieczątką biura tłumaczeń. Niczego nie trzeba im wyjaśniać, bo są już szczegółowo poinstruowani przez rodaków, którzy mieszkają w Polsce od lat. Przyprowadzają syna i mówią: "To jest Tomek", bo w paszporcie jest napisane Thao i nazwisko, którego nie mogę rozczytać.

Zdarza się, że Tomek nie mówi ani słowa po polsku. Wtedy trafia dwie klasy niżej. Jeżeli choć trochę zna nasz język - jedną niżej. - Te dzieci są niezwykle pracowite i szybko się uczą - podkreśla Małgorzata Wiaderna. - Bardzo pomaga kontakt z rówieśnikami. Kiedyś widziałam, jak polski chłopczyk powiedział do małej Wietnamki: "Zawiąż buta!". Nie rozumiała, więc ukląkł i jej tego buta zawiązał.

Minio uczy się tu w II klasie. Nauczyciele nawet nie próbują wymówić jego prawdziwego imienia. Jest najmłodszy z wietnamskich dzieci w szkole, ale najlepiej mówi po polsku. - Nawet nauczyciele proszą mnie czasem, żebym coś przetłumaczył - śmieje się.

Kibicuje Legii. Mieszka w Polsce od kilku lat. Chodził tu do przedszkola. - Później zabrali mnie na rok do Wietnamu, ale wróciłem - opowiada. - Tu mam kolegów. Nie chcę już jechać do Wietnamu. Tam jest za gorąco i za dużo much. W Polsce najbardziej lubię schabowe i szpinak. Chyba napiszę petycję do kucharek, żeby w szkolnej stołówce był w końcu szpinak.

Tomek jest w Polsce od dwóch lat. Chodzi do IV klasy. Rozumie już prawie wszystko. Kiedy ma z czymś problem, z pomocą przychodzi mu Minio. W szkole są jeszcze Michał i Linda, oboje w Polsce od kilku miesięcy. Linda wciąż niewiele mówi. Nauczyciele porozumiewają się z nią za pomocą gestów lub Minia. To dzięki niemu wiem, że Linda bardzo lubi matematykę.

Dzieci Wietnamczyków mieszkających na osiedlu Za Żelazną Bramą od wielu lat uczą się w Szkole Podstawowej nr 25. W tym roku tych z obywatelstwem wietnamskim jest 12, ale jest też sporo uczniów z małżeństw mieszanych i takich, których rodzice mają już polskie obywatelstwo. - Przysyłają do nas dzieci, bo wiedzą, że uczy się tu sporo ich rodaków, którzy zawsze pomogą - wyjaśnia Marcela Dziak. - W zeszłym roku przyszedł do nas Kamil, który urodził się w Polsce, ale potem wyjechał do Wietnamu i kiedy wrócił, słabo pamiętał polski. Jego wietnamskie koleżanki odrabiały z nim lekcje, uczyły go słówek. Błyskawicznie nadrobił zaległości.

W kontaktach z nauczycielami pośredniczą czasem tłumacze. - Wietnamczycy, którzy w ogóle nie znają polskiego, przysyłają ich na zebrania - mówi Małgorzata Wiaderna. - Jeżeli są jakieś problemy z dzieckiem, też dzwonimy do tłumacza. Oni są trochę jak niańki. Wiele razy widziałam, jak odprowadzają dzieci do szkoły.

Pan Nam, który wiele razy chodził na zebrania do szkół dzieci znajomych, twierdzi, że profesjonalni tłumacze na wywiadówkach to ostateczność. Najczęściej chodzą przyjaciele lub krewni.

Zdarza się też, że to dzieci są tłumaczami rodziców. - Ja towarzyszę mamie u lekarza - mówi Monika, czyli Mi, ze szkoły przy Grzybowskiej. - Za pierwszym razem lekarka nie mogła się nadziwić, że tłumaczę. Ale już się przyzwyczaiła.

Mali Wietnamczycy nie wyobrażają sobie powrotu do swojego kraju. - Ciężko tam wytrzymać. Mają tylko trzy kanały w telewizji - wyjaśnia Robert, czyli Hai.

Ibragim i jego piekło

Petimat uczy się w VI klasie w podstawówce na Woli. W szkole jest już drugi rok. To długo, bo dzieci czeczeńskich uchodźców przeważnie nie zagrzewają tu miejsca. Ich rodzice traktują Polskę jak przystanek w drodze do Belgii, Niemiec, Francji czy Holandii. Dzieci najczęściej trafiają do szkół w pobliżu ośrodków dla uchodźców. - Mamy ciągłą rotację - mówi Anna Strumińska-Doktór, dyrektorka podstawówki nr 148 na Woli. - W sierpniu napisałam do biura edukacji, że będę miała 17 czeczeńskich dzieci, a mam już 40. W młodszych klasach to duży problem. Polskie dzieci przeżywają, jeżeli siedzą dwa miesiące z czeczeńską koleżanką, a potem ona nagle znika.

Petimat mówi płynnie po polsku. Nie mieszka już w ośrodku dla uchodźców, bo jej rodzice dostali prawo pobytu w Polsce. Wynajęli mieszkanie. - Spełniło się moje największe marzenie - mówi Petimat. - Już nie chcę jeździć po całym świecie. Mój dom jest teraz w Polsce.

Muslim, jej kolega z klasy, ma 12 lat. Mieszka z ojcem w ośrodku. Chce zostać informatykiem. Już nawet wybrał gimnazjum. - Tylko jeszcze nie jestem pewien, do jakiej klasy pójdę. Może do sportowej? - zastanawia się. - Nie chcę nigdy wracać do Czeczenii. No, może na krótką wycieczkę. W moim mieście niedaleko Groznego już bardzo mało ludzi zostało. Wszyscy wyjechali.

Alimhan ma dziesięć lat. W Polsce jest od trzech. Przyzwyczaił się do innego jedzenia. Przestała mu przeszkadzać pogoda. Dobrze mówi po polsku. W szkole poznał polskich kolegów.

Żadne z tych dzieci nie pamięta Czeczenii sprzed wojny. Ojczyzna kojarzy im się tylko z czołgami na ulicach. - Ale widziałam stare filmy i zdjęcia - przypomina sobie Petimat. - Jakie Grozny było piękne. Parki, kina. Teraz nic tam nie ma.

Nauczyciele twierdzą, że największym problemem są różnice kulturowe. - Musimy tłumaczyć chłopcom, że nie mogą wchodzić do klasy przed nauczycielką, a dziewczynki przekonać, że jak znają odpowiedź na pytanie, to mogą powiedzieć, chociaż w sali są chłopcy - wylicza Strumińska-Doktór.

Dzieci czeczeńskie mają też silne poczucie hierarchii. Do podstawówki nr 273 na Bielanach chodzi ich 40. - Chłopcy zbijają się w grupy - opowiada Marcin Zgutka, jeden z nauczycieli. - Każda ma przywódcę, którym jest najstarszy lub najsilniejszy. Raz taki przywódca pobił młodszego rodaka. Trzymał go za włosy i walił jego głową w ławkę. Chłopak się nie bronił, koledzy nie reagowali.

Irena Bojarowska-Książek, nauczycielka z tej samej szkoły: - Te dzieci trzeba zrozumieć, bo niektóre z nich przeżyły piekło. Miałam kiedyś w klasie Ibragima. Nie było z nim zupełnie kontaktu. Przyszedł do mnie jego wujek i prosił, żebym była wyrozumiała, bo Ibragim widział śmierć ojca. Do ich domu przyszła uzbrojona banda i obcięła ojcu głowę. Po tym zdarzeniu Ibragim przez pół roku nie powiedział ani słowa.

Trudny jest też kontakt z rodzicami czeczeńskich dzieci. - Kiedy na początku roku zorganizowaliśmy dla nich specjalne zebranie, żaden się nie pojawił. Dostają z ośrodka dodatek na edukację dzieci i tylko to ich interesuje - uważa Maria Giza, dyrektorka szkoły nr 273. - W zeszłym roku dostali też pieniądze na podręczniki i część rodziców w ogóle ich nie kupiła. Teraz kupił je ośrodek.

Zofia Grzybowska, dyrektorka Szkoły Podstawowej nr 77 na Bielanach, w której uczy się 38 małych Czeczenów, poradziła sobie inaczej - napisała do rodziców zaproszenia po rosyjsku. Podziałało. - Na początku robiliśmy dla nich spotkania przy herbacie - wspomina. - Matki przynosiły własnoręcznie upieczone ciasta. Powoli się poznawaliśmy. Z czasem rodzice zaczęli przychodzić też na wywiadówki.

Alladyn z Vb, mąż Palomy

Mario, Basia i Sara są Romami. Uczą się w praskiej podstawówce nr 255. W szkole im się podoba, ale raczej polskich koleżanek i kolegów nie mają. Nie bardzo chcą rozmawiać. Są bardzo pewni siebie. Mario patrzy spode łba. - Niedługo będziemy musiały przychodzić do szkoły w długich spódnicach - wyznaje niespodziewanie Sara. - Szkoda, bo wolę dżinsy.

Po chwili reflektuje się, że być może zdradziła jakąś romską tajemnicę. - Zaraz, zaraz. A po co tobie te informacje? - podejrzliwie pyta Mario.

Trudno obliczyć, ilu Romów mieszka w Warszawie, gdyż większość z nich wciąż podróżuje. Wiele dzieci nie jest nigdzie zameldowanych i nie chodzi do szkoły. A jeśli już chodzą, często znikają z dnia na dzień. - U mnie Romowie nie mają taryfy ulgowej. Jeżeli już zdecydowali się przysłać dziecko do szkoły, muszą przestrzegać zasad. Dzieci nie mogą opuszczać lekcji - podkreśla Małgorzata Wiaderna.

Gdy dziecko jednak znika, dzwoni po pomoc do Ewy Pawłowskiej, asystentki romskiej w Ośrodku Opieki Społecznej na Pradze-Południe. - Gdybym ja poszła do domu takiego dziecka, rodzina i tak by mnie nie wpuściła - tłumaczy.

Mąż Ewy Pawłowskiej jest Romem. Ona sama pomaga około 60 rodzinom cygańskim z Pragi-Południe w codziennym życiu. Od załatwiania spraw urzędowych, po kontakt z nauczycielami. - Kiedy dziecko znika ze szkoły, idę do rodziny i staram się ustalić przyczynę - opowiada. - Rodzice czasem nie zdają sobie sprawy, że ono musi być w szkole od poniedziałku do piątku punktualnie o 8. Trzeba im to wytłumaczyć. Wtedy najlepiej połechtać ich ambicję. Wielu z nich nie umie pisać i czytać. Mówię im: "Jak mnie zabraknie, a wasze dzieci nie będą umiały czytać i pisać, to co zrobicie? Kto wam pomoże w urzędzie?". Zwykle skutkuje. Jestem jednak spokojna dopiero wtedy, kiedy ojciec powie: "Słowo Roma". Wtedy mam pewność, że następnego dnia dziecko będzie w szkole.

Największy problem jest z dziewczynkami, bo matki zabierają je ze szkół, kiedy te kończą 14 lat. Wtedy stają się kobietami i są gotowe do małżeństwa. Zaczynają się malować, nosić wysokie obcasy. - Tak było kiedyś z Palomą, uczennicą jednej z praskich szkół - przypomina sobie Ewa Pawłowska. - Przestała przychodzić na lekcje. Jej matka mi wyjaśniła, że do tej samej szkoły chodzi romski chłopak i doszły ją słuchy, że mają się ku sobie. A że nie był to według niej odpowiedni kandydat na męża, nie pozwoliła córce chodzić na lekcje w obawie, że chłopak ją porwie. Udało mi się ją namówić, by przeniosła Palomę do innej szkoły.

Jeżeli chłopak porywa dziewczynę, staje się jej mężem. Zdarza się to jednak rzadko. Zwykle chłopak i dziewczyna, którzy wbrew woli rodziców chcą być ze sobą, konsumują swój związek i wtedy też stają się mężem i żoną. Ewa Pawłowska: - Zazwyczaj przestają wtedy chodzić do szkoły, tylko zakładają rodzinę. Są jednak wyjątki. W jednej szkole uczy się 16-letnie małżeństwo. Nawet dyrekcja nie wie, że są po ślubie.
Ulka-Darek30mpdz & Magda31 &   wspomnienia

Offline Emilianka

  • User z prawami do pisania
  • Wyjadacz
  • *****
  • Wiadomości: 3124
Artykuły - Nowości szkolne
« Odpowiedź #527 dnia: Listopad 19, 2007, 04:28:08 pm »
Przecież ćwiartka chleba to nie jedna trzecia

rozmawiała: Aleksandra Pezda


Przyszła minister edukacji w rządzie PO-PSL Katarzyna Hall nie chce mówić o swoich planach przed zaprzysiężeniem. Pytamy więc nauczycieli.


Od czego powinna zacząć nowa minister edukacji ?

Marcin Karpiński*: Powinna przemyśleć pomysł obniżenia wieku szkolnego. Bo wiąże się z totalną wymianą programów szkolnych. Nie wystarczy zmienić cyferek na podręcznikach, są pojęcia, które dziecko zrozumie dopiero na określonym etapie rozwoju. Np. dodawać liczby w oderwaniu od konkretnych przedmiotów - klocków czy jabłek - to potrafi na ogół opanować siedmiolatek, ale sześciolatek jeszcze nie.

Nowa minister musi też przyspieszyć przygotowania do powszechnej matury z matematyki. Będą ją zdawać tegoroczni pierwszoklasiści z liceum. Na razie dla nich to odległa rzeczywistość, ale za trzy lata będzie zgrzytanie zębów.

Ale jest już nowy program do matematyki z obniżonym poziomem, żeby uczniowie nie mieli problemu z egzaminem.

- To nie wystarczy. Minister edukacji Ryszard Legutko wprowadził zmiany w takim tempie, że wydawcy nie zdążyli dostosować podręczników. Moim zdaniem wszystko jest w rozsypce. Centralna Komisja Egzaminacyjna nie opracowała przykładowych arkuszy zadań maturalnych. Nauczyciele nie są przeszkoleni. Wszyscy liczą na to, że może się to jakoś rozejdzie po kościach, bo w końcu minister Krystyna Łybacka też kiedyś przesunęła wprowadzenie nowej matury.

To znaczy, że nauczyciele nie wiedzą, jak uczyć matematyki?

- Oczywiście że wiedzą. Tyle że czeka ich rewolucyjna zmiana: dotąd przygotowywali do matury z matematyki tylko co piątego ucznia i to takiego, który lubił przedmiot. Teraz muszą przygotować także tych, którzy się matematyki boją. Natychmiast trzeba wyłożyć duże pieniądze na szkolenia. Są na to fundusze unijne, CKE je ma.

Matura z matematyki powinna być bardzo łatwa, jak chciał minister Giertych?

- Powinna być zróżnicowana. Poziom rozszerzony - trudny. Poziom podstawowy - łatwy, zachęcający, ale z zadaniami trudniejszymi dla lepszych uczniów. Na pewno nie mogą to być zadania jak z podstawówki, bo wtedy po co w ogóle wprowadzać obowiązkową maturę?

Właśnie - po co obowiązkowa matematyka na maturze?

- Ponieważ nasz kraj potrzebuje więcej pracowników z wykształceniem technicznym, a obowiązek maturalny może niektórych do takich studiów zachęcić. A w każdym razie wszystkim stworzy szanse. Poza tym podniesie się poziom nauczania matematyki. To, jak wiadomo, pomoże nam dokonać podstawowych wyborów: zrozumieć reklamy, kampanię wyborczą, wypełnić dokumenty podatkowe.

Pamiętam ministra finansów Grzegorza Kołodkę, który odkrajał kawałek z bochenka chleba, żeby pokazać, że tylko na jedną trzecią budżetu ma wpływ, bo reszta, to tzw. wydatki sztywne. Ale urwał mniej niż ćwiartkę. Nie wiem, czy wszyscy to zauważyli. W społeczeństwie mamy poważne braki matematyczne, a jednym z największych są właśnie ułamki.

*autor podręczników do matematyki, szef działu matematyki w Gdańskim Wydawnictwie Oświatowym

Źródło: Gazeta Wyborcza

Offline Gaga

  • Administrator
  • Rozgadany Weteran
  • *****
  • Wiadomości: 26487
Artykuły - Nowości szkolne
« Odpowiedź #528 dnia: Listopad 20, 2007, 07:25:08 pm »
Będzie bon edukacyjny
mar, PAP2007-11-20,
 
PRZEGLĄD PRASY. Jak dowiedział się "Dziennik", już od 2009 roku może wejść w życie bon edukacyjny - to nowa i rewolucyjna forma finansowania oświaty.

Zwolenniczką tego rozwiązania jest nowa minister edukacji, Katarzyna Hall. Wprowadzenie bonu ma dać rodzicom finansową władzę nad nauczycielami i szkołami, które dziś otrzymują pieniądze na podstawie klas i zatrudnionych osób. Pieniądze będą trafiały za uczniem. Te szkoły, które przyciągną ich więcej, będą miały więcej środków na prowadzenie zajęć. A więc to nie samorządowcy, ale rodzice zdecydują, które szkoły będą się rozwijać, a które upadną.

Do tego sztandarowego projektu PO z rezerwą odnosili się politycy PSL. Postawili warunek: wprowadzenie osłon dla szkolnictwa wiejskiego.- Dzieci wiejskie muszą mieć dostęp do edukacji. Zbyt liberalne podejście do finansowania oświaty może doprowadzić do upadku wiejskich szkół, bo okaże się, że są nierentowne - przekonuje Tadeusz Sławecki z PSL, wiceszef sejmowej komisji ds edukacji. Jeżeli jednak wartość bonu będzie na tyle duża, by szkoły mogły się finansować, to PSL jest gotowe do dyskusji.

- Wsparcie dla takich placówek mamy zapisane w naszym programie - odpowiada mu Krystyna Szumilas, kandydatka PO na wiceszefa MEN. Nowe regulacje mogłyby zacząć funkcjonować od roku budżetowego 2009 i byłyby wprowadzane stopniowo przez kilka lat.


Źródło: "Dz"


Likwidacja kuratoriów: PO chce, dyrektorzy nie
Olga Szpunar2007-11-19,
 
Platforma Obywatelska coraz śmielej mówi o likwidacji kuratoriów oświaty. Dyrektorzy szkół: Nie udało się im z bonem, więc chcą robić rewolucję w szkolnej administracji
W polskim systemie zarządzania oświatą szkołom płacą samorządy, zarządzają nimi kuratoria, a pośrodku stoi dyrektor.

- Trochę zdezorientowany tą dwuwładzą, której polecenia nie zawsze idą ze sobą w zgodzie - przyznaje Gabriela Olszowska z krakowskiego Gimnazjum nr 2. Pomimo tego pomysłu likwidacji kuratoriów nie ocenia pozytywnie. - Jasne, że są kraje bez tego typu instytucji, ale nie tak duże jak Polska. Pomiędzy ministerstwem a szkołami musi być jakiś łącznik - uważa.

Jednak ten "łącznik", który jest obecnie, nowemu rządowi się nie podoba. O likwidacji kuratoriów mówił "Gazecie" jeszcze przez wyborami senator Jarosław Gowin (dziś poseł PO). Nie wyklucza tego kandydatka na wiceministra edukacji Krystyna Szumilas.

Polityczny pomysł odpolitycznienia

Upolitycznienie, dezorientująca dwuwładza nad szkołami oraz nadmiernie rozbudowana struktura urzędnicza (do kilkuset osób w jednym urzędzie!) - to najpoważniejsze zarzuty, jakie przeciwnicy kuratoriów wysuwają przeciw tym instytucjom. - Szkoły muszą być przez kogoś kontrolowane. Wymagają tego rodzice i ja się im nie dziwię. Poza tym w oświacie każde województwo stawia sobie własne zadania, ma indywidualne problemy. W ich rozwiązywaniu musi ktoś pomagać. Kto będzie to robił, jeśli kuratoria zostaną zlikwidowane? - pyta Tomasz Malicki, dyrektor Szkoły Podstawowej nr 26 w Krakowie.

Wśród pomysłów na zapełnienie luki po likwidowanych kuratoriach pojawia się powołanie niezależnego zespołu ekspertów, który nie byłby przedłużeniem ramienia rządu.

Według Olszowskiej powołanie zespołu ekspertów w miejsce likwidowanych kuratoriów to zastąpienie jednej instytucji drugą. - Po co to robić? Lepiej zmodernizujmy starą. Tam naprawdę pracują dobrzy specjaliści - uważa.

Choć PO podkreśla, że chodzi o odpolitycznienie, to według wielu dyrektorów pomysł jest właśnie polityczny. - Rząd chce pokazać, że zrobi w szkołach rewolucje. Nie uda im się wprowadzić bonu edukacyjnego, bo na to nie zgadza się PSL, więc zabierają się za administrację - uważa Malicki. Nie jest w tych sądach odosobniony.

Pójdźmy dalej: zlikwidujmy MEN!

Kuratoria liczyły uczennice w ciąży i wysyłały do szkół "giertychowskie trójki". Kontrolowały też noszenie przez uczniów mundurków. Wszystko na polecenie kolejnych ministrów edukacji. - Zgoda, to były chore pomysły. Może więc teraz zamiast fundować oświacie kolejne wstrząsy i przeprowadzać administracyjną rewolucję, warto pomyśleć o naprawdę koniecznych zmianach - uważa Malicki. - I to nie tylko o płacach, ale również o zmniejszeniu liczebności klas, zwiększeniu liczby psychologów i pedagogów. Trzeba też rozstrzygnąć kwestie nauczania religii i etyki, zwiększyć dotacje na doskonalenie nauczycieli, na przykład w językach obcych. Mało? Skoro mają być zlikwidowane kuratoria, pójdźmy jeszcze dalej. Zlikwidujmy Ministerstwo Edukacji. Dopiero wtedy jako dyrektor będę samodzielny i pozbawiony kontroli - ironizuje Malicki.

Ponieważ pomysł jest dopiero dyskutowany w PO, nikt nie obliczył, ile pieniędzy udałoby się zaoszczędzić na likwidacji 16 działających w Polsce kuratoriów oświaty. Nie wiadomo też, na co ewentualnie zostałyby one przeznaczone.


Źródło: Gazeta Wyborcza Kraków

http://miasta.gazeta.pl/krakow/1,35798,4687445.html?nltxx=1077762&nltdt=2007-11-20-03-06
Pozdrawiam :))
"Starsza Jesienna Miotełka"

Offline Emilianka

  • User z prawami do pisania
  • Wyjadacz
  • *****
  • Wiadomości: 3124
Artykuły - Nowości szkolne
« Odpowiedź #529 dnia: Listopad 26, 2007, 11:17:22 am »
Minister Edukacji dla "Dziennika"

Hall: Mundurki na razie zostają w szkołach

Mundurki są już w szkołach i nie będę w trakcie roku szkolnego zmieniać czegoś, co już funkcjonuje. Nie będzie natomiast Ośrodków Wsparcia Wychowawczego - mówi w wywiadzie dla DZIENNIKA Katarzyna Hall, minister edukacji.


Artur Grabek: Sztandarowy pomysł PO - bon edukacyjny - ma być rewolucją w polskiej szkole. Jeszcze zanim poznaliśmy szczegóły tego pomysłu, już budzi on kontrowersje. Nie boi się pani protestów nauczycieli czy samorządów?

Katarzyna Hall: Według mnie bon to sprawiedliwszy i sprawniejszy sposób dzielenia pieniędzy. Wiem jednak, że wiąże się z nim wiele zagrożeń.

Idea bonu polega na tym, że to rodzic wybiera szkołę dla swojego dziecka, publiczną lub niepubliczną, a szkoła dostaje pieniądze w sposób proporcjonalny do liczby uczniów, którzy ją wybiorą. A więc to rodzice, a nie samorząd, zdecydują o budżecie szkoły. PSL obawia się, że doprowadzi to do zamknięcia małych wiejskich szkół, bo będą nierentowne.
Ideą bonu jest, by dzielić pieniądze w sposób sprawiedliwy, a to znaczy, że trzeba uwzględniać lokalne uwarunkowania. Wiejskie szkoły powinny dostawać więcej pieniędzy po to, by się utrzymać, podobnie jak np. szkoły specjalne. Każdy typ szkoły musi mieć inną wysokość bonu. Inaczej bowiem kosztuje kształcenie w szkole podstawowej, inaczej w zawodowej.

Przeciwnicy bonu wskazują, że taki sposób dzielenia pieniędzy paradoksalnie doprowadzi do jeszcze większych różnic w jakości nauczania.

Może być odwrotnie. Bon edukacyjny może te różnice zmniejszyć. Szkoły konkurując o ucznia, będą musiały podnosić ofertę nauczania. Te samorządy, które wprowadziły już ten system finansowania, wskazują, że jakość edukacji podniosła się.

Czy wprowadzenie bonu jest możliwe w 2009 r. ?

Jest to termin prawdopodobny. Jednak nie chcę przesądzać konkretnej daty, bo konsultacje i przygotowanie przepisów na ich podstawie to proces czasochłonny.

Pani poprzednik Roman Giertych wprowadził inne rewolucyjne zmiany w szkole: mundurki i program Zero tolerancji. Będzie zero tolerancji w szkołach za minister Hall?

Odebrałam te zapisy w taki sposób, że do młodzieży gimnazjalnej zaczęto podchodzić jak do zjawiska bardzo groźnego. Zjawiska godnego skoszarowania. Mam tu na myśli monitory, kamery, mundury, iście wojskowy dryl. Tymczasem trzeba na to spojrzeć inaczej. Gimnazjaliści to młodzi ludzie, których zainteresowania się rozwijają. Dlatego ja widzę wsparcie dla gimnazjów poprzez uatrakcyjnienie ich oferty. Mam na myśli zajęcia pozalekcyjne czy możliwość wybrania dodatkowych ścieżek kształcenia.

Czy to znaczy, że nie będzie mundurków, wydzielonych szkół dla agresywnych uczniów?

Mundurki już pojawiły się w szkołach i nie będę w trakcie roku szkolnego zmieniać czegoś, co już funkcjonuje. Nie będzie natomiast Ośrodków Wsparcia Wychowawczego.

A likwidacja gimnazjów, bo taki pomysł pojawił się w poprzedniej ekipie?

Gimnazja pozostaną, a ich połączenie z liceum jest jedną z metod, która może przynieść pozytywne efekty. Liceum bowiem oferuje rozszerzone programy nauczania wybranych przedmiotów, czyli moduły rozwijające zainteresowania uczniów.

Warto by dać te same atuty gimnazjum po to, by w liceum mogły być one pogłębiane. Warto też wrócić do reformy ministra Handkego, bo na etapie szkół podstawowych, gdzie została on zrealizowana, przyniosła skutki. Szkoły podstawowe są bezpieczne, przyjazne i atrakcyjne dla dzieci. Przyjrzymy się także programom nauczania, by szkoła gimnazjalna była atrakcyjna. Po za tym praca nad podstawami programowymi ma szczególne znaczenie ze względu na propozycję obniżenia wieku szkolnego do 6 lat. Nie można dzieci sześcioletnich uczyć tego samego co rok starszych.

Pomysł obniżenia wieku szkolnego do 6 lat podnoszony jest od dawna, ale żeby to zrobić, wcześniej trzeba wybudować sieć przedszkoli, szczególnie na wsi.

To będzie jeden z priorytetów mojej działalności. Chcę wspierać rozwój wszelkich form wychowania przedszkolnego.

Czyli jeszcze w tej kadencji Sejmu dojdzie do obniżenia wieku szkolnego?

Mam nadzieję, że tak. Jestem przekonana do tego rozwiązania. Poza tym mamy w tej chwili dobrą sytuację do przeprowadzenia tej zmiany, bo jesteśmy w demograficznym dołku. Obniżenie wieku szkolnego oznacza bowiem, że w jednym roku do szkoły będą musiały pójść siedmio- i sześciolatki. Oczywiście byłoby to rozłożone na dwa czy trzy lata.

A co z maturą? Należy spodziewać się jakichś zmian?

Cieszę się, że do ścisłego kanonu przedmiotów maturalnych wróci matematyka. Bardzo mi zależy na tym, by to promować i efektywniej uczyć matematyki. Od 25 lat nie ma obowiązkowej matematyki na maturze. Całe pokolenie zostało wychowane w przekonaniu, że można obejść ten obowiązek. Stąd teraz mamy mały odsetek inżynierów czy techników. A miejsc pracy w zawodach technicznych jest dużo. Dlatego warto bardziej przystępnie uczyć tego przedmiotu, by system edukacyjny dawał wszystkim przynajmniej minimalne, praktyczne umiejętności matematyczne.

A co z egzaminem z języka polskiego? Będzie prezentacja czy powrót do przepytywania uczniów przez komisję?

W tym roku na pewno nic się nie zmieni. Szkoła potrzebuje spokoju. Ja najgorzej wspominam rok szkolny, w którym trzeba było trzy razy stanąć przed uczniami i opowiadać, że zmieniły się wymagania maturalne. To nie znaczy jednak, że nie będziemy przyglądać się temu. Jestem jednak przeciwniczką zmieniania czegoś nagle.

Offline sonia

  • User z prawami do pisania
  • Rozgadany Weteran
  • *******
  • Wiadomości: 25627
    • Dar Życia
Artykuły - Nowości szkolne
« Odpowiedź #530 dnia: Listopad 30, 2007, 07:27:51 am »
OŚWIATA | Realizacja obowiązku szkolnego

Resort edukacji dyskryminuje dzieci przewlekle chore





Chorzy uczniowie mogą się uczyć, albo w domu albo w szkole specjalnej przy szpitalu.

Eksperci chcą zmienić przepisy o orzekaniu o potrzebie kształcenia specjalnego i indywidualnego.
Dyrektorowi nie grozi żadna sankcja za nieprzyjęcie do szkoły chorego ucznia.

ANALIZA

Uczniowie chorzy na hemofilię, cukrzycę czy raka, zgodnie z przepisami oświatowymi, mogą być zmuszani do nauki w domu, mimo że ich stan zdrowia umożliwia im udział w zajęciach w szkole dostępnej dla wszystkich.

Resort edukacji nie przewiduje też możliwości przyznania takiemu uczniowi kształcenia specjalnego w szkole ogólnodostępnej.

Wyrzuceni ze szkoły

Cezary Urban, były dyrektor Gimnazjum nr 16 przy XIII LO w Szczecinie, obecnie poseł PO, skreślił z listy uczniów chorego na hemofilię Piotra Kaweckiego.

Z obserwacji Bogdana Gajewskiego, prezesa Polskiego Stowarzyszenia Chorych na Hemofilię, wynika, że tak drastycznych sytuacji nie jest dużo. Jednak po upublicznieniu sprawy Piotra zgłosiła się do niego matka, której choremu synowi chciano zabronić przychodzenia do szkoły.

Henryk Romańczuk z Towarzystwa Przyjaciół Dzieci dodaje, że przypadki odmowy przyjęcia dziecka, właśnie z powodu przewlekłej choroby, zdarzają się, ale sporadycznie.

Justyna Sedlak z Ministerstwa Edukacji Narodowej podkreśla, że w prawie oświatowym nie ma przepisu umożliwiającego dyrektorowi nieprzyjęcie dziecka przewlekle chorego do szkoły.

Indywidualnie nie znaczy dobrze

Tomasz Kawecki mówi, że gimnazjum podjęłoby się nauki syna, ale gdyby miał orzeczenie o potrzebie nauczania indywidualnego. Wydają je poradnia psychologiczno-pedagogiczna.

- Praktyka pokazuje, że w przypadku dzieci chorych na hemofilię, cukrzycę czy nowotwór orzeczenie jest wydawane na cały rok - mówi Magdalena Kochan, członek sejmowej Komisji Polityki Społecznej.

Oznacza to, że dziecko, którego leczenie czy rehabilitacja trwają tylko dwa miesiące, jest
wyłączone z życia społecznego przez cały rok szkolny, bo zajęcia musi odbywać w miejscu swojego pobytu, czyli najczęściej w domu.

Magdalena Kochan dodaje, że mądrzy dyrektorzy pozwalają dziecku brać udział w lekcjach.

- Większość szkół zwykle omija przepisy i zgadza się na taką współpracę - potwierdza Bogdan Gajewski.

W przypadku Piotrka szkoła jednak nie chciała wyrazić zgody na indywidualne nauczanie tylko w sytuacjach dłuższej nieobecności.

- Dlatego trzeba zmienić przepisy. Nauczanie indywidualne musi być orzekane na czas choroby - podkreśla Magdalena Kochan.

Sławomir Piechota, przewodniczący sejmowej Komisji Pomocy Społecznej, w I kwartale przyszłego roku przedstawi kompleksową nowelizację przepisów dotyczących dostępu do edukacji osób niepełnosprawnych i przewlekle chorych.

Tomasz Kawecki chciałby, aby wprowadzono tzw. okresowe nauczanie indywidualne, przyznawane na stałe, ale wdrażane w niezbędnych okresach decyzją rodziców, szkoły i lekarza.

- Decyzje o koniecznej hospitalizacji często bowiem zapadają z dnia na dzień - wyjaśnia.
Ponadto jest za wprowadzeniem odpowiedzialności karnej za podejmowanie decyzji dyskryminującej niepełnosprawnych uczniów i określeniem sytuacji, w których dyrektor szkoły ma prawo odmówić przyjęcia chorego ucznia. Obecnie dyrektor, który nie przyjmie chorego ucznia, nie ponosi żadnych konsekwencji.

Niektóre rozwiązania nie wymagają zmian ustawowych. Długotrwałe procedury. Obecne przepisy umożliwiają wydanie orzeczenia o potrzebie nauczania indywidualnego nawet na miesiąc.

Sama procedura jednak trwa od trzech do sześciu tygodni. Poradnia musi powiadomić rodziców o posiedzeniu zespołu z dwutygodniowym wyprzedzeniem, a następnie ma tydzień na przygotowanie diagnozy.

Mirosława Mrozik, dyrektor Poradni Psychologiczno-Pedagogicznej w Bielsku-Białej, uważa, że zwolnienie z obowiązku powiadomienia rodziców w nagłych przypadkach pozwoliłoby na wydanie orzeczenie w ciągu trzech dni.

Skazani na szkoły specjalne

Maciej Osuch, społeczny rzecznik praw ucznia, dodaje, że ponadto resort edukacji nie pozwala przyznawać uczniom przewlekle chorym kształcenia specjalnego. W efekcie szkoły, w których uczą się dzieci przewlekle chore, nie dostają większej dotacji.

- Spowoduje to zwiększenie liczby uczniów nieprzyjętych do szkoły z powodu braku możliwości zapewnienia im właściwej opieki - podsumowuje.

Według MEN, dzieci przewlekle chore uczęszczające do szkoły ogólnodostępnej nie mają innych potrzeb edukacyjnych niż ich zdrowi koledzy. A jeśli stan zdrowia utrudnia lub uniemożliwia im uczęszczanie do szkoły, obowiązek nauki mogą realizować w szkołach przy szpitalach lub w formie indywidualnego nauczania.

Ze stanowiskiem ministerstwa nie zgadza się Ewa Sowińska, rzecznik praw dziecka. Podkreśla, że nie wszystkie dzieci przewlekle chore przebywają w szpitalach lub wymagają nauczania indywidualnego.

Niektóre zaś potrzebują specjalnych zajęć w szkole.

JOLANTA GÓRA, Gazeta Prawna Nr 233 (2103) piątek-niedziela, 30 listopada - 2 grudnia 2007 r. > Praca i ubezpieczenia


Tajna choroba

Dyrektorzy szkół, bojąc się kłopotów i odpowiedzialności, odmawiają przyjęcia dzieci przewlekle chorych. Często bowiem wiąże się to z koniecznością wprowadzenia określonych procedur i dodatkowego zaangażowania nauczycieli w pomoc, np. uczniowi z hemofilią. Co gorsze, przepisy ułatwiają im podejmowanie bezdusznych decyzji. W ten sposób zmuszają rodziców do ukrywania, że ich dziecko ma hemofilię, nowotwór czy cukrzycę. Przepisy zamiast ułatwiać, utrudniają im już i tak niełatwe życie. Tak jednak nie powinno być w demokratycznym państwie prawa.

Jolanta Góra, Gazeta Prawna Nr 233 (2103) piątek-niedziela, 30 listopada - 2 grudnia 2007 r. > Wolny rynek
Tam gdzie warto dotrzeć, nie ma dróg na skróty.
Sonia, mama Moniki z zD- 19,10l. , Domowa terapia

Offline Emilianka

  • User z prawami do pisania
  • Wyjadacz
  • *****
  • Wiadomości: 3124
Artykuły - Nowości szkolne
« Odpowiedź #531 dnia: Grudzień 04, 2007, 08:59:06 pm »
PISA: Polscy uczniowie coraz lepiej czytają, gorzej liczą

Polscy uczniowie bardzo dobrze radzą sobie z umiejętnością czytania ze zrozumieniem. W tej kategorii plasują się powyżej średniej krajów OECD. Słabiej wypadają w rozumowaniu w naukach przyrodniczych. Najgorzej radzą sobie z matematyką - wynika z badań PISA.

O wnioskach płynących z badań rozmawiali minister edukacji Katarzyna Hall, członkowie komisji PISA i dyrektorzy warszawskich szkół. Debatę zorganizowała "Gazeta Wyborcza".


Badania Programu Międzynarodowej Oceny Uczniów (PISA - Programme for International Student Assessment) prowadzone są cyklicznie co trzy lata począwszy od 2000 r.
W ostatnim badaniu przeprowadzonym w 2006 r. - którego wyniki ogłoszono we wtorek - sprawdzano umiejętności ponad 400 tys. uczniów z 58 krajów świata.

Przedstawiciele polskiego zespołu PISA oceniają, że umiejętności polskich uczniów znacznie wzrosły. W badaniu z 2000 r. polscy 15- latkowie wypadli gorzej niż ich rówieśnicy z krajów należących do Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD).

Badanie PISA sprawdza umiejętności uczniów w trzech dziedzinach; czytanie ze zrozumieniem, rozwiązywanie zadań i problemów matematycznych oraz rozumowanie w naukach przyrodniczych. Według najnowszych wyników polscy uczniowie zdecydowanie najlepiej poradzili sobie z czytaniem ze zrozumieniem. Gorzej wypadają w rozumieniu nauk przyrodniczych. Najsłabiej radzą sobie w matematyce. Najwięcej problemów sprawia im abstrakcyjne myślenie i rozwiązywanie problemów.

Laboratorium rzadko odwiedzane

W naukach przyrodniczych polscy uczniowie plasują się wśród "średniaków". Najsłabiej radzą sobie z rozpoznawaniem zjawisk naukowych. Znacznie lepiej udaje im się wyjaśniać zjawiska przyrodnicze w sposób naukowy. Liderem w tej dziedzinie jest Finlandia. - Nie chcemy robić z tego badania konkursu. Chcemy pokazać sedno wyniku, a unikalibyśmy traktowania go w kategoriach rankingu - twierdzi szef komisji PISA Michał Fedorowicz.

Według prof. Ewy Bartnik z zespołu PISA, na poziom wyników uzyskiwanych w rozumowaniu w naukach przyrodniczych wpływa sposób ich nauczania w różnych krajach. Polscy uczniowie rzadko w trakcie lekcji robią doświadczenia w laboratorium. - Uczniowie nie odróżniają faktów od opinii, nie potrafią stawiać hipotez - tłumaczy Bartnik. - Polska szkoła nie widzi potrzeby budowania takiego warsztatu - dodaje.

"Pozwólmy uczniom na głupie pytania"

W czytaniu ze zrozumieniem polscy uczniowie wypadają zdecydowanie powyżej średniej. Sprawnie radzą sobie z szybkim wyszukiwaniem informacji w tekście. Bez względu na długość tekstu nie sprawia im kłopotu odpowiedź na pytanie "co autor miał na myśli". Gorzej jeśli muszą samodzielnie go ocenić. - Radość z czytania i samodzielnego wyszukiwania informacji nie jest mocną stroną polskiego ucznia - ocenia Bartnik. Według niej brak mu także precyzji myślenia. Największym kłopotem jest zwięzłe sformułowanie wypowiedzi pisemnej. - Częstym błędem jest pisanie wszystkiego, co uczeń wie na dany temat - mówi.

Jeszcze gorzej jest z umiejętnościami matematycznymi. Uczniowie słabo radzą sobie z zadaniami wymagającymi myślenia abstrakcyjnego. Brak im też odwagi w stawianiu hipotez. - Polscy uczniowie oczekują odpowiedzi, a nie stawiają pytań - mówi Grażyna Czetwertyńska z PISA. Według niej przyczyną jest strach uczniów przed popełnieniem błędów. - Nasi nauczyciele nie pozwalają uczniom na mylenie się i stawianie nawet głupich pytań - twierdzi.

Zdolni giną

Dlaczego uczniowie tak mało czasu spędzają w laboratoriach? Według nauczycieli przyczyna leży w sposobie funkcjonowania szkoły: przeładowanych klasach, zbyt małej liczbie godzin. Nauczyciele oceniają, że uczeń zdolny nie ma w polskiej szkole możliwości rozwijania swoich zainteresowań. - Zapomina się, że uczniowie ze szczególnymi potrzebami to także uczniowie zdolni, a nie tylko ze wszelkiego rodzaju "dys" - mówi Andrzej Wyrozembski - dyrektor warszawskiego gimnazjum dwujęzycznego przy ul. Twardej. Według dyrektorów trzeba tak kształcić nauczycieli, aby potrafili obudzić w uczniach zainteresowanie przedmiotem. - Nauczyciel musi chcieć uczyć z kawałkiem sznurka, a nie tylko laboratorium za 1000 euro - dodaje Wyrozembski.

Hall: Jesteśmy ofiarami 25 lat bez matematyki

- To świetna inspiracja do myślenia o systemie - tak wyniki badań PISA oceniła minister edukacji Katarzyna Hall. Według niej na wyniki uzyskiwane przez polskich 15-latków na pewno m.in. ma wpływ wprowadzenia egzaminów zewnętrznych.

- Jesteśmy ofiarami myślenia jak obejść uczenie się matematyki - tak minister edukacji oceniła słabe wyniki w matematyce. Od 25 lat matematyka nie jest obowiązkowym przedmiotem maturalnym. Według minister edukacji matura z matematyki powinna być możliwie prosta i sprawdzać praktyczne, przydatne w życiu umiejętności. Zdaniem Hall potrzebna jest też promocja klas matematyczno- fizycznych i szkół zawodowych. - To powinna być szkoła z wyboru, a nie z braku innych możliwości - przekonuje Hall.

Offline Emilianka

  • User z prawami do pisania
  • Wyjadacz
  • *****
  • Wiadomości: 3124
Artykuły - Nowości szkolne
« Odpowiedź #532 dnia: Grudzień 05, 2007, 10:30:27 am »
Czytają, nie kombinują

Rozmawiał Piotr Pacewicz

PISA 2006. Polski nastolatek czyta jak Europejczyk. Gorzej z myśleniem - wynika z największych edukacyjnych badań na świecie

Piotr Pacewicz: Zapowiadaliście państwo dobrą nowinę edukacyjną. I?

Michał Federowicz: Po raz pierwszy w badaniach PISA Polska jest powyżej średniej państw OECD, i to w tak ważnej dziedzinie jak czytanie i rozumowanie w naukach humanistycznych. Tu poprawiamy się z badania na badanie. W 2003 r. byliśmy poniżej średniej, w 2006 r. w okolicach średniej, teraz skoczyliśmy wyżej. W matematyce i naukach przyrodniczych jesteśmy na poziomie typowego kraju OECD, co oznacza także ogromny skok w porównaniu z 2000 r.

Siedem lat temu nasze 15-latki uczyły się w różnych szkołach ponadpodstawowych: od liceum po zawodówki. W 2003 r. i 2006 r. wszystkie były już w gimnazjach i widać, jak to im dobrze zrobiło. Ta szkoła dała wszystkim program ogólnokształcący, także tym, którzy wcześniej lądowali w zawodówkach, gdzie przestawali się uczyć umiejętności, które bada PISA. A przecież są one potrzebne każdemu - czy będzie profesorem, czy taksówkarzem. Słabsze dzieci dłużej uczą się teraz z lepszymi, część próbuje równać w górę.

Skąd się bierze polski sukces czytania ze zrozumieniem?

Grażyna Czetwertyńska: Szkoła zrozumiała, że rozumienie tekstu - na różnych przedmiotach, od polskiego po przyrodę - jest konieczne. Że tego po prostu trzeba uczyć, także po to, by zdać egzaminy zewnętrzne. Polscy uczniowie świetnie potrafią wyszukać informacje w tekście, lepiej niż rówieśnicy z innych krajów radzą sobie z długim tekstem. Gorzej jest jednak z samodzielną oceną informacji zawartych w tekście, z odróżnianiem faktów od opinii. Szwankuje też umiejętność selekcji informacji i łączenia ich, zwłaszcza gdy trzeba skorzystać z różnych źródeł. Pół żartem można powiedzieć, że w czytaniu ze zrozumieniem lepiej jest z tym pierwszym niż drugim.

A nauki przyrodnicze?

Barbara Ostrowska: Najlepiej radzimy sobie z wyjaśnianiem zjawisk przyrodniczych, czyli z sięganiem do szkolnej wiedzy - tu jesteśmy powyżej średniej OECD. Gorzej z interpretacją, czyli myśleniem krytycznym, naukowym - polskie nastolatki są gorsze niż średnia. Mają dużo wiadomości, ale nie potrafią ich użyć do zrozumienia świata. Najgorzej zaś jest z rozpoznawaniem zagadnień naukowych, czyli stosowaniem rygorów myślenia takiego jak np. w eksperymentach.

Polskie nastolatki nie potrafią ocenić, jakich informacji im brakuje, są bezradni wobec problemów.

Coś z tego wynika dla szkoły?

B.O.: Widać, że szkoła nie uczy zadawania pytań i eksperymentowania, gorzej - zabija ciekawość. Uczniowie dostają gotową wiedzę zamiast po swojemu odkrywać świat. Francja, która ma w naukach przyrodniczych taki sam wynik jak Polska, lepiej rozbudza myślenie naukowe.

A co z matematyką, z którą nasza edukacja trochę nie wie, co począć?

M. F.: Podobnie. Szkoła ćwiczy algorytmy. Polski uczeń lepiej niż rówieśnicy z OECD potrafi zastosować wzory i policzyć powierzchnię typowej figury albo procent od liczby. Ale jest bezradny wobec nietypowego zadania - gdy ma podane kilka odległości na mapie i musi oszacować powierzchnię, powiedzmy Australii. Tego w szkole nie uczyli.

Nie potrafimy też przełożyć sytuacji życiowych na najprostsze modele matematyczne. Uczniowie świetnie znają funkcję liniową, ale nie umieją wyrazić z jej pomocą ruchu chodnika na lotnisku. Szwankuje uogólnianie i myślenie abstrakcyjne.

Polskie badanie objęło też 17-latków.

G.C.: I wyniki są niepokojące. Dalsze rozwijanie trzech badanych umiejętności postępuje praktycznie tylko w liceach ogólnokształcących, druga połowa populacji uczniów zatrzymuje się w rozwoju (w technikach), a nawet cofa (w zawodówkach). A przecież to są umiejętności potrzebne w każdym zawodzie. Hydraulik musi umieć przeczytać ze zrozumieniem instrukcję, krytycznie zanalizować problem, a jak się skończy popyt na jego zawód, musi się uczyć dalej. Tymczasem zawodówki - i w pewnym stopniu technika - zamykają człowiekowi rozwój.

Jakie wnioski dla naszej edukacji płyną z badania PISA?

M.F.: Szkoła - od samego początku do końca - powinna stymulować rozwój umiejętności i to u wszystkich uczniów. Potrzebne są podręczniki, które uczą myśleć, stawiać pytania, nie tak przeładowane wiadomościami, bo te - jak mówią uczniowie - w każdej chwili można sobie wyguglać. Trzeba tak kształcić nauczycieli, by potrafili zachęcić ucznia do samodzielnego odkrywania świata (nawet kosztem błądzenia) i oceniać w sposób zachęcający do rozwoju. Nauczyciel nie ma być tylko szafarzem wiedzy, powinien stać się przewodnikiem w jej zdobywaniu.

W akcji „Szkoła z klasą”, którą „Gazeta” realizuje od lat z Centrum Edukacji Obywatelskiej, lansujemy metodę projektu uczniowskiego. To może poprawić wynik w teście PISA?

G.C.: Może nie od razu... Ale faktycznie uczniowie - pracując w małych zespołach nad projektem - sami stawiają pytania i uczą się myśleć, nauczyciel ich tylko wspiera. To przełamuje schemat uczenia jako korzystania z wzorów i połykania kolejnych wiadomości.

B.O.: Polscy nauczyciele pokazali, że potrafią przekazywać wiadomości na przyzwoitym europejskim poziomie, pora przekroczyć kolejny próg i nauczyć samodzielnego używania wiedzy. To wymaga szkoły otwartej, bliższej życiu, elastycznej w metodach i nauczycieli pełnych swobody i przyjemności z uczenia, mniej zrutynizowanych, uwolnionych od szczegółowych instrukcji.

Źródło: Gazeta Wyborcza

Offline Emilianka

  • User z prawami do pisania
  • Wyjadacz
  • *****
  • Wiadomości: 3124
Artykuły - Nowości szkolne
« Odpowiedź #533 dnia: Grudzień 11, 2007, 10:35:43 am »
Artykuł o minister edukacji Katarzynie Hall

Sześciolatku, do szkoły!

Marek Sterlingow, Marek Wąs

Premier Tusk: - To najbardziej uparta baba, jaką znam, takiej nam potrzeba

W dniu, w którym Katarzyna Hall zasiadła w fotelu po Romanie Giertychu, wydała dwa polecenia.

Pierwsze - z saloniku przy gabinecie kazała wyrzucić wytarty dywan i dziesiątki książek, głównie zalegające tam od lat roczniki statystyczne.

Drugie - odszukać w magazynie i powiesić usunięte przez poprzednika portrety ministrów edukacji z czasów PRL. Ale powiesić na osobnej ścianie.

Pracuje na leżąco. Zdejmuje pantofle, kładzie się na sofie, na kolanach laptop.

W zasięgu ręki szklanka coca-coli.

Umiejętnie usuwa się w cień

W Gdańsku dyżurnym krytykiem Katarzyny Hall był Piotr Gierszewski, radny PiS i szef komisji edukacji.

- Na początku wszyscy myśleliśmy, że jako wiceprezydent miasta będzie takim grzecznym pracusiem, bez żadnego zacięcia do polityki - opowiada. - Pracowita rzeczywiście była. I na tle czterech wiceprezydentów, których tu przeżyłem, zdecydowanie najbardziej pomysłowa i dynamiczna. Ale szybko się irytowała. Dwa razy z hukiem wyszła z posiedzenia komisji, gdy za bardzo ją dociskaliśmy pytaniami. Nie chciało jej się nas przekonywać, dlatego sporo głosowań przegrywała, mimo że PO ma w radzie większość.

Inny radny: - Nie wyszła jej prywatyzacja przedszkoli, kuratorium się nie zgodziło. Na szkolnictwie niepublicznym zna się lepiej niż ktokolwiek w Polsce. No ale to zapatrzenie miało jej za złe wielu dyrektorów szkół publicznych w Gdańsku. Teraz też może faworyzować szkoły prywatne.

Gierszewski: - Jest odważna, mówi, co myśli, nawet Giertychowi potrafiła wygarnąć. Cały czas się ze mną ścierała, ale na pożegnanie podeszła i patrząc w oczy powiedziała: "Dziękuję, że tyle razy stawiałeś mnie na baczność, dzięki temu wiele się nauczyłam".

Urzędnicy gdańskiego magistratu: - Potrafi być obcesowa, nie słucha argumentów, pragmatyczna do bólu, te cechy nie zjednują jej sympatii podwładnych.

A w domu?

Arkadiusz Rybicki: - Olek, mąż Kasi, zawsze dbał o znajomych i przyjaciół. Chętnie ich do siebie zaprasza, a Kasia zapewnia bazę organizacyjną. Oboje są fajnymi ludźmi. Goście zawsze mogą u nich przenocować, zjeść, napić się kawy.

Inny przyjaciel Hallów: - Kasia ma rzadką umiejętność usuwania się w cień. Poda herbatę, my gadamy, a ona gdzieś znika. Na rządowej posadzie to może być jej atut, a może okazać się wadą. Co będzie, jak Kasi w MEN noga się powinie? Olek jest wpływowy, ale tylko intelektualnie. Zna wszystkich i mało jest osób w polityce, które go nie szanują. Ale on nigdy nie będzie zabiegał o nic dla siebie lub dla żony. W razie jakichkolwiek trudności nikt nie będzie jej bronił, bo przecież ona nie ma żadnego zaplecza politycznego.

Od razu wiadomo: nauczycielka

Jej styl w pracy: buty bez obcasów, biała koszula, szare spodnie, marynarka. Druciane okulary, fryzura nieokreślona.

W domu: spodnie i flanelowa koszula. Gdy w weekend narzuciła na to kurtkę z kapturem i pojechała do supermarketu w Gdyni po mikołajkowe prezenty dla swoich chłopaków, nie musiała się obawiać, że ktoś rozpozna nową minister.

- Pracuję na leżąco, bo lubię leżeć, no i w moim zawodzie każdy ma w końcu kłopoty z kręgosłupem - Katarzyna Hall zaczyna mówić cicho, potem głos rośnie. Głos nieznoszący sprzeciwu. Zdania proste, dobitne, bez zbędnych ozdobników. Słowa wypowiada wyraźne. Od razu wiadomo: nauczycielka. I to z tych ostrych, które wymagają od ucznia, nie zawahają się postawić jedynki na koniec roku i nie przepuścić do następnej klasy.

To będzie pierwszy minister edukacji niebędący ani politykiem, ani profesorem z uniwersytetu.

Zna problemy podstawówek, gimnazjów i szkół średnich. Jako pierwsza, jeszcze w PRL, zakładała prywatne szkoły. Uparła się, żeby obowiązywały w nich autorskie programy.

Odniosła sukces, z jej programów nauczania do podstawówek, gimnazjów i szkół średnich korzystają dziś setki szkół w Polsce.

- Jestem praktyczna, twarda i pracowita - mówi o sobie.

Na sofie w saloniku za ministerialnym gabinetem opowiada nam swoją historię. Od nauczycielki matematyki do ministra.

Nastolatka na polowaniu

Litwa jest ważna, bo Litwa była największym marzeniem ojca, ona odziedziczyła je po tacie.

Franciszek Kończa herbu Ogończyk wychował się w Łukini, przedwojenna Litwa. Prawnicze studia zaczął w Poznaniu, wojna zastała go w Łukini. Sowieci deportowali studenta aż pod Ural, uciekł, kiedy trwała jeszcze wojna.

Później nastoletnia Kasia wielokrotnie słuchała kolorowych opowieści o przekraczaniu granicy na parowozie, pod stertą węgla.

Bez dokumentów ojciec dotarł do Grudziądza, tam żyła przyrodnia siostra, a w urzędzie repatriacyjnym pracowała Danusia, repatriantka z Nieświeża pod Wilnem. Danuta załatwiła lewe dokumenty. Zaiskrzyło między nimi - pobrali się i wyjechali do Wrocławia. Franciszek dokończył prawo, Danuta studiowała chemię. Pierwsze dziecko zmarło przy porodzie.

- Ojciec tęsknił za Litwą, do końca życia rozważał, czy nie wrócić, mimo że tam był Związek Radziecki - mówi Katarzyna Hall. - Trochę odżył, gdy z Wrocławia przenieśli się do Gdańska. Morze było taką namiastką wolności, a kaszubskie krajobrazy przypominały ojcu rodzinne strony. Urodziłam się w 1957, rodzice byli dziesięć lat po ślubie, a mama skończyła już 35 lat. Byłam tym wyczekanym dzieckiem. Ojciec odszedł od nas, gdy miałam cztery lata. Ułożył sobie na nowo życie, mam przyrodnią siostrę. A my z mamą zostałyśmy najlepszymi przyjaciółkami, ona była bardzo wrażliwa. Wcześnie zaczęły się kłopoty zdrowotne i musiałam się nią zaopiekować.

Franciszek Kończa był znanym adwokatem, w latach 70. bronił gdańskich opozycjonistów. Zapalony myśliwy, zabierał starszą córkę na polowania na Kaszuby. Pani minister pokazuje zdjęcia - szczupła nastolatka na ambonie, z myśliwską lornetką. I tata, przystojny mężczyzna ze sztucerem, opiera nogę o powalonego właśnie jelenia z ogromnym porożem.

Mecenas nosił na palcu złoty sygnet z herbem rodu. Taki sam, tylko mniejszy, podarował Kasi, ma go do dziś. Nie dożył wolnej Litwy.

Katarzyna Hall pojechała do Łukini na początku lat 90., odnalazła rodzinny grobowiec, kamienne płyty z nazwiskami Kończów.

- To były pierwsze groby moich przodków, jakie widziałam - mówi pani minister.

Matematyka jest apolityczna

Gdańskie Siedlce, gdzie w spółdzielczym mieszkaniu żyły z matką, to szczególna dzielnica.

Blisko do starówki i stoczni. W szkole połowa uczniów to dzieci stoczniowców, druga połowa - milicjantów. Po Grudniu 70. zaczęły się podziały w klasie, kłótnie, bójki.

Kasia Kończa nie pasowała do żadnej z grup, ale bliżej było jej do stoczniowców.

30 lat później uczennica tej samej szkoły przy ulicy Kartuskiej, Ania, popełni samobójstwo, a Katarzynie Hall, wówczas wiceprezydentowi miasta do spraw edukacji, staną przed oczami tamte spory rozgrywające się w tych samych murach w latach 70.

Wtedy czas wypełniała jej nauka i opieka nad matką. Uczyła się świetnie, po liceum trudny wybór: studiować polonistykę czy matematykę? Zadecydował autorytet nauczycieli.

Wychowawcy Witolda Ludkiewicza, wymagającego do bólu, który uczył fizyki.

Matematyczki Jadwigi Sajdak, która w rozgadanego ucznia potrafiła rzucić kredą, ale jej wykład był tak klarowny, że sam wchodził do głowy.

I Tomasza Wołka, nauczyciela... przysposobienia obronnego, który zamiast tłumaczyć, jak chronić się przed wybuchem atomowym, czytał "W oparach absurdu" Słonimskiego i Tuwima albo puszczał nagrania meczów południowoamerykańskich drużyn piłkarskich.

"Herbowa" dziewczyna ze stoczniowo-milicyjnej dzielnicy kombinowała tak: jako nauczycielka polskiego będę musiała wciskać dzieciom partyjną propagandę. Matematyka jest apolityczna.

Uniwersytet Gdański, tam - pierwsza wielka miłość.

Miała 19 lat, kiedy brali ślub. Cały trzeci i czwarty rok studiów przechodziła w ciąży. W 1978 roku urodziła Konrada, rok później Karola. Mieli plany, dostali spółdzielcze mieszkanie. Mąż odszedł tuż po urodzinach drugiego syna.

Katarzyna Hall nie chce o nim rozmawiać.

Miłość do matematyka

1980.

- Malutkie dzieci, przeprowadzka, obrona pracy magisterskiej, wszystko naraz - opowiada pani minister. - W stoczni wybuchł Sierpień, ja tonęłam w długach. Zacisnęłam zęby, powoli odbijałam się od dna. Pamiętam pierwszą pracę w Zespole Sportowych Szkół Ogólnokształcących. Stawiłam się do pracy 20 sierpnia i tego samego dnia ogłosiliśmy strajk. Potem stan wojenny. Nie miałam sił, żeby stać w kolejkach po jedzenie, wolałam kupić gorsze, ale bez stania. Jak już musiałam, to brałam chłopców na ręce i stawiałam ich na ladzie. Niby kobiety z dziećmi mogły kupować poza kolejnością, ale zawsze ktoś protestował. Mieszkaliśmy w dwóch pokojach w Sopocie, na dziesiątym piętrze, modliłam się, żeby winda się nie psuła. Wtedy dowiedziałam się też, że żłobki i przedszkola nie lubią samotnych matek. Taka mama, która może się spóźnić po odbiór dziecka, to kłopot. Jasną stroną tych lat byli chłopcy. Szybko musieli się usamodzielnić, zostać małymi mężczyznami. Ani wtedy, ani później się na nich nie zawiodłam.

W 1984 roku ktoś na Uniwersytecie Gdańskim przypomniał sobie o zdolnej studentce. Ze szkoły przeniosła się do Instytutu Matematyki. Zajęła się dydaktyką, badaniami nad ocenianiem i egzaminowaniem.

W instytucie pracował dawny kolega z roku Jan Tryba. Wielki talent, wybitny matematyk, jego prace z teorii mnogości drukowały prestiżowe pisma naukowe. Poprosił ją o rękę.

- Dobrze się nam żyło z Jasiem - Katarzyna Hall po raz pierwszy w tej rozmowie rezygnuje z nauczycielskiej pozy i ścisza głos. - Dwoje matematyków w domu, więc ja doskonale rozumiałam człowieka, który całymi godzinami siedzi, myśli i tylko czasem zapisze na kartce jakiś znaczek. Zapewnił w naszym życiu ład, chłopcy mieli ojca. Och, miał swoje cudowne dziwactwa. Był Kaszubą i wyznawał pogląd, że Kaszubi to nie żadna grupa etniczna, tylko pełnoprawny naród. I nasi chłopcy w szkole wykłócali się o to z nauczycielami i z kolegami - śmieje się pani minister.

Rodzice Jana na początku nie akceptowali małżeństwa. Dlatego Katarzyna zaczęła starać się o kościelny rozwód z pierwszym mężem. Watykan odmówił.

Doktoratu nie skończyła, bo od 1989 roku zabrała się do organizowania prywatnej szkoły, rok później przyszedł na świat trzeci syn - Jacek.

Prałat Jankowski zawsze pomoże

Wiosną 1989 roku, jeszcze przed powołaniem rządu Tadeusza Mazowieckiego, przypadkiem znalazła się na spotkaniu poświęconym tworzeniu szkół niepaństwowych. Skrzyknęła znajomych nauczycieli i wykładowców z uczelni. Po kilku burzliwych dyskusjach dali ogłoszenia w prasie: od września rusza Gdańskie Liceum Autonomiczne, ogłaszamy nabór.

- Wariacki czas, nie mieliśmy budynku, nie mieliśmy zezwolenia, tylko dobre chęci - wspomina pani minister.

Najpierw powołali Gdańską Fundację Oświatową, to ona miała być "właścicielem" szkoły. Do Fundacji dołączył prałat Henryk Jankowski, od tego czasu Katarzyna Hall nie pozwala powiedzieć złego słowa na jego temat.

- Pamiętajcie, że to był jeszcze inny ksiądz Jankowski - tłumaczy. - Ale również później nigdy nie wtrącał się do pracy szkoły. I pomagał każdemu, kto o pomoc się zwrócił.

Grupa trójmiejskich nauczycieli pisała programy poszczególnych przedmiotów. Ona to koordynowała. Później Katarzyna Hall uzupełni je o pełne pakiety programów nauczania dla szkoły podstawowej i gimnazjum - to tzw. klocki autonomiczne, na postawie których do dziś pracuje wiele szkół.

W jej pokoju na uniwersytecie odbywał się nabór nauczycieli i uczniów.

- Zgłaszali się głównie młodzi. Zostałam selekcjonerem nauczycieli, uczyłam się, jak zebrać drużynę, która stworzy dobrą szkołę.

Znaleźli siedzibę: barak, dumnie zwany osiedlowym domem kultury na gdańskim Przymorzu. Szkoła ruszyła 12 września 1989 roku.

Pierwszy rocznik to 48 uczniów w trzech klasach. Tylko dwóch etatowych nauczycieli, polonistka i anglista, reszta pracowała jednocześnie w państwowych szkołach. Ona została dyrektorką szkoły.

Dziś Fundacja prowadzi dwa zespoły szkół w Gdańsku i Sopocie. W każdym jest podstawówka, gimnazjum i liceum. W liceach polonista kontraktowy z 3-letnim stażem zarabia 2,2 tys. zł brutto, a dyplomowany z 14-letnim stażem - 4,5 tysiąca brutto. Czesne ucznia kosztuje 610 zł.

Świat się rozpada

Jesień 1991 roku: wszystko zaczyna się układać. Niepubliczna szkoła działała już drugi rok, można ogłosić sukces. Jacek skończył półtora roku, Katarzyna po macierzyńskiej przerwie na serio może wracać do pracy.

Tej samej jesieni dowiedziała się, że matka ma nowotwór. Kilka tygodni później mąż Jan powiedział: - Kasiu, jestem chory. Rak.

W święta kursowała już tylko między trzema punktami: dom - szpital, gdzie leżała mama - szpital, gdzie był mąż.

W sylwestra lekarze z obydwu szpitali ogłosili wyrok - nie ma szans na przeżycie. Od tamtego dnia już żaden sylwester nie był radosnym dniem.

Mama zmarła na początku stycznia.

Dwa tygodnie później umarł Jan, miał 35 lat.

Katarzyna Hall: - To jest takie uczucie, jakby świat rozpadał się na kawałeczki. Pamiętam dzieci, jak trzymały mnie przy życiu. Pamiętam, że koledzy z uniwersytetu nazwali imieniem Jasia jedną z auli. No i miałam swoją pracę. Praca w takich chwilach zawsze pomaga. Konrad miał 13 lat, Karol 12. Nauczyli się przewijać i karmić Jacka, opiekowali się nim tak samo dobrze jak ja. Zastąpili mu tatę.

Liga Mistrzów u Hallów

Do Liceum Autonomicznego chodziła córka Arkadiusza Rybickiego. I to on w 1993 roku zabrał dyrektorkę szkoły na spotkanie z Aleksandrem Hallem, wówczas czynnym politykiem konserwatywnym.

- Olek spodobał mi się od pierwszego spojrzenia, tyle na ten temat powiem - uśmiecha się pani minister. - Nasz związek utrzymywaliśmy w tajemnicy. On był osobą publiczną, ja w Gdańsku też już byłam znana i nie chcieliśmy plotek - tłumaczy. - Gdy spotykają się osoby dojrzałe, to jest inaczej, niż gdy się ma po 17 lat. Nie ma pewności, jak to się skończy, taki związek musi dojrzeć. Wiedzieli oczywiście moi chłopcy i dochodziło do zabawnych sytuacji. Ja chciałam wyjść wieczorem, ale oni też mieli już swoje sprawy, byli nastolatkami. Wtedy mówili: zostajesz z Jackiem, bo to jest w końcu twoje dziecko, a nie nasze. Więc zawsze musiałam im ustępować.

Cichy ślub odbył się we Władysławowie. Tylko dzieci Katarzyny, świadkami byli Konrad i przyjaciel Halla. Resztę znajomych polityk poinformował o małżeństwie na... zjeździe założycielskim SKL.

Arkadiusz Rybicki: - Słyszałem plotki, że coś tam między nimi jest, ale prawdę mówiąc, wydawało się to nieprawdopodobne. Olek był przecież zatwardziałym starym kawalerem. Jak na zjeździe partii ogłosili, że są już małżeństwem, zaskoczenie było kompletne.

- Teraz Olek wycofał się z polityki i chyba dobrze się z tym czuje - opowiada Katarzyna Hall. - On kocha historię Francji, pisze kolejną książkę. Jeździ po kraju z wykładami, gdy ma ochotę, napisze coś do prasy, skomentuje bieżącą politykę. Ma swój krąg przyjaciół, przychodzą, piją wino i dyskutują godzinami. Albo siadamy przed telewizorem i oglądamy mecze piłkarskie, przez nich zostałam kibicem. Latem z przyjaciółmi jeździmy na wakacje. Zwiedziliśmy Francję i Włochy, to takie leniwe podróże, przesiadywanie przy kawie. No a najważniejsze, że mąż zaprzyjaźnił się z chłopcami. Konrad jest nauczycielem historii, więc mogą z Olkiem gadać bez końca. Karol jest architektem, teraz pracuje w Dublinie. Mam dwie świetne synowe, obie Anie. A rok temu najstarszy syn dał mi wnuczkę - Zuzię.

Rybicki: - Zawsze u nich oglądam Ligę Mistrzów. Ale Kasia się chyba jednak piłką nie interesuje, minutkę popatrzy i zaraz wyciąga swój komputer. Ona z laptopem się nie rozstaje. Jak ma tylko chwilę, kładzie się na sofie i zaczyna coś pisać.

Dzieci nie są przestępcami

Aleksander Hall konsekwentnie odmawia komentowania kariery żony. Po jej nominacji na ministra publicznie wypowiedział się raz, i to krótko: - Potrafię zrobić jajecznicę, więc sobie poradzimy.

Przyjaciel Hallów: - Dla Olka ta nominacja będzie raczej kłopotem organizacyjnym. Zostaje sam z najmłodszym chłopakiem i będzie musiał sam sobie poradzić z prowadzeniem domu. No, to będzie ciekawe (śmiech).

Ona twierdzi, że mąż ją wspiera, dzwoni, recenzuje. Tak jest od ubiegłego roku, gdy prezydent Gdańska Paweł Adamowicz zaproponował jej stanowisko zastępcy do spraw edukacji.

- To są konserwatyści, więc mają specyficzne podejście do kobiet. Gdy Paweł Adamowicz chciał, żebym została wiceprezydentem, to najpierw zapytał o zgodę Olka, a dopiero potem przyszli razem do mnie - śmieje się Katarzyna. - Nie zdziwiłabym się, gdyby teraz, przed nominacją na ministra, Donald Tusk najpierw zadzwonił do Pawła z pytaniem, czy może mu zabrać pracownika.

Jej krótka kariera w magistracie przypadła na czas największego dramatu w gdańskiej oświacie. W październiku ub. roku 14-letnia gimnazjalistka Ania popełniła samobójstwo. Sąd wyjaśnia, czy przyczyną było zachowanie jej kolegów, którzy na oczach klasy mieli ją molestować i upokorzyć.

"Państwo robicie tu niepotrzebną sensację, tę sprawę trzeba wyciszyć - zaapelowała wtedy do mediów. - To jest wielka tragedia, ale musimy sobie zdawać sprawę z tego, że gimnazjaliści to dzieci niestabilne emocjonalnie, w burzy hormonów. Pozwólmy działać dyrektorowi tak, by szkoła mogła wrócić do normalnego funkcjonowania"

Potem przeprosiła za apel o "wyciszenie sprawy". I wdała się w ostry spór z Romanem Giertychem, który przyjechał do Gdańska i w szkole Ani ogłosił swój program "Zero tolerancji".

- Przyjechałam do tego gimnazjum i zobaczyłam oblężoną twierdzę - wspomina wydarzenia sprzed roku. - Rozdygotani nauczyciele, rozdygotani uczniowie. Oni bali się wychodzić ze szkoły otoczonej kordonem kamer i dziennikarzy. To mną wstrząsnęło jako matką i jako nauczycielką. Apelowałam, by chronić tych ludzi. Bo oni, i uczniowie, i nauczyciele, to porządni ludzie. Identyfikowałam się z tą społecznością. Uważałam, że powinien ich oddzielać kordon policji. Potrzebowali pomocy psychologów, a nie mediów. A to, co zrobił pan Giertych, to było zwyczajne użycie tragedii w politycznej kampanii. I co to za nazwa "Zero tolerancji"? Program burmistrza Nowego Jorku wymierzony był w przestępców. Dzieci nie są przestępcami.


Z Giertycha niewiele zostało

Po dymisji Giertycha ministrem edukacji został prof. Ryszard Legutko. Gdy po zaprzysiężeniu Katarzyna Hall przyjechała do ministerstwa w alei Szucha, profesora, tak jak większości odchodzących ministrów PiS, tam nie było.

Zdaje sobie sprawę, że przynajmniej przez pierwsze miesiące jej urzędowania będzie porównywana nie do Legutki, tylko do Giertycha. Nie tyle krytykuje, co bagatelizuje działania ministra z LPR.

Sprawa oceny z religii na świadectwie: - Chodźmy po ziemi, to jest wydumany problem. Ten stopień kompletnie nic nie zmienia. Średnią ocen może w jakimś ułamku procentu. Żeby dostać się do liceum, brane są pod uwagę oceny z przedmiotów kierunkowych i wynik egzaminu gimnazjalnego.

Religia na maturze: - Nie jestem przeciwnikiem wpisania religii na listę nadobowiązkowych przedmiotów maturalnych. Ten egzamin nie decydowałby, czy uczeń zdaje maturę, czy też ją oblewa. Jeśli uczeń chce na maturze popisać się swoją wiedzą z religii, dajmy mu taką możliwość. Ale najpierw trzeba opracować przepisy, określić standardy wymagań, przeszkolić egzaminatorów. I tu inicjatywa leży po stronie kościelnej. Oczywiście mówimy nie tylko o Kościele katolickim, ale o wszystkich legalnie działających w Polsce Kościołach. Nie sądzę, żeby udało się to wprowadzić szybciej niż w ciągu trzech lat.

Nauczyciele homoseksualiści: - To w ogóle nie jest sprawa dla ministra edukacji. Homoseksualizm to nie przestępstwo. A jeżeli się zdarzy, że nauczyciel popełni przestępstwo, to zajmuje się nim prokurator, proste.

Amnestia maturalna: - Oczywiście fatalny błąd wynikający z całkowitego niezrozumienia specyfiki szkoły. Tu nie można zmieniać reguł w trakcie gry. Szkoła żyje rocznym rytmem. Każdą zmianę trzeba wprowadzać z dużym wyprzedzeniem.

Awantura wokół listy lektur: - Ja już pomijam zawartość tej listy. Ale czy ktoś pomyślał, że nauczyciel przez całe wakacje pracuje nad programem na następny rok? I nagle ktoś mu mówi: zaczynaj pracę od początku, bo zmieniamy ci obowiązkowe lektury.

Mundurki: - Niechże o takich sprawach zaczną w końcu decydować same szkoły. Mundurek jest dobry, gdy jest ładny, akceptowany przez uczniów, gdy pomaga im identyfikować się ze szkołą. Ale jeśli w jakiejś szkole pedagodzy i rodzice uznają, że z jakichś powodów mundurków nie chcą, to ten przepis krzywdy im nie zrobi. Zarządzą schludny ubiór w stonowanych kolorach albo jakiś wyróżnik, wstążkę czy tarczę, i mają mundurek. Z pomysłami ministra Giertycha był nie ten problem, że one jakoś mocno zagrażały szkole. Problemem był styl komunikowania się, język, którym on przemawiał do nauczycieli i uczniów. Ten minister nie zmienił niczego w prawie oświatowym, które jest istotne dla życia szkół. Z pana Giertycha naprawdę niewiele w oświacie zostało.

Sześć lat - do szkoły!

Jaka będzie szkoła nowej minister? Pierwsze reakcje publicystów nie są jej przychylne. Bon edukacyjny, matura z religii, plotki o likwidacji kuratoriów - za to wszystko spadła na nią fala krytyki.

- Za dużo emocji wokół tego resortu - odpowiada Katarzyna Hall. - Przecież ja jestem przeciwnikiem rewolucji w szkołach, na pewno nie podejmę żadnej decyzji bez solidnych konsultacji ze środowiskiem. Takie pierwsze spotkania - z ZNP i oświatową "Solidarnością" - już zresztą odbyłam. Ja nie chcę tym ludziom nakazywać, chcę ich słuchać, żeby zmieniać szkoły na lepsze. Ale powoli, po sprawdzeniu, czy nas na to stać, czy są możliwości organizacyjne.

Jest zwolenniczką bonów edukacyjnych, bo, jak twierdzi, bon jest już rzeczywistością.

- Idea bonu edukacyjnego jest taka, żeby rodzice, posyłając dziecko do danej szkoły, decydowali, że ta właśnie szkoła dostaje z samorządu konkretne pieniądze. I taki system w kilku gminach w Polsce już działa. Przyjrzyjmy się tym społecznościom, sprawdźmy, w jakich warunkach ten system się sprawdza, a w jakich byłby niedobry. Ale w tak dużym kraju jak Polska zunifikowane, centralne rozwiązania są trudne do wprowadzenia - mówi. - Zostawmy więc jak największy margines działania lokalnym społecznościom. Nasze szkoły i tak się różnią, niech różnią się mądrze, z pożytkiem dla uczniów.

Jej "centralne" priorytety, na których wprowadzenie daje sobie cztery lata, to obniżenie o rok wieku szkolnego i zmiana charakteru gimnazjów.

- Powinny to być szkoły, w których uczeń już zaczyna się specjalizować i rozwija swoje zainteresowania. Wtedy szkoła średnia mogłaby być w końcu kontynuacją tego, co uczeń robił w gimnazjum. Bo teraz wygląda to tak, że w jednej i drugiej szkole uczniowie po łebkach powtarzają to samo od początku.

Prezes ZNP Sławomir Broniarz był na spotkaniu z nową minister. - Mówiła bez mikrofonu, ale tak głośno, że aż w uszach dźwięczało. Niestety był tylko jeden konkret. Mówiła, że chce zlikwidować ośrodki dla niepokornej młodzieży, które wprowadził Giertych. Mnie się to akurat podoba, bo to tylko wylęgarnie kryminalistów. Z kolei "Solidarność" była z tego niezadowolona. O płacach było niekonkretnie, o bonie edukacyjnym niekonkretnie - wylicza Broniarz. - Zapowiedziała dyskusje na trudne tematy. Zobaczymy, czy dotrzyma słowa. Miałem wrażenie, że jest nieobecna duchem, nie robiła żadnych notatek. Z drugiej strony po Giertychu każdy minister będzie lepszy. Ona ma przynajmniej nieporównywalnie większe przygotowanie merytoryczne do tego stanowiska.

Jeden z bliskich współpracowników premiera Tuska: - Dyskutowaliśmy o kandydaturze Jarosława Gowina na to ministerstwo. Sławek Nowak rzucił: może Katarzyna Hall? Donald podchwycił ten pomysł, bo chociaż nie są bliskimi znajomymi, pamiętał ją z czasów, gdy zakładała te swoje szkoły. I pamiętał, jak ostro pojechała z Giertychem przy sprawie samobójstwa tej dziewczynki z gimnazjum. Premier powiedział coś takiego: to najbardziej uparta baba, jaką znam, takiej nam potrzeba.


Problem w garderobie

Po dwóch tygodniach urzędowania Katarzyna Hall w końcu wybrała się na weekend do domu. W pociągu odłożyła wreszcie na bok literaturę pedagogiczną i przeczytała kupiony na dworcu kryminał Agathy Christie. W domu ugotowała obiad i wyrwała się na zakupy.

- Całe życie ubierałam się tak samo, teraz mam problem...

W niedzielne popołudnie szykuje się do powrotu do Warszawy. Pusto, mąż gdzieś w Polsce, pojechał na wykład, dzieci też mają swoje sprawy.

- To są te grobowce Kończów - pokazuje zdjęcia. - Dzieci, dzieci... O, tu na polowaniu z ojcem, ta z tyłu to moja siostra. A tu z Olkiem w Burgundii.

I jeszcze małe zdjęcie, jakby robione do dowodu, w drewnianej ramce. Na fotografii mężczyzna o pociągłej twarzy. Młody, ale poważny.

- A to jest Jaś.

- Uda się czy polegnie pani w tym ministerstwie?

- Jestem optymistką.

Nauczyciel z Gdańska z 20-letnim stażem: - Mnie wystarczy, że ministrem będzie w końcu ktoś normalny. Niech ograniczy biurokrację i podniesie zarobki, a wszyscy będą zadowoleni. Mam 2 tysiące pensji na rękę. Tysiąc złotych podwyżki to nie byłaby żadna łaska.

Źródło: Duży Format

Offline Ulka

  • User z prawami do pisania
  • Rozgadany Weteran
  • *******
  • Wiadomości: 10988
Artykuły - Nowości szkolne
« Odpowiedź #534 dnia: Grudzień 12, 2007, 10:10:01 pm »
MEN ma gest, ale bez sensu

Marcin Markowski
 
Ci, którzy widzą, dostali sprzęt do brajla. Ci, którzy słyszą i mówią - zestawy do języka migowego. A ci na wózkach - narzędzia do badań w terenie
 
Koniec 2005 r. Dyrektorka Zespołu Szkół Specjalnych nr 5 w Łodzi Anna Burdyka odbiera telefon z kuratorium. - Pytali, czego mi trzeba, bo są pieniądze z Unii. Ponad 100 tys. zł tylko dla mojej szkoły! Tyle co nowy mercedes! Pomyślałam: wreszcie będę miała w pracowniach full wypas.

Uczniowie "Piątki" są upośledzeni umysłowo lekko i umiarkowanie. Wielu z ADHD i padaczką. Burdyka zamówiła głównie przyrządy do ćwiczeń.

Przeglądarka za 4,2 tys. zł!

Paczki przyszły w styczniu 2006 r. Burdyka: - Szok! Jakieś plansze, kable, kalendarze, ludziki, szablony... Większość rzeczy absolutnie nieprzydatna! Np. zestawy do nauki języka migowego, choć żaden z moich uczniów nie musi się go uczyć.

Dyrektorów obdarowanych szkół zdumiały ceny.

Burdyka: - Pudełko z elementami do nauki znaków drogowych za 1035 zł! Tyle zarabia pan Adam, szkolny konserwator, który pomagał mi rozpakowywać dary. Aż mi wstyd było.

Pomoce dydaktyczne dostało 1350 szkół specjalnych i integracyjnych w całym kraju. Projekt koordynuje MEN. Do czerwca 2008 r. ma wydać 472 mln zł; w 75 proc. to pieniądze z Unii Europejskiej. Dotychczas MEN kupił tych pomocy za 200 mln zł.

Już na początku 2006 r. dyrektorzy ośmiu łódzkich szkół napisali do ministra edukacji, że MEN źle wydaje te pieniądze. Sprzęt jest archaiczny, w dodatku niebotycznie drogi - piszą. Przykłady: plastikowa przeglądarka do 17 obrazków - 4,2 tys. zł (przeciętny odtwarzacz DVD kosztuje 300 zł); 20 kompletów domina z magnesami - 3 tys. zł, podczas gdy w sklepie komplet kosztuje ok. 15 zł!

Resort uspokajał: "Dokonane zostaną korekty w zestawach, (...) aby następne były w pełni przydatne i nie budziły zastrzeżeń".

Zbadajcie gęstość gleby

Po kilku miesiącach szkoły dostają kolejne pomoce. - Znów osłupieliśmy - mówią nauczyciele z łódzkiej "Piątki". - Dostaliśmy sprzęt do badania gęstości gleby. Zbyt skomplikowany dla uczniów upośledzonych umysłowo. Albo czujnik ciśnienia absolutnego. Do obserwacji ciśnienia bardziej przydaje się materac, który można pompować.

Gimnazjum nr 43, gdzie zdrowi uczą się z niepełnosprawnymi fizycznie, dostało m.in. sprzęt do badań w terenie. - Nam niepotrzebny, bo samo wyjście ze szkoły uczniów na wózkach zajęłoby całą lekcję - mówi dyrektor Krzysztof Jurek.

Łódzkiej integracyjnej Szkole Podstawowej nr 111 podarowano sprzęt dla niewidomych: notesy brajlowskie z syntezatorem mowy, urządzenia czytające tekst z komputera i przekształcające go w znaki brajlowskie. Tyle że nie tu ma żadnego ucznia niewidomego!

W październiku 2006 r. szkoła napisała do MEN, żeby przekazać sprzęt tam, gdzie się przyda. - Do dziś nie ma odpowiedzi. A niedawno szkoła dla niewidomych w Laskach straciła pomoce w pożarze. Może MEN oddałby ten sprzęt Laskom - mówi dyrektorka Małgorzata Tomaszewska.

Za wydawanie milionów na pomoce dydaktyczne i przetargi na ich dostarczenie odpowiada departament kształcenia ogólnego i specjalnego MEN. Chcieliśmy zapytać: •  Dlaczego szkoły dostają nieprzydatny sprzęt? •  Kto sprawdzał, ile podobne pomoce kosztują w firmach, które nie startują w przetargach? •  Czy zakupy MEN odpowiadają zamówieniom szkół?

Ceny rzeczywiste, bo z katalogu

Sekretarka nie dopuszcza do rozmowy z urzędnikami. Odsyła do biura prasowego. Biuro odpisuje, że MEN poprosił kuratorów o "zebranie danych z placówek", które "wnikliwie analizował".

A ceny? "Zostały określone na podstawie cen katalogowych, są więc rzeczywiste". Kto je określił? Czy chodzi o katalogi firm startujących w przetargach? MEN nie wyjaśnia.

Głównym dostawcą jest Edukacja Polska. - Nasze wyroby są droższe od tandetnych pomocy dydaktycznych z poprzedniej epoki, ale na nieporównanie wyższym poziomie technologicznym, merytorycznym i jakościowym - tłumaczy wysokie ceny Krzysztof Bochus z Edukacji Polskiej. - Cena katalogowa to cena ofertowa, po jakiej producenci sprzedają wyroby wszystkim kontrahentom, w tym resortowi edukacji.

Pytamy dyrektorów, co by kupili, gdyby sami mogli wydać pieniądze z UE. Burdyka: - Ławki z regulowanymi blatami. Lektury, kredki, plastelinę, farby, pędzle, glinę, tusz do drukarek. Tego idą tony.


Dyrektorzy szkół integracyjnych dodają: pracownie do rehabilitacji, tartanowe nawierzchnie na boiska, tablice interaktywne i komputery dla uczniów nieporuszających rękami. - Są takie. Drogie, ale pieniędzy wydanych na nieprzydatne pomoce by wystarczyło - mówi dyrektor Jurek.


Źródło: Gazeta Wyborcza 12.12.2007r
Ulka-Darek30mpdz & Magda31 &   wspomnienia

Offline Emilianka

  • User z prawami do pisania
  • Wyjadacz
  • *****
  • Wiadomości: 3124
Artykuły - Nowości szkolne
« Odpowiedź #535 dnia: Grudzień 14, 2007, 08:54:28 am »
Do artykułu Ulki:

MEN oddaje miliony z UE szkołom

To samorządy i szkoły będą wydawać pieniądze z UE na pomoce dydaktyczne, a nie centralnie Ministerstwo Edukacji - zdecydowała wczoraj minister edukacji Katarzyna Hall.

To efekt naszej wczorajszej publikacji. Napisaliśmy, że MEN w dziwny sposób wydał już 200 z 472 mln zł na pomoce dydaktyczne dla szkół specjalnych i integracyjnych. Uczniowie, którzy widzą, dostali sprzęt do brajla, ci, którzy słyszą i mówią - zestawy do języka migowego, a ci na wózkach - narzędzia do badań w terenie. Niewykorzystywanego sprzętu MEN z obdarowanych szkół od prawie dwóch lat nie odebrał.

To nie wszystko. Dyrektorzy szkół mówili nam, że wiele zakupionych pomocy jest archaicznych i nieprzydatnych, a do tego bardzo drogich, np. plastikowa przeglądarka do 17 obrazków za 4,2 tys. zł (przeciętny odtwarzacz DVD kosztuje 300 zł) czy 20 zestawów domina z magnesami za 3 tys. zł (w sklepie komplet kosztuje 15 zł).

Wczoraj MEN wydał komunikat: "Zakup sprzętu (...) odbywał się dotychczas na poziomie centralnym. (...) W opinii obecnego ministra procedura jest nieskuteczna i doprowadza do nieefektywnej alokacji środków. Ministerstwo uznając, że to lokalne społeczności najlepiej znają potrzeby konkretnych placówek, zamierza odejść od zakupów centralnych i planuje przekazanie samorządom oraz szkołom zadań." Resort "dołoży wszelkich starań", aby ze sprzętu już kupionego był pożytek. Ten z magazynów zostanie przekazany do szkół, w których się przyda.

- Świetna decyzja! O to chodziło. My lepiej wiemy, czego trzeba naszym uczniom. Pieniądze się nie zmarnują - komentuje Małgorzata Tomaszewska, dyrektorka podstawówki nr 111 w Łodzi, która dostała m.in. sprzęt do brajla, choć nie ma żadnego ucznia niewidomego.

O kwestii wysokich cen pomocy szkolnych dostarczonych przez m.in. firmę Edukacja Polska komunikat milczy.

Źródło: Gazeta Wyborcza


i jeszcze o tym:


MEN: koniec centralnych zakupów sprzętu dla uczniów niepełnosprawnych

Offline Emilianka

  • User z prawami do pisania
  • Wyjadacz
  • *****
  • Wiadomości: 3124
Artykuły - Nowości szkolne
« Odpowiedź #536 dnia: Grudzień 19, 2007, 09:45:04 am »
Dzwonek i koniec

Czy praca domowa jest nielegalna? Tak podejrzewa Rzecznik Praw Ucznia. Właśnie zaczął batalię o uznanie odrabiania lekcji za nieobowiązkowe

Co robią uczniowie, gdy wychodzą ze szkoły? Odpowiedź jest prosta - wracają do domu i znowu siadają do nauki. Czasami na wiele godzin. Że tak nie powinno być, są pewni rodzice, którzy w ostatnim czasie zasypali skargami Biuro Rzecznika Praw Ucznia i Rodzica. Krzysztof Olędzki postanowił zbadać sprawę i doszedł do wniosku, że prace domowe są nielegalne. - Urząd, a szkoła jest urzędem, może robić tylko to, do czego ma uprawnienia. Nie ma przepisów dających jej prawo zadawania prac domowych - twierdzi. Jego zdaniem zmuszanie uczniów do odrabiania lekcji w domu to wręcz ograniczanie wolności i prawa do wypoczynku dzieci, o którym mówi art. 31 Konstytucji i art. 31 Konwencji Praw Dziecka. - Wielu uczniów poświęca na naukę nawet kilkanaście godzin dziennie, uczy się siedem dni w tygodniu - dodaje.

Olędzki postanowił działać. Już dziś skieruje do rzecznika praw obywatelskich pismo z prośbą o zbadanie legalności obowiązkowych prac domowych. Lada dzień ma też spotkanie się w tej sprawie z minister edukacji Katarzyną Hall.

Czy rzeczywiście prace domowe zatruwają życie uczniów? Wpisy na forum Biura Praw Ucznia i Rodzica świadczą, że tak.
- Mój syn tylko odrabia lekcje. Dobrze się uczy, ale widzę, jaki jest zmęczony. Dziecko nie ma dzieciństwa, nie ma wolnego weekendu - denerwuje się internautka "oroja". Piętnastoletni Maciek z Giżycka: - Z matmy co najmniej trzy zadania, z polskiego wypracowanie i analiza tekstu, z biologii - notatka do tematu, bo nauczycielka nie zdążyła na lekcji, z chemii - 3 zadania, z historii - notatka z rozdziału z podręcznika. A przecież to tylko prace domowe, do tego jeszcze nauka - relacjonuje swój wieczór gimnazjalista.

Co będzie jeśli MEN i rzecznik praw obywatelskich Janusz Kochanowski uznają skargi za zasadne? Praca domowa zostałaby w szkołach, tyle że... nieobowiązkowa. Nauczyciele nie mogliby wtedy karać złymi ocenami za jej brak.

- Przecież nie zadajemy ich złośliwie! - mówi Anna Janecka, nauczycielka przyrody z Łodzi. - One są dla ucznia: pomagają utrwalić wiedzę, przygotowują do samodzielnej pracy, uczą odpowiedzialności. Ich ocenianie ich jest potrzebne - protestuje.

Jednak eksperci problem dostrzegają: - Rzeczywiście, zdarza się, że dziecko z podstawówki ślęczy nad pracami domowymi po 4 godziny. Ale nie wyobrażam sobie, że dzieci miałyby nie wykonywać samodzielnych prac czy pisać wypracowań. Warto to zmieniać, ale rozsądnie - uważa Irena Dzieżgowska była sekretarz stanu w MEN.

Przykłady zagraniczne pokazują, że można inaczej: - U nas problemem jest przeładowany program, żeby go zrealizować, nauczyciel musi zadawać do domu, bo inaczej z niczym by nie zdążył. Tymczasem w wielu krajach europejskich pracy domowej nie ma wcale, a jeśli jest, to w zupełnie innej formie: ciekawe projekty, doświadczenia, eksperymenty zamiast żmudnego wkuwania i odbębniania zadań - mówi Marta Kotarba, dydaktyk.

Źródło: Metro

Offline Emilianka

  • User z prawami do pisania
  • Wyjadacz
  • *****
  • Wiadomości: 3124
Artykuły - Nowości szkolne
« Odpowiedź #537 dnia: Grudzień 19, 2007, 09:46:56 am »
A tutaj też o pracach domowych, ale z prasy zagranicznej:

Koniec z odrabianiem lekcji?

The Guardian

Naukowcy alarmują: nadmiar zadań domowych zniechęca dzieci do nauki, a ponadto powoduje kłótnie w rodzinie. I proponują: lepiej żeby po szkole pociechy gotowały, piekły chleb, chodziły na wystawy albo na spacer.

Kreatywne zadania domowe to według Brytyjczyków metoda, by zapobiec dziecięcej awersji do nauki.

Dziewięcioletnia Amelia Warren kończy zajęcia o 18.20. Po powrocie do domu zabiera się za odrabianie zadań z czytania, pisania i liczenia. W weekendy, pomiędzy zajęciami z tańca a treningiem piłkarskim, przygotowuje się do lekcji. "Nie chcę, żeby nauka stała się dla niej udręką. Mogłaby się przez to zniechęcić - mówi mama Amelii, Laura. - Pracuję do późna. Lepiej, żeby czas, który spędzam z córką, nie mijał nam na awanturach o prace domowe".

ak wynika z kontrowersyjnej książki "The Homework Myth", napięcia w rodzinie to tylko jeden z wielu negatywnych skutków zadawania dzieciom prac domowych. Nadmierne wymagania nauczycieli odpychają je od nauki i nie wpływają na poprawę wyników. Wnioski z badań, jakie zaprezentował amerykański naukowiec Alfie Kohn, wywołały burzliwe dyskusje w mediach. Jak informuje "Wall Street Journal", niektóre spośród najlepszych szkół w Stanach Zjednoczonych zamierzają ograniczyć bądź całkiem wyeliminować naukę poza swymi murami. "Zaskakuje nie tyle liczba minusów pracy domowej, co brak jakichkolwiek jej zalet - twierdzi Kohn. - Nie ma takiego opracowania naukowego, które pokazałoby korzyści płynące z zadawania prac domowych w podstawówkach".

Okazuje się, że w Wielkiej Brytanii - gdzie od dziewięciu lat istnieje obowiązek odrabiania lekcji, obejmujący nawet pięciolatków - wielu nauczycieli zrezygnowało z tradycyjnych zadań domowych na rzecz zabawy, w której uczestniczą zarówno dzieci, jak i rodzice. Jedna z londyńskich podstawówek zamieniła niekończące się słupki i ćwiczenia ortograficzne na wycieczki do muzeum i zadania z gotowania.

W opinii Kohna nawet takie polecenia to dla dzieci zbyt wiele. Autor zamierza wygłosić w tym roku kilkadziesiąt wykładów mających przekonać rodziców do buntu przeciwko pracom domowym. "Trzeba dać dzieciakom szansę wypoczynku po całym dniu szkoły" - mówi Kohn. Jego zdaniem po powrocie do domu uczniowie podstawówek powinni najwyżej czytać dla przyjemności.

"Praca domowa to istotna część systemu edukacji - twierdzi tymczasem urzędnik z brytyjskiego Ministerstwa Edukacji. - Dobrze zorganizowany program pomaga dzieciom i młodzieży rozwijać umiejętności i postawy, które będą im potrzebne w późniejszej nauce".

Pogląd ten podziela wielu rodziców. Andy Hibberd, współzałożyciel Parent Organisation, uważa, że jego synowie czerpią ogromne korzyści z lekcji odrabianych w domu. - Kiedy pójdą do gimnazjum, a potem do liceum i na studia, będą musieli odrabiać prace domowe - przekonuje Hibberd. - Dziesięć minut domowej nauki dziennie żadnemu dziecku nie zaszkodziło.

Offline Gaga

  • Administrator
  • Rozgadany Weteran
  • *****
  • Wiadomości: 26487
Artykuły - Nowości szkolne
« Odpowiedź #538 dnia: Grudzień 19, 2007, 02:03:07 pm »
Ja mam jeszcze jeden....
Cytuj
Rzecznik Praw Ucznia: prace domowe są nielegalne
PAP 00:10

Czy praca domowa jest nielegalna? Tak podejrzewa Rzecznik Praw Ucznia. Właśnie zaczął batalię o uznanie odrabiania lekcji za nieobowiązkowe. Jak podaje "Metro", jego raport trafi do Rzecznika Praw Obywatelskich, potem do dyskusji w MEN.

http://wiadomosci.wp.pl/wiadomosc.html?kat=1342&wid=9500173&rfbawp=1198054687.749&ticaid=15062  

 Co robią uczniowie, gdy wychodzą ze szkoły? Odpowiedź jest prosta - wracają do domu i znowu siadają do nauki. Czasami na wiele godzin. Że tak nie powinno być, są pewni rodzice, którzy w ostatnim czasie zasypali skargami Biuro Rzecznika Praw Ucznia i Rodzica. Krzysztof Olędzki postanowił zbadać sprawę i doszedł do wniosku, że prace domowe są nielegalne.

Urząd, a szkoła jest urzędem, może robić tylko to, do czego ma uprawnienia. Nie ma przepisów dających jej prawo zadawania prac domowych - twierdzi rozmówca gazety.

Jego zdaniem zmuszanie uczniów do odrabiania lekcji w domu to wręcz ograniczanie wolności i prawa do wypoczynku dzieci, o którym mówi art. 31 Konstytucji i art. 31 Konwencji Praw Dziecka. Wielu uczniów poświęca na naukę nawet kilkanaście godzin dziennie, uczy się siedem dni w tygodniu - dodaje. (PAP)

 I popieram Rodziców że piszą skargi.
Program przeładowany,zamiast w domu wypocząć,to kolejne godziny spędza dziecko
nad zadaniami,pracami .
Pozdrawiam :))
"Starsza Jesienna Miotełka"

Offline Emilianka

  • User z prawami do pisania
  • Wyjadacz
  • *****
  • Wiadomości: 3124
Artykuły - Nowości szkolne
« Odpowiedź #539 dnia: Grudzień 20, 2007, 08:06:55 am »
Wcześniej do szkoł, koniec zerówek

- Wyślemy sześciolatki do szkoły - mówi minister edukacji Katarzyna Hall. Wycofuje się z obowiązkowego przedszkola dla 5-letnich dzieci

- Obniżenie wieku szkolnego to najtańszy, najprostszy i najskuteczniejszy sposób na wyrównanie szans edukacyjnych - powiedziała wczoraj minister edukacji Katarzyna Hall na spotkaniu z dziennikarzami. We wtorek zapowiadała w Sejmie, że od 2009 r. chce posłać pierwszy rocznik sześciolatków do szkoły podstawowej (dziś chodzą do zerówek). Wczoraj wyjaśniała, że nie wszystkie dzieci naraz. Plany są dwa.

Dwuletni. MEN podzieli sześciolatków w 2009 r. na dwie grupy. Dzieci urodzone do czerwca zaczną szkołę razem z siedmiolatkami. Dzieci urodzone od lipca do grudnia poczekają ten rok w zerówkach i zaczną edukację dopiero w wieku 7 lat. Ale - uwaga - razem z całym kolejnym już rocznikiem sześciolatków.

Czteroletni. Od 2009 do 2012 r. co rok coraz większa grupa sześciolatków będzie przyłączana do idących do pierwszej klasy siedmiolatków (w pierwszym roku np. jedna czwarta, w drugim połowa itd.).

Wszystko dlatego, że jednorazowa zmiana - wprowadzenie do szkół naraz całego dodatkowego rocznika maluchów - byłaby za trudna finansowo i technicznie (za mało szkół, za mało nauczycieli). Ile przyspieszenie szkoły ma kosztować? MEN tego jeszcze nie policzył. Najpierw - zapowiada minister Hall - zostaną przygotowane nowe programy szkolne.

Wczoraj minister prostowała też własną zapowiedź z Sejmu, że wprowadzi obowiązkowe przedszkole dla 5-latków.

- Będziemy promowali przedszkola, ale nie będzie obowiązku - mówiła. I zapowiedziała koniec zerówek. - To pomyłka. Dzieci idą do szkoły z zerówek tak nierówno przygotowane, że w pierwszej klasie i tak muszą powtarzać program. Obowiązkowe zerówki wprowadziła Krystyna Łybacka, minister edukacji w rządzie SLD (mogą być albo w szkołach, albo w przedszkolach, płaci samorząd, nie państwo).

Źródło: Gazeta Wyborcza

Mulesia

  • Gość
Artykuły - Nowości szkolne
« Odpowiedź #540 dnia: Grudzień 20, 2007, 09:13:33 am »
Wyobrażacie sobie ten bałagan przy dzieleniu dzieci? Rodziców zabiegających o to , by ich dziecko poszło do szkoły ( albo przeciwnie, by zostało w przedszkolu) ?
Dlaczego wszystkie nowości edukacyjne są u nas wprowadzane " na wariata ". Mają charakter eksperymentu. Czy naprawdę nie można  najpierw przemyśleć sprawy i stworzyć warunki, a później cały rocznik posłać wcześniej do szkoły?
Nie oceniam pomysłu tylko plany jego wykonania, a te moim zdaniem są do niczego.

Offline Gaga

  • Administrator
  • Rozgadany Weteran
  • *****
  • Wiadomości: 26487
Artykuły - Nowości szkolne
« Odpowiedź #541 dnia: Grudzień 30, 2007, 12:47:49 pm »
29 grudnia 2007

20-letni geniusz będzie pracował dla minister edukacji

Mistrz świata w programowaniu, 20-letni student Filip Wolski, będzie pracował dla MEN - donosi "Dziennik".


Filip Wolski jest jednym z najlepszych na świecie informatyków. Na swoim koncie ma mistrzostwo świata w programowaniu komputerowym. W ubiegłym roku zdobył złoty medal na międzynarodowej olimpiadzie informatycznej.
Teraz Wolski będzie doradzał minister edukacji Katarzynie Hall. Ma przygotować program, który pozwoli zewidencjonować polskie szkoły oraz uczniów. Choć oficjalnie nie jest jeszcze zatrudniony, to pracę nad projektem już zaczął.

Wolski mówi, że program, który przygotowuje, pozwoli na bieżąco opisywać szkoły, a także ich uczniów. Informatyk chce, by baza danych była spójna z innymi programami, na przykład z elektronicznym planem zajęć czy programem do księgowości.

Na początku 2008 roku Filip Wolski dołączy do gabinetu politycznego minister edukacji. Zostanie zatrudniony na pół etatu, by mógł równocześnie kontynuować studia informatyczno-matematyczne. Wolski mówi, że wie, iż czekają go ministerialne kolegia, ale do całej sprawy podchodzi na luzie. Zarzeka się, że nie interesuje go kariera polityczna. (IAR)
Pozdrawiam :))
"Starsza Jesienna Miotełka"

Offline Gaga

  • Administrator
  • Rozgadany Weteran
  • *****
  • Wiadomości: 26487
Artykuły - Nowości szkolne
« Odpowiedź #542 dnia: Grudzień 31, 2007, 08:45:33 am »
To juz zklepane zmiany  :roll:

We wrześniu do szkół pójdą pierwsi sześciolatkowie
(fot. JupiterImages/EAST NEWS)

 Rząd zapowiada wprowadzenie obowiązku szkolnego od szóstego roku życia. "Polska" jako pierwsza dotarła do programu obniżenia wieku szkolnego, który opracowało Ministerstwo Edukacji Narodowej.


Reforma rozpocznie się już w przyszłym roku. We wrześniu do szkół pójdą pierwsi sześciolatkowie. O wcześniejszej edukacji dzieci zadecyduje nie rząd, ale rodzice. To od ich oceny dojrzałości dziecka będzie zależało, czy maluch włoży mundurek i założy tornister na plecy, by z przedszkolaka przeobrazić się w poważnego pierwszaka.

Tak będzie przez pierwsze cztery lata reformy edukacyjnej. Wszystkie kolejne roczniki rozpoczynające naukę po 1 września 2011 r. nie będą mogły liczyć na miękkie serce rodziców. Mama i tata już nie przedłużą im beztroskiego dzieciństwa. Nauka dla sześciolatków stanie się obowiązkiem, od którego nie będzie można się uchylić - podaje dziennik "Polska". (PAP)
Pozdrawiam :))
"Starsza Jesienna Miotełka"

Offline Emilianka

  • User z prawami do pisania
  • Wyjadacz
  • *****
  • Wiadomości: 3124
Artykuły - Nowości szkolne
« Odpowiedź #543 dnia: Grudzień 31, 2007, 10:08:15 am »
Polska: Sześciolatki do szkół

Rząd zapowiada wprowadzenie obowiązku szkolnego od szóstego roku życia. Dziennik "Polska" dotarł do programu obniżenia wieku szkolnego, który opracowało Ministerstwo Edukacji Narodowej. Wynika z niego, że o pójściu 6-latka do szkoły zadecydują rodzice.

Reforma rozpocznie się już w przyszłym roku. We wrześniu do szkół pójdą pierwsi sześciolatkowie. O wcześniejszej edukacji dzieci zadecyduje nie rząd, ale rodzice. To od ich oceny dojrzałości dziecka będzie zależało, czy maluch włoży mundurek i założy tornister na plecy, by z przedszkolaka przeobrazić się w poważnego pierwszaka.

Tak będzie przez pierwsze cztery lata reformy edukacyjnej. Wszystkie kolejne roczniki rozpoczynające naukę po 1 września 2011 r. nie będą mogły liczyć na miękkie serce rodziców. Mama i tata już nie przedłużą im beztroskiego dzieciństwa. Nauka dla sześciolatków stanie się obowiązkiem, od którego nie będzie można się uchylić.


Przebieg reformy

Dokładny kalendarz ministerialny przedstawia się następująco:


1 września 2008 r. - do szkoły idą dzieci rodziców, którzy wyrażą taką wolę. Uczą się jeszcze według programów dla siedmiolatków i dlatego rodzice mają decydować, czy puścić dziecko do szkoły.

1 września 2009 r. - wchodzi do szkoły reforma. Są już gotowe nowe podstawy programowe przystosowane dla sześciolatków, ale rodzice mogą jeszcze przytrzymać dzieci w domach.

1 września 2010 - drugi rok reformy. Nadal do szkół mogą iść siedmiolatki.

1 września 2011 - koniec możliwości wyboru. Nauka dla sześciolatków jest obligatoryjna.

1 września 2012 - szkoła całkowicie zreformowana.

Offline Ulka

  • User z prawami do pisania
  • Rozgadany Weteran
  • *******
  • Wiadomości: 10988
Artykuły - Nowości szkolne
« Odpowiedź #544 dnia: Styczeń 08, 2008, 10:59:24 pm »
EDUKACJA | Obniżenie wieku szkolnego

Maturę będą zdawać 17-letni uczniowie
Już w marcu mają być gotowe założenia zmian w systemie oświaty, które umożliwią sześciolatkom rozpoczęcie nauki w szkole podstawowej. Nie wydłuży się jednak okres pobierania tam nauki.

Projekt założeń do reformy systemu oświaty zmierzającej do obniżenia wieku szkolnego do sześciu lat ma trafić pod obrady rządu w marcu. Przewiduje, że pierwsze sześciolatki obowiązkowo pójdą do szkoły w 2011 roku. Resort edukacji chce jednak, żeby nauka w szkole podstawowej nadal trwała sześć lat. Maturę będą więc zdawać siedemnasto- i osiemnastolatkowie.

Profesor Krzysztof Konarzewski z Instytutu Psychologii Polskiej Akademii Nauk uważa, że to dobra decyzja. Jego zdaniem w Polsce nauka w szkole trwa za długo, bo osoba, która jest pełnoletnia i ma prawo głosować w wyborach, nie powinna wciąż siedzieć w ławce i słuchać reprymend nauczyciela.

Ponadto każdy rok wydłużenia edukacji rodziłby dodatkowe koszty dla budżetu.

- Gdyby resort włączył zerówkę do szkoły podstawowej i wydłużył okres nauki do siedmiu lat, musiałby znacząco zwiększyć wydatki na oświatę - mówi Marek Olszewski z Komisji Wspólnej Rządu i Samorządu.

Standardowy koszt nauki ucznia szkoły podstawowej w tym roku wynosi 3,3 tys. zł. Gdyby utrzymał się na tym poziomie, to w 2011 roku subwencja z tytułu objęcia obowiązkiem nauki sześciolatków musiałaby wzrosnąć o co najmniej 1,2 mld zł. W tym roku będzie bowiem ponad 360 tys. sześciolatków.

Irena Dzierzgowska, była wiceminister edukacji, zauważa, że obniżenie wieku szkolnego będzie dużym wyzwaniem dla samorządów.

- Przed podjęciem ostatecznej decyzji muszą być wykonane szczegółowe analizy możliwości lokalowych poszczególnych szkół i gmin - tłumaczy.

W szkole bowiem w ciągu dwóch lat poprzedzających reformę pojawią się dwa roczniki uczniów. A przeciętny rocznik to około 350 tys. dzieci. O tyle maksymalnie może zwiększyć się liczba uczniów w dotychczasowych placówkach. Zdaniem Ireny Dzierzgowskiej resort powinien też określić standardy organizacyjne, na przykład liczebności klas pierwszych nieprzekraczających 18 dzieci.

Natomiast Monika Ebert z Federacji Inicjatyw Oświatowych uważa, że obniżenie wieku szkolnego musi zostać poprzedzone obowiązkową zerówką dla pięciolatków wprowadzoną co najmniej rok przed terminem przejścia sześciolatków do szkół.

SZERSZA PERSPEKTYWA

W większości krajów europejskich, np. Norwegii, Holandii, Francji, obowiązek szkolny rozpoczyna się w wieku 6 lat i trwa do 16 roku życia. Na przykład w Szwecji, to jednak rodzice decydują, czy dziecko pójdzie do pierwszej klasy w wieku sześciu czy siedmiu lat. Jego obowiązkowa nauka musi trwać 9 lat, czyli do 15 lub 16 roku życia. Natomiast w Finlandii, kraju którego uczniowie uzyskują najlepsze wyniki na testach PISA (badają umiejętności i wiedzę uczniów), obowiązkiem szkolnym objęte są dzieci w wieku od 7 do 16 lat.
Ulka-Darek30mpdz & Magda31 &   wspomnienia

Offline Emilianka

  • User z prawami do pisania
  • Wyjadacz
  • *****
  • Wiadomości: 3124
Artykuły - Nowości szkolne
« Odpowiedź #545 dnia: Styczeń 14, 2008, 11:06:46 am »
MEN: dopuszczanie podręczników do użytku bez zbędnej zwłoki

MEN podjęło kroki mające na celu usprawnienie podejmowania decyzji w sprawie dopuszczania podręczników do użytku szkolnego, tak by odbywało się ono "zgodnie z przepisami, ale bez zbędnej zwłoki" - poinformowała wiceminister edukacji Krystyna Szumilas.

W czwartek w Sejmie Szumilas odpowiadała na pytanie Agnieszki Kozłowskiej-Rajewicz (PO) dotyczące upolitycznienia procedury dopuszczania podręczników do użytku w związku z politykę kadrową prowadzoną w Ministerstwie Edukacji Narodowej w czasie gdy kierował nim Roman Giertych (czyli od maja 2006 r. do sierpnia 2007 r.).

Wiceminister mówiła, że proces podejmowania decyzji w sprawie podręczników wymaga dopracowania, m.in. poprzez zwiększenie liczby recenzentów (obecnie wymagane są trzy recenzje) oraz wprowadzenie nowej procedury - konfrontacji, gdy oceny zawarte w recenzjach są rozbieżne. "Podstawą decyzji nie może być widzimisie pracownika MEN" - podkreśliła Szumilas.

Poinformowała ona, że od maja do grudnia 2006 do MEN wpłynęło 120 wniosków o dopuszczenie podręczników, ministerstwo wydało w tym czasie 60 decyzji pozytywnych i 3 odmowne, pozostałe zostały do rozpatrzenia w roku następnym. W 2007 r. do MEN wpłynęło 150 nowych wniosków, wydano 112 pozytywnych decyzji, jedną pozytywną. Pozostałe są na etapie opiniowania lub podejmowania decyzji o wskazaniu recenzentów.

Średni czas dopuszczenia podręcznika w tym czasie to trzy-cztery miesiące; w przypadku niektórych procedura trwała tylko dwa miesiące, były też takie podręczniki gdy trwało to osiem-dziewięć miesięcy i nadal się nie zakończyło.

W październiku ub.r. "Gazeta Wyborcza" napisała, że zatrudniona w MEN jeszcze przez Giertycha, katechetka i działaczka Stowarzyszenia Rodzin Katolickich z Wrocławia Teresa Izworska od kwietnia odmawia atestu podręcznikowi do polskiego do V klasy szkoły podstawowej z popularnej serii "To lubię" Wydawnictwa Edukacyjnego.

Jak napisano w "GW", powodem była recenzja językoznawcy z Uniwersytetu Warszawskiego prof. Krystyny Waszak, która uznała, że podręcznik zawiera szkodliwe "propagandowe" treści ekologiczne i jest za mało patriotyczny. "W podręczniku nie istnieje Polska, prawie nie ma w nim Polaków - są ludzie i zwierzęta. To stawia pod znakiem zapytania sens jego publikacji" - taki fragment recenzji przytaczała gazeta.

Szumilas pytana w czwartek w Sejmie o wspomniany podręcznik poinformowała, że na trzy opinie recenzentów zamówione w okresie gdy MEN kierował Giertych dwie były pozytywne, jedna negatywna. "Dlatego wystąpiliśmy o dodatkową opinię rzeczoznawcy, która okazała się pozytywna i 13 grudnia podręcznik został dopuszczony do użytku szkolnego" - powiedziała.

Wiceminister opowiedziała się za tym, by w przyszłości tworzenie podstawy programowej nauczania było połączone z ekspercka oceną podręczników. Mówiła także, że potrzebne są szkolenia i nadzór merytoryczny nad pracą rzeczoznawców.

Według Szumilas, zmiany wymaga też zapis wprowadzony do ustawy o systemie oświaty za czasów Giertycha, zgodnie z którym szkoła wybiera do trzech podręczników do danego przedmiotu, które następnie obowiązują w niej przez trzy lata. DSR

Offline Emilianka

  • User z prawami do pisania
  • Wyjadacz
  • *****
  • Wiadomości: 3124
Artykuły - Nowości szkolne
« Odpowiedź #546 dnia: Styczeń 17, 2008, 10:19:08 am »
MEN chce punktować dobroczynność

Rozmaite formy charytatywnej pomocy podejmuje blisko 5,5 mln Polaków - w większości studentów i uczniów. Do tej pory ich działalność pozalekcyjna rzadko była doceniana przez szkołę. Teraz MEN postanowił to zmienić - pisze "Metro".

Według rozporządzenia resortu dyrektorzy szkół powinni premiować uczniowski wolontariat. W jaki sposób - zależy od poszczególnych kuratoriów. W dziewięciu województwach postanowiono, że punkty za wolontariat znajdą się na świadectwie. 15 stycznia zdecydowało się na to kuratorium lubelskie, dosłownie kilka dni temu - mazowieckie. Efekt? Ci, którzy pracują charytatywnie, mają większe szanse podczas rekrutacji do szkół średnich.

IV Liceum Ogólnokształcące w Słupsku już w tym roku szkolnym dodawało kandydatom 2 punkty, w większość zielonogórskich szkół średnich - nawet 5. To sporo, bo żeby dostać się do dobrego LO, potrzeba zwykle więcej niż 140 pkt. Liczy się każda ocena (np. piątka to 14 punktów) i wszystkie możliwe osiągnięcia - sportowe i naukowe. - Jeśli uczeń udziela się jako wolontariusz, też powinien mieć to na świadectwie - uważa Anna Żdan z biura prasowego MEN.

Stanowisko MEN cieszy uczniów. Ale nie wszyscy są zachwyceni. "Uczniowie już teraz biją się o każdy punkt. Dodatkowe ocenianie wolontariatu może sprawić, że dzieci będą się pchać do rozmaitych organizacji nie po to, by pomagać z potrzeby serca, ale by zyskać papierek" - mówi Piotr Zaczkowski z kuratorium w Katowicach. Tu jeszcze nie podjęto decyzji o dodatkowych punktach za prace społeczne.

"Poza tym nie ma żadnych przepisów, które mówią, ile jaka działalność jest warta, tyle samo punktów może mieć na świadectwie dziecko, które raz w życiu zrobiło sąsiadce zakupy i takie, które od lat współpracuje z np. niepełnosprawnymi" - argumentuje Zaczkowski.

"Z wolontariuszem, który pomaga wyłącznie ze względu na punkty na świadectwie nie będziemy mieli dobrej współpracy - obawiają się pracownicy płockiego centrum wolontariatu. Ale opinie w środowisku sa podzielone. - Nawet jeżeli trafiają do nas młodzi ludzie powodowani mało szlachetnymi pobudkami, zawsze jest szansa, że wolontariat zmieni coś w ich życiu i podejściu do świata i ludzi" - uważa Anna Strumińska, prezes Fundacji Pomocy Dzieciom Niepełnosprawnym "Hipoterapia".

PAP - Nauka w Polsce

Offline ilonadora

  • User z prawami do pisania
  • Rozgadany Weteran
  • *******
  • Wiadomości: 8423
    • http://wwwmojedzieciaki.blox.pl/html
Artykuły - Nowości szkolne
« Odpowiedź #547 dnia: Styczeń 22, 2008, 03:08:47 pm »
Upaństwowione dzieci


Do kogo należą dzieci? Coraz mniej do rodziców, a coraz bardziej do państwa
Urzędnik państwowy nie powinien mieć prawa do decydowania o tym, w jakim wieku dzieci idą do szkoły. Od tego są tylko rodzice.

Na posiedzeniu Sejmowej Komisji ds. Edukacji, Nauki i Młodzieży 18 grudnia ub. roku minister Katarzyna Hall przedstawiła zamierzenia swojego resortu. Do najważniejszych z nich należeć ma przeprowadzenie reformy obniżającej wiek szkolny z dotychczasowych siedmiu lat do sześciu, a także – najprawdopodobniej – wprowadzenie obowiązkowych przedszkoli dla pięciolatków.

Dzieci są nasze

Nie ma jeszcze wiążących ustaleń w tej sprawie, ale zakładamy, że zmiany będą wprowadzane etapami. Pierwsza grupa sześciolatków najprawdopodobniej pójdzie do szkoły 1 września 2009 r. – zapowiedziała Katarzyna Hall. Projekt reformy ma trafić do Sejmu już w marcu i, jak można przeczytać na internetowych stronach ministerstwa, "celem MEN jest doprowadzenie do sytuacji, w której pięcioletnie dzieci będą uczęszczały do przedszkola, co ma lepiej przygotowywać je do pójścia do szkoły, zarówno pod kątem intelektualnym, jak i ich rozwoju społecznego".

Związek Nauczycielstwa Polskiego idzie krok dalej i proponuje objęcie przymusem przedszkolnym wszystkich pięciolatków! Nawołuje również do upowszechnienia wychowania przedszkolnego dzieci w wieku trzech i czterech lat. Jednym z koronnych argumentów na rzecz przymusowego obniżenia wieku szkolnego i wcześniejszego rozpoczęcia edukacji ma być fakt, że tak jest w zdecydowanej większości krajów Unii Europejskiej.

Propozycje ministerstwa odbywają się bez jakiejkolwiek dyskusji. Nikt nie drze szat o to, czy rodzic jest zmuszony do wysłania dziecka do szkoły rok wcześniej, czy później, jakby to była kwestia nie tylko drugorzędna, ale wręcz czwartorzędna. Tymczasem to, kiedy dziecko pójdzie do szkoły, powinno zależeć tylko od rodziców. Może i pani minister ma rację, mówiąc, że dla dziecka będzie lepiej, jak rozpocznie naukę w wieku 6 lat. Ale nawet gdyby miała rację, to nie ona czy jakikolwiek inny urzędnik powinni o tym decydować, ale rodzice. Chyba że dzieci są państwowe, a nie rodziców.

We współczesnym świecie nie sposób walczyć ze wszystkimi nadużyciami władzy, ale w tym wypadku nie można pozostać obojętnym. Tu bowiem chodzi o nasze dzieci!

Od tego są rodzice


Dlaczego ministerstwo podejmuje inicjatywę, która podważa władzę rodzicielską? Jakim prawem urzędnicy w zamian za rodziców decydują, kiedy nasze, a nie państwowe dzieci usłyszą pierwszy dzwonek, czy w ogóle go usłyszą? Czy wkrótce prawa polskich rodziców będą takie, jak rodziców w Belgii, gdzie istnieją obowiązkowe przedszkola już dla trzylatków i każdą nieobecność rodzic musi wytłumaczyć przed urzędnikiem magistratu, a złe wytłumaczenie grozi poważnymi sankcjami. Przecież to jest odbieranie rodzicom radości z wychowywania własnych dzieci, skoro niemalże od początku rozwoju ich świadomości są przymusowo odbierane na jedną trzecią dnia albo i dłużej. Jak ma być zbudowana więź między rodzicami a dzieckiem, skoro wychowaniem dziecka zajmuje się ktoś obcy?

Artykuł 48. konstytucji RP mówi, że "rodzice mają prawo do wychowania dzieci zgodnie z własnymi przekonaniami. Wychowanie to powinno uwzględniać stopień dojrzałości dziecka, a także wolność jego sumienia i wyznania oraz jego przekonania". Jakim zatem prawem urzędnicy ministerstwa i posłowie mogą w zamian za rodziców decydować o tak ważnych sprawach?

Zarówno obowiązek szkolny, jak i traktowanie wszystkich dzieci w ten sam sposób pokazuje podejście państwa do tej kwestii. Za nic ma państwo to, że każde dziecko ma inną psychikę, inną dojrzałość, inną wrażliwość, której nikt nie zna lepiej niż rodzice. Dla państwa wszystkie dzieci są takie same, wszystkie są tym samym rocznikiem, który ma rozpocząć w danym roku edukację i tyle. Przecież pani minister Hall nie jest w stanie osobiście sprawdzić, czy wszystkie sześciolatki są gotowe do pójścia do szkoły, czy nie. A nawet gdyby poznała wszystkie dzieci i taką wiedzę posiadała, to i tak nie powinna o tym decydować. Od takich spraw są bowiem rodzice.

Dlaczego państwo, a nie Kościół

Jeśli przyjrzymy się problemowi edukacji i wychowania z szerszej perspektywy, to trudno nie zauważyć, że dzisiejsze – tak częste – narzekanie na młodzież, na brak kultury, rozwydrzenie, a nawet bandytyzm ma swoje źródła właśnie w odebraniu dominującej roli w wychowaniu rodzicom. Młodym kobietom, czyli matkom, stworzono zupełnie błędny wzorzec kulturowy, że ich kariera zawodowa, awanse, premie czy będąca kompletnie bezsensownym i jałowym sloganem niejaka samorealizacja, są najważniejsze, a największą przeszkodą w ich osiągnięciu może być to, że trzeba odebrać dziecko ze szkoły.

Państwo nie jest w stanie poradzić sobie z wychowaniem i edukacją naszych dzieci, i widać to coraz wyraźniej. Coraz większa liczba rodziców chce uczyć dzieci w domach lub posyłać do przykościelnych szkół, gdyż boją się o to, co może spotkać ich dziecko w szkole. Zabranie dziecka z systemu edukacji jest jednak niezwykle skomplikowane, przez co mało który rodzic ma tyle samozaparcia, aby skutecznie walczyć o coś, co powinno być jego świętym prawem, czyli o możliwość zdecydowania czego i w jakich warunkach będzie uczone jego dziecko. Państwo nie panuje nad niczym, a mimo to jeszcze wcześniej chce odbierać z domowego gniazda pociechy. Po co? Bo tak jest w Europie – odpowiada, co jest odpowiedzią godną politowania.

Mimo to wielu ludzi wciąż uważa, że przymus szkolny jest czymś pożytecznym i po prostu musi istnieć. Wcale tak nie jest. Po pierwsze dlatego, że odbiera i podważa władzę rodzicielską, niszczy autorytet rodzicielski i ich autonomiczność w stosunku do dziecka. Po drugie dlatego, że traktuje wszystkie dzieci w identyczny sposób. Po trzecie stwarza swego rodzaju iluzję, że skoro zdarzają się rodzice, którzy nie dbają o wykształcenie dzieci, to państwo musi o to dbać. A dlaczego akurat państwo, a nie Kościół, czy różnego rodzaju fundacje bądź stowarzyszenia edukacyjne? Po czwarte wreszcie popierając przymus szkolny i popierając uprawnienia państwa do edukowania młodzieży, chcąc nie chcąc godzimy się na powolne upaństwowienie własnego dziecka. Przywłaszczanie przez państwo władzy rodzicielskiej jest czymś nie tylko niemoralnym, ale wręcz sprzecznym z prawem naturalnym.

Znieść przymus

Naszym największym bogactwem są nasze dzieci – powtarza zdecydowana większość rodziców. Skoro tak, to może najwyższy czas odebrać państwu decydującą rolę w procesie kształcenia dzieci. Co bowiem zrobiliby pełnoletni ludzie, gdyby nagle uchwalono ustawę zobowiązującą wszystkich dorosłych obywateli do czytania rządowych lektur uchwalanych co roku przez państwo? Zapewne wybuchnąłby powszechny bunt. Dlaczego nie ma oporu wobec władzy, która narzuca lektury szkolne i cały system edukacji naszym największym skarbom, nie konsultując niczego z rodzicami?

Co jest zatem receptą na obecną sytuację? Odpowiedź jest prosta. Zamiast obniżać wiek szkolny oraz granicę rozpoczęcia przymusowej edukacji, należy tenże przymus znieść, aby o dzieciach i ich przyszłości lepiej lub czasem gorzej decydowali rodzice. Nawet gdyby urzędnicy zdecydowali lepiej, nie mają takiego prawa.


onet
"Być bohaterem przez minutę, godzinę, jest o wiele łatwiej niż znosić trud codzienny w cichym heroizmie."
Ilonadora i czwórka pociech

Offline Ulka

  • User z prawami do pisania
  • Rozgadany Weteran
  • *******
  • Wiadomości: 10988
Artykuły - Nowości szkolne
« Odpowiedź #548 dnia: Luty 11, 2008, 11:00:42 pm »
MEN: idzie reedukacja
 
Sześciolatki do szkoły w 2009 r., a licealiści do specjalnie profilowanych klas trzy lata później, do tego straż miejska na ulicach zatrzymująca wagarowiczów - to tylko kilka pomysłów na nową edukację minister Katarzyny Hall

Przecieki i zbiór nieuporządkowanych pomysłów - to do tej pory dochodziło do nas z MEN prowadzonego przez Katarzynę Hall. Wreszcie wczoraj, po blisko trzech miesiącach od zaprzysiężenia, minister edukacji przedstawiła swoją wizję szkoły.

Punkt pierwszy: sześciolatki do szkół. - Dzieci nie będą ślęczeć nad książkami, tylko uczyć się metodami pedagogiki zabawy - przekonywała do tego pomysłu Katarzyna Hall. Zaznaczyła, że zespoły ministerialnych specjalistów już pracują nad zmianami w programie nauczania początkowego.

- Widziałam, jak córka męczyła się w I klasie, a przecież miała siedem lat. Gdyby syn, który w przyszłym roku pójdzie do szkoły jako sześciolatek, musiał się zmierzyć z tym samym materiałem, byłoby ciężko - mówi z ulgą Agata Szymańska, mama Kasi i Kacpra.

Jak przebiegnie proces? MEN ma dwa projekty - podzieli sześciolatków na dwie grupy: urodzeni do czerwca zaczną szkołę razem z siedmiolatkami, urodzeni od lipca do grudnia poczekają w zerówkach i zaczną edukację dopiero w wieku siedmiu lat, ale razem z całym kolejnym rocznikiem sześciolatków. Drugi projekt zakłada rozłożenie procesu na cztery lata. Nie wiadomo jeszcze, jaki los czeka zerówki, ale minister Hall zapowiadała wcześniej, że docelowo mają zniknąć: - Będziemy promować przedszkola, choć nie będą obowiązkowe. Zerówki to pomyłka - mówiła. Tyle najmłodsi.

Punkt drugi: profilowanie klas w szkołach średnich. - Chodzi o to, aby licealiści nie wkuwali przez trzy lata wszystkiego, tylko wybierali moduły nauczania - mówi Hall. Dlatego po roku nauki w klasie pierwszej ogólnej każdy będzie mógł wybrać, co go bardziej interesuje. Czy to oznacza, że tym, którzy wybiorą nauki ścisłe, już po roku odpadnie historia? MEN nie chce mówić o szczegółach. Zapowiada tylko, że w marcu przedstawi wstępny projekt dotyczący nauki w liceach właśnie historii, a za pół roku innych przedmiotów. Zreformowane szkoły ponadgimnazjalne miałyby zacząć działać w 2012 r.

Punkt trzeci: nowa matura. - Nie może być tak, że niektórzy maturzyści wszystkie przedmioty zdają na poziomie podstawowym - twierdzi Katarzyna Hall. Dlatego od 2012 r. na maturze minimum jeden przedmiot z tych, które obowiązkowo wybiera maturzysta, będzie zdawany na poziomie rozszerzonym. Ale jeśli go nie zda i tak dostanie maturę.

Ta część planów resortu niepokoi uczniów, których dotyczy. - Najpierw obowiązkowa matma, a teraz znowu jakieś zmiany? - martwi się Sylwia Mazur z II klasy warszawskiego gimnazjum, której rocznik jako pierwszy zdawałby maturę po nowemu. - Skończy się na tym, że będziemy mieć więcej nauki - denerwuje się.

Jednak resort przekonuje, że zmiany są potrzebne. - Szkoła musi uczyć myślenia i dokonywania wyborów - twierdzi wiceminister edukacji Zbigniew Marciniak. - To zindywidualizuje proces kształcenia, wykluczy powtarzanie w kółko tej samej wiedzy na różnych etapach edukacji i lepiej przygotuje młodych ludzi do studiowania - przekonuje.

Ministerstwo Edukacji Narodowej ma też inne propozycje, mniej związane z nauczaniem. Proponuje, aby straż miejska legitymowała uczniów, sprawdzając, czy nie są oni na wagarach. Zdaniem urzędników to zdyscyplinuje uczniów i ukróci wagary. Ale rodzice buntują się. Nie chcą, aby ich dzieci traktować jak przestępców.


Źródło: Metro 11.02.2008r
Ulka-Darek30mpdz & Magda31 &   wspomnienia

Offline ilonadora

  • User z prawami do pisania
  • Rozgadany Weteran
  • *******
  • Wiadomości: 8423
    • http://wwwmojedzieciaki.blox.pl/html
Artykuły - Nowości szkolne
« Odpowiedź #549 dnia: Luty 12, 2008, 02:36:12 pm »
Koledzy z klasy mówią: Zwariował, że wrócił

 Rodzice Olka są lekarzami. Pracują w Newcastle. On też mógł mieszkać i uczyć się w Anglii, ale woli w Polsce



Wyjechałem z Łodzi przed czwartymi urodzinami - opowiada Aleksander Kucharski, 16-letni licealista o radiowym głosie. - Rodzice dostali pracę w Londynie. Po kilku latach wróciliśmy. W Łodzi dokończyłem podstawówkę i poszedłem do gimnazjum. Rok w gimnazjum i znów wyjazd do Anglii. Tym razem do Newcastle. Na stałe.

Zamieszkaliśmy w bliźniaku, przy samym morzu. Miałem swój pokój - jakieś dwadzieścia metrów z kominkiem - przed domem ogród. Na początku września odwiedziła nas pani Sandra. Powiedziała, że jest urzędniczką i pomoże znaleźć szkołę. Przyniosła foldery, informatory. Piła herbatę i opowiadała. Potem swoim fordem Ka zawiozła nas do kilku szkół. Ostatecznie wybraliśmy katolicką.

Zostałem uczniem drugiej klasy High School, odpowiednika naszego gimnazjum.

Tam szkoła katolicka różni się od zwykłej tym, że jest religia i krzyże w salach. Religii uczy zwykły nauczyciel, nie ksiądz czy katecheta. Nie ma też modlitw. W mojej klasie było kilku protestantów i muzułmanów. Poznawaliśmy Biblię, ale pamiętam też lekcje o synagogach czy bóstwach hinduskich. Żeby lepiej zrozumieć tę Biblię.

Najfajniejsza była stołówka

Pierwszego dnia do szkoły zawiozła mnie pani Sandra swoim fordem. Potem jeździłem już szkolnym busem. Kwadrans drogi.

Szkoła była olbrzymia. Półtora tysiąca uczniów. W Anglii to normalka - mało dużych szkół, a nie dużo małych, jak u nas. I nie ma rejonizacji.

W budynku -a właściwie ich kompleksie - najfajniejsza była stołówka. Cała ze szkła. Z tacą jechało się wzdłuż bufetów i nakładało, co chciało. Ziemniaki, frytki, ryż, hamburgery, sałatki, zupy czy moje ulubione spaghetti. Płaciło się kartą, żeby nie nosić pieniędzy.

W szkole nie musiałem zmieniać butów. Kurtkę wieszałem na krzesłach. Nie było szatni, ale za to jakie sale! W każdej komputer i projektor z ekranem. Z tyłu szafki na zeszyty i podręczniki. W salach do nauki gotowania -kuchenki, zlewy, mikrofalówki, suszarki. W pracowniach krawieckich -prawdziwe maszyny z igłami. Nauczyłem się piec pizzę i szyć poduszki, a na zajęciach z techniki robić zabawki. Drewniane, elektryczne, ruchome, różne.

W pracowni do techniki czułem się jak w warsztacie stolarskim. Tyle narzędzi! Na przyrodzie i chemii przy każdej ławce palnik, probówki i kran z wodą. W Łodzi palnik był tylko przy biurku. Właściwie butla gazowa, którą przynosiła nauczycielka. Jeden uczeń coś robił, reszta patrzyła.

Niesamowite były też boiska. Trawiaste. Aż trzy! Ciągle koszone i podlewane. Cztery sale gimnastyczne do kosza, siatkówki, badmintona, z lustrami, drabinkami, stołami do ping-ponga, a nawet wypożyczalnia butów piłkarskich. Każda dyscyplina miała reprezentację. Piłkarskie były dwie: A i B. W Łodzi salę miałem jedną i ciasną, a boisko na łące, którą deszcz zamieniał w błoto.

Wagary? Za chwilę szuka ciebie policja


Czy moją szkołę w Łodzi z tą w Newcastle coś łączy? W żadnej nie płaciłem za naukę, ale w Anglii darmowe były też podręczniki, zeszyty, farby na plastykę, nawet długopisy. Przez półtora roku wydałem tylko sześć funtów na wycieczkę. No i kilkadziesiąt na mundurek, tam od dawna obowiązkowy. Biała koszula, sweter bordo, spodnie w kant i ciemne buty.

Wagary? W Anglii to ryzyko. Każdy dzień zaczyna się spotkaniem z wychowawcą. Jeśli cię nie ma, sekretarka dzwoni do rodziców i pyta, co się dzieje. Jeśli mama z tatą nic nie wiedzą, za chwilę szuka ciebie policja, a rodzice mogą stanąć przed sądem i zapłacić grzywnę. Chorujesz - musisz mieć zwolnienie lekarskie. Usprawiedliwienie od mamy - jak w Polsce - nie wystarczy. Poza tym przed godziną trzecią każdy sprzedawca czy policjant ma prawo zażądać od ucznia kartki ze stemplem szkoły, że zwalnia cię z lekcji. Dzięki temu frekwencja prawie stuprocentowa [w Polsce ok. 80-procentowa i ciągle spada].

Nauczyciele? Do wychowawcy mogłem zgłosić się w każdej sprawie. Nawet wstydliwej - jak alkohol czy seks. Starał się pomóc, doradzał, nigdy nie krzyczał. Często sam pytał, czy wszystko gra.

Kłopoty z nauką zgłaszało się szefom departamentów - to tacy najważniejsi nauczyciele z poszczególnych przedmiotów. Są do dyspozycji ucznia, ale wyłącznie w godzinach pracy.

W Łodzi do swojej wychowawczyni mam komórkę. Z poprzednią do dziś się widuję. Ostatnio zaprosiła mnie do domu, żebym zobaczył jej małe dziecko. W Anglii to się nie zdarza.

Ale paradoksalnie o wstydliwych sprawach trudniej rozmawia się z wychowawcami w Polsce. Seks czy narkotyki wciąż są tabu.

Skandal na cały kraj

Nauczyciele w Anglii nie mają prawa ujawniać swoich poglądów. A tutaj? Przed wakacjami, gdy Sejm debatował o aborcji, bibliotekarka wywiesiła zdjęcia płodów i papieża. Inny nauczyciel powiedział, że Che Guevarę należało rozstrzelać. Wiem, który głosuje na PO, a kto słucha Radia Maryja. Tam to nie do pomyślenia. Skandal na cały kraj.

W High School na każdym roku jest aż dziesięć klas, ale na różne przedmioty chodzi się z innymi uczniami. Wcale niegłupie! Każdy przedmiot ma kilka poziomów. Dobrzy uczą się z dobrymi, słabsi ze słabszymi. W zależności od tego, co kogo interesuje, do czego ma się talent.

Mnie przydzielili do średnich grup, ale szybko awansowałem. Z matematyki w miesiąc na najwyższy poziom. Jako jedyny zdałem test na sto procent. Szkoła wysłała do mamy list z gratulacjami. Napisali, że jestem geniuszem - choć w Polsce z matmy szóstek nie miałem. Po roku wszędzie byłem w czubie. Nawet na angielskim.

Ze szkoły wychodziłem o trzeciej. Odbierałem brata z podstawówki i czekaliśmy w domu na mamę. Gdzieś od piątej miałem czas wolny. Najczęściej spotykałem się z Dawidem, który do Newcastle przyjechał z Włoch, albo szedłem na treningi kajakarskie.

W Anglii nauczyciele nie zadają do domu. Nikt nie słyszał o korkach. To, co w szkole, wystarcza, by dostać się na studia albo zdobyć pracę. Nie ma też olimpiad czy kartkówek z zaskoczenia. Nauczyciel ocenia nie tyle wiedzę, ile zaangażowanie. Nie spotkałem nikogo, kto nie zdał.

W Łodzi nie tracę czasu

W lutym wróciłem do Polski. Bez rodziców. Dokończyłem trzecią klasę gimnazjum, dostałem się do renomowanego liceum. Dlaczego wróciłem? Wszyscy pytają. Mówią: "Chyba oszalałeś". Rodzice tłumaczyli: "W Newcastle masz tyle możliwości, szanse na studia, dobrą pracę". I że nie po to wyjeżdżali do Anglii, żebym wracał do Polski. Ale ja czułem, że stoję w miejscu. Tracę czas.

U nas na geografii trzeba znać stolice wszystkich państw, a nawet rzeki. W Anglii prawie nikt w klasie nie wiedział, gdzie jest Kenia, a wielu nie potrafiło znaleźć na mapie Polski. To samo na matematyce czy fizyce. My robimy działania na wektorach, a oni rozmawiają o ruchach tektonicznych.

Wyjeżdżając z Polski, dobrze znałem niemiecki. Teraz mówię gorzej.

W Newcastle dostałem listę pojęć i definicji, które nauczyciel kazał połączyć w pary, malując odpowiednim kolorem. - Jak w podstawówce - pomyślałem.

Wróciłem również ze względu na kolegów. W Anglii miałem ich wielu, byli OK, ale bardzo dziecinni. Chcieli, żebym się z nimi szwendał po plażach, pił piwo i gadał o dziewczynach. Najlepiej o zaliczeniu kolejnej. Nie czytali gazet. Właściwie nic ich nie interesowało. Poza piłką nożną albo jak ktoś się powiesił. Dziewczyny w kółko o zakupach, lakierach do włosów i co będą robić w piątek wieczorem.

Ja interesuję się ekologią, uważam, że człowiek powinien żyć w zgodzie z naturą, ale nie miałem z kim o tym pogadać. Ich nie obchodzi globalizacja, efekt cieplarniany, Unia, wojny, polityka. Może dlatego, że wszystko dostają na tacy? Nie było tam komunizmu? Nie ma biedy? Nikt się nie ściga?

W Łodzi mieszkam u babci, w kamienicy blisko centrum. Też mam swój pokój, nawet większy, choć bez kominka. Zamiast ogrodu - betonowe podwórko. Po szkole odrabiam lekcje, uczę się do klasówek. Chodzę na włoski, niemiecki i kółko filmowe. Sąsiadowi, który startował na posła, roznosiłem ulotki. Z Patrykiem, kolegą ze szkoły, chodziliśmy na debaty, żeby wiedzieć, kto co obiecuje. Z Aśką gadamy o filmach. Z Kasią przekonujemy innych, by nie używali reklamówek. Czuję się świetnie.

Po maturze chcę wyjechać. Skończyć studia na renomowanej uczelni, która da możliwość pracy za granicą. Potem znów wrócę. Ale jeśli w Polsce będę musiał żyć tak, jak kiedyś moi rodzice - zrobię to, co oni.


Źródło: Gazeta Wyborcza
"Być bohaterem przez minutę, godzinę, jest o wiele łatwiej niż znosić trud codzienny w cichym heroizmie."
Ilonadora i czwórka pociech

 

(c) 2003-2019 Team Dar Życia :: nota prawna :: o plikach Cookies :: biuro@darzycia.pl
Polecamy:   Forum o zwierzętach