Ogłoszenia Zwierzęta
Aktualności: Usługi detektywistyczne tylko  ze sprawdzonym biurem Detektyw Warszawa polecamy tego detektywa.

Autor Wątek: Pionierska operacja serca niemowlęcia  (Przeczytany 14159 razy)

Offline Ulka

  • User z prawami do pisania
  • Rozgadany Weteran
  • *******
  • Wiadomości: 10988
Pionierska operacja serca niemowlęcia
« dnia: Sierpień 17, 2004, 05:21:34 pm »
Pionierska operacja serca niemowlęcia

   
Brawurową operację ratującą życie rocznej Natalki przeprowadzili kardiolodzy i kardiochirurdzy z Centrum Zdrowia Dziecka. Po raz pierwszy w Polsce wykonali je u tak małego dziecka z zaburzeniami rytmu serca

To były brawurowe, unikalne na skalę światową zabiegi, w Polsce przeprowadzone po raz pierwszy u tak małego dziecka.

Choroba Natalki ujawniła się nagle, gdy dziewczynka miała osiem miesięcy. - Pewnego dnia rano usłyszałam nienaturalne pojękiwanie. Podeszłam do łóżeczka, zobaczyłam, że córeczka jest nieprzytomna, krążenie ustało. Wraz z mężem rozpoczęliśmy reanimację, udało się - wspomina pani Edyta, mama Natalki.

Okazało się, że dziewczynka ma nieprawidłową budowę mięśnia serca (kardiomiopatię i dodatkową drogę przewodzenia w sercu), co powoduje groźne dla życia zaburzenia rytmu serca. Tylko Centrum Zdrowia Dziecka może jej pomóc.

Lekarze mieli jednak problem - operacji pomocnych w takich przypadkach nie przeprowadza się u tak małych dzieci. Jednak Natalia nie mogła czekać. Specjaliści podjęli ryzyko - po raz pierwszy w Polsce u tak małego dziecka wykonali ablację, czyli przerwanie dodatkowego szlaku przewodzenia serca. - Był bardzo trudny technicznie, istniało ryzyko uszkodzenie malutkiego serca - mówi prof. Wanda Kawalec, kierownik Kliniki Kardiologii.

Po zabiegu jednak trzy razy zdarzyło się zatrzymanie krążenia. Lekarze zdecydowali więc o wszczepieniu kardiowertera-defibrylatora - urządzenia, które przywraca czynność serca.

Jest ono stosunkowo duże, dlatego wszczepia się je dzieciom, które ważą powyżej 20 kg. Natalka ważyła zaledwie 7. Jednak i tym razem, dzięki współpracy wielu specjalistów i informacji z ośrodków, które wykonały nieliczne podobne zabiegi na świecie, udało się znaleźć metodę i wszczepić urządzenie.

Teraz, dziesięć dni po operacji, lekarze wierzą, że oba te zabiegi pozwolą dziewczynce normalnie żyć. - Ma szanse rozwijać się prawidłowo, pójść do przedszkola, a potem do szkoły. Za kilka dni będzie musiała przejść jeszcze jedną ablację, ale jeśli wszystko pójdzie dobrze, najpóźniej za kilka tygodni będzie wypisana do domu - ocenia prof. Kawalec.

Zdaniem prof. Kawalec powodzenie operacji u Natalki daje szanse innym chorym dzieciom - dotąd nie można było im pomóc. - Natalka miała bardzo dużo szczęścia, że jej rodzice potrafili przeprowadzić reanimację - oboje są weterynarzami. Teraz, gdy przekonaliśmy się, że potrafimy ratować tak małe dzieci, warto, by wszyscy rodzice nauczyli się reanimacji. Często groźne dla życia zaburzenia rytmu serca pojawiają się u dzieci nagle - dodaje prof. Kawalec.

Łagodne zaburzenia rytmu serca ma ok. 20 proc. dzieci, na szczęście groźne dla życia arytmie zdarzają się kilkakrotnie rzadziej.

http://serwisy.gazeta.pl/kraj/1,34309,2232809.html
Ulka-Darek30mpdz & Magda31 &   wspomnienia

Pan Rajek

  • to weteran
  • polecający usługi
  • *******

Online Gaga

  • Administrator
  • Rozgadany Weteran
  • *****
  • Wiadomości: 26310
Pionierskie operacje
« Odpowiedź #1 dnia: Wrzesień 21, 2004, 02:04:16 pm »
Naprawiono małe serce

Dziewczynka urodziła się z nieprawidłowo położonymi aortą i tętnicą płucną. Poznańscy kardiochirurdzy zoperowali wczoraj noworodka spod Turka w siódmej dobie życia.


Cytuj
Serce kurczaczka

Dotykam główki dziecka. Jest bardzo chłodna. Mogę też obejrzeć maleńkie serduszko, jak u kurczaczka, które na trudne godziny operacji zostaje pozbawione własnego krwioobiegu. Dopiero teraz widać, jak wielkiej precyzji i wprawy wymaga ,,switch” (po polsku: przełożenie), jak z angielska nazywają tę operację lekarze. Wydaje się, że to proste: odciąć aortę i tętnicę, a potem zamienić je miejscami. Tę fachową wiadomość uzupełniam w myślach niewielkimi rozmiarami serca i naczyń, które trzeba tak zszyć, aby bez zarzutu służyły dziecku, a później dorosłemu człowiekowi. Poznański kardiochirurg bez opuszczania swojego miejsca przy stole operacyjnym, będzie tak ,,dziergał” trzy i pół godziny. Cały czas w napięciu pracuje cały zespół – asystujący lekarze, pielęgniarki, perfuzjonistki (aparat płuco-serce), anestezjolog. Razem 12 osób!

Więcej : Gazeta Poznańska
Pozdrawiam :))
"Starsza Jesienna Miotełka"

Offline Eszka

  • Raczkujący bywalec
  • **
  • Wiadomości: 122
Pionierskie operacje
« Odpowiedź #2 dnia: Wrzesień 21, 2004, 06:16:50 pm »
Brawa dla poznańskich kardiochirurgów i dzielnej maleńkiej Sandry. Dużo zdrówka :multi:  :multi:  :multi:
Agnieszka - mama 8-letniej Maji z ZD i 13-m-cznej Kaji

Offline Ulka

  • User z prawami do pisania
  • Rozgadany Weteran
  • *******
  • Wiadomości: 10988
Pionierskie operacje
« Odpowiedź #3 dnia: Październik 05, 2004, 06:32:01 pm »
Pionierska operacja na sercu we Wrocławiu

Od soboty w sercu 69-letniego mężczyzny działa nowoczesna zastawka wytworzona ze świńskiego serca. Zastawkę Labor TLPB po raz pierwszy w Polsce wszczepili wrocławscy kardiochirurdzy.

Zastawki Labcor TLPB są coraz popularniejsze w Ameryce i Europie Zachodniej. - To najnowszy typ zastawek biologicznych - tłumaczy Łukasz Gryga z Dolnośląskiego Centrum Chorób Serca "Medinet". - Są stworzone z tkanki świńskiej na rusztowaniu z żywicy acetalowej. Ich unikalna budowa powoduje, że krew bez żadnych problemów trafia z serca do tętnic, również wieńcowych.

Pierwszą zastawkę nowego typu wrocławscy kardiochirurdzy wszczepili 69-letniemu mężczyźnie z Namysłowa.

- Jego naturalne zastawki były zniszczone przez proces zapalny - opowiada dr Piotr Kołtowski, dyrektor ds. medycznych Medinetu. - Operacja się udała, pacjent czuje się dobrze i prawdopodobnie opuści nasz szpital pod koniec tygodnia. Zastawka, chociaż bardzo nowoczesna, nie kosztowała więcej niż tradycyjne, więc w przyszłości będziemy je stosować.
Zabieg finansował NFZ.
http://serwisy.gazeta.pl/kraj/1,34309,2322498.html
Ulka-Darek30mpdz & Magda31 &   wspomnienia

Offline sonia

  • User z prawami do pisania
  • Rozgadany Weteran
  • *******
  • Wiadomości: 25632
    • Dar Życia
Pionierskie operacje
« Odpowiedź #4 dnia: Październik 16, 2004, 06:39:18 pm »
Krakowscy kardiolodzy uczą resztę świata

Cytuj
58-letni pacjent z Limanowej trafił wczoraj rano do Krakowa z diagnozą - stan zawałowy. O godzinie 15. znalazł się na stole zabiegowym przy ul. Kopernika. Był pierwszym z trzech chorych operowanych na oczach ok. 11 tysięcy kardiologów, biorących udział w największym, międzynarodowym zjeździe kardiologów inwazyjnych w Waszyngtonie. Świat uczył się wczoraj od krakowskich specjalistów.

Cytuj
Lekarze z Zakładu Hemodynamiki II Kliniki Kardiologii Collegium Medicum UJ wykonali trzy na żywo transmitowane do USA, zabiegi angioplastyki, czyli poszerzenia naczyń wieńcowych u osób w stanie bezpośredniego zagrożenia życia, m. in. w zawale serca. Była to pierwsza taka transmisja za ocean z Europy Środkowo-Wschodniej.
Tam gdzie warto dotrzeć, nie ma dróg na skróty.
Sonia, mama Moniki z zD- 19,10l. , Domowa terapia

Offline sonia

  • User z prawami do pisania
  • Rozgadany Weteran
  • *******
  • Wiadomości: 25632
    • Dar Życia
Pionierskie operacje
« Odpowiedź #5 dnia: Luty 20, 2005, 07:17:10 pm »
Płucoserce użyte do ratowania niemowlaka

"Gazeta Poznańska": Poznańscy kardiolodzy do ratowania życia niemowlęcia użyli płucoserca, które przez osiem dni wspomagało najważniejsze funkcje organizmu. To pierwsze udane wykorzystanie tej techniki w Wielkopolsce.

Do poznańskiego ośrodka Kacper trafił z rozpoznanym "zespołem Fallota".
W tej wrodzonej wadzie stwierdza się zwężenie tętnicy płucnej i ubytek przegrody komory serca. Dziecko rodzi się sine i od razu widać, że coś się dzieje niedobrego. Operację naprawiającą planuje się zwykle pod koniec pierwszego roku życia. Zabieg, w którym wstawiono dwie łaty - w płuca i w serce - przebiegł pomyślnie. "Niestety, w drugiej dobie wystąpiła duża niewydolność krążenia, ciśnienie spadło o połowę, pojawiła się kwasica metaboliczna i wystąpiły obrzęki" - profesor wylicza gazecie ciąg objawów, które specjalistom nie pozostawiały wątpliwości, że dziecko odchodzi.

W tej sytuacji ratunkiem mógł być tylko zestaw ECMO, nowoczesne płucoserce, które niemal w całości przejmuje na siebie główny ciężar zadań spoczywających na sercu i płucach. Układ krążenia zostaje przedłużony poza ustrój pacjenta - wyjaśnia "Gazeta Poznańska".

"Cały czas serce dziecka biło, ale nie było normalnie obciążone" - wyjaśnia jeden z poznańskich lekarzy. Dopiero w szóstej dobie pojawiła się iskierka nadziei. Nadal jednak nie było pewności, czy organizm niemowlęcia przetrzyma kilkakrotne otwieranie rany klatki piersiowej, czy nie przyplączą się powikłania pisze "Gazeta Poznańska".

onet
Nauka PAP, mat /2005-02-19
Tam gdzie warto dotrzeć, nie ma dróg na skróty.
Sonia, mama Moniki z zD- 19,10l. , Domowa terapia

Offline Ulka

  • User z prawami do pisania
  • Rozgadany Weteran
  • *******
  • Wiadomości: 10988
Opercja u dziecka wielkości dłoni
« Odpowiedź #6 dnia: Czerwiec 04, 2005, 10:08:21 pm »
Opercja u dziecka wielkości dłoni

 Rozmawiała: Sylwia Sałwacka 03-06-2005 , ostatnia aktualizacja 03-06-2005 23:36

W szpitalu przy Działdowskiej kardiochirurdzy zwęzili aortę u 640-gramowego noworodka. Operowali na polu wielkości paznokcia kciuka

Tę pionierską operację opisaliśmy w piątek. Mały Marcin urodził się w 32. tygodniu ciąży z ciężką wadą serca. Żyje tylko dzięki temu, że lekarze podjęli ryzyko.

Sylwia Sałwacka: Jak się czuje malec?

Prof. Maciej Karolczak, II Katedra i Klinika Kardiochirurgii i Chirurgii Ogólnej Dziecięcej AM przy Działdowskiej: Coraz lepiej, dziś [w sobotę - red.] wraca do szpitala przy Karowej, gdzie się urodził. Spędzi tam dwa-trzy miesiące, aż będzie ważył dwa kilogramy. Marcin sam oddycha, macha ręką. Ma niesamowitą wolę życia: dwie doby po operacji odłączyliśmy go od respiratora. Niektóre dzieci bywają do niego podłączone tygodniami.

Pielęgniarki mówią o takich dzieciach żartobliwie "Kingsajz". Chłopiec waży raptem 640 gramów. Jest niewiele większy od ludzkiej ręki.

- Im mniej dziecko waży, tym większe ryzyko, że operacja się nie uda. Nie wiedzieliśmy, jak zareagują wyjątkowo kruche naczynia, czy organizm poradzi sobie ze skokami ciśnienia.

Ile milimetrów ma aorta Marcina?

- Około dwóch i pół. Pole operacyjne było wielkości paznokcia kciuka. By poszerzyć aortę, musieliśmy ją najpierw zamknąć. Mam nadzieję, że dobrze się zagoi i będzie rosła razem z Marcinem. - Gdyby nie operacja, dziecko by umarło. Cieszymy się podwójnie, bo sprawdziliśmy się. Wiemy już, że takie dzieci można ratować.

http://miasta.gazeta.pl/warszawa/1,34862,2747656.html
Ulka-Darek30mpdz & Magda31 &   wspomnienia

Offline belana

  • Raczkujący bywalec
  • **
  • Wiadomości: 228
Pionierskie operacje
« Odpowiedź #7 dnia: Czerwiec 07, 2005, 10:31:00 pm »
Profesor Karolczak ze szpitala warszawskiego przy ul. Działdowskiej to prawdziwe złote ręce polskiej chirurgii serca. Przekonaliśmy się o tym i my kiedy nasza 3,5 miesięczna córeczka z ZD została tam zoperowana. Opercja była trudna, ponieważ istniało duże ryzyko krwotoku, ponieważ nasza mała miała bardzo zły obraz krwi - anemia, mało płytek krwi.

Sytuacja była patowa - rokowania co do poprawy obrazu krwi zależały od zoperowanego seruszka, a opercję utrudniał zły obraz krwi, niestety operacja serca także była sprawą naglącą...

Profesor Karolczak wraz ze wspaniałym Zespołem podjęli ryzyko operacji (specjalna osłona płytek krwi). Zoperowano całkowity kanał przedsionkowo-komorowy u naszej córeczki.

Dziś czuje się świetnie, jest ponad rok po operacji, od blisko roku nie musi brać już żadnych leków (!!!)

My jako wdzięczni rodzice na łamach tego portalu bardzo dziękujemy po raz kolejny wspaniałemu Zespołowi Szpitala przy ul. Działdowskiej zamieszczając poniższą kartkę....
 :lol:
Patrzcie po szwie już prawie ani śladu!


A dla tych co stoją przed trudną decyzją wyboru szpitala do operacji serca dziecka - Kochani, szpital przy ul. Działdowskiej może jest mniejszy od Centrum Zdr Dziecka, może to stary budynek, ale jacy specjaliśi tam pracują! - to klasa światowa! My im zawierzyliśmy i nie żałujemy!

Offline dziadek Janusz

  • User z prawami do pisania
  • Weteran
  • ******
  • Wiadomości: 3704
Pionierskie operacje
« Odpowiedź #8 dnia: Czerwiec 07, 2005, 11:25:08 pm »
Belano, cieszymy się razem z Tobą :D
Na krańcach zwątpienia zawsze pali się światło.
Janusz - dziadek Michałka, 4 latka z zD i Natalki, 1 rok

Online Gaga

  • Administrator
  • Rozgadany Weteran
  • *****
  • Wiadomości: 26310
Pionierskie operacje
« Odpowiedź #9 dnia: Czerwiec 30, 2005, 04:02:11 pm »
Centrum Zdrowia Dziecka zarejestruje operacje kardiologiczne z całej Polski

Pierwszy krajowy rejestr operacji serca u dzieci i dorosłych powstaje w Centrum Zdrowia Dziecka w Międzylesiu. Dzięki niemu chorzy mają być leczeni lepiej i taniej, a Polska będzie się mogła porównywać z Europą

Operacje kardiochirurgiczne przeprowadza w naszym kraju 26 ośrodków. Rocznie wykonują w sumie ponad 30 tys. zabiegów, w tym około stu przeszczepów serca. Jaki jest obraz polskiej kardiochirurgii, dokładnie jednak nie wiemy, bo dziś nikt w Polsce nie prowadzi kontroli jakości i wyników leczenia.

To się zmieni dzięki Krajowemu Rejestrowi Operacji Kardiochirurgicznych (KROK), który powstaje w Klinice Kardiochirurgii Dziecięcej w Międzylesiu. Kilka dni temu Centrum Zdrowia Dziecka wygrało konkurs Ministerstwa Zdrowia na prowadzenie ogólnopolskiego spisu. W tym roku dostanie z resortu ponad 490 tys. zł. Pieniądze są potrzebne m.in. na kupno oprogramowania i sprzętu dla 26 szpitali w Polsce.

Już w listopadzie kardiochirurdzy z kraju przetestują program, a w styczniu zacznie on normalnie funkcjonować. Szpitale będą przesyłać do warszawskiej bazy aktualne dane dotyczące operacji serca i wielkich naczyń - wczesne wyniki leczenia pacjentów, koszty hospitalizacji, czas pobytu na oddziale intensywnej terapii.

Rejestr jest inicjatywą Klubu Kardiochirurgów Polskich. Jego prezes, a zarazem szef rejestru, prof. Bohdan Maruszewski tłumaczy: - Mając precyzyjne informacje, możemy wymieniać się doświadczeniami, wprowadzać lepsze rozwiązania medyczne i finansowe. Poza tym polskie dane trafią do europejskiej bazy kardiochirurgicznej. Będziemy mogli też porównać się z innymi krajami.

To niejedyny rejestr, jaki prowadzi warszawski szpital. Od 1999 r. działa tu Europejska Baza Kardiochirurgii Dziecięcej. To największy tego typu spis na świecie, skupia szpitale i kliniki z 50 krajów.
Pozdrawiam :))
"Starsza Jesienna Miotełka"

Offline monawk

  • Raczkujący bywalec
  • **
  • Wiadomości: 164
    • http://www.kubula.mail.waw.pl
Pionierskie operacje
« Odpowiedź #10 dnia: Październik 05, 2005, 04:51:46 pm »
Cytat: "belana"
Profesor Karolczak ze szpitala warszawskiego przy ul. Działdowskiej to prawdziwe złote ręce polskiej chirurgii serca. [...]

A dla tych co stoją przed trudną decyzją wyboru szpitala do operacji serca dziecka - Kochani, szpital przy ul. Działdowskiej może jest mniejszy od Centrum Zdr Dziecka, może to stary budynek, ale jacy specjaliśi tam pracują! - to klasa światowa! My im zawierzyliśmy i nie żałujemy!


Piszę pierwszy raz. Kubuś urodził się 18 września. Oprócz ZD ma także współny kanał i zespół Fallota - to teraz spędza nam sen z powiek. Od urodzenia nie był jeszcze w domu - ma wciąż wahania saturacji. W tej chwili leży właśnie na Działdowskiej, czekamy na decyzję w sprawie operacji.
Dlatego bardzo dziękuję za opinię na temat tego szpitala. Polecił nam go kardiolog prenatalny - pani dr Aldona Piotrowska-Wichłacz z Instytutu Matki i Dziecka (cudowny człowiek). Miałam wyrobioną nieśmiałą opinię, że CZD po prostu lepiej sprzedaje się marketingowo, dlatego jest bardziej rozpowszechniony w świadomości rodziców. Poza tym sprzyja też mu coroczna akcja Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. I bardzo dobrze - oby tak dalej.
Ja jednak cieszę się, że wybraliśmy Działdowską, rzeczywiście z tego co się zorientowaliśmy - fachowców tam nie brakuje. :lol:

Offline sonia

  • User z prawami do pisania
  • Rozgadany Weteran
  • *******
  • Wiadomości: 25632
    • Dar Życia
Pionierskie operacje
« Odpowiedź #11 dnia: Listopad 21, 2005, 10:34:25 pm »
Regeneracja serca
ARTYKUŁ - NAUKA Newsweek Numer 47/05, strona 58

Komórki macierzyste okazują się dla serca eliksirem życia - leczą nawet ciężkie uszkodzenia. Nikt nie wie, dlaczego tak się dzieje, ale kolejni chorzy w cudowny sposób wracają do zdrowia.Od kilku lat lekarze wzmacniają obumierające serca komórkami macierzystymi, czyli takimi, które mogą przekształcić się w inne, najrozmaitsze rodzaje komórek. Pobierają je z ciała chorego. Takie doświadczenia przeprowadzili kardiolodzy w Europie (także w Polsce), Amerykach Północnej i Południowej oraz Japonii. Ich doniesienia o poprawie zdrowia pacjentów przypominają ewangeliczną opowieść o Łazarzu.

Niektórzy chorzy - dotąd skazani na stały pobyt w szpitalu - wrócili do normalnego życia. Lekarze wierzą, że w ciągu najbliższych lat nawet osoby, którym obecnie nie można pomóc, będą mogły być poddane takiemu zabiegowi. Na razie nikt nie potrafi wyjaśnić mechanizmu tej terapii. Jedno jest pewne - daje ona rewelacyjne rezultaty.

Leczenie serc komórkami macierzystymi zostało wprowadzone zaskakująco szybko. Zwykle lekarze decydują się na radykalne terapie dopiero po latach laboratoryjnych prób na zwierzętach, po sprawdzeniu, że badana metoda jest bezpieczna i skuteczna. Chirurdzy i kardiolodzy, którzy dziś na salach operacyjnych wszczepiają do serca komórki macierzyste, jeszcze pięć lat temu nie mieli nawet podstaw, by twierdzić, że są one w stanie zregenerować tkankę serca.  

A naprawa serca to prawdziwe wyzwanie. Zwłaszcza po zawale, kiedy wskutek braku wystarczającej ilości tlenu komórki obumierają, a w ich miejscu pojawiają się blizny. W efekcie pozostałe fragmenty mięśnia sercowego są obciążone bezużyteczną tkanką. Muszą pracować ciężej, by przepompować taką samą ilość krwi. Ten wysiłek powoduje, że serce się powiększa, ale rzadko odzyskuje dawną sprawność.

Mary Carmichael, opracowanie tekstu J.Z.
Skrót artykułu z wydania 47/05 ze strony 58
Tekst główny artykułu aktualnie niedostępny w wydaniu online.

Newsweek poniedziałek, 21 listopada 2005 r.
Tam gdzie warto dotrzeć, nie ma dróg na skróty.
Sonia, mama Moniki z zD- 19,10l. , Domowa terapia

Offline sonia

  • User z prawami do pisania
  • Rozgadany Weteran
  • *******
  • Wiadomości: 25632
    • Dar Życia
Pionierskie operacje
« Odpowiedź #12 dnia: Lipiec 02, 2006, 09:20:23 am »
Amerykański chirurg uratował polskiego pacjenta

- Iwona Hajnosz 30-06-2006

Takiej operacji jeszcze w Polsce nie było. Światowej sławy kardiochirurg przyjechał z USA do Krakowa, aby wyciąć pacjentowi olbrzymiego tętniaka i wymienić dużą część aorty


Lekarze oglądają na telebimie operację zastawki serca
FOT. Wojciech Matusik / AG

Jarosław Polakowski spod Lublina w marcu zaczął starania, żeby operację tętniaka aorty
piersiowo-brzusznej zrobić poza granicami Polski, bo w kraju żaden lekarz nie ma
wystarczającego doświadczenia, żeby się jej podjąć. W czwartek dostał prezent od losu: był operowany w Krakowie przez najlepszego na świecie specjalistę w tej dziedzinie - profesora Josepha Cosellego z Houston w Teksasie.

Tylko Coselli może to zrobić

37-letni pan Jarek o szczęściu, jakie go spotkało, dowiedział się w środę po południu, w kuchni instytutu kardiologii Szpitala Jana Pawła II w Krakowie. - Chłopie, Coselli wybrał ciebie - krzyknął do niego jego krakowski kardiochirurg Bogusław Kapelak i zdzielił go radośnie w głowę.

Profesor Joseph S. Coselli z Baylor College of Medicine w Houston ma za sobą ponad 1800
przeprowadzonych operacji tętniaków, w tym ok. 480 aorty piersiowo-brzusznej, czyli takich, jakiego miał pan Jarek. - Nie sądzę, żeby jakikolwiek lekarz w Europie podjął się zabiegu u tego pacjenta. To może zrobić tylko Coselli - stwierdził prof. Jerzy Sadowski, kierownik Kliniki Chirurgii Serca, Naczyń i Transplantologii Collegium Medicum Uniwersytetu Jagiellońskiego.

- Noszę w sobie tykającą bombę. Jeśli tętniak pęknie, to będzie koniec - mówił przed zabiegiem pan Jarek. O chorobie dowiedział się w 2002 roku. Od stycznia tego roku odczuwał coraz większe bóle, a od marca już wiedział, że jeśli szybko nie trafi na stół operacyjny, będzie po nim. Ma dwoje małych dzieci, którymi sam się teraz opiekuje. Żona - pielęgniarka, kiedy zachorował, wyjechała do pracy w Niemczech, żeby utrzymać rodzinę. Poprzez poznanego tam lekarza chciała doprowadzić do operacji męża w klinice w Heidelbergu. Koszt takiego zabiegu to ok. 100 tys. euro! Jednak lekarze z Lublina, którzy zajmowali się panem Jarkiem, orzekli, że nie ma sensu nawet wypełniać dokumentów wymaganych przez Ministerstwo Zdrowia w przypadku wysłania na operacje za granicą. Uznali, że panu Jarkowi nie pozostaje już nic innego, jak tylko dbać o siebie i się modlić.

Najdłuższe cięcie

Tymczasem jakieś dwa miesiące temu inna medyczna znakomitość, prof. Marco Turina, szef European Association for Cardio-Thoracic Surgery, zdecydował nieoczekiwanie, że tegoroczne warsztaty dla lekarzy z tej specjalności odbędą się w klinice prof. Sadowskiego. - To dla nas wielkie wyróżnienie - mówi Sadowski.

W czwartek do Krakowa przylecieli najlepsi specjaliści ze świata, żeby nauczyć ponad 150 młodszych kolegów z kilkudziesięciu krajów nowych metod operowania. Warsztaty potrwają trzy dni - do soboty. Są to na przemian operacje i wykłady. Prof. Coselli zaczął operować w czwartek po południu. Aby dostać się do tętniaka aorty piersiowo-brzusznej, trzeba wykonać cięcie na boku ciała - od ramienia do pasa. To najdłuższe cięcie w kardiochirurgii.

Czas na operację był już najwyższy. Tętniak niebezpiecznie rósł - jeszcze niedawno miał z 7,4 cm średnicy, ostatnio już ponad dziesięć. Powodował coraz większy ból w brzuchu i klatce piersiowej. W przypadku tętniaków najgroźniejszym powikłaniem jest ich pęknięcie. Jeśli, jak u pana Jarka, jest to tętniak aorty - pęknięcie oznacza silny krwotok. Wówczas śmierć następuje błyskawicznie, w kilka sekund.

Zadanie, jakie stanęło przed prof. Cosellim, to wycięcie tętniącego guza i wszczepienie
kilkudziesięciocentymetrowej protezy aorty. Do tej protezy trzeba następnie doszyć wszystkie ważne naczynia odchodzące od aorty, np. tętnicę nerkową i naczynia prowadzące krew do najważniejszych narządów jamy brzusznej. Przewidująco Coselli protezę przywiózł ze sobą.

Niewielu lekarzy na świecie podejmuje się takich zabiegów, bo statystycznie tętniaki pękają
rzadziej, niż wynosi śmiertelność operacyjna. To wielogodzinna, skomplikowana i żmudna
operacja.

Warto dodać, że pan Jarek już raz był operowany w Krakowie. Doktor Kapelak operował u niego pęknięty, rozwarstwiony tętniak aorty wstępującej. - Stąd nasza zażyłość - tłumaczy się z radosnego klepnięcia w głowę na wieść o decyzji Cosellego.

Małe jest bezpieczniejsze

Operacja pana Jarka to przykład bardzo rozległego zabiegu. Inna operacja przeprowadzona również w czwartek w ramach krakowskich warsztatów kardiochirurgicznych przez prof. Friedricha Mohra z Lipska miała z kolei udowodnić, że współczesna kardiochirurgia to także dążenie do jak najmniejszej inwazyjności. Prof. Mohr naprawił zastawkę mitralną (jedna z czterech w sercu, położona pomiędzy lewym przedsionkiem a lewą komorą) bez rozcinania żeber pacjenta. - To nowa metoda. Takie zabiegi są już wykonywane w Polsce, ale uczestnicy warsztatów zobaczyli go w wykonaniu mistrza - komentuje prof. Sadowski.

Główną zaletą tej techniki jest to, że zamiast rozcinać klatkę piersiową, lekarz wykonuje tylko niewielkie cięcie, przez które "naprawia" zastawkę. Pacjentem prof. Mohra był pan Tadeusz z Krakowa. Ma 63 lata, choruje od dziesięciu lat, jego stan też się ostatnio bardzo pogorszył . - Coraz większą trudność sprawiało mi wykonywanie najprostszych czynności. Szybko się męczyłem - opowiadał przed operacją.

- Zastawka nie domykała się, powodując powiększenia się serca, migotanie przedsionków i
zaburzenia rytmu serca. Doszło do powiększenia wątroby i obrzęków nóg - wyjaśnia profesor Sadowski. - Nie było na co czekać - dodaje.

Operacja pana Tadeusza powiodła się, pana Jarka trwała do późnych godzin nocnych i też
zakończyła się pomyślnie

Ryzykowna operacja w krakowskiej klinice zakończyła się powodzeniem
- Rozmawiała Iwona Hajnosz 01-07-2006

W czwartek po południu światowej sławy kardiochirurg z USA prof. Joseph S. Coselli operował w Szpitalu im. Jana Pawła II w Krakowie Jarosława Polakowskiego spod Lublina. Wyciął mu ogromnego tętniaka, a w zasadzie wymienił całą aortę, wstawiając bez mała półmetrowej długości protezę. Operacja, o której pisaliśmy obszernie w piątkowej "Gazecie", trwała prawie siedem godzin. Nikt w Europie nie chciał się jej podjąć. W piątek po południu anestezjolodzy zaczęli powoli wybudzać pacjenta

Rozmowa z prof. Josephem S. Cosellim, kardiochirurgiem z Baylor College of Medicine z Houston

Iwona Hajnosz: Właśnie wyszedł Pan z sali intensywnego nadzoru, na którą trafił pan Jarek.

Badał pan pacjenta. Czy operacja się powiodła?

Joseph S. Coselli: - Myślę, że będzie dobrze. Serce i płuca są w porządku, nie ma krwawienia.

Krążenie krwi też jest dobre. Nie do końca jeszcze można ocenić stan neurologiczny pacjenta - w tym stwierdzić, czy ma czucie w nogach. Nadal nie wiemy więc wszystkiego. Trzeba pamiętać, że aorta pana Polakowskiego była w tak złym stanie, że gdyby nie operacja, na pewno by umarł. Dawałem mu kilka tygodni życia, maksymalnie trzy miesiące. A tak będzie mógł normalnie żyć - cieszyć się rodziną, muzyką, jedzeniem, przyjaciółmi.

Najtrudniejszy moment podczas operacji?

Podczas tego typu zabiegów najtrudniejszą rzeczą jest to, że trzeba bardzo szybko - dosłownie co chwilę - podejmować decyzje, w których stawką jest życie. Tak było i teraz. Poza tym, gdy się pracuje z innymi ludźmi, w innej klinice niż na co dzień, wtedy zawsze jest trudniej, bo to stres. Choć z drugiej strony nie sposób dokładnie zaplanować żadnej operacji. Zawsze dzieje się coś nieprzewidzianego.

Operował już Pan pacjentów w podobnym stanie?

Tak, ale ten tętniak był jednym z największych, jakie kiedykolwiek operowałem. Trzeba też
wiedzieć, że to bardzo trudny zabieg. Ze statystyk wynika, że 8-10 proc. pacjentów po operacji ma niedowład nóg, który u połowy z nich z czasem ustępuje. Tak to wygląda. Chciałbym jeszcze dodać, że szpital w Krakowie, w tym wyposażenie sali operacyjnej, są wspaniałe.

Anestezjolodzy - światowa klasa. Chirurdzy - bardzo, bardzo dobrzy, tak samo pielęgniarki
asystujące mi na sali operacyjnej. Możecie być z nich dumni.

Może zatem przyjedzie Pan jeszcze kiedyś operować do Krakowa?

To piękne miasto, więc chętnie tu wrócę.
Tam gdzie warto dotrzeć, nie ma dróg na skróty.
Sonia, mama Moniki z zD- 19,10l. , Domowa terapia

Online Gaga

  • Administrator
  • Rozgadany Weteran
  • *****
  • Wiadomości: 26310
Pionierskie operacje
« Odpowiedź #13 dnia: Wrzesień 28, 2006, 12:48:33 am »
William Greaves/15.09.2006 12:04
Pit stop w szpitalu

Lekarze z Great Ormond Street, słynnego na cały świat szpitala dziecięcego w Londynie, zmienili swój sposób pracy dzięki nawiązaniu kontaktów z… zespołem Formuły 1 – Ferrari
Gdy półtoraroczny Alexander Barham trafił na oddział intensywnej terapii, jego przeżycie zależało od wiedzy i doświadczenia zajmujących się nim lekarzy specjalistów, ale także w niemałej części od wyliczonej co do ułamka sekundy precyzji teamu Ferrari z Formuły 1
.

Profesor Martin Elliott przeprowadził trzygodzinną operację na otwartym sercu, po czym w ciszy obserwował, jak trzech ludzi z jego zespołu rozpoczyna rutynowy zabieg podłączania mnóstwa rurek do kroplówek, respiratora oraz monitora umieszczonego nad głową małego pacjenta.

 
"To jest chyba najbardziej krytyczny etap całej operacji. Jeszcze rok czy dwa lata temu przy takiej okazji pełno było hałasu i zamieszania. Każdy – łącznie ze mną – wkraczał wtedy do akcji i nieraz przeszkadzaliśmy sobie nawzajem – mówi Elliott. – Ale to było jeszcze przed spotkaniem z Ferrari. Potem nasza organizacja pracy zmieniła się nie do poznania".

Po pewnym "wyjątkowo złym dniu w robocie", profesor Elliott, szef kardiochirurgii w szpitalu dziecięcym Great Ormond Street, oraz jego kolega, zajmujący się oddziałem intensywnej terapii dr Allan Goldman, zasiedli w fotelach przed telewizorem. Właśnie pokazywano rajdy samochodowe. Obaj doktorzy zdali sobie wtedy sprawę z podobieństwa pomiędzy procedurą przekazywania pacjentów z sali operacyjnej na oddział intensywnej terapii, a tym, co dzieje się w pit stopie podczas wyścigu Formuły 1.

Od tego momentu rozpoczęła się współpraca ordynatorów oddziałów chirurgii i intensywnej terapii na Great Ormond Street ze stajniami Formuły 1, początkowo McLarenem, a następnie  Ferrari – z szefem teamu, Janem Todtem, ekspertem technicznym Rossem Brawnem, oraz, w szczególności, z dyrektorem technicznym wyścigów Nigelem Stepneyem.

Wspólne testy odbywały się w głównej siedzibie Ferrari we włoskiej Modenie, w boksach podczas Grand Prix Wielkiej Brytanii, oraz na sali operacyjnej i oddziale intensywnej terapii szpitala na Great Ormond Street. Zasadnicze zmiany w procedurze przekazywania pacjentów, wynikające bezpośrednio z doświadczeń pracowników obsługi technicznej Formuły 1, zostaną wkrótce opisane w dwóch naukowych publikacjach.

"Patrząc na liczbę krytycznych sytuacji, z którymi się stykamy, można już teraz śmiało powiedzieć, że jest ich znacznie mniej od czasu wprowadzenia zmodyfikowanego trybu szkolenia, opracowanego na podstawie tego, czego nauczyła nas Formuła 1" – twierdzi profesor Elliott.

Schemat procedur stosowanych podczas pit stopu w boksie Ferrari mieści się na pojedynczej kartce A4. Kiedy Stepney oraz jego koledzy z Ferrari zobaczyli, jak na Great Ormond Street wygląda transfer pacjenta z sali operacyjnej do pokoju szpitalnego, okazało się, że potrzeba dużo więcej kartek dwa razy większego formatu.

"Byli zszokowani stopniem skomplikowania tego, co robimy i ilością sprzętu, którym dysponujemy" – mówi profesor Elliott. – Widzieli, jak operujemy na stole dziecko, przykryte ogrzewającym lub chłodzącym kocykiem, podłączone do wszystkich ważnych urządzeń. Patrzyli, jak musimy to wszystko potem odłączyć i używać ręcznego respiratora, kiedy zabieramy pacjenta z sali, wieziemy go przez korytarz, do windy i na oddział intensywnej terapii. Ich pierwsze pytanie brzmiało, czemu nie przeprowadzamy operacji na łóżku na kółkach, wyposażonym we wszystkie niezbędne urządzenia, dzięki czemu nie musielibyśmy ich odłączać i na nowo podłączać. Zwróciłem im uwagę, że nie istnieje producent, który zainwestowałby w tak wyspecjalizowany sprzęt. Wtedy zaczęli się zastanawiać nad usprawnieniem podziału zadań i metod szkolenia jako potencjalnym rozwiązaniem naszych problemów".

Gdy profesor to mówił, jego zespół był właśnie w trakcie skomplikowanego procesu podłączania małego Alexandra do tych samych podtrzymujących życie urządzeń, które pozwoliły mu przetrwać wyjątkowo inwazyjną operację korekcji tetralogii Fallota, przeprowadzoną na sali operacyjnej.

"Alexander urodził się z dziurą pomiędzy lewą a prawą komorą serca. Ujście prawej komory było wąskie i zbyt umięśnione, musieliśmy więc załatać przegrodę międzykomorową, podzielić mięśnie i rozszerzyć zastawkę trójdzielną – mówi lekarz. – Robimy to od 20 do 40 razy w roku, ale tym razem naprawdę wystawiłem jego serce na ciężką próbę. Chcę, żeby jak najszybciej dostał czucia w czole oraz palcach u rąk i nóg, bo na razie wygląda bardzo blado, jak to zwykle bywa na tym etapie".

"Proszę zauważyć, że podczas podłączania pacjenta nie pada ani jedno słowo. Pielęgniarka i lekarz, którzy będą się nim opiekować przez noc, odczytują polecenia pojawiające się na ekranie… nasz konsultant anestezjolog jest tu z dr Anne Karimovą od intensywnej terapii… teraz zabierają cały przenośny sprzęt… słychać pikanie, alarmy się włączają… druga siostra sprawdza rurki i cewnik moczu… nadal ani słowa" – zwraca uwagę profesor Elliott.

Wreszcie przychodzi moment, kiedy może on może podejść do łóżka i własnoręcznie sprawdzić stan małego pacjenta.

"Przez lata wykonywaliśmy naszą robotę i sądziliśmy, że jesteśmy w tym naprawdę nieźli
– mówi dr Nick Pigott, konsultant w dziedzinie dziecięcej kardiologicznej intensywnej terapii, który współpracował z profesorem Elliottem i doktorem Goldmanem przy Operacji Pit Stop. – Potem, po spotkaniach z Ferrari, obejrzeliśmy naszą pracę na wideo i byliśmy zaskoczeni, jak dalece brakuje w niej ładu i organizacji".

"Za czasów poprzednika profesora Elliotta, przez pewien czas współpracowaliśmy z przemysłem lotniczym. Nie ma jednak wątpliwości, że to dzięki wkładowi Ferrari osiągnęliśmy obecny poziom ciszy i precyzji podczas transferu z sali operacyjnej na intensywną terapię" – dodaje dr Pigott.

Czy to zwiększa szanse sukcesu?
"Liczby są zbyt małe, by móc mówić o zmniejszeniu śmiertelności, ale bez wątpienia już widać redukcję w zapadalności na kolejne choroby – po opuszczeniu szpitala przez pacjenta" –  twierdzi doktor Pigott.

Tymczasem, w swoim naturalnym środowisku, Nigel Stepney świętował pierwsze i trzecie miejsce Ferrari w niedawnym Grand Prix Turcji. Wciąż jednak był pełen podziwu dla profesora Elliotta i jego kolegów.

"Mam siedmiotygodniową córeczkę i, szczerze mówiąc, nawet sobie nie wyobrażam, jak ci ludzie operują serduszka wielkości orzecha. Mam nadzieję, że nauczyliśmy ich czegoś pożytecznego, bo oni z pewnością nauczyli nas pokory" – mówi Stepney.

"Stworzenie zespołu zajmuje dużo czasu. Dwudziestu paru ludzi spędza razem cztery do sześciu lat, by wypracować trwającą niewiele ponad cztery sekundy procedurę. Pracują non stop, dzień w dzień, a personel nieustannie się zmienia. Muszą więc działać według sprawdzonej formuły" – dodaje.
 
zródło
Pozdrawiam :))
"Starsza Jesienna Miotełka"

Online Gaga

  • Administrator
  • Rozgadany Weteran
  • *****
  • Wiadomości: 26310
Pionierskie operacje
« Odpowiedź #14 dnia: Kwiecień 07, 2007, 03:33:48 pm »
Chirurdzy zszyli pęknięte serce 19-latka

"Nowa Trybuna Opolska" informuje, że chirurdzy z Wojewódzkiego Centrum Medycznego w Opolu zszyli pęknięte serce 19-letniego Łukasza. Skomplikowana operacja uratowała chłopakowi życie.

Młody mężczyzna został potrącony w czwartek wieczorem na drodze pod Zdzieszowicami przez samochód dostawczy. Chłopak doznał ciężkiego urazu klatki piersiowej. Do opolskiego WCM trafił po północy. O godz. 1:00 chirurdzy przystąpili do operacji.


W trakcie zabiegu okazało się, że u pacjenta w wyniku doznanego urazu doszło do pęknięcia prawej komory serca, czego się wcześniej nie spodziewaliśmy - relacjonuje dr n. med. Andrzej Kucharski, chirurg ogólny i naczyniowy, który operował 19-latka.

To było dla nas ogromne wyzwanie, gdyż do tej pory mieliśmy do czynienia głównie z ranami kłutymi klatki piersiowej, zadanymi nożem. Postanowiliśmy zrobić wszystko, żeby chorego uratować - i udało się - cieszy się.

Łukasza operowało czterech chirurgów. Oprócz dr. Kucharskiego - Izabela Dzik i Jacek Żurek (z oddziału chirurgii ogólnej i naczyniowej) oraz Zbigniew Brzeziński, kardiochirurg. Wspomagało ich m.in. trzech anestezjologów - łącznie kilkanaście osób. Praca trwała do 3.30 rano w piątek.

To była naprawdę spektakularna operacja. Przypadek, o jakim w 20-letniej pracy chirurga nie słyszałem - podkreśla dr Marek Piskozub, dyrektor Wojewódzkiego Centrum Medycznego w Opolu. Cieszymy się, że stan pacjenta jest stabilny, ale przez kilka dni będzie on jeszcze utrzymywany w sztucznej śpiączce i pod respiratorem - wyjaśnia "Nowej Trybunie Opolskiej". (PAP)
Pozdrawiam :))
"Starsza Jesienna Miotełka"

Offline ilonadora

  • User z prawami do pisania
  • Rozgadany Weteran
  • *******
  • Wiadomości: 8423
    • http://wwwmojedzieciaki.blox.pl/html
Pionierskie operacje
« Odpowiedź #15 dnia: Lipiec 27, 2007, 11:33:21 am »
Sukcesem zakończyła się operacja 10-miesięcznej Irakijki



Skomplikowana operacja serca 10-miesięcznej Irakijki przebiegła pomyślnie - poinformował prof. Michał Wojtalik, kardiochirurg, który operował Jannat. Zabieg korygujący anatomiczną siniczą wadę serca przeprowadzany był w Dolnośląskim Centrum Chorób Serca we Wrocławiu i trwał sześć godzin.


Operacja trwała kilka godzin. Centrum nie ujawnia, ilu kardiochirurgów i anestezjologów operowało dziewczynkę.
Operacja dziewczynki przebiegała bez specjalnych zakłóceń czy niespodzianek. "Wszystko przebiegło zgodnie z planem. Stan małej pacjentki jest stabilny" - mówił Wojtalik.

W Bagdadzie, skąd pochodzi Jannat, kardiolodzy nie byli w stanie przeprowadzić tak skomplikowanej operacji serca. Bez zabiegu dziecko mogłoby przeżyć zaledwie 2-3 lata.

Według kardiolog Elżbiety Kukawczyńskiej, w Polsce taką wadę serca operuje się u noworodków w pierwszych dwóch tygodniach życia. Dlatego też przeprowadzana we Wrocławiu operacja jest konieczna, ale i niebezpieczna dla życia dziewczynki. Jak wyjaśnił prof. Krzysztof Wronecki, każda operacja przeprowadzana na sercu jest niebezpieczna, bo trzeba je zatrzymać, a w przypadku małej Jannat sytuacja jest jeszcze trudniejsza, bo chodzi o malutkie serce, a do tego dziewczynka oprócz siniczej wady serca ma jeszcze inne anomalie.

Jannat trafiła do Polski wraz ze swoim tatą dzięki polskim żołnierzom stacjonującym w irackiej bazie wojskowej Echo w Diwaniji. Jej dziadek to polsko-iracki tłumacz, który pracuje w bazie i na co dzień pomaga polskim żołnierzom.

W sprowadzenie dziewczynki do Polski oraz znalezienie właściwego ośrodka do przeprowadzenia operacji zaangażowały się władze Żagania i 11. Lubuska Dywizji Kawalerii Pancernej z Żagania, której żołnierze biorą udział w misji stabilizacyjnej.



rzeczpospolita
"Być bohaterem przez minutę, godzinę, jest o wiele łatwiej niż znosić trud codzienny w cichym heroizmie."
Ilonadora i czwórka pociech

Online Gaga

  • Administrator
  • Rozgadany Weteran
  • *****
  • Wiadomości: 26310
Pionierskie operacje
« Odpowiedź #16 dnia: Wrzesień 07, 2007, 08:46:41 am »
Wycięli śmiertelny nowotwór serca

To pierwsza taka operacja poza Stanami Zjednoczonymi
Gdyby nie operacja, pan Ryszard nie dożyłby jesieni. Wszystko przez złośliwy nowotwór serca.


Jeszcze na początku sierpnia pan Ryszard (55 l.) z Poznania czuł się dobrze. Razem z żoną i dwiema córkami cieszył się wakacjami. Trzy tygodnie później zaczęły się duszności. Diagnoza brzmiała jak wyrok. Złośliwy guz serca wielkości piłki do tenisa... Ratunku dla swojego ojca zaczęły szukać obie córki. W Internecie znalazły informacje o nowatorskiej metodzie leczenia. - Skontaktowały się z naszą kliniką, a my z naszymi amerykańskimi kolegami - tłumaczy dr hab. Marek Jemielity ze Szpitala Przemienienia Pańskiego w Poznaniu. Zabiegu podjął się swoją autorską metodą autotransplantacji prof. Michael Readon. - Idea operacji polega na tym, że z ciała pacjenta wyjmujemy jego serce, odłączając je od aorty i tętnicy. Dzięki temu mamy nieograniczony dostęp do każdej z jego części i odtworzenie chorych ścianek staje się łatwiejsze - wyjaśnia prof. Readon.

Trwająca 7 godzin operacja powiodła się. 55-latek czuje się dobrze.

Był to 12. zabieg tego typu na świecie, a pierwszy wykonany poza USA.
Pozdrawiam :))
"Starsza Jesienna Miotełka"

Offline Emilianka

  • User z prawami do pisania
  • Wyjadacz
  • *****
  • Wiadomości: 3124
Pionierskie operacje
« Odpowiedź #17 dnia: Wrzesień 08, 2007, 10:55:22 am »
Operacja nowotworu serca metodą autotransplantacji udana

Operacja nowotworu serca metodą autotransplantacji zakończyła się sukcesem.
"Pacjent został wybudzony i rozmawia z lekarzami i rodziną" - poinformował na konferencji prasowej szef kliniki kardiochirurgii Szpitala Klinicznego Przemienienia Pańskiego Uniwersytetu Medycznego w Poznaniu, dr Marek Jemielity.

Operację usunięcia nowotworu serca metodą autotransplantacji przeprowadził w środę twórca tej metody, amerykański kardiochirurg prof. Michael J. Reardon - szef Kliniki Kardiochirurgii Methodist DeBakey Hart Center w Huston. Był to 12. tego typu zabieg wykonany na świecie i pierwszy poza Stanami Zjednoczonymi.

Zabieg trwał siedem godzin. 55-letni poznaniak miał złośliwy nowotwór lewego przedsionka serca. Podczas operacji, po wyjęciu serca z ciała chorego, usunięto nowotwór z częścią ściany serca i po uzupełnieniu ubytku osierdziem wołowym wszyto je z powrotem. Przez prawie 100 minut pacjent był podłączony do systemu krążenia pozaustrojowego.

"Moja metoda pozwala na dokładniejsze usunięcie tkanki nowotworowej niż praca na otwartym sercu. A w przypadku guzów złośliwych dokładne oczyszczenie jest najważniejszym celem zabiegu" - powiedział dziennikarzom prof. Reardon.

Po poprzednich 11 operacjach, przeprowadzonych tą metodą w USA, u żadnego z pacjentów nowotwór nie odrodził się w operowanym miejscu.

"W zabiegu tym do wycinania serca trzeba podejść inaczej niż w zwykłej transplantacji serca. Nie można uszkodzić usuwanego organu, bo nie będzie on wyrzucony, tylko wszyty na nowo. Są też pewne ułatwienia - wiadomo, że organizm takiego wszytego serca nie odrzuci, bo jest to jego serce" - tłumaczył dziennikarzom amerykański kardiochirurg.

Pacjent - pragnących zachować anonimowość 55-letni poznaniak - czuje się dobrze i w najbliższym czasie, jak wszyscy pacjenci po operacji nowotworów złośliwych, przejdzie chemioterapię.

"Dopiero po jej zakończeniu będzie można stwierdzić, czy wyzdrowiał, czy nie. Gdyby nie operacja, guz zarósłby przedsionek i doprowadził do uduszenia pacjenta" - powiedział dr Marek Jemielity, który asystował przy zabiegu.

Chory trafił do poznańskiej kliniki w lipcu 2007 roku z rozpoznaniem śluzaka - niezłośliwego guza - którego usunięto. Po badaniach histopatologicznych usuniętej tkanki okazało się, że nowotwór jest złośliwy i zaczyna przyrastać w szybkim tempie.

Rodzina chorego, przeglądając strony internetowe w poszukiwaniu ratunku, trafiła na publikacje prof. Reardona i poprosiła poznańską klinikę o skontaktowanie się z nim i zaproponowanie współpracy.

"Skontaktowaliśmy się drogą mailową. Profesor po przejrzeniu dokumentacji medycznej zdecydował się na przylot do Polski i przeprowadzenie operacji" - powiedział PAP dr Jemielity.

Amerykański gość chwalił poznańska klinikę.

"Jestem wdzięczny, że mogłem współpracować z takim wspaniałym zespołem lekarzy tu, w Poznaniu. Jestem pewien, że ci ludzie mogliby zrobić taką samą operację samodzielnie choćby dziś" - powiedział prof. Reardon.

Amerykański chirurg nie wziął pieniędzy za wykonaną operację - zrobił to, aby rozpropagować opracowaną przez siebie metodę - rodzina zapłaciła tylko za przelot i pobyt profesora oraz anestezjologa. KPR

PAP - Nauka w Polsce

Online Gaga

  • Administrator
  • Rozgadany Weteran
  • *****
  • Wiadomości: 26310
Pionierskie operacje
« Odpowiedź #18 dnia: Wrzesień 22, 2007, 01:29:57 am »
Cytat: "ilonadora"
Sukcesem zakończyła się operacja 10-miesięcznej Irakijki

Skomplikowana operacja serca 10-miesięcznej Irakijki przebiegła pomyślnie - poinformował prof. Michał Wojtalik, kardiochirurg, który operował Jannat. Zabieg korygujący anatomiczną siniczą wadę serca przeprowadzany był w Dolnośląskim Centrum Chorób Serca we Wrocławiu i trwał sześć godzin.

Operacja zakończyła się sukcesem,ale powrót malutkiej do kraju okazał się dramatyczny.
Dziewczynka nie żyje  :lzy:

Tam nie było dla niej życia
Gdyby została z nami w Polsce, miałaby szansę


Serce Jannat ( 2 l.) nie wytrzymało irackiego piekła. Malutka Irakijka, której wrocławscy lekarze uratowali życie, zmarła wczoraj w Bagdadzie.



Wiele osób walczyło o życie Jannat. Ich wysiłek został zmarnowany przez ludzi bez wyobraźni.
FOTO: NATALIA DOBRYSZYCKA/AGENCJA GAZETA


Po niezwykle męczącej podróży z Polski do Iraku, malutkie serduszko wytrzymało jedynie dwa dni w potwornym upale. A tak prosiliśmy lekarzy na łamach "Super Expressu", aby jej nie odsyłać do Iraku. Niestety, sprawdził się najczarniejszy scenariusz.

Mała Irakijka cierpiała na siniczą wadę serca. - Jeżeli pilnie nie będzie operowana, to umrze - stwierdzili pół roku temu lekarze w Bagdadzie. Jannat pomogli polscy żołnierze. Trafiła do wojkowego szpitala we Wrocławiu. Przeprowadzona w lipcu operacja powiodła się. Okazało się, że potrzebna będzie druga. "Super Express" zabiegał, by do czasu jej przeprowadzenia Jannat została w Polsce. Lekarze jednak zbagatelizowali nasze prośby.

Nie wolno wychodzić do rana
Jannat poczuła się źle już w środę, późnym wieczorem, chwilę po powrocie do kraju. - Źle oddychała, z trudem łapała powietrze - mówi Bassim, dziadek dziewczynki. - Chcieliśmy ją zawieźć do szpitala, ale od naszego domu to bardzo daleko, a na ulicach obowiązuje godzina policyjna, nie wolno wychodzić - opowiada dziadek.

Tymczasem stan dziewczynki pogarszał się z każdą godziną. Bladym świtem rodzina ruszyła samochodem do szpitala. Jannat jednak zmarła w drodze. - Tu jest okropnie gorąco, duszno. Wiedziałem, że tak będzie, dlatego walczyłem o pozostanie w Polsce - mówi załamany Bassim.

Wczoraj w Bagdadzie było ponad 40 stopni w cieniu, a nad miastem unosił się dym. Nawet w nocy temperatura przekraczała 27 stopni. W tych warunkach nawet zdrowi dorośli ludzie mają problemy z oddychaniem, a co dopiero chora dwulatka. - Do tego ta podróż do domu. Trwała ponad 12 godzin, była bardzo męcząca - tłumaczy dziadek.

W Polsce by ją uratowano
Gdy dziadek dowiedział się o śmierci maleństwa, osunął się na ziemię. Stracił przytomność na wiele godzin. Ocucono go dopiero późnym popołudniem, wciąż nie może uwierzyć w tragedię.

Basim powoli dochodzi do siebie. Z trudem przychodzi mu opowiadanie o wnuczce. Ale przypomina sobie, że mała Jannat już raz miała taki napad duszności.- Było to niedługo po operacji, ale wtedy byliśmy w szpitalu i pomoc przyszła bardzo szybko. Teraz pozostaliśmy sami - płacze mężczyzna.

Uznano ją za zdrową
Pod koniec ubiegłego tygodnia lekarze, którzy opiekowali się dziewczynką, zdecydowali, że jej stan zdrowia jest dobry. Nie ma potrzeby, aby nadal przebywała w szpitalu. Dlatego uznano, że Irakijka może wrócić do domu. Był jednak jeden warunek. Jannat musiała cały czas przyjmować przepisane jej leki. Dziewczynka kilka tygodni temu już raz opuściła szpital, jednak szybko do niego wróciła, właśnie dlatego, że ojciec nie podał jej tabletek. Rodzina przekonuje, że Jannat przyjmowała lekarstwa.

Niestety, nawet one nie uchroniły dwulatki od morderczego klimatu i skutków wojennej zawieruchy, jaka panuje w jej kraju.

Byliśmy z Jannat od początku

Odkąd maleńka Irakijka przekroczyła polską strefę graniczną, ekipa "Super Expressu" i nasi Czytelnicy towarzyszyli jej cały czas. Ciągle informowaliśmy o losach dziewczynki, razem przeżywaliśmy dramat jej rodziny, razem trzymaliśmy kciuki, żeby bardzo skomplikowana operacja serduszka Jannat się powiodła, a potem z wielką ulgą świętowaliśmy urodziny ślicznej Irakijki. Bezustannie napływały do nas słowa otuchy dla Jannat, jej taty i dziadka, a i materialnych dowodów wsparcia nie brakowało. A kiedy ważyły się losy jej powrotu do Iraku, wszyscy Polacy modlili się, by bezbronne dziecko nie musiało wracać do kraju od lat trawionego wojnami.

autor: Paweł Fąfara, PJ
Pozdrawiam :))
"Starsza Jesienna Miotełka"

Offline ilonadora

  • User z prawami do pisania
  • Rozgadany Weteran
  • *******
  • Wiadomości: 8423
    • http://wwwmojedzieciaki.blox.pl/html
Pionierskie operacje
« Odpowiedź #19 dnia: Wrzesień 22, 2007, 12:06:33 pm »
:lzy:  :lzy:  :lzy:  :lzy:


"Nie mogliśmy zatrzymać małej Irakijki"



Lekarze nie mogli zatrzymać małej Irakijki, Jannat, w Polsce - przekonywał w piątek dziennikarzy lekarz z Dolnośląskiego Centrum Chorób Serca Medinet we Wrocławiu, który zajmował się dziewczynką, Girish Sharma.




11-miesięczna Jannat przeszła we Wrocławiu skomplikowaną operację serca i kilka dni temu odleciała do Bagdadu. Zmarła w czwartek rano.

- Ojciec dziewczynki nie chciał zostać w Polsce, był gotów nawet we własnym zakresie wrócić do Iraku. Nie mogliśmy zatrzymać dziecka bez ojca - powiedział w piątek dziennikarzom lekarz.

Zapewnił, że dziewczynka została wypisana ze szpitala w bardzo dobrym stanie; dobrze zniosła też podróż samolotem do Iraku.

Przyznał, że nie wie, w jakich warunkach dziecko mieszkało w swojej ojczyźnie. - Nie mamy pojęcia w jakich warunkach mieszkała Jannat w Iraku, ale mieszkała w nich przecież przez pierwsze miesiące swojego życia - dodał.

Zdaniem lekarza, powodem śmierci Jannat mogło być to, że nie podawano jej lekarstw. - Obawiam się, że jak dziecko trafiło do domu rodzice zamiast trafić z nim do lekarza na konsultacje, zająć się dzieckiem, chcieli się nim nacieszyć - powiedział lekarz.

Jak poinformowała rzeczniczka Prokuratury Okręgowej we Wrocławiu Małgorzata Klaus, prokuratura wszczęła śledztwo w sprawie narażenia na utratę życia lub zdrowia małej Irakijki. Dodała, że w sprawie zabezpieczono już dokumentację medyczną.

- Prokuratorzy będą musieli sprawdzić, czy zabieg przebiegł prawidłowo, ponadto będą się także interesować tym, w jakich warunkach dziewczynka wracała do Bagdadu - wyjaśniła.

Klaus zapewniła, że prokuratura dołoży wszelkich starań, by dotrzeć do rodziców i najbliższych dziewczynki, by dowiedzieć się, czy to nie oni zaniedbali ją, np. nie podając lekarstw.

Dziewczynka urodziła się z anatomiczną wadą serca i innymi anomaliami, które wrocławscy lekarze zdecydowali się zoperować - mimo wielkiego ryzyka ze względu na wiek dziecka. W Polsce tego typu wadę operuje się u dzieci tuż po urodzeniu, w pierwszych dwóch tygodniach.

Do Polski Jannat trafiła dzięki polskim żołnierzom stacjonującym w Iraku. Gdy dowiedzieli się od irackiego tłumacza - Basima, dziadka Jannat, o kłopotach zdrowotnych wnuczki, zorganizowali jej transport do Polski.

Dziewczynka była operowana pod koniec lipca, dzięki pomocy ludzi, którzy wpłacali pieniądze na specjalne konto bankowe. W sumie udało się uzbierać ponad 30 tys. zł, które wydano na operację, opiekę oraz pobyt ojca i dziadka w Polsce.

Kilka dni przed powrotem Jannat do Bagdadu dr Piotr Kołtowski, dyrektor Dolnośląskiego Centrum Chorób Serca Medinet we Wrocławiu tłumaczył, że dziewczynka będzie potrzebowała drugiej operacji, ale dopiero wtedy gdy podrośnie.


interia


"Mówiłem, że jedziemy na śmierć"



"Super Express" publikuje wywiad z dziadkiem Jannat - dziewczynki, która zmarła po powrocie z Polski do Iraku.



- Niepotrzebnie wróciliśmy do Iraku. Gdybyśmy zostali, ona nadal by żyła. Mówiłem, że jedziemy na śmierć - mówi Basim, dziadek 11- miesięcznej Jannat która przeszła we Wrocławiu skomplikowaną operację serca i kilka dni temu odleciała do Bagdadu. Zmarła w czwartek rano.

Dziadek dziewczynki zapewnia, że dziecko miało w Iraku dobrą opiekę. Wszyscy przy niej czuwali, szczególnie mama. - Tu panuje potworny klimat. Jest strasznie gorąco i duszno. Nie ma prądu. Udało nam się kupić paliwo do agregatu prądotwórczego. Musieliśmy dać łapówkę, a i tak zapłaciliśmy jeszcze sto dolarów. Teraz litr kosztuje 75 centów, a jeszcze rok temu za dolara można było kupić 70 litrów paliwa (litr kosztował 1,5 centa). Dlatego musimy oszczędzać. Agregat nie może chodzić cały czas, więc w domu jest straszna duchota. Mamy też problem z wodą, pojawia się tylko od czasu do czasu, głównie w nocy. Mamy zbiorniki na dachu i wtedy ją łapiemy. To nie są odpowiednie warunki dla dziecka, ale najlepsze, jakie mogliśmy jej tu stworzyć. Nie ma też opieki lekarskiej, a w Polsce wszyscy się nią troskliwie opiekowali - wyjaśnia.

Mężczyzna opowiada dziennikowi, że dziewczynka "po prostu przestała oddychać". A jeszcze w dzień w środę wyglądała na zdrową. Zapewnia, że Jannat przyjmowała wszystkie lekarstwa. Dopiero w nocy zaczęła mieć duszności.

- Dlaczego nie pojechaliście do szpitala od razu, gdy tylko zaczęła mieć duszności? - dopytuje gazeta. - Nie mogliśmy. W nocy w Bagdadzie jest bardzo niebezpiecznie, poza tym moja przepustka chyba nie jest już ważna, a tu panuje godzina policyjna. Wyjechaliśmy z samego rana, ale szpital jest daleko. W mieście panują ogromne korki, co chwila są kontrole - tłumaczy się.

Basim dodaje, że nie może wrócić do pracy w polskiej bazie jako tłumacz. - Od środy leżę w łóżku, nie mam siły nawet wstać. Poza tym nie chcę się pokazywać poza domem, nie chcę, aby wiedziano, że wróciłem. Boję się, że swoją osobą ściągnę niebezpieczeństwo na rodzinę. Muszę dojść do siebie i pomyśleć, co dalej. Może wyjedziemy z kraju, nie wiem jeszcze gdzie. Najbardziej chciałbym wrócić do Polski i tam zamieszkać z rodziną - mówi "Super Expressowi".



interia
"Być bohaterem przez minutę, godzinę, jest o wiele łatwiej niż znosić trud codzienny w cichym heroizmie."
Ilonadora i czwórka pociech

Online Gaga

  • Administrator
  • Rozgadany Weteran
  • *****
  • Wiadomości: 26310
Pionierskie operacje
« Odpowiedź #20 dnia: Styczeń 12, 2008, 07:21:22 pm »
Piotruś miał serduszko na wierzchu

Dzięki Bogu operacja tygodniowego chłopczyka udała się!

Dla rodziców chłopca to prawdziwy cud. Ich ukochane i tak wyczekane maleństwo przyszło na świat, mając serduszko na wierzchu.

Gdyby nie błyskawiczna i perfekcyjna operacja lekarzy z Centrum Zdrowia Matki Polki, Piotruś nie miałby szansy na przeżycie.

Serce biło mu na piersi



FOTO: CEZARY PECOLD

Piotruś przyszedł na świat tydzień temu, w piątek. Jego rodzice pochodzą z Warszawy. O tym, że ich synek ma serce znajdujące się poza klatką piersiową, dowiedzieli się w trakcie rutynowych badań kontrolnych w trakcie ciąży. To był dla nich szok. Matka została natychmiast skierowana do Szpitala Centrum Zdrowia Matki Polki w Łodzi. Tutejsi lekarze to specjaliści światowej klasy. Mówią o nich "cudotwórcy". To oni zdecydowali, że Piotruś przyjdzie na świat w Łodzi i natychmiast zostanie zoperowany. Poród odbył się przez cesarskie cięcie. - Gdyby miał się urodzić naturalnie, nie przeżyłby tego. Umarłby przechodząc przez drogi rodne

- tłumaczą medycy.

Dwie godziny walki o życie

Zaraz po porodzie maleństwo trafiło na stół operacyjny. Rozpoczęła się walka o życie Piotrusia. Lekarze ułożyli ciałko chłopczyka na plecach. Ich oczom ukazał się wstrząsający widok. Na klatce piersiowej dziecka pulsowało maleńkie, osłonięte jedynie przezroczystą błoną serduszko.

Profesor Jacek Moll (58 l.), kierownik kliniki kardiochirurgii, i jego ludzie przystąpili do delikatnej operacji. Najpierw musieli rozciąć skórę, klatkę piersiową i włożyć serce na swoje miejsce. Nie było to łatwe z uwagi na małe rozmiary pacjenta. Operacja trwała dwie godziny i była bardzo skomplikowana. Pod rozciętą klatką piersiową było bowiem bardzo mało miejsca. - Serduszko trzeba było wpychać niemal na siłę. Umieściliśmy je w jamie opłucnej, obok płuca - opowiada Jacek Moll.

Piotruś ma już w sobie serce

Samo schowanie serca to nie wszystko. Maleństwo przeszło też skomplikowaną operację na samym sercu. Okazało się bowiem, że ma jeszcze wadę wewnątrzsercową.

Chłopiec cały czas leży w szpitalu. Dwa dni temu po raz pierwszy został odłączony od respiratora. Oddychał samodzielnie. Rana pooperacyjna powoli się goi. Za kilka tygodni będzie mógł opuścić szpital i pojechać do domu.

autor: Dariusz Kucharski
Pozdrawiam :))
"Starsza Jesienna Miotełka"

Offline Emilianka

  • User z prawami do pisania
  • Wyjadacz
  • *****
  • Wiadomości: 3124
Pionierskie operacje
« Odpowiedź #21 dnia: Lipiec 22, 2008, 10:28:10 am »
Lekarze z Zabrza przeszczepili serce 9-miesięcznej dziewczynce

Lekarze ze Śląskiego Centrum Chorób Serca w Zabrzu przeszczepili serce dziewięciomiesięcznej dziewczynce. To najmłodsza pacjentka w Polsce, u której przeprowadzono taką operację. Cierpiała na kardiomiopatię - wrodzoną wadę serca.

Szczegóły przeprowadzonej niespełna tydzień temu transplantacji - pierwszej takiej u niemowlęcia - przedstawiono podczas konferencji prasowej w zabrzańskim szpitalu. Lekarze podkreślali, że najtrudniejsze było znalezienie dawcy serca. "Trzeba jasno powiedzieć, że był to zabieg ratujący życie jednej osoby, ale korzystający z organu osoby zmarłej. Aby operacja była możliwa, ktoś musi umrzeć, a jego rodzina zgodzić się na przeszczep" - tłumaczył kardiochirurg Roman Przybylski, który wraz z zespołem przeprowadził operację.

Jak mówił, głównie z powodu braku dawców przeszczepy serca u dzieci są niezwykle rzadkie. Ostatni przeprowadzono 10 lat temu u 2,5-rocznej dziewczynki. W zabrzańskim ośrodku na ok. 700 takich operacji dorosłych przypada 41 przeszczepów u dzieci (6 proc.). Troje pacjentów miało mniej niż 5 lat, dziesięcioro między 15 a 18 lat; większość to pacjenci między 5. a 15. rokiem życia.

Przybylski podkreślił, że wszystkie tego typu zabiegi u noworodków i niemowląt zaliczane są do trudnych. Nawet dobrze wyszkoleni lekarze podejmują się ich dopiero po kilku latach praktyki.

Operacja trwała sześć godzin. "Mimo ogromnej presji psychicznej i lęku, zabieg przebiegł bezproblemowo. Te sześć godzin to skala czasu, potrzebna do przeprowadzenia przeszczepu, uruchomienia serca i wyjazdu na oddział, by ekstubować pacjenta" - wyjaśnił lekarz.

Jak mówił, kluczowe decyzje trzeba podjąć jeszcze przed operacją. Chodzi przede wszystkim o ocenę, czy serce dawcy nadaje się dla biorcy. Dawca musi być w podobnym wieku; najlepiej, gdy jest nieco starszy. Gdyby jednak serce było zbyt duże, lekarz miałby techniczny problem z umieszczeniem go w klatce piersiowej pacjenta.

Dziewczynka, której przeszczepiono serce, cierpiała na wrodzoną kardiomiopatię gąbczastą. Kardiomiopatie to grupa chorób mięśnia sercowego, prowadzących do dysfunkcji serca i śmierci. Chorobę zdiagnozowano w piątym miesiącu życia dziecka, miesiąc później zakwalifikowano je do operacji.

"To było zakwalifikowanie bez żadnej pewności, czy kiedykolwiek dojdzie do tego zabiegu. Bo największy problem to znalezienie dziecięcego dawcy i zgoda jego rodziców. Bo nie ma tych dawców" - mówił Przybylski.

Podkreślił, że upublicznienie informacji o operacji nie służy temu, aby pochwalić się umiejętnościami i możliwościami lekarzy, ale uświadomieniu problemu, jakim jest brak dawców i liczba małych dzieci, oczekujących na podobne, ratujące życie zabiegi.

"To nie była operacja pionierska, ale pierwsza taka w Polsce, która daje szansę tym nieuleczalnie chorym dzieciom" - ocenił lekarz. Jak mówił, szanse przyjęcia przeszczepu i powrotu do normalnego życia są u małych dzieci większe niż dorosłych pacjentów.

Przeprowadzenie takiego przeszczepu, oprócz wyzwań medycznych, jest też dużą operacją logistyczną. Aby dotrzeć do Zabrza, karetka wioząca dziecko i jego mamę w cztery godziny przemierzyła prawie 500 km. Natomiast samolot z ekipą, która miała pobrać serce od dawcy, nie mógł początkowo wystartować, bo nad Śląskiem szalała burza. Po trzech godzinach lekarze zdecydowali się lecieć. Operacja zaczęła się przed 3. w nocy, skończyła rano.

Mama dziewczynki, pani Katarzyna, przez cały czas trwania zabiegu czekała na korytarzu. Jak mówiła, oczekiwanie na efekt operacji było dla niej najtrudniejsze.

"To jest nie do opisania, to trzeba przeżyć. Tylko ten, kto to przeżyje, wie, jak to jest. Wiedziałam, że czekam na nowe życie, ale to czekanie było strasznie długie. Nawet gdyby to trwało tylko godzinę - to najdłuższy czas, jaki w życiu przeżyłam" - powiedziała dziennikarzom mama małej pacjentki.

Jak mówiła, z udanej operacji cieszyła się chyba bardziej niż po narodzinach córeczki. "Narodziny to duża radość, ale teraz chyba jeszcze większa. To drugie życie, drugi dar" - powiedziała.

Pani Katarzyna dziękowała lekarzom i całemu personelowi zabrzańskiego szpitala oraz rodzinie dawcy serca. Jak mówiła, także organy jej i członków jej rodziny zamierza oddać do dyspozycji medycyny. "Trzeba mieć świadomość, że można jeszcze komuś pomóc. Dlatego moja córka żyje" - podkreśliła.

Dodała, że przez pierwsze cztery miesiące życia nic nie wskazywało na to, że jej córeczka ma wadę serca. Potem zaczęła m.in. pocić się i ulewać jedzenie. Pediatra zlecił prześwietlenie rentgenowskie. Dalsza diagnostyka odbyła się w ośrodkach w Zielonej Górze i Poznaniu. Operacja - w Zabrzu. MAB

PAP - Nauka w Polsce

Offline Emilianka

  • User z prawami do pisania
  • Wyjadacz
  • *****
  • Wiadomości: 3124
Pionierskie operacje
« Odpowiedź #22 dnia: Lipiec 22, 2008, 10:30:20 am »
Nie zauważyłam, że ilonadora w innym wątku zamieściła już artykuł na ten temat.

Całość tutaj:

http://forum.darzycia.pl/viewtopic.php?p=140141#140141

Cytat: "ilonadora"
9-miesięczna dziewczynka ma nowe serce


TO PIERWSZY W POLSCE TAKI PRZESZCZEP U NIEMOWLĘCIA

Kardiochirurdzy z kliniki w Zabrzu przeszczepili serce dziewięciomiesięcznej dziewczynce. To najmłodsza pacjentka w Polsce, u której przeprowadzono taką operację.
Dziewczynka cierpiała na kardiomiopatię – wrodzoną wadę serca. Przeszczep był konieczny. Najtrudniejsze było znalezienie dawcy serca.

Online Gaga

  • Administrator
  • Rozgadany Weteran
  • *****
  • Wiadomości: 26310
Odp: Pionierska operacja serca niemowlęcia
« Odpowiedź #23 dnia: Grudzień 21, 2008, 11:47:13 am »
Wprowadzili zastawkę przez skórę
Agnieszka Pochrzęst2008-12-19,
 
Do tej pory, żeby przeszczepić zastawkę płucną, trzeba było przeprowadzić skomplikowaną, wielogodzinną operację. Wczoraj w warszawskim Instytucie Kardiologii w Aninie wystarczył półtoragodzinny zabieg.
30-letnia pacjentka jako dziecko miała poważną wadę serca. Wszczepiono jej biologiczną zastawkę płucną (pobraną z ludzkich zwłok). Dobrze działała przez kilkadziesiąt lat, ale się "wyrobiła".
- Jak każde ciało obce, zastawka zwapniała, uległa zwężeniu i nie domykała się, dlatego trzeba ją było wymienić - tłumaczy prof. Witold Rużyłło.

W takiej sytuacji są setki pacjentów w Polsce, których w dzieciństwie operowano z powodu wady serca. Ich zastawki też trzeba wymieniać, a to do tej pory oznaczało wielogodzinną operację, podczas której kardiochirurdzy musieli otworzyć klatkę piersiową, usunąć zniszczoną tkankę i wszczepić nową. Wczoraj w Instytucie w Aninie zastawkę wymieniono bez otwierania klatki piersiowej.

 Wprowadziliśmy zastawkę przez żyłę udową - tłumaczy prof. Rużyłło. - Przez drobne nacięcie najpierw wprowadziliśmy stent, czyli rusztowanie, na którym później zamocowaliśmy zastawkę. Nie usuwaliśmy starej, bo została zmiażdżona przez stent.

Pacjentka zamiast blizny wzdłuż mostka ma tylko mały ślad na udzie. Wszczepienie odbywa się przy bijącym sercu, bez zatrzymywania krążenia. To pierwsze w Polsce przezskórne wprowadzenie zastawki płucnej. Tej metody operacyjnej dwóch polskich kardiochirurgów uczyło się w londyńskiej klinice od jej twórcy dra Bonhoeffer'a.

We wczorajszym zabiegu innowacyjny był nie tylko sposób umieszczenia zastawki, ale także materiał. Zastosowana została bowiem żyła szyjna wołu. - Działa wspaniale. Jest elastyczna i wytrzymała - podkreśla prof. Rużyłło.

Wczoraj operowano czterech pacjentów. Kolejnych kilkunastu czeka na zabieg. - Będziemy się starali robić to rutynowo, zwłaszcza u młodszych chorych, którzy wymagają wymiany zastawek. Zabieg jest szybki, a pacjent pozostaje w szpitalu tylko dwa dni.

Instytut prowadzi rozmowy z NFZ dotyczące finansowania nowego sposobu przeszczepiania zastawek.


Źródło: Gazeta Wyborcza
Pozdrawiam :))
"Starsza Jesienna Miotełka"

 

(c) 2003-2017 Team Dar Życia :: nota prawna :: o plikach Cookies :: biuro@darzycia.pl
Polecamy:   Forum o zwierzętach