Ogłoszenia Zwierzęta
Aktualności: Jeśli uważasz że serwis Dar Życia jest potrzebnym miejscem Wesprzyj nas. Chcemy reaktywować serwis, dostosować graficznie i technicznie do aktualnych standardów, ale potrzebujemy Twojego wsparcia. Dziękujemy za wsparcie.

Autor Wątek: Artykuły - Nowości szkolne  (Przeczytany 317746 razy)

Offline Gaga

  • Administrator
  • Rozgadany Weteran
  • *****
  • Wiadomości: 26487
Artykuły - Nowości szkolne
« Odpowiedź #200 dnia: Listopad 17, 2004, 03:00:24 am »
Czy bon uratuje oświatę?

Bon edukacyjny to zdaniem grupy krakowskich radnych, to sposób na naprawę finansów oświaty i podniesienie poziomu edukacji. Jego wprowadzeniem do szkół podstawowych i gimnazjów radni chcą zainteresować władze miasta.

Opinie na ten temat są jednak w środowisku nauczycielskim podzielone, a wydział edukacji Urzędu Miasta uważa pomysł za mało realny.

Zgodnie z ideą bonu edukacyjnego, pieniądze podążałyby za uczniem. m większe zainteresowanie daną placówką tym więcej środków. Zasada dotyczyłaby jednakowo szkół publicznych i prywatnych.

Zdaniem pomysłodawców, wprowadzenie bonu spowodowałby racjonalizację wydatków i uczyniłby z dyrektorów szkół menadżerów. A czyniąc niepotrzebnym dział ekonomiczny wydziału eduakcji Urzędu Miasta, pozwoliłby zaoszczędzić około dziesięciu milionów złotych rocznie. Według przedstawicieli wydziału edukacji Urzędu Miasta, to oszczędnosć pozorna bo koszty przeniesione zostaną na szkoły.

W środę podczas obrad Rady Miasta Krakowa zostanie złożony wniosek o powołanie grupy, która opracowałaby zasady wprowadzenia bonu eduakcyjnego w Krakowie.

Tymczasem bon edukacyjny już niedługo, bo pierwszego stycznia zamierza wprowadzić samorząd Tarnowa. Na razie urzędnicy zdołali zaoszczędzić na oświacie dzięki zamykaniu, "wygaszaniu" lub łączeniu szkół i zwolnieniu z pracy grupy pedagogów. Dominuje przekonanie, że niewiele więcej można zrobić, choć próbować trzeba.

Zasada: "ilu uczniów tyle pieniędzy" obowiązuje jak dotąd tylko na linii ministerstwo edukacji - samorząd. Na linii samorząd - szkoła jest po staremu: wysokość subwencji zależy raczej od liczby nauczycieli, zatrudnionych w każdej z placówek, bo samorząd i tak musi ich opłacić. Tarnów chce na początek zastosować system stworzony przez samorząd w Koszalinie.

Urzędnicy uważnie przyglądają się także jednej ze zlikwidowanych placówek, która przekształciła się w jedyną działającą w tej chwili w Małopolsce niepubliczną, niepłatną szkołę. Jej musi teraz wystarczyć tylko to, co przekazuje miastu ministerstwo.

Od 1 stycznia 2005 roku wysokość budżetu każdej z tarnowskich szkół ma naprawdę zależeć od liczby uczniów. Jest jednak mało prawdopodobne, by ten zamiar udało się zrealizować w stu procentach.
Pozdrawiam :))
"Starsza Jesienna Miotełka"

Pan Rajek

  • to weteran
  • polecający usługi
  • *******

Offline Ulka

  • User z prawami do pisania
  • Rozgadany Weteran
  • *******
  • Wiadomości: 10988
Karta nauczyciela Trybunał o nadawaniu stopni awansu zawodow
« Odpowiedź #201 dnia: Listopad 24, 2004, 06:29:23 pm »
Karta nauczyciela Trybunał o nadawaniu stopni awansu zawodowego
Naruszona równość wobec prawa

Niezgodne z konstytucją jest uzależnianie uzyskania stopnia nauczyciela mianowanego przez część pedagogów od zatrudnienia na co najmniej połowę wymiaru czasu pracy. Trybunał Konstytucyjny uznał 23 listopada, że przepis Karty nauczyciela wprowadzający taką normę narusza konstytucyjną zasadę równości wobec prawa.


Gdański Naczelny Sąd Administracyjny skierował do Trybunału pytanie prawne dotyczące przepisu Karty, który reguluje zasady nadawania stopni awansu zawodowego nauczycielom. Od stopni tych zależy zarówno wynagrodzenie, jak i inne uprawnienia pracownicze, np. związane z trwałością stosunku pracy i możliwościami zatrudnienia na konkretnym stanowisku. Zgodnie z dokonaną w 2000 r. nowelizacją Karty, nauczyciele, którzy w dniu wejścia w życie ustawy (6 kwietnia 2000 r.) byli zatrudnieni we wskazanych w ustawie jednostkach, mogli otrzymać stopień nauczyciela mianowanego pod warunkiem zatrudnienia w wymiarze co najmniej połowy obowiązkowego wymiaru zajęć. Z kolei nauczyciele niezatrudnieni w tym dniu, lecz wcześniej pracujący na podstawie mianowania, z mocy prawa otrzymują stopień nauczyciela mianowanego z dniem ponownego zatrudnienia (jeżeli przerwa w zatrudnieniu nie przekracza 5 lat) bez konieczności spełnienia tego warunku.

NSA dostrzegł w tym naruszenie konstytucyjnego prawa obywateli do równego traktowania przez władze publiczne. Obie grupy nie różnią się pod względem kwalifikacji zawodowych, przygotowania pedagogicznego, zdolności zdrowotnych i moralnych do wykonywania zawodu nauczyciela, a także doświadczenia zawodowego. Trudno zatem racjonalnie uzasadnić zaostrzenie warunków nabycia stopnia nauczyciela mianowanego wobec jednej z nich. Uznanie daty nawiązania stosunku pracy za kryterium różnicujące prawa nauczycieli nie daje się pogodzić z zasadą równości obywateli - ocenił NSA w swoim wniosku do TK.

Stanowisko to poparł Sejm: pos. Magdalena Banaś powiedziała na rozprawie przed TK, że przy jednakowych kwalifikacjach nauczycieli przyjęcie wymiaru czasu pracy jako kryterium przyznawania stopnia awansu zawodowego nie ma żadnego uzasadnienia.

Trybunał podzielił te zastrzeżenia. Jego zdaniem za zróżnicowaniem nauczycieli wedle kryterium daty zatrudnienia nie przemawiają żadne racjonalne argumenty. Nie wiadomo także, jaki był cel wprowadzenia takiego uregulowania. - Osoby mające podobne kwalifikacje osobiste i merytoryczne powinny być traktowane podobnie - uzasadniała wyrok sędzia TK Biruta Lewaszkiewicz-Petrykowska. Zaskarżony przepis naruszył tę zasadę, a więc wprowadził stan nierówności obywateli wobec prawa.

Wyrok jest ostateczny, a w dniu jego opublikowania w Dzienniku Ustaw z art. 10 ust. 3 pkt 2 Karty nauczyciela wypadną słowa: "w wymiarze co najmniej 1/2 obowiązkowego wymiaru zajęć". Bo to one wprowadzają stan prawny naruszający konstytucję.

Jolanta Kroner

http://www.rzeczpospolita.pl/gazeta/wydanie_041124/prawo/prawo_a_10.html
Ulka-Darek30mpdz & Magda31 &   wspomnienia

Offline Ulka

  • User z prawami do pisania
  • Rozgadany Weteran
  • *******
  • Wiadomości: 10988
Nauczyciele dyplomowani na skróty
« Odpowiedź #202 dnia: Grudzień 15, 2004, 06:15:03 pm »
Nauczyciele dyplomowani na skróty

   
Michał Kopiński,

W godzinę zostałem nauczycielem publicystą. Z materiałów z internetu skleciłem przypadkowe opracowanie. Po zapłaceniu 50 zł opublikowano mi je w internecie. Spełniłem jeden z warunków do awansu na nauczyciela dyplomowanego



Kilka dni potem listonosz dostarczył mi zaświadczenie. Portal edukacyjny Szkoła.net potwierdza, że opublikowałem na ich stronach profesjonalny "artykuł o treści edukacyjnej". W rzeczywistości przesłałem do wrocławskiej firmy zarabiającej na spragnionych awansu nauczycielach bubla. Praca zatytułowana "Postawy rodzicielskie" składa się z fragmentów żywcem wyciętych z materiałów znalezionych w sieci.

Tyle wystarczy zrobić, żeby spełnić jeden z warunków awansu na nauczyciela dyplomowanego. Jest o co się bić, bo zdobycie takiego tytułu to kilkaset złotych podwyżki. Publikacji podobnych do mojej można znaleźć na dziesiątkach witryn kilkadziesiąt tysięcy. Każda z nich kosztowała autora od 30 do 100 zł.

Żeby awansować na nauczyciela dyplomowanego, trzeba wystąpić do dyrektora szkoły o staż i wykonać podczas jego trwania określone zadania. Do 1 grudnia jednym z tych zadań było publikowanie artykułów związanych z wykonywaną pracą. W najnowszym rozporządzeniu ministra takiego zapisu już nie ma. Jednak w praktyce nic się nie zmieniło.

- Publikacje można przecież uznać za znaczące osiągnięcie w pracy zawodowej. A to jest jedno z nowych zadań - mówi Dorota Igielska, dyrektor departamentu pragmatyki zawodowej nauczycieli MENiS. - Przyznaję, że od kilku lat nauczyciele masowo przedstawiają komisjom decydującym o ich awansie zaświadczenia o publikacjach. Niestety, jesteśmy świadomi, że wielu z nich płaci za umieszczanie artykułów w internecie. Dlatego komisje powinny sprawdzać poziom i pochodzenie publikacji, a nie zadowalać się kwitkiem. Jak jest w praktyce, do końca nie wiemy, bo zajmujemy się tylko odwołaniami.

- Nawet jeśli członkowie komisji są bardzo rzetelni i dotrą do internetowego artykułu, to nie ma możliwości sprawdzenia, czy nie jest on plagiatem innej publikacji - przekonuje Radosław Trepiński z kujawsko-pomorskiego kuratorium, wielokrotny przewodniczący komisji kwalifikacyjnych.

Prowadzący edukacyjne strony internetowe nie ukrywają, że wystawiają zaświadczenia bez względu na poziom zamieszczanych prac. Liczy się ilość - na stronach niektórych serwisów edukacyjnych można znaleźć po kilkanaście tysięcy publikacji. Chętnych do zarobku przybywa. - Kiedyś wydawaliśmy głównie książki, ale z tego nie da się wyżyć. Od dwóch lat publikujemy więc w internecie prace nauczycieli - mówi Grzegorz Zawadzki z wydawnictwa Adalex.

Dla Gazety prof. Elżbieta Putkiewicz, Uniwersytet Warszawski, Instytut Spraw Publicznych

- Istnieje proste rozwiązanie tej sytuacji. Centrum Doskonalenia Nauczycieli powinno otworzyć własny portal, na którym nauczyciele zamieszczaliby za darmo swoje publikacje. Oczywiście wszystkie artykuły powinny być później recenzowane.

http://serwisy.gazeta.pl/kraj/1,34317,2444377.html
Ulka-Darek30mpdz & Magda31 &   wspomnienia

Offline Ulka

  • User z prawami do pisania
  • Rozgadany Weteran
  • *******
  • Wiadomości: 10988
Nauczyciele do nauki
« Odpowiedź #203 dnia: Styczeń 02, 2005, 10:14:49 am »
Nauczyciele do nauki


Podkarpacki kurator oświaty chce, aby każdy nauczyciel, zanim trafi do pracy w szkole, jeszcze na studiach miał obowiązkowe zajęcia przygotowujące go do kształcenia uczniów niepełnosprawnych intelektualnie


O problemach niepełnosprawnych dzieci pisaliśmy w poniedziałkowym wydaniu "Gazety". Zgodnie z ideą integracji powinny one trafiać do ogólnodostępnych szkół, blisko swoich rodzinnych domów. Dotyczy to zwłaszcza uczniów z lekkim upośledzeniem umysłowym. - Tym bardziej że obowiązuje je taka sama podstawa programowa jak innych uczniów w szkołach masowych. Uczą się nieco mniej, ale tych samych treści - podkreśla Jadwiga Bogucka, prekursorka idei integracji w Polsce z Pracowni Wspomagania Rozwoju i Integracji w Centrum Metodycznym Pomocy Psychologiczno-Pedagogicznej w Warszawie.

Tymczasem, jak wynika z danych rzeszowskiego kuratorium - na początku edukacji w szkołach specjalnych jest czterokrotnie mniej dzieci z lekkim upośledzeniem umysłowym niż w starszych klasach, a w gimnazjach ich liczba wzrasta aż ośmiokrotnie. Oznacza to, że nawet dzieci, które - zgodnie z duchem integracji - trafiają do masowych szkół, wcześniej czy później i tak lądują w szkołach specjalnych. Według specjalistów tak być nie powinno, bo miejsce tych uczniów jest w zwykłych szkołach. Zdaniem Boguckiej dane te świadczą o niekompetencji nauczycieli ze szkół masowych, którzy nie radzą sobie z kształceniem tych uczniów.

Stanisław Rusznica, podkarpacki kurator oświaty, zapowiada: - W przyszłym roku na pewno więcej będzie kursów kwalifikacyjnych dla nauczycieli z zakresu oligofrenopedagogiki [pedagogika osób z niepełnosprawnością intelektualną - przyp. red.]. Planuję także umówić się z władzami Uniwersytetu Rzeszowskiego i namówić je, aby zajęcia z oligofrenopedagogiki zostały wprowadzona dla wszystkich studentów kierunków pedagogicznych.

http://miasta.gazeta.pl/rzeszow/1,34965,2469531.html
Ulka-Darek30mpdz & Magda31 &   wspomnienia

Offline Ulka

  • User z prawami do pisania
  • Rozgadany Weteran
  • *******
  • Wiadomości: 10988
Nie integrują, nie uczą
« Odpowiedź #204 dnia: Styczeń 02, 2005, 10:19:41 am »
Nie integrują, nie uczą

   Agata Kulczycka

Niepełnosprawne dzieci z Podkarpacia, które rozpoczynają naukę w ogólnodostępnej szkole, prędzej czy później i tak trafiają do szkół specjalnych - wynika z danych rzeszowskiego kuratorium oświaty. - To bardzo źle świadczy o szkole w ogóle. Jeśli nie radzi sobie z potrzebami niepełnosprawnych dzieci, nie potrafi zaspokoić potrzeb pozostałych uczniów - uważa Jadwiga Bogucka, prekursorka idei integracji w Polsce

Pani Maria jest nauczycielką i mamą 20-letniego Pawła z zespołem Downa. - Na fali modnej integracji i my z mężem poszliśmy za ciosem: postanowiliśmy zapisać syna do szkoły masowej - wspomina. Na początku było bardzo dobrze. Paweł uczył się prawidłowych wzorców zachowań, był akceptowany, a wręcz hołubiony przez kolegów. Problemy zaczęły się w trzeciej klasie. - Choć bardzo dużo się uczył, sam widział, że odstaje od reszty klasy. To go zniechęciło: nie chciał chodzić na lekcje. Mówił: jestem głupi, niczego nie potrafię. Doszliśmy z mężem do wniosku, że dalsza nauka w szkole masowej byłaby tylko realizacją naszych ambicji - opowiada pani Maria. Razem z mężem zdecydowali, że Paweł pójdzie do szkoły specjalnej. - To było świetne rozwiązanie: syn bardzo lubi tam chodzić. Zaczął się wybijać, poczuł się dowartościowany - opowiada jego ojciec.

O tym, że wielu rodziców po kilku pierwszych latach nauki w szkole masowej dochodzi do podobnych wniosków, świadczą dane ze statystyk podkarpackiego kuratorium. Najczęściej to dzieci z lekkim upośledzeniem umysłowym trafiają do publicznych szkół. W nauczaniu początkowym szkół specjalnych jest ich czterokrotnie mniej niż w starszych klasach, a w gimnazjach ich liczba rośnie aż ośmiokrotnie. - Dzieci, które mieszczą się w normie intelektualnej, bardzo dobrze radzą sobie w klasach integracyjnych. Inaczej jest z upośledzonymi umysłowo, które wymagają dużo więcej wsparcia i pomocy - mówi Maria Rusin, starszy wizytator ds. kształcenia specjalnego i integracyjnego w Podkarpackim Kuratorium Oświaty.

Stanisława Gilewicz, dyrektor Zespołu Szkół im. UNICEF w Rzeszowie, mówi: - Rodzice mają prawo zapisywać dzieci niepełnosprawne do masowych szkół i robią to, zakładając, że tam będą lepiej się rozwijać. Stawiają na rozwój społeczny, liczą, że postępy dydaktyczne będą większe niż w szkole specjalnej.

Tymczasem nie zawsze tak jest. Zdaniem Stanisławy Gilewicz w klasach integracyjnych więcej zyskują dzieci zdrowe, które oswajają się z innością niepełnosprawnych. - A uczniowie, którzy trafiają do nas po kilku latach nauki w masowej szkole, zwykle gorzej czytają i piszą niż ci od początku przez nas prowadzeni - mówi dyrektor Gilewicz.

Inaczej sytuację niepełnosprawnych dzieci z Podkarpacia komentuje Jadwiga Bogucka z Pracowni Wspomagania Rozwoju i Integracji w Centrum Metodycznym Pomocy Psychologiczno-Pedagogicznej w Warszawie. Jej zdaniem sytuacja dzieci niepełnosprawnych w ogólnodostępnych szkołach to "papierek lakmusowy" całej sytuacji w oświacie. - Miejsce dzieci z lekkim upośledzeniem umysłowym jest w szkołach ogólnodostępnych. Wymagają one nie specjalnego, ale dobrego uczenia. To, że przenoszą się do szkół specjalnych, świadczy o bardzo skostniałej sytuacji w szkołach. O tym, że tak naprawdę reforma oświaty nie zmieniła nic, że nie ma indywidualnego podejścia do ucznia, że wymagania nauczycieli nie są dostosowane do możliwości dziecka - uważa Bogucka.

Dziecko niepełnosprawne to takie, które ma orzeczenie z poradni psychologiczno-pedagogicznej o potrzebie kształcenia specjalnego. O tym, czy trafia do szkoły masowej czy specjalnej, decydują rodzice.

http://miasta.gazeta.pl/rzeszow/1,34965,2465324.html
Ulka-Darek30mpdz & Magda31 &   wspomnienia

Offline Ulka

  • User z prawami do pisania
  • Rozgadany Weteran
  • *******
  • Wiadomości: 10988
Nauczyciele walczą o dodatki -Toruń
« Odpowiedź #205 dnia: Styczeń 12, 2005, 05:08:03 pm »
Nauczyciele walczą o dodatki

   
    Jarosław Cajsel

Nauczyciele uczący w klasach integracyjnych chcą, aby urzędnicy w ministerstwie zmienili rozporządzenie do Karty Nauczyciela i uznali warunki pracy w takich klasach za trudne i uciążliwe



To reakcja pedagogów na utratę 20-procentowe dodatku za pracę w trudnych warunkach, który do grudnia wypłacało im miasto. W Toruniu jest 130 takich nauczycieli. Pracują w trzech przedszkolach i pięciu szkołach na poziomie podstawowym, gimnazjalnym i licealnym. Oprócz zdrowych uczniów uczą także niepełnosprawnych, m.in. z uszkodzonym słuchem i wzrokiem, poruszających się na wózkach, z lekkim upośledzeniem umysłowym. - Naprawdę pracujemy w trudnych warunkach, bo mamy dzieci o różnych dysfunkcjach - tłumaczy Irena Zielińska, pracująca z klasą integracyjną w Szkole Podstawowej nr 18 na Skarpie. - Każde z nich ma osobny program nauczania. To tak, jakby na jednej lekcji przerabiać pięć, sześć różnych tematów a nie jeden.

Co nauczycielom da zmiana prawa? Po uznaniu warunków w jakich pracują za trudne i uciążliwe, będą mogli dostawać dodatek wynoszący nawet do 30 proc. pensji zasadniczej. Przepisy mogą zmienić urzędnicy w Ministerstwie Edukacji Narodowej i Sportu. Właśnie dlatego tam pedagodzy będą słać swoje prośby.

Nauczycieli wspierają rodzice dzieci uczących się w klasach integracyjnych. - Kiedy nauczyciele nie będą dostawali pieniędzy za prowadzenie takich grup, nie będzie chętnych do pracy - przekonuje Piotr Ceglarski, ojciec czteroletniego Szymona uczącego się w przedszkolnej grupie integracyjnej. - A przecież współpraca dzieci z dysfunkcjami z tymi zdrowymi wspaniale rozwija jedne i drugie. Pierwsze lepiej się uczą a drugie poznają, jak się opiekować słabszymi. Tego nie ma w innych klasach.

http://miasta.gazeta.pl/torun/1,48723,2486745.html


Skąd to zamieszanie?


W 2000 r. toruński samorząd podniósł pensję nauczycielom pracującym w klasach integracyjnych o 20 proc., bo tak zinterpretował wprowadzone wtedy przez Ministerstwo Edukacji Narodowej i Sportu zasady wynagradzania. Wynikało z nich, jakie dodatki przysługują pedagogom, a gmina zyskała prawo regulowania ich wysokości. Rocznie dodatki kosztowały budżet miasta blisko milion zł.

Wszystko zmieniło się, kiedy pod koniec ubiegłego roku MENiS sprecyzowało sporny zapis. Jasno z niego wynika, że gmina nie może przyznawać żadnych dodatków poza tymi, które ustanawia minister. 9 grudnia 2004 r. rada miasta zlikwidowała dodatki i od stycznia nauczyciele już ich nie dostają.

http://miasta.gazeta.pl/torun/1,35576,2486738.html
Ulka-Darek30mpdz & Magda31 &   wspomnienia

Offline Gaga

  • Administrator
  • Rozgadany Weteran
  • *****
  • Wiadomości: 26487
Dziennik elektroniczny w szkole
« Odpowiedź #206 dnia: Styczeń 16, 2005, 03:07:56 am »
Sieciowy postrach uczniów

Zła ocena z dyktanda, nieodpowiednie zachowanie, wagary - o kłopotach i sukcesach dziecka rodzice uczniów z Polic dowiadują się co tydzień z internetu. Taki system informowania rodziców, oprócz tradycyjnych wywiadówek, opracowano w Zespole Szkół w Policach.

"Dziennik elektroniczny" dostępny jest dla tych, którzy mają komputer i dostęp do internetu - pisze "Głos Szczeciński".

"Rodzic wchodzi na stronę internetową szkoły, wpisuje otrzymany wcześniej login i hasło i po chwili widzi wszystkie informacje o swoim dziecku" - mówi Beata Golisowicz, dyrektor Zespołu Szkół. Są więc wypisane punkty z poszczególnych przedmiotów (w polickiej szkole na podstawie punktacji wystawia się później oceny końcowe), za co zostały przyznane i ile ich można było dostać (na przykład za dyktando). Oprócz tego zawarte są informacje o zachowaniu ucznia, jego spóźnieniach. Na prośbę rodziców wprowadzono też informacje o nieobecnościach. Jest też miejsce na drobne uwagi - na przykład taką, że po raz kolejny zapomniał zeszytu.

"Oceny uaktualniane są co tydzień, a informacje o frekwencji co dwa tygodnie" - mówi Beata Golisowicz. "Chcemy jednak doprowadzić do tego, by dane były uzupełnianie na bieżąco" - dodaje. Według gazety, nauczyciele mówią, że dzięki temu systemowi rodzice mogą lepiej dopilnować swoje dzieci. "Jest mniej kłopotów i nerwów, bo rodzice w porę dowiadują się o kłopotach dziecka" - mówi Krystyna Wiśniewska, nauczycielka niemieckiego.

Jak informuje "Głos Szczeciński", w klasie Krystyny Wiśniewskiej rodzice prawie wszystkich uczniów kontrolują przez internet postępy w nauce. "Nie oznacza to, że nie przychodzą do szkoły. Wręcz przeciwnie. Jeśli widzą, że dziecko ma kłopoty od razu się pojawiają" - mówi nauczycielka. "Na wywiadówkach jest przez to mniej przykrych niespodzianek" - wyjaśnia. "Według oceny dyrekcji szkoły, na 1500 uczniów prawie jedna trzecia ma rodziców, którzy mają dostęp do internetu" - czytamy w "Głosie Szczecińskim".

Czy uczniom podoba się taki system kontroli? Gimnazjaliści z klasy 1e nie bardzo się nim przejmowali. Przyznają jednak, że "dziennik elektroniczny" oznacza więcej kłopotów. Na razie żaden z uczniów nie pokusił się o próbę włamania do szkolnej sieci i "poprawienia" sobie ocen. Sprawka i tak wyszłaby szybko na jaw, bo oceny wpisywane są też do tradycyjnych dzienników.

(PAP)
Pozdrawiam :))
"Starsza Jesienna Miotełka"

Offline Ulka

  • User z prawami do pisania
  • Rozgadany Weteran
  • *******
  • Wiadomości: 10988
Przydatne strony dla nauczycieli
« Odpowiedź #207 dnia: Styczeń 18, 2005, 04:35:28 pm »
Program edukacyjny - Newsweek.pl

Zeszyty edukacyjne Let's Newsweek

Każdy zeszyt został zapisany w wygodnym formacie pdf. Wystarczy ściągnąć na dysk i wydrukować.
Program do otwierania plików pdf
 można bezpłatnie pobrać ze strony www.adobe.com
Ulka-Darek30mpdz & Magda31 &   wspomnienia

Offline Ulka

  • User z prawami do pisania
  • Rozgadany Weteran
  • *******
  • Wiadomości: 10988
Sześciolatki do szkoły: Projekt nowej ustawy
« Odpowiedź #208 dnia: Marzec 04, 2005, 09:58:44 am »
Sześciolatki do szkoły: Projekt nowej ustawy

 

 Możliwe, że za trzy lata do szkół pójdą sześciolatki, tak jak w większości państw Unii Europejskiej. "Gazeta Wyborcza" pisze o projekcie ustawy obniżającej wiek szkolny autorstwa Ministerstwa Edukacji.

W dzienniku czytamy, że według projektu sześciolatki zamiast do zerówki - jak obecnie - poszłyby do pierwszej klasy, zaś obowiązkowa roczna edukacja przedszkolna objęłaby już pięciolatki.

Projekt ma być gotowy w przyszłym roku, ale ustawa, według wstępnych przymiarek ministerstwa, mogłaby wejść w życie w 2008 roku. Pracom powinna towarzyszyć społeczna debata - zapowiada na łamach "Gazety Wyborczej" Anna Zawisza z Ministerstwa Edukacji.

Nie wiadomo jeszcze, czy obniżenie wieku szkolnego będzie oznaczało dłuższą o rok naukę, czy też wcześniejsze ukończenie szkoły średniej. Rozpatrywane są obydwa warianty. Jak pisze dziennik, niebagatelna będzie z pewnością kwestia finansów. Wydłużenie nauki o rok oznaczałoby dla budżetu państwa ogromny wzrost wydatków na oświatę.
 
http://info.onet.pl/1062856,11,item.html
Ulka-Darek30mpdz & Magda31 &   wspomnienia

Offline Gaga

  • Administrator
  • Rozgadany Weteran
  • *****
  • Wiadomości: 26487
Artykuły - Nowości szkolne
« Odpowiedź #209 dnia: Marzec 07, 2005, 01:31:48 pm »
Nauczycielu, nie nudź się!  

Młodzi, pełni wiedzy i zapału nauczyciele najszybciej uciekają ze szkoły
Zdarza się, że do szkoły trafiają młodzi, energiczni zapaleńcy, zdawałoby się – ideał nauczyciela. Ale szybko tracą energię w stetryczałym organizmie szkoły. Odchodzą z żalem, ale i z ulgą, że nie zdążyli ugrzęznąć w rutynie.
Cytuj
Negatywny wizerunek wspierają demony peerelowskiej przeszłości, kiedy to przez całe lata trwała selekcja negatywna do tego zawodu, a obciążona ideologicznie szkoła kojarzyła się z organizowaniem akademii i pochodów pierwszomajowych. I tak dzisiaj – w obiegowym uproszczeniu – nauczyciel w publicznej podstawówce to na pewno życiowy nieudacznik, który trafił do tej pracy, bo na żadną inną nie miał szans, byczy się przez trzy miesiące w roku i domaga wyższej pensji.

Kiepskiemu wyobrażeniu towarzyszy jednocześnie ogromne oczekiwanie społeczne – nauczyciel musi czuć powołanie, mieć serce do pracy oraz wciąż się rozwijać i doskonalić zawodowe umiejętności.

AGNIESZKA NIEZGODA
Pozdrawiam :))
"Starsza Jesienna Miotełka"

Offline Ulka

  • User z prawami do pisania
  • Rozgadany Weteran
  • *******
  • Wiadomości: 10988
Ile kosztuje bezpłatna edukacja
« Odpowiedź #210 dnia: Marzec 08, 2005, 12:37:23 pm »
Ile kosztuje bezpłatna edukacja

   
Nauczyciele szacują, że trzy czwarte uczniów liceów publicznych korzysta z płatnych korepetycji.

- U nas korków nie bierze tylko jeden człowiek. Z przyczyn finansowych - twierdzi uczeń VI LO w Białymstoku. W jednej z klas maturalnych znanego liceum im. Tadeusza Czackiego w Warszawie na korepetycje z matematyki i języków chodzą wszyscy.

To nie moda, lecz strach

- Korki to nie moda, ale strach przed egzaminami - mówią uczniowie.

Do korepetycji nakłaniają czasem same szkoły. - W liceum córki jest presja, by posyłać dzieci na korepetycje. Także do nauczycieli z naszej szkoły - opowiada matka warszawskiej maturzystki.

Nikt nie zna skali zjawiska, zwłaszcza teraz, gdy korepetycyjny rynek rozkręcił się po wprowadzeniu egzaminów państwowych. W tym roku wchodzi ostatni z nich - nowa matura, której wyniki będą decydować o przyjęciu na studia.

Wynik ma znaczenie i dla ucznia, i dla szkoły, bo średnia z egzaminu to lepsze lub gorsze miejsce w rankingu.

Moda lub - jak kto woli - plaga korepetycji sprawia, że bezpłatna edukacja może całkiem sporo kosztować. Dzieci z uboższych rodzin nie mają szans w tym wyścigu.

Jacek Strzemieczny z Centrum Edukacji Obywatelskiej koryguje ten obraz: - Tak to wygląda z perspektywy wielkich miast. Tymczasem w wielu szkołach wiejskich i w małych miejscowościach nauczyciele prowadzą dodatkowe zajęcia za darmo albo za półdarmo, gdy gminie uda się wysupłać np. na dodatkowy angielski.

"Gazeta" i Centrum postanowiły pomóc szkołom, które wzięły udział w naszej akcji "Szkoła z klasą". Strzemieczny: - Udało się zebrać ponad milion złotych właśnie na granty po 1200 zł na cykl zajęć. Skorzystało 700 szkół w całej Polsce (opisy tych zajęć - na www.gazeta.pl/klasa).

Szkoły społeczne, czyli korepetycje w cenie

- Można postawić hipotezę, że uczniowie szkół niepublicznych nie korzystają z korepetycji. Nie muszą. Szkoły społeczne są małe, relacje z nauczycielami bliższe, sporo lekcji języków, dostęp do komputerów, dużo zajęć fakultatywnych. Z dobrych szkół społecznych młodzież wychodzi o godz. 18, nawet nie mieliby czasu na korepetycje - twierdzi prof. Putkiewicz.

Uczniowie szkół społecznych jeśli już decydują się na dodatkowe zajęcia, to wybierają specjalistyczne kursy, np. artystyczne, przygotowujące na ASP.

- Po to wydaję kilkaset złotych miesięcznie, żeby szkoła dobrze uczyła i córka nie musiała mieć korepetycji - mówi matka maturzystki z Warszawy.

Śląsk: czesne 400 zł, korepetycje 450 zł

Edyta, maturzystka z jednego z publicznych liceów w Tychach, chce studiować pedagogikę. - Im więcej zgarnę punktów na maturze, tym większe szanse na studia. Niestety, biologia skończyła mi się po drugiej klasie.

Dlatego raz w tygodniu Edyta ma półtorej godziny korepetycji, po 30 zł. Z polskiego też nie czuje się pewnie, rodzice dokładają więc kolejne 40 zł tygodniowo. Angielski w liceum Edyty jest "beznadziejny". W jednej grupie uczniowie o różnych poziomach zaawansowania, zdarza się, że lekcje przepadają. - Robimy gramatykę, ale prawie nie rozmawiamy. Muszę chodzić na konwersacje - wyjaśnia Edyta. Uczy ją studentka angielskiego, więc za godzinę płaci tylko 30 zł.

W sumie rodzice Edyty wydają miesięcznie ok. 450 zł. - To normalka - mówi uczennica. W 35-osobowej klasie korepetycje ma ze 30 uczniów.

Tymczasem opłata miesięczna za szkołę społeczną na Śląsku waha się od 300 do 500 zł.

Bogdan Widła będzie zdawał maturę w I Społecznym LO STO w Katowicach. Płaci za miesiąc 430 zł. Ale za te pieniądze ma sześć godzin angielskiego tygodniowo w grupie do 14 osób (z podziałem na poziom zaawansowania), trzy godziny niemieckiego lub francuskiego oraz - dla chętnych - włoski. Uczniowie już w pierwszej klasie decydują, co będą zdawać na maturze, i wybierają zajęcia rozszerzone, np. humanistyczne albo medyczne (obydwa z łaciną, która przyda się na studiach medycznych i prawniczych).

Widła: - Nikt nie chodzi na korepetycje. Lekcje nam wystarczają.

Warszawa: czesne 900, korepetycje 1060

W stolicy jest drożej. Rodzice Marcina Serafina z 2 Społecznego LO STO za miesiąc nauki płacą 960 zł. Ale już ani grosza na korepetycje.

A Gosia z publicznego LO im. M. Kopernika płaci. Historii i WOS-u uczy się cztery razy w tygodniu na kursie (rocznie 3 tys. zł). Do tego angielski w British Council (2 tys. 200 zł za semestr) i lekcje w Instytucie Francuskim (1600 zł za semestr).

To wszystko kosztuje 1060 zł miesięcznie, o 120 zł więcej niż czesne Marcina!

- Nasza szkoła ma renomę, ale i tak większość klasy chodzi na korepetycje - mówi Gosia.

http://serwisy.gazeta.pl/kraj/1,34317,2586439.html
Ulka-Darek30mpdz & Magda31 &   wspomnienia

Offline Ulka

  • User z prawami do pisania
  • Rozgadany Weteran
  • *******
  • Wiadomości: 10988
Dziwne prace dyplomowe na prywatnej uczelni pedagogicznej
« Odpowiedź #211 dnia: Marzec 08, 2005, 02:10:38 pm »
Dziwne prace dyplomowe na prywatnej uczelni pedagogicznej

   Renata Czeladko, Mariusz Jałoszewski

Studenci pedagogiki prywatnej uczelni pisali dziwne prace dyplomowe o kiełkowaniu nasion, o srokach w mieście, kartach kredytowych i urzędach pocztowych. Teraz uczelnia ma kłopoty. Grozi jej nawet zamknięcie kierunków


Dotarliśmy do wyników kontroli w Wyższej Szkole Pedagogicznej Towarzystwa Wiedzy Powszechnej na Ochocie i jej ośrodkach, m.in. w Wałbrzychu, Szczecinie i Olsztynie. Jesienią zeszłego roku przeprowadziła ją Państwowa Komisja Akredytacyjna, która ocenia jakość kształcenia na uczelniach. Stwierdziła, że tematy prac dyplomowych (licencjackich i magisterskich) są nie na temat i mają niski poziom.

Rola seksu i sroki

Pedagogika to nauka o wychowaniu i nauczaniu, a tymczasem studenci zajmowali się: •  administracją (tytuł pracy „Monografia Urzędu Pocztowego nr 1 w Kłodzku”, „Zakres usług Rejonowego Urzędu Poczty Polskiej w Wałbrzychu”, •  sferą erotyczną („Rola seksu w historii Kościoła katolickiego”, „Dlaczego dwadzieścia lat po ślubie nie potrafimy rozmawiać ze swoimi partnerami”), •  gospodarką („Rynek kart płatniczych Banku PEKAO”) czy ekologią •  „Gniazdowanie siewkowców w obrębie łąk podmiejskich nad Nidą”, „Wpływ czynników środowiskowych na kiełkowanie nasion” i „Sroka w mieście”.

Zdaniem komisji podobnych prac tylko na specjalności edukacja europejska w zeszłym roku akademickim 2002/03 była ponad połowa. Nie powinny one być podstawą do uzyskania dyplomu.

Uczelnia zebrała negatywne noty ekspertów grożące zamknięciem pedagogiki zarówno w Warszawie, jak i poza nią - w Wałbrzychu i Szczecinie.

- Ta szkoła nie jest prowadzona we właściwy sposób. Jeśli ktoś ma zostać pedagogiem, a pisze o historii poczty, trudno uznać, by jego umiejętności pedagogiczne się rozwijały - mówi Andrzej Jamiołkowski, przewodniczący Państwowej Komisji Akredytacyjnej.

Pozytywnie, ale źle

Rektor Wyższej Szkoły Pedagogicznej prof. Lucjan Olszewski broni się: - Mieliśmy również kontrolę innych kierunków. Oceniono je pozytywnie, ale na pedagogice, gdzie też jest wysoki poziom, dostrzeżono tylko zło. Tak jakby ktoś chciał udowodnić nieprawidłowości. My kształcimy 15 tys. studentów. Mogło się znaleźć kilka źle zredagowanych tematów - uważa rektor (tytuł magistra dostał przed laty za pracę o szkoleniu zawodowym dorosłych).

Gdy szkoła odwołała się od negatywnej oceny pedagogiki na studiach magisterskich w Warszawie, komisja zmieniła ocenę na warunkową (szkoła ma rok na poprawę do następnej kontroli). A ocenę studiów licencjackich na pozytywną.

Rektor zapewnia, że uczelnia usunęła już uchybienia. Mimo to pedagogice w Wałbrzychu i Szczecinie nadal grozi zamknięcie lub zawieszenie nowego naboru, bo tam ocena nadal jest negatywna. Decyzję podejmie minister edukacji.

Studenci nic nie wiedzą o problemach. Są zdumieni tematyką prac. - Za nic nie zgodziłabym się pisać o urzędzie pocztowym - stwierdza jedna ze studentek pedagogiki, która trafiła tu, bo nie dostała się na państwową Akademię Pedagogiki Specjalnej. Za semestr płaci ok. 2 tys. zł czesnego.

Zenon Gaworczuk, dyrektor generalny Towarzystwa Wiedzy Powszechnej, które prowadzi szkołę od 1993 r., poprosi o wyjaśnienia: - Od wielu lat zajmuję się pedagogiką i oceniam, że niektóre tematy prac nie były trafione - przyznaje.

http://miasta.gazeta.pl/warszawa/1,34862,2589823.html
Ulka-Darek30mpdz & Magda31 &   wspomnienia

Offline Gaga

  • Administrator
  • Rozgadany Weteran
  • *****
  • Wiadomości: 26487
Artykuły - Nowości szkolne
« Odpowiedź #212 dnia: Kwiecień 22, 2005, 08:24:12 am »
Unijne pieniądze na pomoc młodzieży

Unijne pieniądze na pomoc trudnej młodzieży mogą otrzymać nie tylko organizacje pracujące z młodzieżą, ale też grupy nieformalne.
Liczy się przede wszystkim dobrze przygotowany projekt.
 


Jako "trudną" określa się nie tylko młodzież narażoną na patologie społeczne, ale też niepełnosprawną czy z małych miejscowości,
 która ma ograniczony dostęp do kształcenia,
wiedzy i kultury, sprzyjających prawidłowemu rozwojowi.

Z unijnych pieniędzy korzystają młodzi ludzie we wszystkich krajach Unii Europejskiej, przed kilku laty taka mozliwość pojawiła się w Polsce.
Projekty to nie tylko zadania długofalowe, ale także terapia przez sztukę teatralną prowadzona na przykład w przedszkolach.

O potrzebie realizacji takich projektów wiedzą doskonale księża salezjanie prowadzący placówkę pomocową dla dzieci i młodzieży, utrzymywaną z własnych środków.

Takich ośrodków jest wiele i nie wszystkie korzystają z unijnych funduszy. Często są finansowane z innych środków.
Wszelkie informacje na jego temat można znaleźć na stronie internetowej www.youth.pl.

(Kronika)
Pozdrawiam :))
"Starsza Jesienna Miotełka"

Offline Gaga

  • Administrator
  • Rozgadany Weteran
  • *****
  • Wiadomości: 26487
Artykuły - Nowości szkolne
« Odpowiedź #213 dnia: Kwiecień 30, 2005, 12:02:09 pm »
Dzieci przestały jeść obiady

Prawie połowa dzieci w Katowicach przestała jeść szkolne obiady. Związki nie zamierzają odpuścić prezydentowi Katowic - pisze "Dziennik Zachodni".


Wczoraj Związek Nauczycielstwa Polskiego, oddział w Katowicach, „Solidarność” Pracowników Oświaty oraz Śląska Społeczna Rada Oświatowa rozpoczęły akcję zbierania podpisów oraz plakatowanie katowickich placówek oświatowych na znak protestu przeciwko niefinansowaniu przez miasto tanich posiłków szkolnych.
Katowice są jedynym miastem w kraju, które interpretuje ustawy na niekorzyść dzieci - oświadczył Jerzy Szmajda, prezes katowickiego ZNP.

Brak podstaw prawnych

Chodzi o to, że brak jest w obowiązujących po 1 stycznia 2005 roku przepisach podstaw prawnych, by z budżetów jednostek samorządu terytorialnego dofinansowywać koszty przygotowywania posiłków.
– To stało się podstawą do podniesienia w Katowicach cen obiadów szkolnych z 2 do 5 złotych.

 Na efekty nie trzeba było długo czekać. Liczba dzieci stołujących się w 62 szkołach i gimnazjach miasta spadła średnio o 43% – dodał Szmajda. W Gimnazjum nr 13 z 420 dzieci płacących za posiłki w październiku 2004 roku w lutym płaciło tylko 14 osób. W Gimnazjum nr 6 wydaje się teraz 2000 obiadów mniej. Podobnie jest we wszystkich szkołach miasta.
- Teraz jedzą tylko dzieci z najuboższych rodzin, za które płaci MOPS – powiedział Szmajda.

Anna Radziwiłł, podsekretarz stanu w MENiS pismem z 7 lutego 2005, skierowanym do ZNP oświadczyła jednak, mijając się z prawdą, że zmiana prawa nie wpłynęła na ograniczenie liczby stołówek ani dzieci z nich korzystających.
 – Nie rozumiem, dlaczego związki robią w tej sprawie tyle szumu. Kiedy obiad w szkolnej stołówce był po 2 złote, na 30 tysięcy uczniów w mieście korzystało z niego 4000 dzieci, za które płacił MOPS i 4000, za które płacili ich rodzice.

22 tysiące uczniów nie jadło w szkole w ogóle, więc nadużyciem jest twierdzenie, że dzieci w Katowicach są głodne – stwierdził naczelnik wydziału edukacji Urzędu Miasta w Katowicach Mieczysław Żyrek.
– Moja sekretarka ma dwoje dzieci. Też zrezygnowała z obiadów w szkole, bo za drogo, ale daje im kanapki i obiad w domu, a prawa trzeba przestrzegać – dodał.

Rzecznik broni sprawy

Innego zdania jest Rzecznik Praw Dziecka, który zwrócił się do ministra o szybkie znowelizowanie ustawy o systemie oświaty, innymi słowy o zapisanie w niej ceny tzw. wsadu do kotła, czyli dokładne określenie co jest pokrywane z subwencji oświatowej, bo obecna praktyka pokazuje, że na skutek nieprecyzyjnych przepisów stołówki szkolne ulegają likwidacji, a wiele dzieci straciło jedyny czasem ciepły posiłek w ciągu dnia.

Co więcej, za Katowicami chcą iść inne miasta w Polsce. – To precedens, na którym tracą dzieci.
 Mamy nadzieję, że minister zajmie w tej sprawie właściwe stanowisko, ale na odpowiedź czekamy już miesiąc – powiedziała Agnieszka Zielińska z biura RPD.
(maz)
Pozdrawiam :))
"Starsza Jesienna Miotełka"

Offline Gaga

  • Administrator
  • Rozgadany Weteran
  • *****
  • Wiadomości: 26487
Artykuły - Nowości szkolne
« Odpowiedź #214 dnia: Maj 17, 2005, 09:41:50 am »
Głusi na dzieci [/b]
Gabińska Anna

Serce urzędników decyduje o tym, czy matce niesłyszącego dziecka należy się zasiłek.
Ustawa o świadczeniach rodzinnych jest tak napisana, że urzędnicy czytają ją jak chcą. - I dyskryminują część rodziców - oburzają się nauczyciele z wrocławskiego Ośrodka Szkolno-Wychowawczego.
Sprawą nie interesuje się Sejmik Osób Niepełnosprawnych ani Polski Związek Głuchych.
Obie instytucje twierdzą, że to rzecz rodziców, by walczyć o swoje.
Jadwiga Hajduk z Bielawy ma dwie córki i szesnastoletniego syna Krzysia. Chłopiec jest niesłyszący od urodzenia. Uczy się w szóstej klasie gimnazjum we wrocławskim Ośrodku Szkolno-Wychowawczym Dzieci Niesłyszących. Pani Jadwiga przywozi go do szkoły w poniedziałek rano i zabiera w piątek po południu. Tak jak rodzice 140 innych dzieci. (W sumie w ośrodku uczy się 180 dzieci od przedszkola po technikum lub liceum). Niektórzy z niepracujących rodziców dostają 420 zł świadczenia pielęgnacyjnego z lokalnych ośrodków pomocy społecznej. Pani Jadwiga już wie, że nie dostanie tych pieniędzy, choć za dwa tygodnie będzie bezrobotna.
- Usłyszałam, że mi się nie należy, bo syn uczy się w szkole w ośrodku, który zapewnia całodobową opiekę przez 5 dni w tygodniu. Wiem, że inna matka w takiej samej sytuacji ma przyznane to świadczenie. I bardzo dobrze, ale dlaczego tak nierówno jesteśmy traktowani? - pyta mama Krzysia.
Ośrodek pomocy społecznej w Bielawie przyznaje, że obie kobiety są w podobnej sytuacji i jedna ma świadczenie, a druga - nie.
- To nie nasza wina ani złośliwość. Takie są przepisy ustawy. Poprosiliśmy o interpretację ich w ministerstwie. Tamta pani też nie dostała, ale napisała do Samorządowego Kolegium Odwoławczego i ono nakazało nam wypłacanie świadczenia - wyjaśnia Robert Bąk z bielawskiej pomocy.

Bezlitosne przepisy

Ustawa o świadczeniach rodzinnych mówi, że nie przysługuje ono dziecku, które wymaga opieki, jeśli "uczy się w placówce, zapewniającej całodobową opiekę co najmniej 5 dni w tygodniu".
- Świadczenie jest dla rodzica, który z uwagi na stopień niepełnosprawności dziecka rezygnuje z pracy, by się nim zająć - tłumaczy Alina Wiśniewska z ministerstwa polityki społecznej. - Jeżeli matka czy ojciec przywozi codziennie dziecko do szkoły w ośrodku i po południu je odbiera, to jak najbardziej mu się ono należy. Nieważne, czy zabiera mu to dwie godziny dziennie czy sześć. Rodzice zostawiający dziecko w internacie mają czas, by podjąć pracę.

Kosztowna nauka
Rodzice często nie mogą jednak znaleźć pracy. Dyrekcja ośrodka ocenia, że przynajmniej połowa rodziców dzieci mieszkających w internacie to bezrobotni. Ledwo wiążą koniec z końcem. Za pobyt w internacie muszą płacić z własnej kieszeni - 8,50 zł za dzień. Zdaniem dyrektor Ewy Dobrowolskiej wielu z nich ma w rodzinnej miejscowości opiekę społeczną, która bez gadania wypłaca pieniądze. Ale ci rodzice siedzą cicho, żeby pieniędzy nie stracić.
- Zapis o tych pięciu dniach w ustawie jest bezsensowny. Dzieci uczą się przez pięć dni, ale spędzają w internacie cztery noce. Nie jesteśmy domem dziecka, nie zapewniamy im ubrań, książek, słodyczy, leków. To wszystko muszą kupić sami rodzice - mówi Janusz Wargin, wicedyrektor ośrodka. - Rodzice bezrobotni bez przyznanych im świadczeń czują się rozdarci. Chcą walczyć o swoje pieniądze, ale nie chcą zaszkodzić tym, którym opieka już wypłaca świadczenie. Ale zmienić tę ustawę będą mogli tylko wtedy, gdy zbiorą podpisy i będą naciskać na ministerstwo.


Gdzie Pisać
Petycje w sprawie zmiany przepisu najlepiej słać prosto do ministerstwa polityki społecznej pod adres: Biuro Pełnomocnika Rządu ds. Osób Niepełnosprawnych (BON), ul. Gałczyńskiego 4, 00– 362 Warszawa.
Można też zadzwonić: (022) 826-96-73.
Pozdrawiam :))
"Starsza Jesienna Miotełka"

Offline Ulka

  • User z prawami do pisania
  • Rozgadany Weteran
  • *******
  • Wiadomości: 10988
Nauczyciel 2005 czyli kto uczy nasze dzieci
« Odpowiedź #215 dnia: Czerwiec 02, 2005, 11:38:30 am »
Nauczyciel 2005 czyli kto uczy nasze dzieci

   
Magdalena Kula

Dziś bardziej niż szkoła wpływ na wychowanie dzieci mają komputery, media i rówieśnicy - tak uważają polscy nauczyciele. O sobie mówią, że mają przede wszystkim nowocześnie uczyć


Jutro na konferencji Związku Nauczycielstwa Polskiego zostaną przedstawione najnowsze wyniki badań przeprowadzonych wśród nauczycieli. W ankietach aż 75 procent nauczycieli mówi o kryzysie wychowania. Ale nie obwiniają o to szkoły. Zapytani o czynniki, które wpływają na wychowanie młodego człowieka, wymieniają rodzinę, grupy rówieśników, internet i media. Szkoła pojawia się dopiero na szóstym miejscu, a sami nauczyciele jeszcze dalej - na ósmym. Wpływu na wychowywanie młodzieży zdaniem nauczycieli nie mają też księża i Kościół.

Sobie nauczyciele pozostawiają rolę dydaktyka. Są przekonani, że ich najważniejszym zadaniem jest rozwijanie zdolności uczniów, przekazywanie wiedzy i kontrolowanie postępów w nauce. Chcą nowocześnie uczyć. Skończyli studia i dokształcają się (63 proc. nauczycieli zaliczyło kursy metodyczne, a ponad 40 proc. zaczęło studia podyplomowe). Zdobywają kolejne stopnie zawodowego awansu. Udoskonalają programy nauczania i zabiegają, by w szkole nie brakowało pomocy naukowych.

Choć nauczyciele narzekają na niskie zarobki (34 proc. deklaruje, że wystarczają tylko na skromne życie), na agresywną młodzież, stosy papierów do wypełnienia i codzienny stres, nie chcą zmienić pracy. Na pytanie, czy znów wybraliby zawód nauczyciela, "tak" odpowiedziało ponad 70 proc.! Dlaczego? Przekonują, że zawsze chcieli pracować z dziećmi, a równie często wspominają, że dzięki długim feriom i wakacjom mogą sporo czasu poświęcać własnej rodzinie. Przywiązania do zawodu nie zmieniają nawet złe opinie o polskim systemie oświaty - krytykuje go prawie 60 procent wszystkich nauczycieli.

•  Badanie na zlecenie ZNP przeprowadził Zakład Badań Naukowych Polskiego Towarzystwa Socjologicznego, a opracował je prof. Marian Niezgoda z UJ. Badanie przeprowadzono na reprezentatywnej próbie 1101 nauczycieli.

Nauczyciele i polityka

Czy jest w Polsce partia polityczna, z którą Pan(i) sympatyzuje? - zapytali nauczycieli autorzy badań.

Nie - odpowiedziało aż 71,9 proc. Tylko niespełna 10 proc. wskazało taką partię. Spośród nich 40 proc. głosowałoby na PO, 16 proc. na PiS, po 7 proc. na LPR i polityków dawnej UW, a około 5 proc. na SLD, PSL, UPR i SdPl.

Około 20 proc. wszystkich było niezdecydowanych albo przyznało, że nie zna programów wszystkich partii.

Ponad 60 proc. nauczycieli nie należy do związków zawodowych.

http://serwisy.gazeta.pl/kraj/1,34317,2739696.html
Ulka-Darek30mpdz & Magda31 &   wspomnienia

Offline Gaga

  • Administrator
  • Rozgadany Weteran
  • *****
  • Wiadomości: 26487
Senatorowie mają kilkaset poprawek do ustawy o szkolnictwie
« Odpowiedź #216 dnia: Czerwiec 30, 2005, 02:33:49 pm »
Senatorowie mają kilkaset poprawek do ustawy o szkolnictwie wyższym

Prawo o szkolnictwie wyższym wymaga wielu poprawek - uważają senatorowie. Podczas debaty nad ustawą zgłosili ich ponad 300. Najdalej idąca mówi o odrzuceniu ustawy o szkolnictwie wyższym w całości.
262 poprawki zgłosiła senacka Komisja Nauki, Edukacji i Sportu. Kolejnych kilkadziesiąt zgłosili senatorowie podczas środowej debaty. "Idziemy na rekord świata" - skomentował zgłaszanie kolejnych poprawek wicemarszałek Senatu Kazimierz Kutz (Senat 2001).


Zasadnicza poprawka dotyczy wykreślenia z ustawy art. 236, który mówił o tym, że lustracją objęci zostaną m.in. rektorzy, prorektorzy i dziekani wyższych uczelni. Zdaniem senatorów, przepis ten nie wprowadzał obowiązku składania oświadczeń lustracyjnych, a to oznacza, że nie byłoby możliwe prowadzenie postępowań lustracyjnych.

Senatorowie zaproponowali także, by tytuł magistra nie miał charakteru tytułu zawodowego, tylko był tytułem akademickim.
"Umiejscowienie tytułu magistra na równi z licencjatem i inżynierem dyskredytuje go" - uważa senator Zbigniew Kruszewski (Lewica Razem).

Sejm przyjął prawo o szkolnictwie wyższym 3 czerwca. Rząd chce, by ustawa weszła w życie 1 września.
"Jeśli szybko uda nam się przyjąć ustawę, a prezydent ją podpisze, to vacatio legis tej ustawy potrwa co najwyżej miesiąc. Przy tak ważnej ustawie to bardzo krótko" - uważa senator Marian Żenkiewicz (Lewica Razem).

"Dlatego ustawa ta powinna wejść w życie najwcześniej 1 września 2006 roku" - zaproponowała Teresa Liszcz (Senat 2001). Dodała, że biorąc pod uwagę liczbę poprawek przekraczającą liczbę artykułów ustawy należałoby ją odrzucić w całości. "Środowisko naukowe zasługuje na porządną ustawę" - argumentowała.

"Pośpiech w przyjmowaniu tej ustawy jest ogromny, liczba poprawek pokazuje, że ma ona wiele wad, ale odrzucenie jej będzie znacznie gorsze" - uznał Edmund Wittbrodt (Senat 2001).

Wiceminister edukacji Tadeusz Szulc zaapelował do senatorów o przyjęcie ustawy. Teraz poprawkami zajmie się senacka Komisja Nauki, Edukacji i Sportu. Ustawa będzie przedmiotem głosowania jeszcze podczas tego posiedzenia Senatu.
Pozdrawiam :))
"Starsza Jesienna Miotełka"

Offline Ulka

  • User z prawami do pisania
  • Rozgadany Weteran
  • *******
  • Wiadomości: 10988
Kuratorium dofinansowało im naukę, a teraz nie chce uznać dy
« Odpowiedź #217 dnia: Lipiec 19, 2005, 12:50:04 pm »
Kuratorium dofinansowało im naukę, a teraz nie chce uznać dyplomów

Śląscy nauczyciele nabici w studia podyplomowe


Skończyli studia podyplomowe, aby nauczać dodatkowych przedmiotów. Kuratorium dofinansowało im naukę, a teraz nie chce uznać studiów.


- Łączenie pracy zawodowej z nauką i obowiązkami rodzinnymi to ogromny wysiłek. Zdecydowaliśmy się jednak na to, aby uzyskać dodatkowe kwalifikacje, by w przyszłości, w obliczu rosnącego bezrobocia i niżu demograficznego mieć większe szanse na znalezienie pracy - tłumaczy Katarzyna Elwirska-Pachla z Gliwic, jedna z poszkodowanych nauczycielek.

Problem dotyczy studiów prowadzonych przez Uniwersytet Opolski, które miały dać absolwentom uprawnienia do nauczania w szkole podstawowej przedmiotów humanistycznych.

Chodzi o absolwentów trzech roczników, którzy w latach 1999 - 2001 podjęli te podyplomowe studia. W sumie 120 osób. Do nauki namawiali ich przełożeni - dyrektorzy szkół, dostawali też dofinansowanie z kuratorium oświaty.

Wszystko po to, by przygotować nauczycieli potrzebnych dla zreformowanej podstawówki. Studia trwały dwa lata. Okazuje się jednak, że ich wysiłek był niepotrzebny. - Na dyplomie wydanym przez uczelnię jest napisane, że zdobyłem uprawnienia do nauczania języka polskiego, historii i społeczeństwa, plastyki i muzyki - mówi Robert Krzemiński, nauczyciel Szkoły Podstawowej w Toszku na Opolszczyźnie. - W mojej szkole te uprawnienia są uznawane, ale kiedy chciałem się zatrudnić w szkole w sąsiedniej miejscowości, to Kuratorium Oświaty je zakwestionowało - dodaje. Nauczycielskich dyplomów nie chce uznać Kuratorium Oświaty w Katowicach. Twierdzi ono, że w programie studiów było za mało zajęć i nie są one zgodne z przepisami o kształceniu nauczycieli. - Te studia nie dają uprawnień do nauczania wszystkich przedmiotów wymienionych w dyplomie - uważa Grzegorz Pączek, dyrektor Wydziału Strategii i Analiz Edukacyjnych w katowickim Kuratorium Oświaty.

Organizator studiów, Uniwersytet Opolski broni się. - Rozporządzenie o standardach kształcenia nauczycieli z 2003 roku nie obowiązuje tych, którzy studia podyplomowe ukończyli wcześniej - zwraca uwagę Marek Masnyk, dziekan Wydział Historyczno-Pedagogiczny Uniwersytetu.

Ministerstwo Edukacji też ma swoje zdanie na temat sporu kuratorium z nauczycielami. - Formalnie rzecz biorąc te studia dają kwalifikacje, tak jak napisała uczelnia - stwierdza Anna Dakowicz-Nawrocka, dyrektor Departamentu Kształcenia i Doskonalenia Nauczycieli w Ministerstwie Edukacji. - Ich absolwenci mogą uczyć, ale powiem szczerze, nie chciałabym, by moje dziecko uczył nauczyciel po takich studiach - dodaje.

Jej zdaniem studia trwały za krótko, by dobrze przygotować do nauczania aż czterech przedmiotów. - To jednak od dyrektora szkoły zależy, czy zechce zatrudnić nauczyciela z takimi kwalifikacjami - tłumaczy dyrektor Dakowicz-Nawrocka.

Zainteresowani nauczyciele chcą uzupełnić swoje podyplomowe studia, tak by dostosować się do nowych wymagań. - Nikt nie chce jednak z nami na ten temat rozmawiać. Od roku czekamy na odpowiedź z Ministerstwa Edukacji - tłumaczy Katarzyna Elwirska-Pachla.

Anna Paciorek

http://www.rzeczpospolita.pl/gazeta/wydanie_050719/kraj/kraj_a_9.html
Ulka-Darek30mpdz & Magda31 &   wspomnienia

Offline Gaga

  • Administrator
  • Rozgadany Weteran
  • *****
  • Wiadomości: 26487
Artykuły - Nowości szkolne
« Odpowiedź #218 dnia: Wrzesień 01, 2005, 02:31:11 pm »
Szkoły sobie radzą

We wszystkich rozwiniętych państwach świata edukacja pozostaje obiektem stałego publicznego zainteresowania
W Polsce – z niewiadomych powodów – dzieje się jednak inaczej

Cytuj
O edukacji w Polsce mówi się jedynie incydentalnie. Nie stanowi ona ważnego pola ideowych konfrontacji. Jedyne gorące spory w ostatnich latach wznieciła nowa matura oraz propozycja wprowadzenia odpłatności za studia. Ugrupowania polityczne, gdy je zapytać o edukację, poprzestają na ogólnikach, tyleż słusznych, co pozbawionych treści. Ten brak głębszego zainteresowania byłby być może wybaczalny, gdyby nie to, że w polskiej oświacie bardzo dużo się wydarzyło. Reforma Handkego, choć zdaniem jej twórców nie została dokończona, rzeczywiście zaczęła zmieniać nasze szkoły.

więcej>>>
Szkoły sobie radzą
Pozdrawiam :))
"Starsza Jesienna Miotełka"

Offline Gaga

  • Administrator
  • Rozgadany Weteran
  • *****
  • Wiadomości: 26487
Artykuły - Nowości szkolne
« Odpowiedź #219 dnia: Wrzesień 03, 2005, 10:55:24 am »
Kosztowny początek roku dla najbiedniejszych

W "Dzienniku Polskim" czytamy: dopiero pod koniec września lub nawet na początku października najbiedniejsze rodziny dostaną jednorazowy dodatek z tytułu rozpoczęcia roku szkolnego.

Na wcześniejsze wypłacanie pieniędzy nie pozwala ustawa o świadczeniach rodzinnych - mówią urzędnicy z krakowskiego Wydziału Świadczeń Socjalnych.

Jednorazowy dodatek z tytułu rozpoczęcia roku szkolnego przysługuje osobom, których miesięczny dochód na jednego członka rodziny nie przekracza 504 zł, a w razie wychowywania dziecka niepełnosprawnego - 583 zł. Wysokość dodatku uzależniona jest od liczby dzieci w rodzinie.

Osoby, które złożyły do końca lipca w urzędzie miasta lub gminy wniosek o przyznanie zasiłku wraz z dodatkiem mogą liczyć na wypłatę świadczenia jeszcze we wrześniu, ale prawdopodobnie w jego drugiej połowie. Te, które nie zdążyły tego zrobić, na pieniądze poczekają do października.

Należy pamiętać, że wniosek musi być złożony najpóźniej do końca miesiąca, w którym rozpoczyna się rok szkolny, a więc dla większości rodziców datą graniczną jest 30 września - przypomina dziennik.

Ratunkiem dla wielu rodziców mogą też być rządowe programy dla najbiedniejszych rodzin. Od kilku lat realizowany jest rządowy program "Wyprawka szkolna", który polega na zakupie podręczników dla najbiedniejszych dzieci. Jest on jednak skierowany wyłącznie do uczniów rozpoczynających naukę. W tym roku podręczniki od państwa otrzyma 130 tys. pierwszaków, ponad 11 tys. z nich pochodzi z Małopolski.

Rodziny, w których miesięczny dochód na jedną osobęnie przekracza 546 zł, mogą również ubiegać się o udział w programie "Posiłek dla potrzebujących" - informuje "Dziennik Polski". (PAP)
Pozdrawiam :))
"Starsza Jesienna Miotełka"

Offline Gaga

  • Administrator
  • Rozgadany Weteran
  • *****
  • Wiadomości: 26487
Artykuły - Nowości szkolne
« Odpowiedź #220 dnia: Wrzesień 05, 2005, 02:01:28 pm »
Szkoła pod internetowym nadzorem

W polskich szkołach zaczyna się prawdziwa rewolucja. Coraz częściej rodzice mogą kontrolować swoje pociechy przez Internet - informuje "Życie Warszawy". Dzieje się tak za sprawą internetowych dzienników uczniów. Dzięki nim, nie ruszając się sprzed komputera, można śledzić postępy dzieci w nauce.

Najpopularniejszy w Polsce jest system Wywiadówka ONLINE, w którym działa już 140 szkół. Jak mówi Grzegorz Bilnik, współwłaściciel BBSystems, firmy, która prowadzi ten serwis, dzienniki działają dopiero od stycznia br., ale zainteresowanie nimi jest bardzo duże. Zachęca fakt, że można skorzystać z nich za darmo. Firma traktuje je jako promocję swoich usług i na razie nie przewiduje żadnych opłat - czytamy w gazecie.

Dzięki Wywiadówce ONLINE nauczyciele mogą nie tylko informować rodziców o stopniach, zachowaniu ich dzieci, ale też mogą komunikować się z nimi za pomocą Internetu.

W Warszawie z tego systemu chce skorzystać między innymi Gimnazjum nr 45 im. Powstania Warszawskiego. Dyrektor Zofia Rudzymińska od razu zastrzega jednak, że takie ułatwienia nie zastąpią zwykłych zebrań. Jak przyznaje, początkowo pomysł nie przypadł do gustu nie tylko uczniom.

"Nauczyciele boją się, że będą mieli dużo dodatkowej pracy przy wpisywaniu ocen w system. Jednak nie można bać się takich nowinek" - dodaje Rudzymińska.

"Życie Warszawy" o zdanie zapytało też uczniów. Ola, która uczy się w szóstej klasie w Szkole Podstawowej nr 23 w Warszawie, uważa, że niektórzy uczniowie przez takie rozwiązanie mogą mieć problemy. "Nie o wszystkim mówi się rodzicom. Czasami coś lepiej przemilczeć, a tak nic się nie ukryje" - tłumaczy dziewczyna.(PAP)
Pozdrawiam :))
"Starsza Jesienna Miotełka"

Offline Ulka

  • User z prawami do pisania
  • Rozgadany Weteran
  • *******
  • Wiadomości: 10988
ROZMOWA Szkoła nie wyręczy rodziców
« Odpowiedź #221 dnia: Wrzesień 09, 2005, 11:02:13 am »
ROZMOWA Szkoła nie wyręczy rodziców

Psycholog z podstawami karate


Rodzice często wydają na korepetycje, bo chcą mieć święty spokój. Chcą, żeby ktoś z dziećmi odrobił lekcje.

 
Małgorzata Zielicz, dyrektor LO im. Batorego w Warszawie

Czy szkoła wymaga, ale nie pomaga uczniom?

MAŁGORZATA ZIELICZ: To jest poważny zarzut. Pytanie postawiłabym inaczej: czego rodzice oczekują od szkoły, jakiej pomocy? Myślę że chcą, by szkoła ich zastąpiła w wychowaniu i w tym, na co oni, zapracowani, nie mają czasu. Jeżeli tak, to na naszą oświatę muszą iść bardzo duże pieniądze, by szkoła po południu przejęła funkcje opiekuńcze od rodziców.

Jedna trzecia rodziców niezadowolonych ze szkoły jako powód niezadowolenia podaje: dzieci muszą brać korepetycje. Czy szkoła nie potrafi uczyć?

Uważam, że rodzice często wydają na korepetycje, bo chcą mieć święty spokój. Chcą, żeby ktoś z dziećmi odrobił lekcje.

Czy szkoła powinna dzieciom gwarantować bezpieczeństwo?

Powinna. Ale czy nauczyciel, który ma 10 minut przerwy, by przejść z jednego piętra na drugie i przygotować klasę do lekcji, ma czas, żeby doglądać uczniów? Aby zagwarantować bezpieczeństwo, potrzebnisą przygotowani ludzie, którzy będą pomagać zespołowi nauczycieli. Do niektórych szkół trzeba czterech osiłków z przygotowaniem karate i umiejętnościami psychologicznymi.

Jedna trzecia rodziców dopłaca do nauki dzieci, głównie do nauki języków obcych. To także czerwona kartka dla szkoły.

Niestety, w liceum mogą być trzy godziny tygodniowo jednego języka obcego i dwie - drugiego. To zdecydowanie za mało. Mogę to nieco powiększyć, ale tylko kosztem przedmiotów, które uczniowie zdają na maturze.

Większość rodziców jest zadowolona ze szkół swoich dzieci. Najmniej entuzjastycznie są nastawieni do szkoły ci, których dzieci chodzą do zawodówek. Dlaczego?

Myślę, że odpowiedź na to pytanie niekoniecznie jest oceną tego typu szkoły. Młodzież z zawodówek pochodzi ze środowisk, gdzie jest wiele innych problemów, niż edukacja. Ich rodzice są dużo mniej zadowoleni z życia w ogóle, nie tylko ze szkoły.

Rozmawiała Anna Paciorek

http://www.rzeczpospolita.pl/gazeta/wydanie_050909/kraj/kraj_a_6.html

Krytykują i płacą


Polska szkoła nie odpowiada rozbudzonym ambicjom rodziców. Wymaga, ale nie pomaga - uważa połowa naszych respondentów

 
 
Rodzice wiedząc, że szkoła nie daje wszystkiego, co potrzeba ich dzieciom, dopłacają do nauki. Tylko co trzeci pytany przez nas rodzic był zadowolony ze szkoły, do której chodzi jego dziecko. Najlepiej w ocenie rodziców wypadły szkoły podstawowe i licea ogólnokształcące, trochę gorzej: gimnazja - wynika z sondażu "Rzeczpospolitej", przeprowadzonego przez GfK Polonia. Bardzo zadowolonych z podstawówki swojego dziecka jest 38 proc. respondentów, a z liceum ogólnokształcącego - 35 proc. Tylko co czwarty z rodziców uczniów techników jest bardzo zadowolony z takiej szkoły. Podobne odczucia ma co piąty z respondentów, którego dziecko uczy się w zawodówce lub liceum profilowanym.

Uczą, ale trzeba douczać
Krytycznie wobec szkół są zwłaszcza rodzice z wyższym wykształceniem, specjaliści, kadra kierownicza i pracownicy umysłowi z miast powyżej 500 tys. mieszkańców.

Najczęściej powtarzający się zarzut to "szkoła wymaga, ale nie pomaga". Stawia go 50 proc. respondentów, głównie osoby z wykształceniem zasadniczym zawodowym, robotnicy niewykwalifikowani. Sami nie są w stanie pomóc swoim dzieciom przy odrabianiu lekcji, a na korepetycje często ich nie stać. Zmuszanie do korzystania z korepetycji najczęściej zarzucają polskiej szkole pracownicy umysłowi, osoby z wyższym wykształceniem, mieszkańcy dużych miast.

- Rodzice nie powinni się godzić na korepetycje - uważa prof. Elżbieta Putkiewicz, pedagog z Uniwersytetu Warszawskiego. - Mogą przez radę rodziców wpływać na nauczycieli, żeby lepiej uczyli ich dzieci. To obowiązek szkoły.

Trzeci zarzut - brak gwarancji bezpieczeństwa dla dzieci - stawiają polskiej szkole przede wszystkim osoby ze średnim wykształceniem, robotnicy wykwalifikowani, mieszkający w dużych miastach. A na brak współpracy nauczycieli z rodzicami skarżą się zwłaszcza mieszkańcy wsi.

Korepetycje, usługa popularna
O wyższych studiach dla swoich dzieci marzy zdecydowana większość rodziców. Także ci, którzy sami mają tylko podstawowe lub zasadnicze wykształcenie. Część z nich dopłaca do edukacji dzieci. Do takich wydatków przyznaje się co trzeci z badanych w tym sondażu. Najwięcej, bo aż 56 proc. z nich płaci za naukę języków obcych, ponad 30 proc. płaci za zajęcia sportowe, a 29 proc. - za korepetycje.

O to, by ich dzieci znały obce języki, troszczą się przede wszystkim młodzi rodzice (20 - 29 lat), ze średnim wykształceniem, urzędnicy, ale także robotnicy niewykwalifikowani. Tego rodzaju zajęcia fundują najczęściej rodzice uczniów liceów ogólnokształcących i techników.

Korepetycje są najpopularniejsze wśród młodzieży z liceów profilowanych i gimnazjów. Prawdopodobnie słabsi uczniowie, którzy wybierają szkołę z maturą (liceum profilowane), nie dają sobie rady, stąd taki nacisk na korepetycje.

Ankietowani rodzice przewidują, że miesięcznie będą wydawać na naukę dzieci od 100 do 249 zł. Tylko czterech na stu ma zamiar wydawać ponad 500 zł miesięcznie. Natomiast co piąty z rodziców nie zamierza w ogóle płacić za edukację. Największą grupę wśród nich stanowią osoby z podstawowym wykształceniem, z ubogich rodzin o dochodach netto poniżej 800 zł.

ANNA PACIOREK

Moje dziecko, magister


Osiemdziesiąt procent rodziców chce, by ich dzieci zdobyły wyższe wykształcenie - wynika z sondażu "Rz", przeprowadzonego przez GfK Polonia. Tylko czterech na stu respondentów uznało, że ich dzieciom wystarczy ukończenie zasadniczej szkoły zawodowej.

 
 
- To bardzo dobry wskaźnik ambicji społecznych - mówi prof. Tadeusz Luty, przewodniczący Konferencji Rektorów Akademickich Szkół Polskich. - Rodzice obserwują, że większe szanse na pracę i wyższy status materialny mają ludzie wykształceni. Chcą więc lepszej przyszłości dla swoich dzieci.

O tym, że rodzicom bardzo zależy na wykształceniu dzieci, można też wnioskować z odpowiedzi na inne pytanie. - Gdybym miał pieniądze, posłałbym swoje dzieci do szkoły niepublicznej - odpowiedziało czterech na dziesięciu badanych. W rzeczywistości z oświaty niepublicznej korzysta mniej niż jeden procent ich dzieci.

Z sondażu wynika też, że szkoła nie odpowiada w pełni na rozbudzone społeczne ambicje edukacyjne. Chociaż rodzice są dość ostrożni w krytykowaniu szkoły, to wskazują jej braki. Aż co trzeci jako powód niezadowolenia wymienia konieczność brania korepetycji. Ponad połowa wydatków ponoszonych przez rodziców na edukację to opłaty za naukę języków obcych, bo ta oferowana przez szkołę nie wystarcza. Respondenci przewidują, że miesięcznie będą dopłacać do edukacji dzieci 172,50 zł. Żadnych tego typu wydatków nie zamierza ponosić tylko co dwudziesty ankietowany.

a.p.
http://www.rzeczpospolita.pl/gazeta/wydanie_050909/kraj/kraj_a_1.html
Ulka-Darek30mpdz & Magda31 &   wspomnienia

Offline Gaga

  • Administrator
  • Rozgadany Weteran
  • *****
  • Wiadomości: 26487
Artykuły - Nowości szkolne
« Odpowiedź #222 dnia: Wrzesień 11, 2005, 03:53:53 pm »
Już gdzieś ten temat cieżkich  tornistrów był poruszany.


Za ciężki tornister
2005-09-10

Nawet siedem kilogramów dźwigają uczniowie podstawówek. Krzywy kręgosłup może mieć 80 procent dzieci. Reporterzy "Głosu Szczecińskiego" zważyli uczennicę czwartej klasy, Ewę Witkowską i jej szkolny tornister. Ewa waży 34 kilogramy, a plecak - 4.

 Noszę tu książki, piórnik, zeszyty, jedzenie, picie - mówi Ewa Witkowska. - Są dni, kiedy mój plecak jest jeszcze cięższy. Natalia, uczennica drugiej klasy, tego dnia - oprócz książek - musiała przynieść jeszcze blok, farby, plastelinę i inne niezbędne rzeczy. Tornister niosła babcia.

- Nawet mnie garb boli, a co dopiero takie dziecko - żali się Krystyna Kumor, babcia Natalii. Ciężkie tornistry są jedną z przyczyn wad postawy u dzieci. Dr Maciej Kołban, kierownik kliniki ortopedii dziecięcej PAM, mówi, że ma je 80 procent dzieci.

- To nie jest ciężar do noszenia na co dzień - twierdzi dr hab. Maciej Kołban. - Dzieci powinny mieć książki w szkole!

Dwa lata temu, po sygnałach o wadach postawy u dzieci i skargach rodziców, stacje sanepidu przeprowadziły akcję ważenia uczniowskich plecaków. W Polsce nie ma norm, które określają jak ciężkie mogą być tornistry, ale przyjęto przepisy o pracy młodocianych. Według nich chłopcy poniżej 16 lat nie powinni nosić więcej niż 5 kg, a dziewczynki - więcej niż 3.

- Okazało się, że w miastach zbyt ciężkie tornistry nosi ponad 40 procent dzieci, a na wsiach ponad 30 - mówi Wanda Siegień, kierownik oddziału higieny szkolnej Wojewódzkiej Stacji Sanitarno- Epidemiologicznej.

Z wniosków sanepidu wynika, że dzieci zabierają do szkoły rzeczy, które nie są potrzebne - zabawki, dodatkowe książki. - Tak jest zwłaszcza we wrześniu. Uczulamy rodziców, ale z różnym skutkiem - mówi nauczycielka nauczania początkowego w SP 63 w Szczecinie.

Wnioski z akcji sanepidu trafiły do ministerstwa edukacji. - Nie mamy możliwości nakazania czegokolwiek - twierdzi Mieczysław Grabianowski, rzecznik ministra edukacji. - Możemy tylko przekazywać nasze uwagi. Rozmawiamy z wydawcami podręczników, by książki były mniejsze i lżejsze.

(PAP)
zródło


Od dwóch lat ten temat  jest ,a jak dzieci nosiły cieżkie plecaczki , tak noszą  :evil:
Ważyłam z ciekawości kiedyś.I to lżejszy miała, akurat w tym dniu,a wazył  4 kg. z "hakiem " :evil:
Z mojej panny to kawał baby jest, i do szkoly "kroczek", a narzeka że to cieżkie.
A co mają powiedzieć dzieci drobne i te które muszą nałożyć spory kawałek drogi?  :evil:
Pozdrawiam :))
"Starsza Jesienna Miotełka"

Offline Gaga

  • Administrator
  • Rozgadany Weteran
  • *****
  • Wiadomości: 26487
Artykuły - Nowości szkolne
« Odpowiedź #223 dnia: Wrzesień 13, 2005, 07:09:16 am »
Takich dzieci w całej Polsce,jak w poniższym artykule jest dużo więcej. :cry:
 
Województwo głodnych dzieci

Monika Adamowska,
mn 11-09-2005 ,
Cytuj
W Warmińsko-Mazurskiem i Zachodniopomorskiem żyje najwięcej głodnych dzieci - wynika z raportu Polskiej Akcji Humanitarnej. Mimo olbrzymich nakładów gmin wciąż są uczniowie, którzy nie korzystają z dożywiania

W tym tygodniu na dobre ruszą stołówki szkolne. To świetna wiadomość dla 59 tys. zachodniopomorskich uczniów korzystających z bezpłatnych obiadów i śniadań. W Szczecinie Miejski Ośrodek Pomocy Rodzinie wykupił na ten rok posiłki dla 3 360 dzieci.

- To dla nas ogromna pomoc - mówi pani Dorota ze śródmieścia. Trójka z pięciorga jej dzieci je w szkole. Kobieta nie chce podawać nazwiska. Wstydzi się biedy. Ona i mąż są bezrobotni, bez prawa do zasiłku. Żyją głównie z pomocy społecznej.

Są szkoły, np. SP 14 przy ul. Strzałowskiej, gdzie wsparcia wymaga nawet jedna trzecia uczniów, a z dożywiania korzysta nawet sześcioro dzieci z jednej rodziny. Pracownice stołówki SP 14 zauważyły, że biedę najbardziej widać w poniedziałki: - Po weekendzie dzieci przychodzą wygłodzone - opowiadają.

Polska Akcja Humanitarna i Danone zleciły naukowcom z Uniwersytetu im. M. Kopernika w Toruniu zbadanie sytuacji w kraju. Okazało się, że co trzeci uczeń w Polsce jest niedożywiony. 30 proc. wymaga nieodpłatnego dokarmiania, a korzysta z niego tylko ok. 18 proc. Co dziesiąty chodzi głodny, ale nie je m.in. dlatego, że dochód w jego rodzinie przekroczył kryterium przyznania pomocy - 316 zł na osobę. Są też rodzice, którzy wstydzą się korzystać z pomocy i nie pozwalają dzieciom jeść w szkole.

Według raportu PAH w Zachodniopomorskiem taka pomoc potrzebna byłaby 39,1 proc. uczniów. A ze statystyki naszego Urzędu Wojewódzkiego wynika, że korzysta z niej 59 tys. dzieci, czyli 17,02 proc. Ponad 35 tys. to dzieci ze wsi.

W ubiegłym roku szkolnym z pewnością wiadomo było o ponad 5 tys. dzieci głodnych, które nie mogły jeść w szkole. Aż ponad 2,2 tys. z nich dlatego, że rodzice nie chcieli skorzystać z pomocy.

- My i Warmińsko-Mazurskie najwięcej przeznaczamy na dożywianie - twierdzi Stanisław Dalgiewicz, kierownik oddziału pomocy społecznej w Urzędzie Wojewódzkim w Szczecinie. - W ubiegłym roku gminy wyłożyły na posiłki ponad 14,5 mln zł i dostały dodatkowo 3,7 mln zł z rezerwy celowej. W tym roku będzie to jeszcze więcej, bo obowiązuje rządowy program "Posiłek dla potrzebujących", który pozwala przyznać pomoc większej liczbie dzieci.

Jak tłumaczy Dalgiewicz, program podwyższa kryterium dochodowe - o bezpłatne obiady starać się mogą teraz rodziny, w których dochód na osobę nie przekracza 150 proc. kryterium ustawowego, czyli 474 zł. - Chociaż gminy starają się wyjątkowo dużo przeznaczać na takie wsparcie, wszystkich potrzebujących nie da się objąć pomocą - uprzedza Dalgiewicz.

Marian Burzyński, dyrektor SP 2 przy ul. B. Śmiałego, podpowiada, jak z tego wybrnąć: - W mojej szkole na ok. 120 obiadów 70 to bezpłatne, a na 50 śniadań aż 30 wydawanych jest w ramach pomocy społecznej. Żeby nakarmić jak najwięcej głodnych uczniów, korzystamy nie tylko z pomocy gminy, ale i prywatnych sponsorów - mówi dyrektor. - Są wśród nich nawet emeryci czy renciści, którzy sami nie mają zbyt wiele. Ale nawet ich wpłata 5 zł jest istotna, bo to trzy śniadania.

Rozmowa ze rencistką sponsorką

82-letnia rencistka Maria Ostrowska ze Szczecina jest jednym ze sponsorów posiłków dla dzieci z SP 2 w Szczecinie

Monika Adamowska: Jak można zostać sponsorem posiłków?

Maria Ostrowska: Z mojej renty co miesiąc 20 zł wpłacane jest na konto szkoły z przeznaczeniem na posiłki dla głodnych dzieci. Każdy, kto chciałby pomóc dzieciom, może robić tak samo. Oczywiście każdy ile może, nawet złotówka czy 5 zł się przyda, bo jak nas będzie więcej, uzbiera się spora suma.

20 zł z renty to dużo...

- Miałam syna chorego na zanik mięśni. Chciał żyć, uczyć się, ale nie było mu dane. Kiedy zmarł, chciałam coś robić w imię jego pamięci. W końcu moja córka, która uczyła w tej szkole, podpowiedziała mi, że tam dzieci chodzą głodne i można im pomóc. Uznałam, że warto, bo podczas wojny zaznałam głodu i wiem, że jak go cierpisz, myślisz tylko o jedzeniu. Głodne dziecko nie będzie się uczyć. Nie wiem, kto korzysta z mojej pomocy i nie chcę wiedzieć. Wystarczy mi, że wiem, że je

Cytuj
Głodne dziecko nie będzie się uczyć. Nie wiem, kto korzysta z mojej pomocy i nie chcę wiedzieć. Wystarczy mi, że wiem, że je
Kliknij w Pajacyka
Jednym kliknięciem w brzuszek pajacyka- możesz nakarmić głodne dziecko.
....... Ciebie to nic nie kosztuje.......
Pozdrawiam :))
"Starsza Jesienna Miotełka"

Offline Gaga

  • Administrator
  • Rozgadany Weteran
  • *****
  • Wiadomości: 26487
Artykuły - Nowości szkolne
« Odpowiedź #224 dnia: Wrzesień 15, 2005, 09:05:49 am »
Szkolne odpady

W Polsce 300 tysięcy dzieci nie chodzi do szkoły – alarmują specjaliści w najnowszym raporcie ONZ

Jeśli nic się nie zmieni, czeka nas wybuch społecznej bomby z opóźnionym zapłonem

Cytuj
Mimo to polskie Ministerstwo Edukacji Narodowej i Sportu bagatelizuje problem. Na pytanie o liczbę dzieci nieprzestrzegających obowiązku nauki urzędnicy wzruszają ramionami. – MENiS utrzymywało nawet, że sprawa jest dobrze rozpoznana i dotyka tylko 1,5 tys. osób – twierdzi Mirosław Kaczmarek. Z Rzecznikiem Praw Dziecka zgodziła się też NIK. Jej raport sprzed dwóch lat szacuje, że na jedną szkołę przypada przynajmniej 3–4 dzieci, które powinny chodzić na lekcje, ale nie chodzą.

Cytuj
Tak jak w przypadku 13-letniej Kasi Babickiej (nazwisko zmienione), która już prawie nie pamięta, kiedy ostatni raz była na lekcji. Dziewczynka mieszka w popegeerowskiej wiosce w Bieszczadach, ma 25 kilometrów do szkoły i kilometr do przystanku gimbusa. Najpierw do jej rodziców zwróciła się dyrektorka rejonówki, Kasia poszła na kilka lekcji, po czym rodzice machnęli na naukę ręką. Teraz obawiają się grzywny i choć wiedzą, że nie będzie ich na nią stać, obliczyli, że i tak posyłanie dziecka do szkoły wypada za drogo. Trzeba kupić książki, zeszyty, a dziewczynkę ubrać, i to jeszcze tak, żeby się nie wstydziła przed klasą. Sama Kasia przed szkołą nie ucieka, ale rodzice nie wykształcili w dzieciach zwyczaju uczenia się. W pokoju nie mają biurka ani żadnego miejsca do odrabiania lekcji czy czytania, a półkę na książki zawala sterta starych gazet. – Brat po gimnazjum nie poszedł do następnej szkoły, bo po co – wzrusza ramionami

Kasia. Rodzice specjalnie go do tego nie zmuszali. Przyzwyczaili się do starego systemu edukacji, kiedy wystarczyło skończyć dwie szkoły, bo po podstawówce było liceum czy technikum. Teraz myślą, że ta trzecia, ostatnia część edukacji to bezsensowna konieczność.

więcej >>>
Pozdrawiam :))
"Starsza Jesienna Miotełka"

Offline Gaga

  • Administrator
  • Rozgadany Weteran
  • *****
  • Wiadomości: 26487
Artykuły - Nowości szkolne
« Odpowiedź #225 dnia: Wrzesień 26, 2005, 08:34:37 am »
Szkoła grozi śmiercią lub kalectwem

Statystycznie 1,5 tysiąca uczniów rocznie ma szanse trafić wprost ze szkolnej ławki na rentę lub do szpitala.

Eksperci z Centralnego Instytutu Ochrony Pracy alarmują: szkoła jest najbardziej niebezpiecznym środowiskiem dla dzieci.
 Aż 26 procent wszystkich wypadków z ich udziałem zdarza się właśnie na przerwach i podczas lekcji. W 2004 roku wypadkom na terenie placówek oświatowych uległo 150 tysięcy uczniów, z czego 1248 zostało na zawsze kalekami, a 88 nie przeżyło. Te statystyki są wstrząsające. W górnictwie na 1000 zatrudnionych zdarza się 17 wypadków rocznie, w transporcie – osiem. Tymczasem w oświacie na 1000 dzieci przypada aż 21 wypadków.
Nie zdarzyło się jednak, by na wniosek inspektorów BHP zamknięto w Polsce jakąkolwiek szkołę. Dzieje się tak, choć są placówki, które regularnie pojawiają się w ponurych statystykach. Z tych zestawień wynika, że najwięcej niebezpieczeństw czyha na uczniów w województwach: podlaskim, świętokrzyskim, lubuskim i łódzkim. Jednak najbardziej dokuczliwe są drobne kontuzje i schorzenia.

­ Większość uczniów nie ma szans na ukończenie nauki na przykład bez uszkodzonego kręgosłupa ­ alarmuje dr Danuta Roman-Liu.
Wszystko przez ciężkie tornistry.
 Czasami ważą nawet do 40 procent wagi ciała dziecka. Tymczasem plecak z książkami nie powinien przekraczać jednej dziesiątej ciężaru jego właściciela. Efekt jest widoczny.

Wady kręgosłupa ma już ponad połowa spośród sześciu milionów polskich uczniów. Te schorzenia to rzecz nabyta w szkole. O ile wśród sześciolatków występują u co dziesiątego malca, to w przypadku 15-latków, którzy mają za sobą dekadę w szkole, stwierdza się je u połowy.

Naukowcy zmierzyli też poziom hałasu na szkolnych korytarzach.
Okazało się, że przekrzykujące się dzieciaki potrafią wygenerować 95 do 108 decybeli. Tymczasem najwyższy dopuszczalny poziom hałasu na stanowiskach pracy to 85 decybeli. Dzieciom grozi więc też postępująca głuchota.

2005-09-24
MARCIN PRZEWOŹNIAK
Życie Warszawy
Pozdrawiam :))
"Starsza Jesienna Miotełka"

Offline Gaga

  • Administrator
  • Rozgadany Weteran
  • *****
  • Wiadomości: 26487
Artykuły - Nowości szkolne
« Odpowiedź #226 dnia: Wrzesień 26, 2005, 04:09:40 pm »
Uwięzili dzieci w klasach


Wieloletnie zaniedbania doprowadziły do skandalicznej sytuacji

Znaleźliśmy szkołę na Białołęce, w której dzieciz młodszych klas nie wychodzą na przerwy, bo na przepełnionych korytarzach zostałyby zadeptane przez starszych kolegów.


Nasze dzieci siedzą w klasach jak w areszcie. Nauczyciele pozwalają im wyjść tylko na co trzecią przerwę – skarżą się rodzice maluchów ze szkoły nr 342 przy ul. Strumykowej na Białołęce. Rzeczywiście. 702 uczniów z klas jeden-trzy korytarze szkolne ogląda tylko wtedy, gdy nauczycielka prowadzi ich rano z szatni do klasy.
Chronić malucha

– Ze względów bezpieczeństwa część przerw najmłodsze dzieci muszą spędzać w klasach.To jedyne rozwiązanie – tłumaczy Maria Marciniak, dyrektor szkoły. – Najmłodsi nie muszą wychodzić regularnie na przerwy. Można im elastycznie kształtować zajęcia.
Czwartoklasiści są za to bardzo dumni. – Wychodzimy na każdą przerwę. My już jesteśmy starsze klasy – chwalą się dzieciaki.

Dzieci jak mrówek

W podstawówce przy ul. Strumykowej trzy lata temu uczyło się 280 uczniów. Dziś jest tu ich 1115, a budynek zaprojektowano dla najwyżej 800 dzieciaków. Korytarze podczas przerw przypominają warszawski tramwaj w godzinach szczytu.
Zapewne za rok liczba uczniów znów wzrośnie. Białołęka jest modną dzielnicą. To tu buduje się najwięcej blokowisk i tu najchętniej przeprowadzają się młodzi ludzie. Przez ostatnie dziesięć lat liczba mieszkańców dzielnicy podwoiła się z 33 do 63 tys. ludzi. W tym samym czasie dzieci w wieku do szóstego roku życia przybyło ponad sześć tysięcy. Rocznie trafia do szkół o 150 dzieci więcej niż w poprzednim roku. A osiedlanie się nowych mieszkańców trwa cały czas.

– W Warszawie rządzą developerzy, a nie samorządy. Dlatego stawia się nowe osiedla bez sprawdzania, czy zakłócą one równowagę demograficzną – uważa dr Bogdan Dzierżawski, architekt.

Nauka na zmiany

Dlaczego dzielnica przez lata nie przygotowała się do rozwiązania problemu wyżu demograficznego? Burmistrz Białołęki Jerzy Smoczyński broni się tak: – W ostatnich latach wybudowano tu sześć szkół. Kolejną dla 800 uczniów zbudujemy w 2008 r. Niestety, wszystko, co zrobiła dzielnica, to za mało.
Tłok w szkołach jest faktem. Dlatego Bożena Wojda, psycholog dziecięcy, ubolewa: – Dzieci w pierwszych klasach potrzebują dużo ruchu. Powinny wychodzić na przerwy, muszą odreagować czas spędzony w ławce szkolnej.

Jednak dyr. Marciniak i jej koleżanki po fachu nie mają wyjścia. W klasach jest ścisk. Oddanie za trzy lata nowej szkoły niewiele tu zmieni. Inni dyrektorzy ratowali się wprowadzeniem nauki na zmiany. W sąsiednim gimnazjum lekcje w ub.r. zaczynano o siódmej rano, zaś w podstawówce przy ul. Porajów zajęcia trwały do 20.30.

Data: 2005-09-23
MARCIN PRZEWOŹNIAK, WSP. MACIEJ CZERSKI
Życie Warszawy
Pozdrawiam :))
"Starsza Jesienna Miotełka"

Offline Gaga

  • Administrator
  • Rozgadany Weteran
  • *****
  • Wiadomości: 26487
Artykuły - Nowości szkolne
« Odpowiedź #227 dnia: Październik 02, 2005, 11:17:40 pm »
Trzy razy po 12-15 ratujące życie

PODSTAWY REANIMACJI W GIMNAZJACH. 12-15 minut wystarczy, by nauczyć się udzielania pierwszej pomocy. Wiek 12-15 lat to najlepszy czas na taki szybki kurs. W 12-15 minut dojeżdża karetka do chorego z zatrzymaną akcją serca, a zatem tak długo osoby postronne muszą prowadzić reanimację. Centrum Zdrowia Dziecka (CZD) przeszkoliło już w tym zakresie prawie 100 gimnazjalistów. "Postawy reanimacji powinny jednak wejść do programu wszystkich gimnazjów. Ocaliłoby to przed śmiercią rokrocznie nawet kilkuset nieszczęśników" - przekonuje prof. dr med. Tadeusz Szreter z Kliniki Anestezjologii i Intensywnej Terapii CZD.

ZATRZYMANIE AKCJI SERCA NIE MUSI BYĆ WYROKIEM

Zatrzymanie akcji serca to wyrok śmierci - wiedzą o tym wszyscy. Mało osób zdaje sobie jednak sprawę z tego, że ten wyrok jest odroczony, choć zaledwie na 5-10 minut. Po tym czasie umiera mózg pozbawiony przepływu krwi. Do śmierci przyczynia się hipoksja, czyli niedotlenienie oraz nagromadzenie w tkankach szkodliwych metabolitów. Aby uratować mózg, a co za tym idzie życie człowieka, krążenie trzeba przywrócić.

Zrobić to może każdy.

"Nasze doświadczenie mówi, że wyszkolenie 10 osób trwa ok. dwóch godzin. Podstawy reanimacji są banalne - każdy może uciskać mostek umierającego człowieka i raz na jakiś czas wdmuchać mu do płuc życiodajne powietrze. Ważna jest jednak siła nacisku i jego częstotliwość. Tergo włąśnie uczą ćwiczenia na fantomie (modelu nieprzytomnego człowieka)" - wyjaśnia prof. Szreter.

Kurs pierwszej pomocy dla gimnazjalistów to jedna z propozycji Centrum Zdrowia Dziecka, debiutującego na warszawskim Festiwalu Nauki.

MORALNY OBOWIĄZEK LEKARZY

Jak twierdzą przedstawiciele szpitala, organizacja kursu (znacznie bardziej kłopotliwa niż np. wykładu) była ich moralnym obowiązkiem.

"Gdziekolwiek przeszkolenia uczniowie się pojawią, szansa na przeżycie umierającej osoby zwiększa się wielokrotnie. I nie jest ważne, czy będzie to w szkole, na ulicy czy na stoku narciarskim podczas najbliższych ferii zimowych" - podkreśla jedna z pielęgniarek nadzorujących praktyczną naukę reanimacji.

"Uczyć trzeba właśnie gimnazjalistów. Są dostatecznie silni i duzi, by reanimować i jeszcze pełni młodzieńczego entuzjazmu. Przez kilka lat proponowaliśmy ekipom rządzącym w naszym kraju, że opracujemy program nauki pierwszej pomocy dla uczniów. Chcieliśmy też prowadzić pilotażowo szkolenia w kilku szkołach. Ku naszemu zdumieniu żadna z ekip nie była tym zainteresowana" - nie kryje rozgoryczenia prof. Szreter.

Jak mówi, pojedyncze szkoły także nie wykazują woli, by w nich organizować szkolenia. "Jeśli w ogóle, to z takimi prośbami występują rodzice, a nie dyrekcje placówek. Te są przekonane często, że nauka pierwszej pomocy w ramach przedmiotu Przystosowanie Obronne ma te same funkcje. Nie łudźmy się. Na PO uczniowie uczą się, jak ładnego bandażowania kończyn, a nie ratowania ludzkiego życia" - dodaje lekarz.

PAP - Nauka w Polsce, Michał Henzler
Pozdrawiam :))
"Starsza Jesienna Miotełka"

Offline Gaga

  • Administrator
  • Rozgadany Weteran
  • *****
  • Wiadomości: 26487
Artykuły - Nowości szkolne
« Odpowiedź #228 dnia: Październik 04, 2005, 01:41:36 am »
Internetowy dziennik szkolny
Cytuj
Przedstawiamy Państwu propozycję dziennika szkolnego dostępnego przez Internet dla nauczycieli, uczniów oraz ich rodziców.
Włożyliśmy dużo wysiłku w to, aby dziennik był prosty w obsłudze. Twórcami dziennika są czynni nauczyciele znający potrzeby nauczycieli, rodziców i uczniów. Przy opracowaniu dziennika konsultowaliśmy się z dyrektorami szkół. Dołożyliśmy starań, aby dane przechowywane w dzienniku były bezpieczne.
Planujemy rozwój programu i oferujemy Państwu współpracę na bardzo korzystnych warunkach.
Internetowy dziennik jest wyposażony w dobrze opracowany system pomocy, na każdej stronie znajdują się instrukcje obsługi, które w miarę pojawiających się pytań będziemy starali się poszerzać.
Na tej stronie pragniemy omówić wszystkie funkcje dostępne w programie. Dostępna jest także wersja dziennika on-line oraz informacje dotyczące jego zakupu.

Życzymy miłej pracy wspomaganej naszym programem
Pozdrawiam :))
"Starsza Jesienna Miotełka"

Offline Gaga

  • Administrator
  • Rozgadany Weteran
  • *****
  • Wiadomości: 26487
Artykuły - Nowości szkolne
« Odpowiedź #229 dnia: Październik 04, 2005, 08:40:40 am »
Regulaminowy kolczyk

"Dziennik Polski" pisze: bluzy z kapturem, czapki z daszkiem, kuse spódniczki, a nawet szorty - to tylko niektóre elementy stroju, których noszenie w szkołach jest surowo zabronione.

Szkolne statuty coraz dokładniej precyzują, jak powinien wyglądać uczeń. W ubiegłym roku do statutu Gimnazjum nr 39 w Krakowie wprowadzono zakaz noszenia na terenie szkoły bluz z kapturem.

One świadczą o przynależności do pewnej subkultury - tłumaczy dyrektorka szkoły, Wiesława Kaczmarczyk. Nie można też nosić jaskrawego makijażu i wyzywających fryzur - dodaje.

Zakaz farbowania włosów obowiązuje również w krakowskim Gimnazjum nr 13. Nie wolno też nosić koszulek z logo marihuany i długich kolczyków. Zabronione jest wypisywanie w zeszytach kibicowskich haseł i chodzenie z odkrytymi pępkami - wylicza szkolny psycholog, Agnieszka Ryss.

Z uczniem, który złamie któryś z tych zakazów spisywany jest kontrakt. Obowiązuje przez miesiąc. Tyle czasu ma uczeń na zmianę swojego zachowania. Jeśli tego nie zrobi otrzymuje naganę, najpierw na forum klasy, potem szkoły - mówi Ryss.

Podobne rozporządzenia wprowadzane są do coraz większej ilości polskich szkół.

Przepisy te wprowadziliśmy już kilka lat temu - tłumaczy dyrektor ósemki Zdzisław Kusztal. M.in. dlatego, że rodzice często stawali w obronie swoich niestosownie ubranych dzieci, tłumacząc, że statut nie wspomina o uczniowskim stroju - dodaje.

Dyrektor Kusztal przyznaje, że tego typu regulamin niektórych może śmieszyć, ale - jego zdaniem - czasem warto postawić wymagania.

Warto pod warunkiem, że da się je wyegzekwować - komentuje na łamach "Dziennika Polskiego" dyrektor Zespołu Szkół Zawodowych Huty im. Sendzimira, Mirosław Ziarek. W jego szkole nie ma regulacji dotyczących stroju. (PAP)
zródło


Cytuj
Podobne rozporządzenia wprowadzane są do coraz większej ilości polskich szkół.

W naszej szkole i pewnie nie tylko u nas wprowadzono natomiast tego typu
Regulamin oceniania ucznia  :wink:
Pozdrawiam :))
"Starsza Jesienna Miotełka"

Offline Gaga

  • Administrator
  • Rozgadany Weteran
  • *****
  • Wiadomości: 26487
Artykuły - Nowości szkolne
« Odpowiedź #230 dnia: Październik 05, 2005, 10:58:50 am »
Sms zawiadomi o wagarach dziecka
28.09.2005 15:02
 
Dobra wiadomość dla rodziców, gorsza dla wagarowiczów. Dyrekcje szkół z kilku rzymskich dzielnic postanowiły wysyłać SMS-y rodzicom, których dzieci nie przyszły na lekcje. W ten sposób postanowiono walczyć z plagą wagarów.

Koniec z podrabianiem podpisu rodziców pod usprawiedliwieniem nieobecności w szkole. W sukurs nauczycielom przyszła najnowsza technologia. "Państwa dziecka nie ma w szkole" - wiadomość takiej treści otrzymają SMS-em rodzice nieobecnych uczniów szkół podstawowych i średnich.

Do eksperymentalnej akcji, która ruszy jeszcze w tym tygodniu, przystąpiło 26 placówek oświatowych, między innymi z Ostii i Casalpalocco.
 Jeśli uda się w ten sposób zmniejszyć powszechne zjawisko wagarów, prawdopodobnie metodę przyjmą również szkoły z innych dzielnic Rzymu.((PAP)
Interia.pl

Ciekawe , czy i do nas dojdzie taka nowość  ?
Pozdrawiam :))
"Starsza Jesienna Miotełka"

Offline Gaga

  • Administrator
  • Rozgadany Weteran
  • *****
  • Wiadomości: 26487
Artykuły - Nowości szkolne
« Odpowiedź #231 dnia: Październik 12, 2005, 02:05:56 am »
Przedszkolaki z nocnej zmiany     :shock:

    Paweł Buczkowski 11-10-2005

Sześcioletnie maluchy zamiast oglądać dobranockę, muszą do godz. 20 uczyć się w zerówce.

Dlaczego nie mogą rano? Bo lubelskie placówki nie mają dla nich miejsca, jeśli rodziców nie stać, żeby za opiekę zapłacić. - To dyskryminacja - mówi Ministerstwo Edukacji Narodowej i zapowiada interwencję w lubelskim kuratorium

Od ubiegłego roku wszystkie sześciolatki muszą chodzić do zerówki. Zgodnie z ustawą rodzice mogą bezpłatnie zapisać swoje pociechy na pięć godzin, czyli tyle, ile potrzeba na realizację programu nauczania. Jeżeli chcą, aby dziecko zostawało w przedszkolu dłużej, mogą go zapisać na 10 godzin. Jednak to już kosztuje - w Lublinie 116 zł miesięcznie plus obiad, którego cena wynosi ok. 4 zł dziennie. - Nie chcę płacić, bo państwo ma ustawowy obowiązek zagwarantować mi edukację dziecka za darmo - mówi Bogusław Drozd, ojciec 6-letniego Damiana. Tymczasem w Przedszkolu nr 58 przy ul. Radzyńskiej dowiedział się, że jego syn może się uczyć bezpłatnie, ale tylko w godz. od 15 do 20. - Znam ludzi, których nie stać, żeby płacić 200 zł za przedszkole. Dlaczego ich dzieci mają być karane nauką w nocy, w czasie kiedy ich rówieśnicy odpoczywają lub chodzą spać? - denerwuje się pan Bogusław. Po interwencji rodziców dyrekcja przedszkola zgodziła się utworzyć dodatkowy bezpłatny oddział poranny.

Problem występuje jednak w innych lubelskich przedszkolach. W Przedszkolu nr 70 przy ul. Smyczkowej jedyny bezpłatny oddział funkcjonuje wieczorem. - Mamy dużo dzieci chodzących na cały dzień, a brakuje sal, żeby wszystkich pomieścić o jednej porze - mówi dyrektor Małgorzata Małachowska-Lech.

Od 14 do 19 mogą za darmo uczyć się dzieci w Przedszkolu nr 56 przy ul. Kurantowej. - Wyszliśmy naprzeciw oczekiwaniom rodziców i przez dwa dni w tygodniu dzieci mogą uczyć się od 8 do 13. W pozostałe dni jest to niemożliwe, bo w tej sali odbywają się płatne zajęcia dodatkowe - mówi wicedyrektor Urszula Kulesza.

Ministerstwo Edukacji Narodowej uważa, że taki podział to dyskryminacja dzieci z biedniejszych rodzin: - Dzieci, których rodzice nie płacą za zerówkę, nie mogą czuć się gorsze. Będziemy interweniować u kuratora, aby zajął się tą sprawą - zapowiada Mieczysław Grabianowski, rzecznik MEN.

Ewa Dumkiewicz-Sprawka, dyrektor Wydziału Oświaty i Wychowania Urzędu Miasta, któremu podlegają wszystkie przedszkola, uważa, że problem leży w braku wystarczającej liczby lokali: - Rok szkolny już się zaczął i teraz nic nie możemy zmienić. Rodzice mogą starać się o zapis do zerówek w godzinach porannych dopiero w przyszłorocznym naborze - mówi.

Dla Gazety

prof. Danuta Waloszek, Akademia Pedagogiczna w Krakowie

Jestem tym zbulwersowana i zaniepokojona. Dzieci najlepiej uczą się, kiedy wstaną, w godzinach porannych. Wieczorem nie są już na tyle aktywne, żeby móc się efektywnie uczyć. Zostało to udowodnione przez naukowców. Okazuje się, że po raz kolejny dorośli nie wzięli pod uwagę potrzeb dziecka, wypełniając zadania administracyjne. Wymagają od dziecka, kiedy już jest zmęczone, żeby się skoncentrowało. To trudne nawet dla dorosłego. To potrzeby fizjologiczne dziecka powinny tak naprawdę wyznaczać czas nauki i czas odpoczynku.
zródło
Pozdrawiam :))
"Starsza Jesienna Miotełka"

Offline Gaga

  • Administrator
  • Rozgadany Weteran
  • *****
  • Wiadomości: 26487
Artykuły - Nowości szkolne
« Odpowiedź #232 dnia: Listopad 03, 2005, 08:43:26 am »
Raport CBOS o wydatkach na naukę
Magdalena Kula 01-11-2005

W tym roku na podręczniki, przybory i ubrania potrzebne dzieciom do szkoły rodzice wydali najwięcej od 1997 roku - średnio 755 złotych. Ale na dodatkowe zajęcia językowe czy sportowe pieniądze znalazły się już tylko w niespełna jednej trzeciej domów. Dzieci z wielodzietnych rodzin i ze wsi nie miały na nie szans

Rodzina Kowalskich - oboje rodzice pracują, mają trojkę uczących się dzieci. Najstarszy syn w technikum, dwie młodsze córki jeszcze w podstawówce. Na przygotowanie dzieci do nowego roku szkolnego wydali ponad 1200 złotych.

Ponad połowę tej sumy pochłonęły podręczniki. Te do szkoły średniej kosztowały prawie 300 złotych. Na książki do podstawówki trzeba było wydać kolejnych ponad 300 zł. A to i tak jeszcze nie tak wiele, bo niektóre książki młodsza siostra "odziedziczyła" po starszej. Niemal jedna trzecią tej sumy Kowalscy wydali na ubrania dla dzieci. Resztę na zeszyty, długopisy, ołówki, tornistry.

Centrum Badania Opinii Społecznej od dziewięciu lat w październiku pyta rodziców o wydatki związane z początkiem roku szkolnego. W tym roku były rekordowe.

Na przygotowanie dzieci do szkoły statystyczna rodzina wydała 755 złotych. Na jedno dziecko przypadło średnio 483 zł - jeszcze dziewięć lat temu tylko 270 zł.

- Rosnące wydatki na edukacje potwierdzają rosnące aspiracje edukacyjne rodzin. Rodzice doceniają wagę wykształcenia, a pieniądze przeznaczane na podręczniki i przybory szkolne traktują jako inwestycję w przyszłość dzieci - komentuje prof. Ireneusz Białecki, socjolog z Uniwersytetu Warszawskiego.

Aż 35 proc. rodziców na przygotowanie swoich pociech do szkoły wydało powyżej 800 złotych. Jeszcze dziewięć lat temu tak dużą sumę wykładał z portfela tylko co dziesiąty rodzic. W jednej czwartej domów na szkolne wydatki poszło od 500 do 800 zł. W tylu samo domach - od 300 do 500 zł.

Najwięcej w edukację swoich pociech inwestowali rodzice jedynaków - 550 zł, o 9 proc. więcej niż rok wcześniej. Takich możliwości nie było w rodzinach wielodzietnych. Tam na jedno dziecko było tylko 366 zł (o 6 proc. mniej niż przed rokiem).

Im starsze dziecko, tym szkolne wydatki większe. Rodzice dzieci w podstawówce na podręczniki wydali średnio 204 zł. Tych w szkole średniej - już 264 zł. W starszych klasach droższe były też potrzebne do szkoły ubrania. Gdy rodzice uczniów ze szkół podstawowych wydawali na nie średnio139 zł, to w liceum i technikum mniej więcej o 40 zł więcej.

Ale gdy przybywa rodzin inwestujących w szkołę, to ubywa tych, które stać na opłacanie dzieciom dodatkowych, pozaszkolnych zajęć. Jak podkreśla autorka badań Bogna Wciórka, to właśnie te dodatkowe zajęcia najbardziej wpływają na edukacyjne szanse dziecka - na to, czy dostanie się do dobrej szkoły średniej i na dobre studia, a w przyszłości znajdzie dobrą pracę.

W tym roku z płatnych lekcji języków obcych, kursów komputerowych, lekcji rysunku czy gry na instrumentach, zajęć sportowych i korepetycji skorzystają dzieci z najwyżej 30 proc. domów. Tak źle nie było od lat. Rok temu na dodatkowe zajęcia chodziły dzieci z 37 proc. domów. A w latach 1997-98 - gdy wydatki na edukację w szkole były najniższe - dodatkowe lekcje i kursy opłacało dla dzieci ponad 40 proc. rodzin.

Ci, którzy teraz na takie zajęcia się załapią, to przede wszystkim dzieci wykształconych i dobrze sytuowanych rodziców pochodzących z dużych miast. Te ze wsi, z wielodzietnych rodzin i z obszarów objętych największym bezrobociem tyle szczęścia nie mają. Z badań wynika, że mniej niż jedna piąta rodziców z wykształceniem podstawowym, mieszkających na wsi i z dochodami poniżej 300 złotych na osobę w rodzinie opłaci swoim dzieciom dodatkowe zajęcia. Bo albo ich na to nie stać, albo wciąż nie dostrzegają takiej potrzeby.
Pozdrawiam :))
"Starsza Jesienna Miotełka"

Offline Gaga

  • Administrator
  • Rozgadany Weteran
  • *****
  • Wiadomości: 26487
Artykuły - Nowości szkolne
« Odpowiedź #233 dnia: Listopad 06, 2005, 07:49:55 pm »
Stołówkowa segregacja w podkrakowskiej szkole
Olga Szpunar 04-11-2005

W stołówce Zespołu Szkół w Bibicach ci uczniowie, których rodzice zapłacą za posiłek, jedzą dwudaniowy obiad z kompotem. Pozostali dostają tylko zupę z wkładem

Wszystko dzieje się w podstawówce i gimnazjum w jednej z bogatszych gmin w Polsce - podkrakowskich Zielonkach. Prowadzona przez ajenta od września tego roku szkolna stołówka wydaje dwudaniowe obiady wyłącznie 30 uczniom, których rodzice w całości za nie płacą (zupa i drugie danie kosztuje 5,8 zł).

17 dzieci, którym obiady funduje Gminny Ośrodek Pomocy Społecznej (płaci za nie po 3 zł), dostaje tylko zupę z wkładem. - We wrześniu dostałem informację, że dziecko będzie miało finansowane obiady przez gminę, ale nikt mnie nie poinformował, że będzie to jedynie zupa - opowiada ojciec jednego z uczniów. O tym, że córka zjada pierwsze danie, a potem gapi się w talerz kolegi, na którym leży mięso z ziemniakami, dowiedział się dopiero po miesiącu.

- Skoro wyszło z tego takie zamieszanie, możemy wrócić do rozdawania bułek najbiedniejszym. Tak było w ubiegłym roku, kiedy obiady dowoziła nam firma kateringowa - powiedziała nam wczoraj w pierwszych słowach spotkania dyrektorka szkoły Jolanta Lepiarczyk.

Nie widzi nic niewłaściwego w tym, że na jednej stołówce przy wspólnych stolikach jedne dzieci karmione są gorzej, a drugie - lepiej (w zależności od tego, czy rodzice sfinansują obiady swemu dziecku). - Lepiej, żeby dostały ciepłą zupę niż nic, prawda? A na to, by wszyscy jedli jednakowo, nie ma pieniędzy - tłumaczy.

- Za taką kwotę, jaką daje Gminny Ośrodek Pomocy Społecznej, niczego więcej niż zupy z wkładem nie da się zaproponować - twierdzi Tadeusz Sztuka, ajent szkolnej stołówki w Bibicach. - Może dałoby się gotować po równo dla wszystkich bez podnoszenia kosztów, gdyby ze stołówki korzystało więcej uczniów. Tak jest w dużych szkołach. Przy 30 osobach płacących za pełny obiad to niemożliwe.

Aby wszystkie dzieci jadły takie same obiady w szkolnej stołówce w Bibicach, gmina musiałaby wygospodarować rocznie dodatkowe 10 tys. zł. Czy to dużo dla Zielonek, które w raporcie Centrum Badań Regionalnych zostały uznane za jedną z bogatszych gmin w Polsce?

Wicewójt gminy Arnold Kuźniarski: - Oczywiście, że to nie jest szokująca kwota, ale takich zadań, na które brakuje 10 tys. zł, mamy na pęczki. Sugerowałbym szkole poszukanie sponsorów lub rozmowę z zamożniejszymi rodzicami. Może zgodziliby się dołożyć coś do obiadu najbiedniejszym dzieciom.

Szkoła szukała już sponsorów. I znalazła. Sześciu uczniom pełne obiady sponsoruje ksiądz z Węgrzec. To wszystko.

Wczoraj, po tym jak "Gazeta" zainteresowała się sprawą, kierowniczka Gminnego Ośrodka Pomocy Społecznej w Zielonkach Grażyna Hołda poinformowała nagle dyrekcję szkoły, że być może znajdą się dodatkowe pieniądze na to, by najbiedniejsze dzieci zamiast zupy z wkładem dostawały samo drugie danie.

W ubiegłym roku opisaliśmy segregację uczniów w szkolnej stołówce w Rabce. Dzieci z bogatych rodzin jadły na obiad kotleta, biedniejsze - parówkę. Żeby biedniejszym nie było przykro, wydawano im obiady podczas innych przerw lekcyjnych. Po opisaniu sprawy przez media szkoła znalazła sponsora. Osoby, które chcą pomóc szkole w Bibicach, proszone są o kontakt pod nr. tel (012) 285 88 21
Pozdrawiam :))
"Starsza Jesienna Miotełka"

Offline Ulka

  • User z prawami do pisania
  • Rozgadany Weteran
  • *******
  • Wiadomości: 10988
OŚWIATA
« Odpowiedź #234 dnia: Listopad 10, 2005, 05:22:24 pm »
OŚWIATA
Mniejsze opłaty dla ubogich

Wchodzą w życie 12 listopada 2005 r.

Rodzice uczniów przebywających w internacie, ośrodkach wychowawczych, domach wczasów dziecięcych mogą starać się o zwolnienie z opłat, jeśli dochód w rodzinie nie przekracza 316 zł na osobę.

Możliwość ubiegania się o zwolnienie z opłat przewiduje rozporządzenie ministra edukacji z dnia 25 października zmieniające rozporządzenie w sprawie rodzajów i szczegółowych zasad działania placówek publicznych, warunków pobytu dzieci i młodzieży w tych placówkach oraz wysokości i zasad odpłatności wnoszonej przez rodziców za pobyt ich dzieci w tych placówkach (Dz.U. nr 212, poz. 1767).

Zgodnie z nim organ prowadzący daną placówkę w przypadku szczególnie trudnej sytuacji materialnej, a w szczególności, gdy dochód na osobę w rodzinie nie jest większy niż kwota, o której mowa w art. 8 ust. 1 pkt 2 ustawy o pomocy społecznej (Dz.U. nr 64, poz. 593 z późn. zm.), czyli 316 zł, może zwolnić rodziców w całości lub w części z opłat za przebywanie dziecka w: bursie, młodzieżowym ośrodku wychowawczym, socjoterapii, rewalidacyjno-wychowaczym specjalnym ośrodku szkolno-wychowaczym oraz domu wczasów dziecięcych.

O zwolnienie mogą także ubiegać się rodziny, w których wystąpiły nieszczęśliwe przypadki losowe. Tak jak dotychczas opłata za posiłki w tych ośrodkach musi być równa wysokości kosztów surowca przeznaczonego na wyżywienie. Dyrektor placówki ustala ją w porozumieniu z organem prowadzącym.

http://www.gazetaprawna.pl/dzialy/2.html?numer=1584&dok=1584.2.3.2.26.7.0.1.htm

treść

http://panorama.infor.pl/akty/portal.html
Ulka-Darek30mpdz & Magda31 &   wspomnienia

Offline Ulka

  • User z prawami do pisania
  • Rozgadany Weteran
  • *******
  • Wiadomości: 10988
NIEPEŁNOSPRAWNI
« Odpowiedź #235 dnia: Listopad 20, 2005, 09:55:09 pm »
NIEPEŁNOSPRAWNI
Dzieci krzywdzone podwójnie


Wydawane przez poradnie psychologiczno-pedagogiczne orzeczenia dla dzieci niepełnosprawnych intelektualnie są krzywdzące oraz niezgodne z przepisami.



Na wniosek rodziców lub opiekunów prawnych dziecka poradnie wydają orzeczenia o potrzebie zajęć rewalidacyjno-wychowawczych, indywidualnego nauczania czy kształcenia specjalnego. Choć przepisy ustawy o systemie oświaty (Dz.U. z 2004 r. nr 256, poz. 2572) stwarzają uczniom możliwość przejścia ze szkoły specjalnej do szkoły integracyjnej lub ogólnodostępnej, 95 proc. dzieci niepełnosprawnych intelektualnie, które trafiły do szkół specjalnych, pozostaje w nich aż do zakończenia edukacji. – Ten proces powinien być monitorowany – uważa Krystyna Mrugalska, prezes Polskiego Stowarzyszenia Na Rzecz Osób z Upośledzeniem Umysłowym. – Należy śledzić, jak dziecko funkcjonuje i dostosowywać formę edukacji – dodaje.


Samorząd naciska

Obecnie to niepełnosprawnych dostosowuje się do struktury oświaty. Zgodnie z opiniami zawartymi w raporcie „Prawa Osób z Niepełnosprawnością Intelektualną – Dostęp do Edukacji i Zatrudnienia”, władze samorządowe próbują wywierć nacisk na poradnie, by w orzeczeniach zawierały zalecenia dotyczące pobytu w swoich placówkach, co niekoniecznie odpowiada potrzebom dziecka. – Dzięki takim zabiegom samorządy nie muszą zawierać porozumień z innymi powiatami i oszczędzają na subwencjach – uważa K. Mrugalska. – Naciski dotyczą także częstszego orzekania nauczania indywidualnego. Ta ostatnia forma, w dobie niżu demograficznego, zapewnia „dopełnienie” etatu wielu nauczycielom. Izoluje jednak i dzieci, i rodziców – dodaje.


Wbrew prawu

Zdaniem szefa jednej z białostockich poradni umiarkowany bądź znaczny stopień upośledzenia wyklucza nauczanie integracyjne, choć ustawa o systemie oświaty stanowi o swobodnym wyborze szkoły przez rodziców. Do nadinterpretacji przepisów dochodzi także przy wydawaniu odroczeń od obowiązku szkolnego. Niejednokrotnie pracownicy poradni odmawiają przyznania ponownego odroczenia lub ograniczają jego trwanie w czasie. – Wynika to z nieznajomości przepisów prawa, a czasem ze zwykłej urzędniczej buty – twierdzi Teresa Wojnar z Biura Rzecznika Praw Dziecka. – Rodzice sądzą, że każdy ma prawo do edukacji, a urzędy uznają ją za obowiązek. Prawda leży pośrodku – dodaje.

Opiekunowie nie są bezradni w walce o prawa swoich podopiecznych. Od decyzji poradni przysługuje im odwołanie do kuratora oświaty. Jeśli nie będą usatysfakcjonowani wynikiem przeprowadzonego przez niego postępowania, mogą złożyć skargę do sądu administracyjnego.

Łukasz Guza

http://www.gazetaprawna.pl/dzialy/2.html?numer=1587&dok=1587.2.3.2.26.4.0.1.htm
Ulka-Darek30mpdz & Magda31 &   wspomnienia

Offline Ulka

  • User z prawami do pisania
  • Rozgadany Weteran
  • *******
  • Wiadomości: 10988
Artykuły - Nowości szkolne
« Odpowiedź #236 dnia: Grudzień 02, 2005, 06:39:30 pm »
Nie zamykać małych szkół

Ponad 600 tys. podpisów zebrał Związek Nauczycielstwa Polskiego (ZNP) pod apelem o powstrzymanie prywatyzacji małych szkół. ZNP niepokoi się, że w niektórych gminach w kraju samorządy, tłumacząc się brakiem funduszy, zamykają publiczne szkoły, a na ich miejsce tworzą prywatne, prowadzone przez fundacje i stowarzyszenia. Minister edukacji i nauki prof. Michał Seweryński, który wczoraj uczestniczył w posiedzeniu prezydium ZNP, zapewnił, że resort zaplanuje sposoby pomocy rządu dla najbiedniejszych gmin, aby nie musiały one zamykać szkół.


Środki dla szpitali bez zmian

W pierwszym półroczu przyszłego roku mazowiecki oddział Narodowego Funduszu Zdrowia przeznaczy dokładnie tyle samo pieniędzy na leczenie szpitalne, ile w tym roku – zdecydował resort zdrowia i NFZ po proteście stołecznych szpitali, które zagroziły niepodpisywaniem kontraktów z funduszem na 2006 r. Oznacza to, że do szpitali klinicznych i wojewódzkich nie trafi mniej pieniędzy na leczenie niż obecnie, co zakładał plan finansowy NFZ na 2006 r. W związku z tymi zmianami, okres konsultacji warunków kontraktów na przyszły rok na Mazowszu został przedłużony do 20 grudnia br.


UE za dostępem do tanich leków

Unia Europejska powinna uczynić wszystko, aby umożliwić najuboższym dostęp do tanich leków – stwierdzili członkowie Parlamentu Europejskiego. Wczoraj przyjął on sprawozdanie w sprawie przyznawania licencji przymusowych na patenty dotyczące wytwarzania produktów farmaceutycznych przeznaczonych na wywóz do krajów, w których występują problemy związane ze zdrowiem publicznym.


Nowi wiceministrowie w MPiPS

Premier Kazimierz Marcinkiewicz powołał z dniem 30 listopada 2005 r. Pawła Wypycha oraz Kazimierza Kuberskiego na stanowiska sekretarzy stanu w Ministerstwie Pracy i Polityki Społecznej. Minister Wypych będzie pełnił funkcję pełnomocnika rządu do spraw osób niepełnosprawnych.

http://www.gazetaprawna.pl/dzialy/2.html?numer=1599&dok=1599.2.3.2.25.2.0.1.htm
Ulka-Darek30mpdz & Magda31 &   wspomnienia

Offline sonia

  • User z prawami do pisania
  • Rozgadany Weteran
  • *******
  • Wiadomości: 25627
    • Dar Życia
Artykuły - Nowości szkolne
« Odpowiedź #237 dnia: Grudzień 15, 2005, 02:27:04 pm »
EDUKACJA.Jak się bronić przed błędem egzaminatora
- Rzeczpospolita 15.12.05 Nr 292 ANNA PACIOREK

Czy będzie można podważać oceny maturalne? Domaga się tego rzecznik praw obywatelskich. Minister edukacji zastanawia się, jak zapobiec pomyłkom egzaminatorów

 
Basi Arndt udało się wywalczyć zmianę niesprawiedliwej oceny
(c) ADRIAN SPUŁA

Dotychczas prawo maturzystów do podważenia swojej oceny z egzaminu były mocno ograniczone. Mogli się skarżyć jedynie na procedurę przeprowadzania egzaminu (na przykład, że nie słyszeli
zadań, bo aparatura nagłaśniająca była niesprawna). Natomiast, jak wynika z rozporządzenia ministra edukacji, oceny wystawione przez egzaminatorów są ostateczne.

Niezadowoleni maturzyści próbowali je jednak podważać mimo takiego zapisu.

Kilkadziesiąt spraw trafiło do rzecznika praw obywatelskich. Rzecznik uważa, że potrzebne są przepisy umożliwiające dochodzenie prawa do sprawiedliwej oceny.

- Zastanowimy się nad tym wspólnie z komisjami egzaminacyjnymi - mówi Jarosław Zieliński, wiceminister edukacji.

Nie są nieomylni

Przypadek Basi Arndt, uczennicy LO w Głubczycach, potwierdza fakt, że do pracy egzaminatorów można mieć zastrzeżenia.

- Zdawałam niemiecki na poziomie rozszerzonym; kiedy dostałam mało punktów, postanowiłam sprawdzić pracę - wspomina Basia. -

Zobaczyłam, że przy wypracowaniu nie ma żadnych poprawek, a jest zero punktów, bo egzaminator uznał, że praca była nie na temat.

Basia napisała odwołanie.

Okręgowa Komisja Egzaminacyjna wypracowanie oceniła ponownie,
maturzystka uzyskała za nie maksymalną liczbę punktów. -
Uznałem, że decyzja egzaminatora, by nie oceniać wypracowania, była błędna - wyjaśnia Wojciech Małecki, dyrektor OKE we Wrocławiu.

Rekrutacja na uczelniach odbywa się jednak wcześniej, niż maturzyści mogą obejrzeć swoje prace. Basia nie znalazła się więc na liście przyjętych na wymarzoną germanistykę. Musiała złożyć kolejne odwołanie i dopiero we wrześniu dowiedziała się, że jest studentką Uniwersytetu Jagiellońskiego.

Nie dopuszczają jawności

Takiego szczęścia nie miała Joanna Tomczak ze Społecznego LO nr 2 w Warszawie. Jest przekonana, że na maturze przyznano jej za mało punktów z polskiego i biologii. Reklamacje nie zostały uwzględnione, Joasia więc zamiast na dziennych studiach z psychologii na UW jest na płatnych studiach wieczorowych.

- Nieporozumieniem jest to, że od decyzji dyrektora OKE nie można się odwołać, a uczeń nie może skopiować swojej pracy, by skonsultować z nauczycielem specjalistą - uważa Andrzej Tomczak, ojciec Joasi.

Złożył zawiadomienie do prokuratury, oskarżając dyrektora OKE w Warszawie o poświadczenie nieprawdy w świadectwach maturalnych.

- Pracę Joanny sprawdził ponownie nasz ekspert i stwierdził, że została ona oceniona właściwie - twierdzi Anna Frenkiel, dyrektor warszawskiej OKE.

Nauczycielka biologii Joanny uważa, że zastrzeżenia jej uczennicy są uzasadnione.
Niestety, nie mogła zobaczyć jej pracy maturalnej. - Nie została wpuszczona - narzeka Anna Sobala-Zbroszczyk, dyrektor liceum. - Jak się nie dopuszcza do jawności, to pewnie coś się ma na sumieniu - dodaje. - Obawiam się, że praca mojej córki została już zniszczona, bo prace maturalne są niszczone po pół roku - mówi ojciec Joasi.

Przebieg matur udowodnił, że również system wystawiania ocen jest zawodny. W Łodzi wykryto błąd we wczytywaniu wyników z rozszerzonego egzaminu z niemieckiego, a we Wrocławiu z historii.

Trzeba było wymienić 2,5 tysiąca już wydanych świadectw.

ANNA PACIOREK


Ostrożnie ze zmianami Jarosław Zieliński, wiceminister edukacji
(c) PIOTR KOWALCZYK
Nie chciałbym, by wystawianie ocen na maturze było decyzją administracyjną, od której służy odwołanie w sądzie.
Przecież od wyników egzaminów wstępnych na studia też nie było odwołań do sądu. Może lepiej wprowadzić zasadę podwójnego sprawdzania większej liczby prac maturalnych, by uniknąć pomyłek.

Jeśli natomiast chodzi o prawo uczniów do kserowania swoich prac maturalnych, myślę, że będziemy bardziej skłonni uznać ich racje. W grę wchodziłaby jednak na przykład drobna opłata, bo dla jednego ucznia to niewielki wydatek, natomiast ogólny koszt mógłby bardzo obciążyć nasz budżet

Rzeczpospolita 15.12.05 Nr 292
Tam gdzie warto dotrzeć, nie ma dróg na skróty.
Sonia, mama Moniki z zD- 19,10l. , Domowa terapia

Offline Ulka

  • User z prawami do pisania
  • Rozgadany Weteran
  • *******
  • Wiadomości: 10988
EDUKACJA. NIEPEŁNOSPRAWNI
« Odpowiedź #238 dnia: Grudzień 19, 2005, 02:05:22 pm »
EDUKACJA. NIEPEŁNOSPRAWNI
Dzieci niespecjalnej troski

Środowiska naukowe i organizacje zrzeszające osoby z dysfunkcjami domagają się zmian w ustawie o systemie oświaty. Chcą jasnej definicji ucznia niepełnosprawnego. Proponują także zwiększenie liczby korzystających z kształcenia integracyjnego.

W Polsce nie powstał Bank Danych Osób Niepełnosprawnych. Brakuje jednolitej formuły organizacyjnej kształcenia integracyjnego i specjalnego. Nie ma także długofalowego systemu wczesnego wspomagania osób z niepełnosprawnością. Z nauczania integracyjnego korzysta od 3 do 5 proc. spośród pół miliona niepełnosprawnych uczniów.

To tylko jeden z przykładów ich dyskryminacji. W rezultacie 95 proc. uczniów trafiających do szkół specjalnych kończy w nich edukację, nadużywana jest instytucja nauczania indywidualnego, a ograniczeniu ulega liczba zajęć rewalidacyjno-wychowawczych.

Od dwunastu lat Benedykt Wojcieszak, dyrektor Instytutu Edukacji Pedagogicznej w Gdańsku, stara się o wprowadzenie zmian do ustawy z dnia 7 września 1991 r. o systemie oświaty (Dz.U. nr 67, poz. 329 z późn. zm.). – Przygotowaliśmy projekt nowelizacji i przekazaliśmy go do najwyższych władz państwa – twierdzi Benedykt Wojcieszak.


Będą zbierać podpisy

Zmiany przewidują wprowadzenie przepisu, który zawierałby definicję ucznia niepełnosprawnego. – Bez tego pojęcia niemożliwe jest określanie odpowiednich form kształcenia oraz przeznaczanie publicznych środków na cele edukacyjne – uważa Benedykt Wojcieszak. Jego brak uniemożliwia także stworzenie krajowego Banku Danych Osób Niepełnosprawnych.

W projekcie noweli znalazł się przepis dotyczący realizacji prawa do nauki oraz rewalidacji i rehabilitacji osób niepełnosprawnych. Zmiany miałyby objąć także godzinowy wymiar zajęć edukacyjnych realizowanych z uczniem w ramach nauczania indywidualnego (nie mógłby być niższy niż 50 proc. ogólnej liczby godzin wynikających z obowiązujących planów nauczania). – Jeśli nie otrzymamy odpowiedzi ze strony prezydenta, premiera, marszałków Sejmu i Senatu do końca grudnia 2005 r., to zaczniemy zbierać 100 tys. podpisów i zgłosimy społeczny projekt ustawy – twierdzi Benedykt Wojcieszak. – Byłaby to jednak kompromitacja dla Sejmu, w którym tak wiele mówi się o solidaryzmie społecznym – dodaje.


Resortowa obrona

Z zarzutami dyskryminacji osób niepełnosprawnych w polskich szkołach nie zgadza się Zenona Sawicka, główny wizytator z Departamentu Kształcenia Ogólnego i Specjalnego Ministerstwa Edukacji i Nauki (MEiN). – Potrzebna jest nie zmiana przepisów, ale mentalność rodziców wszystkich dzieci. Niektórzy wciąż zwracają się do dyrektorów szkół, by ich dzieci nie uczęszczały do jednej klasy z niepełnosprawnymi – twierdzi Zenona Sawicka. Zdaniem głównej wizytator definicja ucznia niepełnosprawnego pośrednio istnieje. – Co roku dyrektor szkoły wykazuje liczbę dzieci wymagających specjalnych metod nauczania. W zależności od tej liczby placówka otrzymuje subwencję finansową – twierdzi Zenona Sawicka. – Rok temu w resorcie trwały prace nad definicją ucznia niepełnosprawnego, jednak różnice zdań pomiędzy przedstawicielami nauki spowodowały ich zahamowanie – dodaje.


Kto jest uczniem

Z danych organizacji pozarządowych wynika, że do szkół integracyjnych uczęszcza od 3 do 5 proc. niepełnosprawnych dzieci, według szacunków MEiN około połowa. Statystyki resortowe nie uwzględniają jednak osób o głębokim stopniu upośledzenia, które choć podlegają obowiązkowi szkolnemu, nie są traktowane jak uczniowie. – Nie wszystkie dzieci niepełnosprawne spełniają wymagania szkół integracyjnych. Często to życie weryfikuje decyzje rodziców dotyczące wyboru formy nauczania – twierdzi Zenona Sawicka.

78 proc. pedagogów wyraziłoby zgodę na włączenie do klasy dziecka niepełnosprawnego, niestety tylko część z nich czuje się dobrze do tego zadania przygotowana. – Istnieje wiele szkół, które oferują podniesienie kwalifikacji zawodowych. Nauczyciel musi tylko chcieć zdobyć nowe umiejętności – twierdzi Zenona Sawicka.

 Łukasz Guza

OPINIA

Ewa Wapiennik, Akademia Pedagogiki Specjalnej

W przepisach oświatowych brakuje definicji ucznia niepełnosprawnego, chociaż pojęcie to pojawia się w regulacjach prawnych, jak chociażby w dwóch rozporządzeniach MENiS ze stycznia 2005 roku, z których jedno dotyczy warunków organizowania kształcenia w specjalnych przedszkolach, szkołach, a drugie w przedszkolach i szkołach ogólnodostępnych lub integracyjnych. Nie wiadomo, czy chodzi tu jedynie o ucznia posiadającego orzeczenie o niepełnosprawności czy też szerzej, o uczniów posiadających orzeczenie o potrzebie kształcenia specjalnego, a zatem o zdecydowanie szerszą grupę osób. Nowelizacja ustawy o systemie oświaty wydaje się niezbędna.

http://www.gazetaprawna.pl/dzialy/2.html?numer=1610&dok=1610.2.62.2.26.1.0.1.htm
Ulka-Darek30mpdz & Magda31 &   wspomnienia

Offline sonia

  • User z prawami do pisania
  • Rozgadany Weteran
  • *******
  • Wiadomości: 25627
    • Dar Życia
Artykuły - Nowości szkolne
« Odpowiedź #239 dnia: Grudzień 26, 2005, 11:44:58 pm »
Niepełnosprawne dzieci. Skazane na szkoły specjalne
Gazeta Prawna Piątek, 23 grudnia 2005


Niepełnosprawny uczeń, raz skierowany do szkoły specjalnej, bez względu na stopień dysfunkcji, ma niewielkie szanse na to, by kontynuować później naukę w szkole integracyjnej. System orzekania nie weryfikuje bowiem po raz kolejny stopnia dysfunkcji dziecka ze szkoły specjalnej i możliwości przeniesienia go do innej szkoły.

Wpodstawowych szkołach specjalnych uczy się obecnie 70 tys. niepełnosprawnych dzieci. W szkołach integracyjnych tymczasem (przystosowanych do nauczania zarówno dzieci pełnosprawnych, jak i niepełnosprawnych) kształci się na poziomie podstawowym tylko co dziesiąty niepełnosprawny uczeń.

Zgodnie z raportem Open Society Institute, zaledwie 4 proc. polskich niepełnosprawnych uczniów uczęszcza do integracyjnego
gimnazjum, a tylko 1 proc. - do szkół średnich (tj. około 1 tys. osób w całym kraju przy 185 tys. niepełnosprawnych w wieku 0-18 lat). Brak szkół integracyjnych powoduje, że wiele dzieci z dysfunkcjami, które ukończyły integracyjną podstawówkę, trafia do gimnazjów specjalnych.

500 mln zł - otrzymał resort edukacji na modernizację szkolnictwa specjalnego i integracyjnego z funduszy unijnych w latach 2004-2006.
- W szkołach specjalnych powinny znaleźć się tylko te dzieci, których stopień niepełnosprawności uniemożliwia właściwy rozwój w placówkach ogólnodostępnych - twierdzi Anna Zawisza, p.o. dyrektora Departamentu Kształcenia Ogólnego i Specjalnego Ministerstwa Edukacji i Nauki.

O potrzebie nauczania w placówkach specjalnych orzekają lokalne poradnie psychologiczno-pedagogiczne.

Zdaniem działaczy organizacji zrzeszających osoby niepełnosprawne, system orzecznictwa działa nieprawidłowo.
- Zdarza się, iż o potrzebach oświatowych dziecka z zespołem Downa decyduje okulista - twierdzi Ewa Suchcicka ze Stowarzyszenia Rodzin i Opiekunów Osób z Zespołem Downa.

Resort edukacji, jak się dowiedzieliśmy, zamierza ustalić jaśniejsze zasady okresowego dostosowania form nauczania do aktualnego tempa rozwoju dziecka. Tymczasem wciąż nie ma na to
pieniędzy.

Skargi do rzecznika praw dziecka dotyczą:

likwidowania placówek specjalnych i integracyjnych,
refundacji dowozu dzieci niepełnosprawnych do szkół podstawowych i gimnazjów,
złego traktowania i przemocy wobec dzieci specjalnej troski w szkołach,
organizacji pracy szkół specjalnych i braku realizacji zaleceń poradni psychologiczno-pedagogicznych,
orzekania o potrzebie kształcenia specjalnego i indywidualnego.

- Nie jesteśmy zadowoleni z obecnej rekwalifikacji orzeczeń. Większą rolę w tym procesie powinna odgrywać szkoła - podkreśla A. Zawisza. - Konieczna jest bardziej wnikliwa obserwacja uczniów i wsparcie dydaktyczne dla nauczycieli, np. przez specjalistyczne szkolenia - dodaje. Według niej, rodzice powinni
bardziej wykorzystywać swoje uprawnienia dotyczące kierowania dzieci do szkół integracyjnych. Często brakuje im jednak determinacji.

- Od niej właśnie zależy, czy dziecko, w miarę rozwoju, będzie korzystało z właściwej formy nauczania - uważa Anna Rozborska z Polskiego Związku Niewidomych.

Samorząd tnie koszty

Prowadzenie szkół specjalnych należy do zadań własnych powiatu i podlega nadzorowi kuratorium oświaty. Władze samorządowe usiłują ingerować w arkusze organizacyjne, które określają tygodniową liczbę godzin nauczania (w tym także zajęć rewalidacji indywidualnej prowadzonej przez specjalistów). Arkusze te, zgodnie z wymaganiami edukacyjnymi, muszą być zgodne z ramowymi planami nauczania dla każdej klasy.

W takich planach dla szkół specjalnych zajęcia rewalidacji indywidualnej powinny być prowadzone w każdej klasie przez 10
godzin tygodniowo - zmniejszanie tej liczby jest niezgodne z przepisami. Mimo to jednak szukające oszczędności samorządy
zmuszają często dyrektorów szkół do zmniejszenia liczby godzin przewidzianych na te zajęcia.

Specjalna integracja

Zgodnie z badaniami, uczniowie szkół integracyjnych osiągają lepsze wyniki w czytaniu, rozumieniu tekstu oraz matematyce - w porównaniu z uczniami placówek specjalnych. Absolwenci tych
pierwszych szkół łatwiej znajdują pracę. Nie oznacza to jednak, że należy zlikwidować szkoły specjalne lub przekształcić je w
placówki integracyjne.

- Nauczanie integracyjne jest korzystne, ale tej formy edukacji nie można zastosować do wszystkich niepełnosprawnych uczniów.

Dzieci z głębszym upośledzeniem muszą rozwijać się własnym tempem, a tego nie mogłyby robić w placówkach integracyjnych -
twierdzi E. Suchcicka.

Placówki specjalne mogą dostarczyć uczniom odpowiednią pomoc
dydaktyczną oraz trudno dostępne programy rehabilitacyjne. W Polsce, wzorem Francji, mogłoby powstawać więcej placówek półspecjalnych.

Niepełnosprawni uczniowie mogliby więc uczęszczać do szkoły specjalnej, ale dwa dni w tygodniu uczestniczyć w zajęciach w placówce ogólnodostępnej wraz ze zdrowymi rówieśnikami.

Łukasz Guza

OPINIA

Krystyna Mrugalska, prezes Polskiego Stowarzyszenia na Rzecz Osób z Upośledzeniem Umysłowym

Cytuj
Dzieci i młodzież z różnego rodzaju niepełnosprawnościami mają prawo uczyć się razem ze zdrowymi rówieśnikami. W Ameryce istnieje na przykład system podobny do piramidy edukacyjnej, polegającej na stopniowaniu restrykcyjności - od uczestnictwa w masowej szkole w zwykłej klasie aż do nauki indywidualnej w domu lub w całodobowej instytucji opiekuńczej. W Polsce niestety sprawa integracyjnej edukacji nie jest taka klarowna i zależy od bardzo wielu czynników, w tym od woli dyrektora i nauczycieli, od rodziców zdrowych dzieci, od fizycznego przystosowania szkoły, bardzo często - od finansów i chęci oszczędzania.

Najważniejsze jest jednak, aby interes dziecka niepełnosprawnego, a nie szkoły, nauczyciela czy finansów gminy, był priorytetem. To nie jest łatwe
.
Tam gdzie warto dotrzeć, nie ma dróg na skróty.
Sonia, mama Moniki z zD- 19,10l. , Domowa terapia

Offline Gaga

  • Administrator
  • Rozgadany Weteran
  • *****
  • Wiadomości: 26487
Artykuły - Nowości szkolne
« Odpowiedź #240 dnia: Styczeń 05, 2006, 08:53:36 am »
Narazie to tylko plany,aby rok szkolny skrócić o dwa tygodnie
Cytuj
- Wystąpiłem do ministra edukacji o rozważenie możliwości skrócenia roku szkolnego 2005/2006 o dwa tygodnie.

Co sądzicie o tym ?

Cały artykuł:
Hurrra! Dłuższe wakacje

Więcej wakacji w prezencie od premiera! Kazimierz Marcinkiewicz (47 l.) obiecał nam wczoraj: rok szkolny skończy się 15 czerwca, dwa tygodnie wcześniej, niż zakładano.

- Wystąpiłem do ministra edukacji o rozważenie możliwości skrócenia roku szkolnego 2005/2006 o dwa tygodnie. Poprzedni minister popełnił błąd ustalając datę zakończenia szkoły na 30 czerwca. To jest za późno - zdradza nam premier.

Dobrze wie, o czym mówi

W przeszłości sam uczył w szkole fizyki. I podpierając się własnymi obserwacjami, argumentuje: - Czerwce są w Polsce za gorące. Przecież dzieciarnia męczy się strasznie!

Co ważne, wakacje nie tylko zostaną przyspieszone, ale i wydłużone! Bo to, że zaczną się dwa tygodnie wcześniej, nie oznacza wcale, że prędzej się skończą. - Rok szkolny zaczynamy normalnie, 1 września - obiecuje szef rządu.

Kropla dziegciu w beczce miodu
Krótszy rok szkolny nie oznacza wcale, że można liczyć na krótsze wkuwanie. Już od nowego roku szkolnego 2006/2007 rząd chce wprowadzić żelazną liczbę dni nauki. - To będzie poniżej 200 dni - zaznacza premier, co oznacza, że wprawdzie rok szkolny skończy się szybciej, ale trzeba będzie uszczknąć "brakujące" dni gdzieś po drodze - zapewne z którychś z licznych ferii.

W lecie i tak gorzej się uczyć
Takie rozwiązanie i tak podoba się najbardziej zainteresowanym - młodszym, jak i trochę starszym.

- To bardzo dobry pomysł. W czerwcu jest już bardzo gorąco, w klasach jest duszno. Dzieci są bardzo rozkojarzone, myślami już przy wakacjach i trudno je utrzymać w dyscyplinie. Letnia pogoda sprawia, że łatwo się męczą i trudniej koncentrują - ocenia Anna Morawska (50 l.), nauczycielka języka angielskiego w Szkole Podstawowej nr 163 w Warszawie im. Batalionu Zośka.

W tym samym czasie wieść obiegła już klasę Vb, z którą pani Anna prowadziła lekcje. Szał radości, podskoki i salwy śmiechu- takiej reakcji dzieciaków nie ma się co dziwić.

Nie dobiją do dwustu dni wolnego
Premier musi się dobrze zastanowić, którą przerwę w ciągu roku szkolnego wyciąć. Jak wynika z naszych obliczeń, nawet gdyby rok szkolny trwał do końca czerwca, twardej nauki jest tylko

190 dni.
wrzesień 22 dni
październik 21 dni
listopad 20 dni
grudzień 16 dni (przerwa świąteczna od 23 do 31 XII)
styczeń 12 dni (przerwa zimowa od 16 do 29 I)
luty 20 dni
marzec 23 dni
kwiecień 16 dni (przerwa świąteczna od 13 do 18 IV)
maj 21 dni
czerwiec 10 dni (gdyby rok nauki trwał do 15 VI)
RAZEM 181 dni
(gdyby nauka przeciągnęła się do 30 VI), wychodzi 190 dni

autor: Jacek Harłukowicz, Radek Gruca, IA
Pozdrawiam :))
"Starsza Jesienna Miotełka"

Offline Ulka

  • User z prawami do pisania
  • Rozgadany Weteran
  • *******
  • Wiadomości: 10988
Artykuły - Nowości szkolne
« Odpowiedź #241 dnia: Styczeń 07, 2006, 10:53:11 pm »
W serii Biblioteczka Przyjaciół Integracji ukazała się nowa pozycja:

Cytuj
Danuty Gorajewskiej: „Społeczeństwo równych szans. Tendencje i kierunki zmian”.


Część II
Wczesne wsparcie dziecka niepełnosprawnego, jego rodziny i szkoły

Spis książek i publikacji jakimi dysponuje Centrum Informacyjne

http://www.niepelnosprawni.info/ledge/x/7455
Ulka-Darek30mpdz & Magda31 &   wspomnienia

Offline Ulka

  • User z prawami do pisania
  • Rozgadany Weteran
  • *******
  • Wiadomości: 10988
RAPORT. EDUKACJA 2006 – FAKTY I MITY
« Odpowiedź #242 dnia: Styczeń 11, 2006, 05:49:25 pm »
RAPORT. EDUKACJA 2006 – FAKTY I MITY
Bez rewolucji w szkole

Premier Kazimierz Marcinkiewicz obiecał wychowanie przedszkolne dla pięciolatków i język angielski od pierwszej klasy szkoły podstawowej. Na pełną realizację tych pomysłów brakuje jednak pieniędzy.

Ministerstwo Edukacji zaskakuje uczniów oraz rodziców nowymi pomysłami. Jeszcze w listopadzie prof. Michał Seweryński, minister edukacji i nauki, zapewniał, że od września 2006 roku pięciolatki obowiązkowo pójdą do przedszkola. Obecnie Jarosław Zieliński, sekretarz stanu w Ministerstwie Edukacji i Nauki, tłumaczy, że państwa nie stać na pełną realizację tego pomysłu, a rząd nie chce zlecić samorządom kolejnego zadania bez wsparcia finansowego.


Pięciolatki w domach

Na pomoc mogą liczyć tylko województwa o najniższym wskaźniku upowszechnienia wychowania przedszkolnego pięciolatków.

– To nie jest dobry pomysł – uważa Elżbieta Czyż z Helsinskiej Fundacji Praw Człowieka. – Jeśli mamy pomagać wybiórczo, to nie możemy mówić o województwach, ale o terenach, obszarach – dodaje Teresa Ogrodzińska z Fundacji Rozwoju Dziecka im. J. A. Komeńskiego. W województwie mazowieckim, na przykład, do przedszkola chodzi 38,1 proc. dzieci w wieku 3-5 lat, ale na terenach wiejskich już tylko 11,3 proc. Statystykę zawyża Warszawa – komentuje T. Ogrodzińska. Inaczej jest tylko w dwóch województwach– opolskim i śląskim.


Angielski nie dla wszystkich

Według ostatnich wyliczeń MEiN wprowadzenie języka angielskiego od pierwszej klasy szkoły podstawowej w pierwszych czterech miesiącach roku szkolnego 2006/2007 będzie kosztowało 27 mln zł. Jesteśmy przygotowani na taki wydatek, ale obawiam się, że nie wszystkie szkoły znajdą nauczycieli – mówi Jarosław Zieliński. Dlatego chcemy wprowadzić zasadę, że kto znajdzie kadrę, dostanie pieniądze.

– To jeszcze bardziej pogłębi różnice pomiędzy dziećmi wiejskimi a miejskimi – uważa Małgorzata Kuś, mama 7-letniej Zuzi, mieszkanka małej wsi w województwie podlaskim. Już teraz bowiem w wielu szkołach miejskich dzieci uczą się języka obcego od pierwszej klasy, a w szkole Zuzi – nie. Nauczycieli brakuje bowiem w szkołach położonych z dala od dużych miast.

– Takie rozwiązanie w żaden sposób nie pogorszy sytuacji, a na pewno nieco polepszy – uważa prof. Hanna Komorowska z Uniwersytetu Warszawskiego, twórczyni nauczycielskich kolegiów językowych. Za lekcje będzie bowiem płacić państwo, a nie jak obecnie rodzice. Jestem jednak przekonana, że samorządy zmobilizują się, znajdą odpowiednią kadrę i skorzystają na tym wszystkie dzieci.


Aneks za opłatą

Absolwenci liceów po raz pierwszy i ostatni przystąpią do nowej matury w tzw. sesji zimowej 16 stycznia. – Zorganizowanie egzaminów dwa razy w roku jest zbyt kosztowne i dlatego w przyszłym roku odbędzie się tylko sesja wiosenna – wyjaśnia Maria Magdziarz, wicedyrektor Centralnej Komisji Egzaminacyjnej. Osoby, które poprawią ocenę, dostaną aneks do świadectwa maturalnego. Ministerstwo właśnie opracowuje jego wzór. Wiele wskazuje na to, że za 2-3 lata uczniowie, którzy będą chcieli podwyższyć dobry wynik podczas sesji wiosennej, będą musieli zapłacić za egzamin.

– Rzeczywiście rozważamy taką możliwość, ponieważ wiele osób mimo deklaracji nie przystępuje do egzaminów, narażając podatników na duże koszty – potwierdza Anna Zawisza, dyrektor departamentu Kształcenia Ogólnego i Specjalnego w Ministerstwie Edukacji i Nauki. Uczniowie jednak wciąż nie będą mogli kopiować arkuszy sprawdzonych przez egzaminatorów.

– Wprowadziłoby to za duże zamieszanie organizacyjne, a także podwyższyłoby koszty – argumentuje Jarosław Zieliński. Jeszcze w grudniu minister edukacji na spotkaniu z rzecznikiem praw obywatelskich obiecał, że kserowanie będzie dozwolone. RPO zarzucił bowiem, że uniemożliwienie kopiowania narusza prawa obywatelskie.

W sesji wiosennej do nowej matury przystąpi ponad 427 tys. uczniów, czyli o 100 tys. więcej niż rok temu – w tym roku bowiem po raz pierwszy będą ją zdawać absolwenci techników.


 

Ważne daty

16 stycznia – początek sesji zimowej egzaminu maturalnego,
4 kwietnia – sprawdzian po szkole podstawowej,
26-27 kwietnia – egzamin gimnazjalny,
4 maja – początek wiosennej sesji egzaminu maturalnego,
9 maja – egzamin pisemny z języka polskiego,
31 maja – ostatni egzamin maturalny,
23 czerwca – zakończenie zajęć w szkołach.



 

Nowości w 2006 roku

1. Zajęcia lekcyjne kończą się 23, zamiast 30 czerwca. Okręgowe komisje egzaminacyjne będą musiały wcześniej przekazać wyniki egzaminów do szkół.
2. Do 4 lutego można dokonać zmian w deklaracji wyboru przedmiotów na egzaminie maturalnym.
3. Na egzamin (sprawdzian) po szkole podstawowej i gimnazjalny, a także na ustny egzamin maturalny, nie można wnosić żadnych urządzeń telekomunikacyjnych, np. telefonów komórkowych, ani korzystać z nich.
4. Uczeń, któremu udowodniono ściąganie na sprawdzianie wiedzy po szkole podstawowej czy egzaminie gimnazjalnym, ma unieważniony cały egzamin lub jego część. Jeśli nie przystąpi ponownie do egzaminu do 20 sierpnia, musi powtarzać klasę.
5. Maturzysta, który nie przystąpi do egzaminu z przedmiotu dodatkowego czy obowiązkowego, ale na poziomie rozszerzonym, chociaż zgłosił taką deklaracje, otrzyma na świadectwie ocenę 0 proc. z tych przedmiotów.

 Jolanta Góra

http://www.gazetaprawna.pl/dzialy/2.html?numer=1626&dok=1626.2.3.2.21.1.0.1.htm
Ulka-Darek30mpdz & Magda31 &   wspomnienia

Offline Gaga

  • Administrator
  • Rozgadany Weteran
  • *****
  • Wiadomości: 26487
Artykuły - Nowości szkolne
« Odpowiedź #243 dnia: Luty 04, 2006, 10:42:39 pm »
Szukasz pracy? Skończ zawodówkę
Anna Stańczyk, Katarzyna Piotrowiak, Ewa Furtak, Katowice 26-01-2006

Absolwenci zasadniczych szkół zawodowych, tak często krytykowanych za niski poziom nauczania, są rozchwytywani. Bo większość młodych ludzi wybrała licea i na rynku pracy zrobiła się dziura

Bartłomiej Hajduk z Zespołu Szkół Gastronomiczno-Hotelarskich w Bytomiu od dwóch lat uczy się zawodu kucharza małej gastronomii. - W czerwcu kończę zawodówkę, a już dostałem sześć propozycji pracy. Chcą mnie zatrudnić w restauracjach albo barach - mówi Bartek. - Zawód to konkret na przyszłość. Nie daje go ani ogólniak, a tym bardziej liceum profilowane.

Jego zdaniem zawodówka wcale nie musi zamykać drogi do kariery. Bartek zamierza kontynuować naukę w technikum zawodowym.

Rzeczywiście, w szkołach, z którymi rozmawialiśmy, pracodawcy sami przychodzą i proponują uczniom etaty. Potrzebują frezerów, tokarzy, ślusarzy, monterów maszyn i urządzeń, operatorów urządzeń przemysłu spożywczego.

- Nachodzą i proszą uczniów, by po skończeniu szkoły pracowali u nich - mówi Halina Majdak-Maj, dyrektorka szkoły z bielskiego Zespołu Szkół Technicznych i Handlowych.

W najlepszej sytuacji są fryzjerki. Dziewczyny z Zespołu Szkół Zawodowych nr 5 w Sosnowcu zaraz po skończeniu nauki otwierają własne zakłady. - Są rozchwytywane - mówi Urszula Marzec z ZSZ nr 5 w Sosnowcu.

Niedawno do Beskidzkiej Izby Rzemiosła i Przedsiębiorczości, która kształci m.in. piekarzy, ciastkarzy i fryzjerów, przyjechał szef sieci salonów fryzjerskich z Krakowa. Od ręki chciał zatrudnić 60 absolwentów ze Śląska. Gwarantował im nawet zakwaterowanie.

Na uczniów szkół zawodowych polują także firmy z zagranicy. Na przeszkodzie nie stoi nawet nieznajomość języków. Czesi rozglądali się ostatnio w szkołach na Podbeskidziu za frezerami i ślusarzami, a Niemcy - za modystkami w Katowicach. - Niemcy dzwonią bez przerwy, bo tam jest moda na kapelusze. Tymczasem u nas w tym roku kurs modystki skończyła jedna osoba, a szkoły w ogóle nie uczą tego zawodu - tłumaczy Maria Ostojska z Izby Rzemieślniczej oraz Małej i Średniej Przedsiębiorczości w Katowicach.

Niemcy chętnie zatrudniają absolwentów Zespołu Szkół Gastronomiczno-Hotelarskich w Bytomiu. Najpierw proponują im staże (półtora roku) i praktyki (1,5-3 miesiące), a tym, którzy się sprawdzą, dają pracę.

- Do niedawna do Niemiec wysyłaliśmy tylko uczniów techników zawodowych, a od tego półrocza pojadą także uczniowie zawodówek - mówi Wanda Pyrek, wicedyrektorka ZSGH.

W ostatnich latach coraz mniej młodych ludzi wybierało zawodówki. Po pierwsze, nie cieszyły się one dobrą sławą, a po drugie, zaczęło się mówić o inwestowaniu w wykształcenie Polaków.

- Chodziło o to, że szkoła zawodowa zamykała perspektywy. Powtarzano, że człowiek siedem razy w życiu zmienia zawód, a po szkole fryzjerskiej nie będzie umiał się przekwalifikować. Ludzie zaczęli wybierać licea, żeby umieć się odnaleźć na rynku dokształcania - mówi prof. Ireneusz Białecki, dyrektor Centrum Badań Polityki Naukowej i Szkolnictwa Wyższego w Warszawie. - To problem całego świata. Amerykanie czy Anglicy nie przygotowują w szkołach do konkretnego zawodu.

Dzisiaj około 60 proc. młodzieży idzie do szkół kończących się maturą. Potem trzy czwarte spośród nich startuje na studia. Ci, którzy decydują się na naukę zawodu, są więc dla pracodawców na wagę złota. I nawet jeśli po skończeniu zawodówki są kiepsko przygotowani do pracy, to firmom i zakładom i tak opłaca się zainwestować w ich szkolenia i kursy, bo innych kandydatów mogą po prostu nie znaleźć.

Ewa Konikowska-Kruk z departamentu kształcenia Zawodowego i ustawicznego Ministerstwa Edukacji przyznaje, że jednym z założeń reformy edukacji było, na wzór krajów Unii Europejskiej, zwiększenie liczby młodzieży z pełnym wykształceniem średnim. Powstały licea profilowane, które dopiero w ostatnich klasach mają ukierunkować na wybór konkretnego zawodu. - Niestety, kuratorzy nie uświadomili gimnazjalistów, że liceum profilowane nie daje zawodu, a jedynie przygotowuje do jego wyboru. Efektem były słabe wyniki na maturze. Dlatego zastanawiamy się, co dalej z liceami profilowanymi - mówi Konikowska-Kruk.

Przy takim "ssaniu" z rynku pracy zainteresowanie młodzieży zawodówkami powoli rośnie. W latach 2002-03 uczyło się w nich 15,3 proc. wszystkich uczniów, w tym roku szkolnym - 16,7 proc.

Konikowska-Kruk: - W lutym zaczniemy się spotykać z samorządami. Uczulimy je, żeby dostosowywały sieć szkół do rynku pracy i nie blokowały kształcenia zawodowego.

Za kilka tygodni w Bielsku-Białej zacznie działać Bielskie Centrum Kształcenia Ustawicznego i Praktycznego z nowoczesnymi pracowniami do nauki zawodów. - Rynek pracy łaknie ludzi do pracy fizycznej. Takie problemy ma cała Europa. Nie każdy musi od razu kończyć liceum ogólnokształcące. Czasem lepiej rozbudować ambicje ucznia w szkole zawodowej i namawiać go do dalszego kształcenia, niż z góry obiecywać mu cuda, jeśli pójdzie do liceum - uważa Józef Szczepańczyk, dyrektor bielskiej delegatury Śląskiego Kuratorium Oświaty.
Pozdrawiam :))
"Starsza Jesienna Miotełka"

Offline sonia

  • User z prawami do pisania
  • Rozgadany Weteran
  • *******
  • Wiadomości: 25627
    • Dar Życia
Artykuły - Nowości szkolne
« Odpowiedź #244 dnia: Luty 09, 2006, 02:23:44 am »
SZKOŁA. Powtarzanie klasy za ka

Wychowanie według PiS

Uczeń, który otrzyma ocenę niedostateczną z zachowania, nie przejdzie do następnej klasy - planuje Ministerstwo Edukacji

Już w programie wyborczym PiS zapowiadało przywrócenie ocenom ze
sprawowania tej samej rangi, jaką mają oceny z przedmiotów. Nauczyciele krytykują ten pomysł: - Sądzę, że szkoła nie powinna pozostawiać ucznia na drugi rok w tej samej klasie z powodu niskiej oceny z zachowania. W każdym uczniu należy szukać tego, co dobre, a nie straszyć karą - twierdzi Sławomir Broniarz, prezes Związku Nauczycielstwa Polskiego. -To zły pomysł, penalizacja systemu oświaty w Polsce do niczego dobrego nie prowadzi, a ten projekt wykazuje brak elementarnej wiedzy pedagogicznej jego autorów - dodaje.

-To metoda z XIX wieku, od której pedagogika już dawno odeszła - mówi prof. Bogusław Śliwerski, pedagog z Uniwersytetu Łódzkiego.

Ale są też zwolennicy takiego rozwiązania. - Kiedyś ocena niedostateczna z zachowania powodowała pozostanie na drugi rok i nie było takich problemów wychowawczych jak teraz. Nie miałbym nic przeciwko temu, by znów takbyło - mówi Wojciech Jaranowski, rzecznik prasowy nauczycielskiej "Solidarności". Zastrzega, że to jego prywatne zdanie.

Ministerstwo Edukacji pracuje nad zmianami w rozporządzeniu. - Zależy nam na tym, by podnieść rangę oceny ze sprawowania - przyznaje Stanisław Sławiński, wiceminister edukacji.

- Nie jest dobrze, kiedy wraz z każdą zmianą polityczną z resortu
edukacji trafiają do szkół propozycje zmian programowych dostosowywane do dominującej ideologii - ocenia prof. Śliwerski. MEN w 2003 roku wyróżniło nagrodą naukową jego książkę, w której wykazał bezsens i fikcyjność szkolnych systemów oceny z zachowania.

W niektórych europejskich krajach (Niemcy, Szwecja, Wielka Brytania) nie ma w ogóle ocen ze sprawowania, a tam, gdzie są (Finlandia, Czechy), nie mają wpływu na promocję ucznia do następnej klasy. A we Francji, gdzie minister edukacji zapowiedział powrót ocen ze sprawowania w gimnazjach od września, już zanosi się na protesty nauczycieli i rodziców.

-Nowa ocena posłuży raczej karaniu ucznia niż promowaniu właściwych postaw - powiedziała "Rz" Helene Chaudiere, dyrektorka gimnazjum z Athis-Mons pod Paryżem.

Anna Paciorek, g.d.

EDUKACJA. Wagarujesz - nie zdajesz
- Rzeczpospolita 07.02.06 Nr 032

Uczniowie z niedostatecznym z zachowania nie przejdą do następnej klasy.

Takie zmiany szykuje szkołom Ministerstwo Eduka Wiosną zaczną się prace nad zmianami w systemie ocen. Chcemy działać szybko, ale nie pochopnie - zapowiada Stanisław Sławiński, wiceminister edukacji, który ma doprowadzić do powstania narodowego instytutu wychowania.

Co na to nauczyciele i sami zainteresowani? - Rozumiem intencje
ministerstwa, by podnieść rangę oceny z zachowania, ale to zbyt
drastyczne rozwiązanie - mówi Lucyna Woch, dyrektor LO im. św. Marii Magdaleny z Poznania. - Z praktyki szkolnej wiem, że uczniowie, którzy mieli z zachowania oceny naganne, mądrzeli i zmieniali się na lepsze.

Trudno zorganizować poprawkę
- Jestem przeciwna, by zła ocena ze sprawowania powodowała powtarzanie klasy, przecież takiej oceny nie można zmienić na egzaminie poprawkowym, jak z jakiegoś przedmiotu - uważa Natalia Matuszak, uczennica klasy III B Liceum Ogólnokształcącego im. Augusta Witkowskiego w Krakowi. - Poza tym oceny z zachowania trudno zweryfikować.

Ministerstwo chce, by oceny z zachowania miały tę samą rangę co stopnie z przedmiotów szkolnych. Obecnie ocena jest wystawiana za to, jak uczeń respektuje zasady współżycia społecznego i normy etyczne. W szczególności:

> jak wywiązuje się ze szkolnych obowiązków,
> czy postępuje zgodnie z dobrem społeczności szkolnej,
> czy dba o honor i tradycje szkoły, o piękno mowy ojczystej, o bezpieczeństwo i zdrowie własne oraz innych osób,
> czy godnie i kulturalnie zachowuje się w szkole i poza nią,
> czy okazuje szacunek innym osobom.
Każda szkoła ma własny system ocen, ale nie oddziałują one na stopnie z poszczególnych przedmiotów oraz promocję do następnej klasy.

Próba chóru i na wódkę
Uczniowie mają zastrzeżenia. Wystarczy zajrzeć do Internetu, by
przeczytać: "U nas nie trzeba wejść w konflikt z prawem, wystarczy mieć nieco ponad 100 godzin nieusprawiedliwionych i już wystawiają naganne, dlatego chcę zmienić tę szkołę" - skarży się jedna z uczennic.

Jej rówieśnik wylicza: "Zaczynamy z pulą stu punktów (na wzorowe
zachowanie potrzeba 250). Jestem w chórze szkolnym i kółku teatralnym.

Razem dostaję za to 250 punktów. A jak doliczyć jeszcze punkty od
wychowawcy, za obecność w szkole i jakieś inne (udział w konkursach itd.), to mam tyle punktów, że mogę sobie spokojnie szaleć. A za najpoważniejsze wykroczenia (kradzieże, wymuszanie pieniędzy, alkohol, narkotyki) jest jednorazowo odejmowane 100 punktów. Wniosek tylko jeden:
cokolwiek zrobię, mam wzorowe", "To tylko napis na świadectwie. G... warty napis"- pisze inny uczeń.

- Ocena ze sprawowania jest bardzo często subiektywna, nie ma jasnych kryteriów jej wystawiania, a przecież uczeń czasem zachowuje się źle, bo po prostu nudzi się w szkole - mówi Krystyna Starczewska, dyrektor Społecznego Gimnazjum z ul. Raszyńskiej w Warszawie. - Zachowanie ucznia jest wynikiem rozmaitych emocji, zaburzeń, nerwic, lęków. Lepiej rozeznać te przyczyny, niż karać uczniów pozostawianiem na drugi rok w tej samej klasie. To absurdalny pomysł.

ANNA PACIOREK

Złe zachowanie nie ma wpływu na promocję
Jak wychowują za granicą

FINLANDIA. Ocenia się zachowanie i porządek dwa razy w roku. Jest to sposób na promowanie uczniów, którzy starają się dobrze wypełniać swoje obowiązki, nawet gdy ich wyniki w nauce nie są najlepsze. W ocenie z zachowania bierze się pod uwagę np. odpowiedzialność, zaradność, utrzymywanie porządku, a także zainteresowanie i zaangażowanie pracą i działalnością w szkole. Ocena nie wpływa na promocję ucznia do następnej klasy.

NIEMCY. Nie ma na świadectwie stopnia z zachowania. Dokonujemy jednak pod koniec roku szkolnego oceny postawy ucznia. Umieszczona jest ona na świadectwie w bardzo krótkiej formie tłumaczy Katrin Fromme, nauczycielka jednej z berlińskich szkół. Podobny system działa w innych regionach Niemiec. Ocena postawy ucznia nie wpływa na promocję do następnej klasy.

CZECHY. Zachowanie ocenia się trzema stopniami jako: bardzo dobre (1), satysfakcjonujące (2), naganne (3). Dobre oceny uczniowie dostają m.in. za inicjatywę, udział w zajęciach nieobowiązkowych, działalność charytatywną, reprezentowanie szkoły na olimpiadach, zawodach sportowych itp. Zła ocena "3" zdarza się rzadko, wystawiana jest za poważne naruszenie szkolnego regulaminu, ale nie ma wpływu na promocję.

SZWECJA. Nie wystawia się ocen z zachowania. W wielu szkołach
praktykowany jest natomiast zwyczaj przesyłania rodzicom informacji o tym, ile lekcji ich dziecko opuściło. Nie ma to większego wpływu na promocję do następnej klasy, jeśli nie chodzi tu o wyjątkowo dużą liczbę opuszczonych godzin. Od kilku lat liberałowie i chadecy domagają się wprowadzenia oceny z zachowania, by zaostrzyć dyscyplinę w szkołach.

Przeciwni są temu socjaldemokraci.
WIELKA BRYTANIA. Na świadectwach nie ma oceny z zachowania. Jedyną formą zwrócenia uwagi na pozytywne lub negatywne postawy jest na świadectwie podsumowujący komentarz nauczyciela. Właściwie za nieodpowiednie zachowanie można tylko usunąć ze szkoły, ale są to skrajne przypadki mówi Aleksandra Podhorodecka, emerytowana nauczycielka. Nie ma możliwości pozostawienia ucznia na drugi rok nawet za słabe wyniki w nauce.

FRANCJA. Ocena ze sprawowania, od której mogło być uzależnione przejście ucznia do wyższej klasy, istniała we francuskich szkołach jeszcze w latach 70. Uznając, że to "środek niepedagogiczny i straszak na ucznia", zastąpiono ją pisemną opinią o ogólnej postawie. Zgodnie z projektem ministra edukacji Gilles'a de Robien, stara metoda ma jednak wrócić tylko w gimnazjach od nowego roku szkolnego. Powodem takiej decyzji
stały się liczne przypadki aktów agresji uczniów wobec nauczycieli.

"Ocena z życia szkolnego" będzie wystawiana kwartalnie przez dyrektora szkoły w porozumieniu z wychowawcą klasy i wliczana do średniej ze wszystkich przedmiotów. O przejściu do następnej klasy jednak owa średnia nie decyduje. Projekt wywołał protesty związków nauczycielskich i stowarzyszeń rodziców. Jak powiedziała "Rz" dyrektorka gimnazjum z Athis-Mons pod Paryżem Helene Chaudiere, ocena posłuży raczej karaniu ucznia niż promowaniu właściwych postaw. b.s., ani, g.d., p.jen., k.b.
 
Nauczyciele zwolnieni z odpowiedzialności

Rozmowa z Bogusławem Śliwerskim

Rz: Jak pan ocenia pomysł, by uczeń ze złą oceną ze sprawowania nie otrzymywał promocji?

Bogusław Śliwerski: Jestem w ogóle przeciwnikiem stopni z zachowania.

Prawdziwa ocena w procesie wychowania jest wynikiem codziennych relacji, wzajemnych działań, a nie notą wystawianą dwa razy w ciągu roku. Tak można oceniać czyjąś wiedzę. A pomysł z niepromowaniem uczniów, którzy uzyskają zły stopień z zachowania, to nonsens. Wykorzystanie oceny jako metody dyscyplinującej będzie tylko powiększać niezadowolenie, frustrację i agresję uczniów.

Ale dawniej z powodu na oceny niedostatecznej z zachowania można było nie zdać do następnej klasy.

Tak było do lat 70., bo ocena z zachowania była środkiem służącym
indoktrynacji i szykanowaniu niepokornych.

Czy teraz zanosi się na powtórkę?

Na szczęście żyjemy w państwie otwartym, pluralistycznym. Szkoła nie może już w nim pełnić roli przedłużonego "ramienia monopartyjnej władzy". Myślę, że wprowadzenie takich przepisów będzie raczej powodować działania pozorne, także wśród nauczycieli, niż owocować podniesieniem jakości wychowania. To podważa kierunek dotychczasowych reform, jest powrotem do autorytarnego sterowania i selekcjonowania uczniów zgodnie z
niejasnymi i nieporównywalnymi kryteriami.

Ktoś może być zadowolony z takiego rozwiązania?

Będą zadowoleni ci nauczyciele, którzy nie są zainteresowani autentyczną pracą wychowawczą. To jest bardzo wygodne rozwiązanie, bo wychowawca danego rocznika uczniów, wystawiając ocenę naganną, podrzuci sprawiającego kłopoty ucznia innemu wychowawcy. Ale to fatalna droga, bo zwalnia nauczyciela z wysiłku i odpowiedzialności za to, co się dzieje w szkole.

Rozmawiała Anna Paciorek

Rzeczpospolita 07.02.06 Nr 032
Tam gdzie warto dotrzeć, nie ma dróg na skróty.
Sonia, mama Moniki z zD- 19,10l. , Domowa terapia

Offline Gaga

  • Administrator
  • Rozgadany Weteran
  • *****
  • Wiadomości: 26487
Artykuły - Nowości szkolne
« Odpowiedź #245 dnia: Luty 10, 2006, 10:04:24 am »
Tanie książki tylko po bracie
10.02.2006

Ministerstwo Edukacji ma już pomysł, jak obniżyć ceny szkolnych podręczników. Chce wprowadzić zestawy książek dla szkół i ominąć pośredników - informuje "Rzeczpospolita".

To powinno ucieszyć Polaków, którzy chcą tańszych podręczników. Ustawowego ograniczenia ich cen życzy sobie 81 proc. ankietowanych - wynika z sondażu "Rz". Resort ograniczać cen podręczników już nie chce (choć taki pomysł miało PiS podczas kampanii), ale proponuje inny sposób, który pozwoli rodzicom zmniejszyć wydatki na książki.

Dzięki wprowadzeniu zestawów w poszczególnych szkołach z tego samego podręcznika będzie mogło korzystać młodsze rodzeństwo a zatem rodzice w sumie mniej wydadzą na zakup książek - tłumaczy Mieczysław Grabianowski, rzecznik prasowy ministra edukacji.

Ministerstwo Edukacji chce, by rada pedagogiczna danej szkoły wspólnie decydowała o wyborze podręczników, a ewentualne zmiany tytułów musiałyby także uzyskać akceptację rady. Teraz zazwyczaj o wyborze podręcznika decydują samodzielnie poszczególni nauczyciele.

Z sondażu "Rz" (przeprowadzonego w styczniu, na próbie dorosłych Polaków - 983) wynika, że zwolennikami tańszych podręczników są przede wszystkim osoby z wykształceniem zasadniczym zawodowym i średnim, robotnicy niewykwalifikowani, osoby posiadające jedno lub dwoje dzieci, mieszkańcy małych miast. Przeciwko cenom maksymalnym wypowiedział się tylko co ósmy uczestnik sondażu. Największą grupę wśród nich stanowili urzędnicy z wyższym wykształceniem, mieszkańcy wielkich miast z dochodami powyżej 2500 zł.

NASZYM ZDANIEM: Wbrew obietnicom wyborczym PiS, nie ma szans na radykalne obniżenie cen podręczników szkolnych. Możliwe są obniżki do ok 30 proc., ale dopiero za dwa lata.

Wydawcy podręczników wygrali z Ministerstwem Edukacji bitwę o ceny podręczników. Resort zrezygnował z pomysłu na wprowadzenie ceny maksymalnej na podręczniki. Następna koncepcja stopniowego obniżania cen docelowo o połowę również okazała się nie do zrealizowania.. Planowano obniżyć ceny o 20 proc. - niestety taka opcja nie jest możliwa, gdyż podręczniki są już drukowane, więc obniżka wiązałaby się z bankructwem wielu wydawców.

Obniżka za dwa lata Jak pisała prasa, obniżka rzędu 25-30 proc jest możliwa dopiero w 2008 lub 2009 roku.

 Wymaga to jednocześnie zmiany programu nauczania, który będzie musiał być okrojony, by podręczniki mogły być mniejsze, a przez to tańsze. Wydawcy ostrzegają, że obniżka oznaczałby drukowanie na gorszym papierze oraz ubogą zawartość merytoryczną ze względu na brak pieniędzy na prawa autorskie. Wiceminister edukacji Jarosław Zieliński obiecuje natomiast inny sposób na obniżkę. Planuje dystrybucję książek przez szkoły, która powinna zredukować część kosztów. Koszty dystrybucji w księgarniach wynoszą bowiem 30 proc. ceny podręcznika. Dlatego zmiany zasad dystrybucji, pozwalające na wprowadzenie takich zamówień zbiorowych przez szkoły, mogą przyczynić się do zorganizowania przez księgarzy, hurtowników i wydawców rabatów, co z kolei pociągnie za sobą redukcję kosztów dla docelowych nabywców o 10-15 procent.

MZ
(INTERIA.PL/Rzeczpospolita)
Pozdrawiam :))
"Starsza Jesienna Miotełka"

Offline Ulka

  • User z prawami do pisania
  • Rozgadany Weteran
  • *******
  • Wiadomości: 10988
"Wagarujesz - nie zdajesz"
« Odpowiedź #246 dnia: Luty 13, 2006, 02:59:28 pm »
"Wagarujesz - nie zdajesz"

Doceniam próbę ministra edukacji zrobienia czegoś ze stanem szkolnej dyscypliny (" Wagarujesz nie zdajesz", "Rz" 32, 7.02.2006 r.). Przynajmniej kilku jego poprzedników ograniczało się do zmian nazewnictwa i liczby ocen z zachowania. Tyle że zabrał się do tego z niewłaściwej strony, wywołując dyskusję na temat pozorny: za czy przeciw wpływowi tej oceny na promocję. Tymczasem uczniowie, dla których ta ocena, czy wręcz samo promowanie, ma istotne znaczenie, nie są problemem dla szkolnej dyscypliny. W ich wypadku akurat takiej oceny mogłoby nawet nie być! Problemem są młodociani dewianci, członkowie młodzieżowych gangów, np. dilerskich czy złodziejskich, osoby już uzależnione czy wręcz tak odchylone od norm psychicznych lub społecznych, że stanowią zagrożenie dla innych. Do szkoły przychodzą, kiedy chcą (a mają, niestety, prawo do niej przychodzić), by poznęcać się nad pozostawionymi do ich dyspozycji przez łaskawe państwo kilkoma setkami ofiar. Ba! To państwo często wręcz zmusza ofiary do przychodzenia do szkoły za pomocą przepisów o obowiązku szkolnym! Rozwiązaniem tego problemu na pewno nie będzie jednak jakakolwiek zmiana dotycząca oceny z zachowania. Potrzebna jest raczej zmiana zasad relegowania ucznia ze szkoły oraz utworzenie odpowiednich ośrodków wychowawczo-terapeutycznych.

Włodzimierz Zielicz, Warszawa

http://www.rzeczpospolita.pl/gazeta/wydanie_060213/publicystyka/publicystyka_a_16.html
Ulka-Darek30mpdz & Magda31 &   wspomnienia

Offline Ulka

  • User z prawami do pisania
  • Rozgadany Weteran
  • *******
  • Wiadomości: 10988
OBOWIĄZEK SZKOLNY
« Odpowiedź #247 dnia: Luty 15, 2006, 11:14:53 pm »
OBOWIĄZEK SZKOLNY
Bat na wagarowiczów

W przyszłym roku szkolnym trzymiesięczna, nieusprawiedliwiona nieobecność na lekcjach będzie traktowana jako niespełnienie obowiązku szkolnego, a naganna ocena z zachowania uniemożliwi promocję do następnej klasy.

Ministerstwo Edukacji i Nauki pracuje nad projektem tzw. małej nowelizacji ustawy o systemie oświaty. Zamierza w nim zapisać m.in., że niespełnienie obowiązku szkolnego obowiązku nauki i rocznego obowiązkowego przygotowania przedszkolnego to nieusprawiedliwiona nieobecność dziecka na zajęciach przez okres 3 miesięcy.

Przedszkolaki do szkół

Obecnie obowiązek szkolny rozpoczyna się z początkiem roku szkolnego, w tym roku kalendarzowym, w którym dziecko kończy 7 lat, oraz trwa do ukończenia gimnazjum, nie dłużej jednak niż do ukończenia 18 lat, i polega na regularnym uczęszczaniu do szkoły. Nie jest jednak jasno napisane, od kiedy obowiązek ten nie jest realizowany.

Jarosław Zieliński, sekretarz stanu w resorcie edukacji, zapowiedział również, że wiek rozpoczęcia obowiązku szkolnego do lat 6 zostanie obniżony od roku szkolnego 2008/2009. Oznacza to, że wszystkie pięciolatki pójdą obowiązkowo do przedszkola już za rok.


Promocja za zachowanie

Ponadto MEiN chce, aby naganna ocena z zachowania uniemożliwiała promocję do następnej klasy. Jarosław Zieliński, tłumaczy, że przywróci to szkołom funkcję wychowawczą oraz ułatwi wychowanie młodzieży.

– Zostawiając ucznia w tej samej klasie, nie wychowamy go – uważa Marek Pleśniar, prezes Ogólnopolskiego Stowarzyszenia Kadry Kierowniczej Oświaty. Sceptycznie do pomysłu podchodzą też uczniowie.

– Poszkodowani mogą być ci, którzy mają odmienne zdanie od nauczycieli – uważa Anna R, licealistka z Warszawy. Jarosław Zieliński uspokaja jednak, że w nowelizacji zostaną zapisane kryteria, jakie muszą być spełnione, aby można było wystawić ocenę naganną.

Rząd projekt ustawy zamierza skierować do Sejmu w marcu.

 Jolanta Góra

http://www.gazetaprawna.pl/dzialy/2.html?numer=1651&dok=1651.2.3.2.17.3.0.1.htm
Ulka-Darek30mpdz & Magda31 &   wspomnienia

Offline Gaga

  • Administrator
  • Rozgadany Weteran
  • *****
  • Wiadomości: 26487
Artykuły - Nowości szkolne
« Odpowiedź #248 dnia: Marzec 06, 2006, 12:07:01 pm »
Niż demograficzny opłaca się uczniom

"Gazeta Wyborcza" pisze, że coraz więcej szkół prywatnych rezygnuje z czesnego. Chcą w ten sposób przyciągnąć kandydatów.

Dotychczas prywatne szkoły rezygnowały z czesnego najwyżej na czas jednego semestru, licząc, że taka promocja przyciągnie ucznia, który potem będzie już płacił za naukę. Teraz coraz częściej odpuszczają czesne na stałe.


Bezpłatna jest już nauka w policealnej szkole Cosinus w Łodzi. Właściciel - obok istniejącej szkoły płatnej - otworzył we wrześniu szkołę publiczną, bezpłatną. - By złapać klienta - tłumaczy asystentka właściciela Agnieszka Pietrzak.

Informacja szybko obiegła miasto. Tym śladem poszli właściciele innych szkół policealnych. Też chcą otwierać tzw. szkoły publiczne w miejsce płatnych szkół niepublicznych, które będą powoli zamykać. Czy to się opłaca? Tak, bo szkoła publiczna, choć nie pobiera czesnego, dostaje więcej pieniędzy na każdego ucznia z budżetu państwa i od samorządu.

- Jest niż demograficzny. Coraz trudniej przyciągnąć kandydatów, a ci wybierają szkołę najtańszą - mówi "Gazecie Wyborczej" Agata Jelonek, dyrektor AP Edukacja, ogólnopolskiej centrali sieci szkół policealnych. Takich central jest w Łodzi kilka. Mają szkoły m.in. w Warszawie, Szczecinie, Katowicach, Gdańsku, Lublinie, Krakowie i we Wrocławiu. "Gazeta Wyborcza" dowiedziała się, że tam też zamierzają się upublicznić i zrezygnować z czesnego.

Nowy trend widoczny jest w Warszawie. - Dostaliśmy kilkanaście wniosków w sprawie powołania bezpłatnych szkół policealnych - informuje Ewa Krawczyk z biura edukacji stołecznego urzędu miasta. W Krakowie pięciu różnych właścicieli chce w miejsce 20 szkół płatnych powołać bezpłatne. (PAP)

Zródło
Pozdrawiam :))
"Starsza Jesienna Miotełka"

Offline sonia

  • User z prawami do pisania
  • Rozgadany Weteran
  • *******
  • Wiadomości: 25627
    • Dar Życia
Artykuły - Nowości szkolne
« Odpowiedź #249 dnia: Marzec 15, 2006, 12:05:22 pm »
Jeśli ktoś sądzi, że w Necie wszystko można- grubo się myli:

Groźba wyrzucenia ze szkoły za wpisy na forum

PRZEGLĄD PRASY. Tylko pięć dni działało nieformalne forum internetowe uczniów liceum w Czarnkowie. Dyrektor szkoły stronę zlikwidował, a licealistów ukarał - podaje "Rzeczpospolita".

Dziesięć osób dostało nagany i ostrzeżenia z groźbą wyrzucenia ze szkoły, czworo pozostałych - nagany.

Tuż przed feriami, w połowie lutego, jeden z licealistów stworzył stronę internetową, na której można było podyskutować o szkole. "Informacja rozniosła się błyskawicznie. Liczba wpisów na forum rosła z dnia na dzień" - opowiada jeden z uczniów (po awanturze uczniowie boją się podawać nazwisk).

Na forum licealiści pisali, co myślą o szkole: na których lekcjach się nudzą, na których nie, drwili z nauczycieli i nielubianych kolegów (np. otyłej koleżanki i kolegi, który się jąka). Autor strony jej nie cenzurował - czytamy w dzienniku.

"To działało pięć dni. Któryś uczeń zapomniał wyłączyć komputer i zostawił otwartą stronę w kawiarence w szkole. Zobaczyła ją pani pedagog i wybuchła awantura" - mówią uczniowie.

Dyrektor ukarał uczestników forum, którzy atakowali szkołę i których tożsamość potrafił ustalić. Czy nie był dla nich zbyt surowy? "Nie, oni naruszyli na forum godność kilku osób. Wulgarnie wyśmiewali tych, którzy mają problemy. O jednym nakręcili film i podłączyli do strony" - tłumaczy dyrektor szkoły Sławomir Żarczyński.

"Wyśmiewanie się z rówieśników może się okazać dramatyczne w skutkach, młodzież potrafi być okrutna" - mówi socjolog z poznańskiego Uniwersytetu Adama Mickiewicza Krzysztof Podemski.

"Ale żyjemy dziś w kulturze ujawniania i podsłuchiwania. To cena, jaką płacimy za wolność przekazu i dostęp do informacji. Gwiazdy opowiadają o intymnych szczegółach życia, posłowie ujawniają esemesy, a poszkodowani przez SB - agentów. Temu wszystkiemu sprzyja technika. Alternatywa jest niewesoła - to państwo totalitarne i cenzura" - dodaje rozmówca "Rzeczpospolitej".

Co można było przeczytać na forum?


"Nauczyciel od w-f ciągle siedzi w swoim kantorku. Łatwiej trafić szóstkę w totka niż spotkać go na lekcji"


"Na geografii jest jak w Szymon Majewski Show. Tylko prowadzący śmieje się z własnych dowcipów"


"Kaczor na prezydenta, Kaczka (jedna z nauczycielek - red.) na jego kochankę"


"Fantom, na którym ćwiczyliśmy na PO sztuczne oddychanie, jest jak lala z sex shopu"


"... (tu pada nazwisko nauczycielki - red.) jest niezła i nosi fajną bieliznę, ale na lekcjach nie ma nic do przekazania


"Nowa teoria matematyczki? - Kula ma wierzchołki!!!"


Inne zachowania uczniów w szkole  :shock:

http://praca.gazeta.pl/gazetapraca/1,68745,3116272.html
Marcin Kowalski, Michał Kopiński 17-01-2006, ostatnia aktualizacja 17-01-2006 09:46
Uczniowie zwalniają nauczyciela
Gimnazjaliści z Solca Kujawskiego nagrali na telefonie komórkowym film, na którym widać, jak nauczyciel szarpie jednego z nich. Choć wszystko wskazuje na to, że była to uczniowska prowokacja, pedagog stracił pracę
Tam gdzie warto dotrzeć, nie ma dróg na skróty.
Sonia, mama Moniki z zD- 19,10l. , Domowa terapia

 

(c) 2003-2019 Team Dar Życia :: nota prawna :: o plikach Cookies :: biuro@darzycia.pl
Polecamy:   Forum o zwierzętach