Ogłoszenia Zwierzęta
Aktualności: Jeśli uważasz że serwis Dar Życia jest potrzebnym miejscem Wesprzyj nas. Chcemy reaktywować serwis, dostosować graficznie i technicznie do aktualnych standardów, ale potrzebujemy Twojego wsparcia. Dziękujemy za wsparcie.

Autor Wątek: O wagarach, ich skutku i o puszce-podrzutku  (Przeczytany 3175 razy)

Anonymous

  • Gość
O wagarach, ich skutku i o puszce-podrzutku
« dnia: Czerwiec 15, 2004, 02:33:24 am »
Zycze milej lektury   :P
Jest to wiersz mojego kolegi ze strony z poezja,... link na dole, liczy sobie ponad 70 zwrotek, ale polecam i zapewniam ogromna doze humoru i dowcipu autora wiersza Yourka


O wagarach, ich skutku i o puszce-podrzutku  :lol:


Pragnę Państwa z góry uprzedzić i przeprosić: poniższy wiersz liczy ponad 70 zwrotek. Każdy, kto pedejmie się lektury utworu (nie wspominając o ewentualnym dobrnięciu do jego końca), ma zagwarantowany mój szczery podziw dla swojej determinacji. Zapewniam, że po raz pierwszy i ostatni zamieszczam wiersz o tak znacznych gabarytach.
****************************************************************


Z mej pamięci niepokornej,
z mych młodzieńczych przygód licznych,
wydobyłem dzisiaj dla Was
ten obrazek archaiczny.

* * *

Szkolne czasy, więc wiadomo:
jeśli szkoła, to wagary -
jak świat światem wciąż się łączą
doświadczenia owe w pary.

Gdy płonęła wczesna jesień,
lub z cieplejszym tchnieniem wiosny,
w teren chłopcy zasuwali,
jak ogary, co w las poszły,

lecz gdy mróz skuł świat za oknem
każdy głowił się od rana:
gdzie tu prysnąć z wrażych lekcji?
(szatnia była zamykana).

Nam - wilczętom sprytnym, cwanym -
obca była indolencja -
któraż straszna ci przeszkoda,
gdy młodzieńcza jest inwencja?

Było w ogólniaka gmachu -
murach starych i obszernych -
zakamarków różnych mnóstwo,
w tym część duża niepotrzebnych.

Jedno takie pomieszczenie
odkryliśmy raz przypadkiem
w naszej sali gimnastycznej,
tuż pod sceną - Zbych mi świadkiem -

i choć trochę zagracone,
bez prądu i wygód wszelkich,
było dla "konkwistadorów" -
co tu gadać - skarbem wielkim.

Zaraz ktoś plakaty przyniósł
i znalazła się gitara,
jakaś świeczka, stare krzesła
i już miała metę wiara.

Jeden tylko miał mankament
ten nasz wyraj, ten nasz azyl:
kiedy W-F trwał na sali
(zdarzyło się parę razy),

gdy ćwiczono skoki, skłony,
grano w "siatę", albo w "nogę",
odcinano nam w ten sposób
ewakuacyjną drogę.

Ale kto by się przejmował
takim drobnym utrudnieniem -
wszak od knowań pedagogów
"dziupla" była wybawieniem.

Każdy głowił się profesor:
- Gdzie znów diabli ich ponieśli? -
A my cicho... pojedynczo...
do kryjówki... i cześć pieśni.

I nie przypuszczały wcale
belferskiego ciała sfery,
że pod licealną sceną
jest piwniczka trzy na cztery.

Na nudy się zanosiło,
albo komuś "gnat" zagrażał -
pobytu na takiej lekcji
nikt sobie nie wyobrażał.

Więc co robią "naukowcy"?
Na wagary sobie idą -
czterech było nas, "Budrysów",
między nimi ja, Wasz "idol".

Sala gimnastyczna... podest...
klapa w scenie... wykładzina...
ależ to emocje były!
Takich się nie zapomina.

Ale dnia pewnego, zimą,
niemal skończyła się wpadką
jedna z naszych "ekspedycji" -
cud, że poszło nam tak gładko.

Zasuwamy do kanciapki,
lokujemy się po kątach...
komuś w brzuchu zaburczało
(godzina lekcyjna piąta),

cichuteńko gra gitara,
już się śmieją młode pysie,
wtem z kolegów jeden rzuca:
- Hej, chłopaki, s**ć chce mi się -.

Na "wolności" do zmartwienia
powód byłby to ostatni -
ot, wygódka albo krzaczek,
lecz co począć w takiej matni,

bo na sali gimnastycznej
sport się właśnie rozpanoszył -
by wyjść niezauważonym
szans nie było za pięć groszy,

więc na bite trzy kwadranse,
niczym w brzuchu wieloryba
zostaliśmy uwięzieni.
Rzekł kolega: - Wyjdę chyba -.

Każdy się oburzył szczerze,
każdy chciał mu w łeb przywalić:
- Wstrzymaj się, albo coś wymyśl!
Chciałbyś taką metę spalić?! -.

Koleś minę miał nietęgą,
jak skazaniec przed wyrokiem
i bynajmniej nie żartował,
bo "ściśniętym" dreptał krokiem.

A poza tym przed erupcją
krater emituje gazy -
tutaj też to miało miejsce
i to - wyznam - sporo razy.

W "zagęszczonej" atmosferze
ciężko się rozumowało,
a czas naglił, bo już "monstrum"
bezwzględne na świat się pchało.

W ostatnim momencie chyba
los uśmiechnął się do druha -
na bezrybiu i rak ryba,
kropla morzem, gdy posucha.

Wyostrzony desperacją
wzrok kolega miał jak brzytwa,
dostrzegł w ciemnym kącie puszkę -
małą: zero siedem litra.

Chłopak był w skowronkach cały,
że fant znalazł odpowiedni -
na pokrywce napis głosił:
"farba olej. orzech średni".

Fakt - nie była całkiem pusta,
lecz ocenił nasz rówieśnik,
że jego nieszczęście wredne
jeszcze się w tej puszce zmieści.

Tu nie było, że: "co nagle..."
nie było: "zaraz... chwileczkę...".
Odtąd wiem, co pośpiech znaczy.
Ktoś taktownie zdmuchnął świeczkę.

Mrok nas okrył litościwy,
lecz niejeden bodziec zdradzał,
że kolega pomysłowy
zamierzenie w czyn wprowadzał.

Jakie owe bodźce były?
Raz z "przepony", raz z "osierdzia"...,
lecz niech lepiej pozostaną
za zasłoną miłosierdzia.

Puszka mała... i po ciemku...
oj, nie było mu zbyt łatwo.
Wtem w ciemnościach głos się rozległ:
- Ja pier***ę! Dajcie światło! -.

Trzask zapałki... i blask świecy
porozpędzał mrok po kątach...,
mógł już "autor" ze swym "dziełem"
nawiązać wzrokowy kontakt.

A widok był dramatyczny,
zbulwersował wszystkich srodze,
bo "meritum" okazałe
spoczywało na podłodze.

Kiedy się nie myśli głową,
nigdy nie wiesz, co cię spotka:
jak skierować "to" i "owo"
do dziury średnicy spodka?

W większą czeluść owszem, spoko,
lecz w tak małą? Pełna klęska!
Na przeszkodzie anatomia -
nawet wtedy, kiedy męska.

Tak więc w miejsce przeznaczenia
"owo" wpadło wręcz wzorowo,
szkód nie czyniąc w środowisku.
"To", dostojnie legło obok.

Zręcznie-ręcznie, czy kopniakiem...,
sam już nie wiem jak się stało,
że co miało siedzieć w puszce,
w końcu w niej wylądowało.

Terkotliwy jazgot dzwonka
obwieścił kres naszej kozy,
a kolega swe "trofeum"
dyskretnie pod sweter włożył.

Trochę czasu upłynęło,
nim "przestępcy" z końca sali
chyłkiem i niepostrzeżenie
pod klasę się przedostali.

Chciał "dywersant" swoją "bombę"
wynieść zaraz do śmietnika,
lecz na lekcję dzwonek wybrzmiał -
zaczynała się fizyka.

Wetknął balast w kąt przy szatni,
mówiąc: - Wezmę ją po "fizie" -.
Przytaknęliśmy mu zgodnie -
wszak nikogo nie ugryzie.

Po lekcji poleciał. Wraca
z miną dziwną: - Coś cię boli? -,
a on na to: - Ale numer!
Ktoś tę puszkę podp*******ł! -.

Najpierw nikt mu wierzyć nie chciał,
każdy myślał, że to ściema.
W końcu sprawdziliśmy wszyscy.
Rzeczywiście! Puszki nie ma!

Tego co się działo potem
nie widziałem, Bogu dzięki,
dalsze losy puszki z "farbą"
znam jednakże z drugiej ręki.

W domostwie w obrębie szkoły
mieszkał nasz znajomy woźny -
czasem gderał, sarkał trochę,
lecz ogólnie był niegroźny.

On to właśnie, razem z synem,
idąc pustym korytarzem,
dojrzał puszkę. Od "młodego"
znam historię dalszych zdarzeń.

Puszka farby w czasach "Edzia",
to rarytas był nie lada.
Schował zdobycz pod fartuchem
mrucząc: - Nada się, oj nada -.

Wyglądała na nietkniętą -
pełna była... w dobrym stanie...
Jasne! Przecież tydzień temu
było w szkole malowanie!

Pedel gościem był trunkowym,
ćwiartkę ciągnął jednym duszkiem.
Pierwsza myśl: jak na gorzałę
czym prędzej wymienić puszkę?

- To nie będzie chyba trudne -
wstrząsnął skarb swój: - Jest przynęta.
Do wieczora bez problemu
znajdę sobie kontrahenta -.

I istotnie - po południu
klient przyszedł upragniony.
Woźny, jako że bon ton znał,
czule zwrócił się do żony:

- Dawaj stara szkło i żarło,
sprawa bowiem tu niebłaha! -
(pedel Kazik miał na imię,
jego żonie było Stacha).

Już był poczuł nasz bohater
owo "coś" znajome w kościach -
godnie i po wielkopańsku
do... kuchni zaprosił gościa.

Na stołeczkach się sadowią
jeden z flaszką, drugi z farbą,
obaj skłonni do transakcji,
chociaż każdy z miną hardą.

Po burzliwych pertraktacjach,
gdy już każdy kapkę spożył,
towar trzeba było sprawdzić.
Nabywca puszkę otworzył.

Nie przypuszczał biedny woźny,
że los tak mu da po łapach:
konsystencja... barwa... - owszem -
ale (w mordę!) skąd ten "zapach"?

O czym obaj pomyśleli,
tego dziś już nie rozwikłasz.
Faktem jest, że farba z "wkładką"
zjadliwy stworzyła miszmasz.

Cieciowa zdołała jęknąć,
widząc jak im lica bledną:
- Coście chłopy narobili!
Jezu! Kwiaty mi powiędną! -.

Odurzony wonią "farby"
kupiec wrzasnął z groźby nutą,
że cieć oszust i szubrawiec
i że farbę dał zepsutą.

Ależ była awantura...,
taka się zrobiła chryja,
że nasz "sprzątacz" przedsiębiorczy
omal nie zaliczył w ryja.

I być może dużo gorzej
zakończyłoby się wszystko,
lecz powietrze "zadżumione"
rozgoniło towarzystwo.

Osobliwa ta historia
ma i swoje dobre strony,
bo po zajściu jakby rzadziej
chodził cieciu "nawalony".

***

Od wydarzeń opisanych
upłynęło lat trzydzieści,
lecz piwniczny ów epizod
każdy z nas w pamięci pieści.

Już "chłopaki" nie chłopaki,
nad głowami cienia smużka,
lecz twarze się rozjaśniają,
kiedy pada hasło: "puszka".

I to byłoby "na tyle",
pora zamknąć nasz teatrzyk.
Jakiś morał? Bardzo proszę:
ten kto czuje, słucha, patrzy,

również w takiej opowieści
może znaleźć promyk słońca,
bo cóż w życiu ponad młodość -
nawet jeśli ciut... śmierdząca.

* * *
Czy ktoś z Was się jeszcze łudzi,
że ma "pod sufitem równo"
ten, który na bohatera
wykreował zwykłe gówno?




Autor wiersza Yourek Ajsiński, Cytuj pm Data publikacji: 2004-04-23 23:336


http://poezja.interklasa.pl/index.php?akcja=wiersze&cat=1&topic=6435
_________________

Pan Rajek

  • to weteran
  • polecający usługi
  • *******

Offline Gaga

  • Administrator
  • Rozgadany Weteran
  • *****
  • Wiadomości: 26460
O wagarach, ich skutku i o puszce-podrzutku
« Odpowiedź #1 dnia: Czerwiec 15, 2004, 10:33:36 am »
Witaj Oleńko!
 
 Oj , przebrnełam przez te zwrotki  :lol:

I uśmiałam sie fantastycznie  :lol:

Zaraz wspomnienia ze szkolnych lat wróciły  :lol:  :lol:  :lol:

Ale tak to już jest
Cytuj
Kiedy się nie myśli głową,
nigdy nie wiesz, co cię spotka:


 :lol:
Pozdrawiam :))
"Starsza Letnia Miotełka"

Offline sonia

  • User z prawami do pisania
  • Rozgadany Weteran
  • *******
  • Wiadomości: 25632
    • Dar Życia
O wagarach, ich skutku i o puszce-podrzutku
« Odpowiedź #2 dnia: Czerwiec 15, 2004, 10:35:40 am »
:D  :D  :D Dałam do wątku "Na wesoło" ku uciesze wiekszej rzeszy http://forum.darzycia.pl/viewtopic.php?p=21678#21678
Tam gdzie warto dotrzeć, nie ma dróg na skróty.
Sonia, mama Moniki z zD- 19,10l. , Domowa terapia

Offline Dorota

  • User z prawami do pisania
  • Raczkujący Gadacz
  • ****
  • Wiadomości: 503
    • http://www.oliwia.iskierka.org
O wagarach, ich skutku i o puszce-podrzutku
« Odpowiedź #3 dnia: Czerwiec 15, 2004, 10:45:33 am »
Cytat: "Gaga"


Ale tak to już jest
Cytuj
Kiedy się nie myśli głową,
nigdy nie wiesz, co cię spotka:



Podoba mi się ten cytacik jest taki życiowy i ma sens.

Offline gosia.majnusz

  • Raczkujący Gadacz
  • ****
  • Wiadomości: 309
O wagarach, ich skutku i o puszce-podrzutku
« Odpowiedź #4 dnia: Czerwiec 15, 2004, 11:12:26 am »
bardzo zabawny wierszyk,przeczytalam caly i sie niezle usmialam :D  :D  :D  :D
Mama Michelle (3latka 6 miesięcy z zespołem Downa)

Offline Anna

  • User z prawami do pisania
  • Weteran
  • ******
  • Wiadomości: 4459
O wagarach, ich skutku i o puszce-podrzutku
« Odpowiedź #5 dnia: Czerwiec 15, 2004, 12:42:45 pm »
Super!!! Trzyma w napięciu do ostatniego wersa.
 A cytowany wyżej fragment zospiszemy chyba do naszych Darowych słów skrzydlatych, które zdołały oderwać się od kontekstu i rozpoczęły własne życie .
Tak jak  Castro :lol:

Anonymous

  • Gość
O wagarach, ich skutku i o puszce-podrzutku
« Odpowiedź #6 dnia: Czerwiec 16, 2004, 06:05:13 am »
fajnie, ze Wam sie spodobal, ja znlazlam ten wiersz w nocy ...poniewaz komputer stoi w pokoju mojego Macieja, usilowalam byc jak najciszej, ale czytanie wiersza tak mnie rozbawialo, ze nie moglam sie opanowac, smialam sie, az w koncu go rozbudzilam.
A on rozbudzony pyta...mamo, z czego sie smiejesz, ...i jak mialam mu wytlumaczyc, o czym wiersz ....pozna noca.  :P

 

(c) 2003-2018 Team Dar Życia :: nota prawna :: o plikach Cookies :: biuro@darzycia.pl
Polecamy:   Forum o zwierzętach