Tajemnice dziecięcej mowy- Rozmawiała Hanna Bartoszewicz 16-06-2005
Jak rozwija się język dziecka, opowiada Magdalena Smoczyńska, psycholog i językoznawca.
Niemowlę, jak sama nazwa wskazuje, nie mówi. A czy coś rozumie? Wie o języku zadziwiająco dużo. Badania wykazały, że już 4-dniowe noworodki odróżniają głos matki od głosu innej kobiety, a także wolą słuchać zdań wypowiadanych w języku własnym niż w obcym.
Jak to wytłumaczyć? Dziecko w łonie matki słyszy to, co się dzieje na zewnątrz, i jeszcze przed urodzeniem oswaja się z jego melodią jej głosu. Rozwojem języka rządzi zresztą zasada, że rozumienie wyprzedza mówienie, więc skoro roczne dziecko zaczyna mówić, to znaczy, że rozumiało już dużo wcześniej.
Ale zanim zacznie...
W wieku 2-3 miesięcy, pojawia się głużenie - pojedyncze dźwięki gardłowe, podobne u wszystkich dzieci na świecie. Następny etap, od 6 miesięcy, to gaworzenie, w którym słychać już ciągi sylab, np. ba-ba-ba, da-da-da. Z czasem w gaworzeniu coraz wyraźniej pobrzmiewają głoski języka ojczystego i od pewnego momentu można poznać, czy dziecko
"gaworzy po polsku", " po francusku" czy "po chińsku".
A kiedy wymawia pierwsze słowa?
Około roku. Za "słowo" uważamy sekwencję dźwięków konsekwentnie powiązaną ze znaczeniem. Dziecko może na przykład na lampę mówić "pa", istotne jest jednak, że nazywa ją za każdym razem tak samo. Te pierwsze słowa to czasem uproszczone formy zwykłych wyrazów (meko, oda, buti), ale wiele z nich pochodzi z tak zwanego języka nianiek używanego przez dorosłych. Jego słownictwo bazuje na onomatopejach (hau, brum, bach, ała, cik), na prostych jednosylabowcach (am, be) i na wyrazach złożonych z dwóch identycznych lub niemal identycznych sylab (mama, tata, sisi, ziaziu). Są w nim nawet czasowniki (myju-myju, buju-buju), na wzór których dzieci tworzą własne, np. pisiu-pisiu.
Czy aby na pewno powinniśmy mówić do dziecka po dziecinnemu? Przecież to tylko utrudnia mu opanowanie języka.
Na ten temat panują rozmaite przesądy. Zastanówmy się, co znaczy "po dziecinnemu". Po pierwsze, w stosunku do dziecka częściej używamy zdrobnień, np.: "Chodź, umyjemy rączki". To nie szkodzi, a czasem nawet pomaga, bo "rączka" ma odmianę bardziej regularną niż "ręka". Po drugie, spieszczamy, zmiękczamy wymowę, np.: "A cio to, moje słonećko jąćki siobie pobludziło?". Gdyby ktoś tak mówił do dziecka cały czas, to rzeczywiście by mu utrudniał naukę języka, ale zwykle tak zagadują do niemowlęcia babcie i ciocie, i tylko od czasu do czasu. Jest to wyraz czułości i moim zdaniem też nie szkodzi. A po trzecie - używamy słów z języka dziecka lub tworzonych na ich podobieństwo, np. "Marysia pójdzie lulu" (spać).
To dobrze czy źle?
Język nianiek występuje we wszystkich kulturach. To rodzaj języka środowiskowego, podobnie jak np. gwara uczniowska. Służy ekspresji emocjonalnej i stwarza nić porozumienia. Jest też pomostem do mowy dorosłych. Przecież jak mnie Węgier zapyta o drogę, to nie powiem: „Pójdzie pan ulicą równoległą do głównej alei i skręci w trzecią
przecznicę za szkołą", tylko postaram się wyjaśnić mu to jak najprościej. Podobnie upraszczamy, zwracając się do dziecka. Zazwyczaj mówimy w trzeciej osobie: „Mama teraz da Jasiowi pić i Jaś będzie ładnie pił". Nie używamy zaimków. Mówimy: „O, piłka! Rzuć piłeczkę. Podnieś piłeczkę". W ten sposób prezentujemy różne formy gramatyczne tego samego wyrazu. Ludzie pytają mnie nieraz, jak mają mówić do dziecka. To jest pytanie nonsensowne. Bo to matka i ojciec najlepiej wiedzą, jak mówić do własnego dziecka.
Tak jak serce dyktuje?
Tak, o ile dziecko rozwija się normalnie - rozumie nasze słowa i po swojemu na nie odpowiada. Ciekawe na przykład, że do małego niemowlęcia mówimy nieraz bardziej skomplikowanym językiem niż później - gdy dziecko zdradza pierwsze oznaki rozumienia, używamy najprostszych struktur. A i do dwulatka nie powiemy: "Zobacz, jamnik szorstkowłosy", tylko: "O, piesek". Sami czujemy, kiedy już można powiedzieć "jamnik".
A jednak rodziców nieraz się przestrzega, żeby zwracali się do dziecka w normalnym języku.
Takich przestróg udzielają nawet logopedzi. A to dlatego, że dzieci z opóźnioną mową bardzo chętnie posługują się językiem nianiek, np. trzylatek mówi: "Jaja pi lulu" albo "Jaś tu bam". Logopeda sądzi, że to matka daje dziecku niewłaściwy wzór. i poucza ją, że tak nie można.
Tymczasem, gdyby to dziecko nie miało okazji słyszeć takich wyrazów, to w ogóle by nie mówiło. Bogu dzięki, że potrafi budować chociaż takie zdania!
Bo widać, że myśli?
Bo może sobie tworzyć pojęcia, nawet jeśli będzie je określało po dziecinnemu. Uczy się składni, buduje zdania, czasem nawet złożone, i potrafi wiele wyrazić. Więc to jest bardzo dobra proteza. Nie można dziecka jej pozbawić i czekać, aż za trzy lata zacznie mówić. Bo brak języka naprawdę upośledza rozwój w wielu innych dziedzinach.
Czy nie jest tak, że dzieci używają pewnych pojęć nie całkiem trafnie, bo tworzą je na dość przypadkowej postawie i nazbyt uogólniają?
Ja myślę, że to nadmierne uogólnianie bierze się z ograniczonych możliwości słownikowych. Jeżeli dziecko może sobie pozwolić na używanie zaledwie 20, 30 wyrazów, to musi ich używać oszczędnie, każdemu przypisywać więcej znaczeń, niż ma w istocie. Moi bliźniacy mówili "hau-hau" o wszystkim, co się rusza, nawet o gałązce chwiejącej się na
wietrze. Z pewnością odróżniali psa od gałęzi, tylko nie mogli sobie pozwolić na nazywanie ich różnymi określeniami.
Dlaczego?
Te pierwsze wyrazy dziecko wymawia niejako "na pamięć". Nie ma jeszcze w głowie przepisu na wymawianie poszczególnych głosek ani nie potrafi ich ze sobą dowolnie kombinować. Dopiero mając 50-70 wyrazów, przełamuje to ograniczenie i od razu notujemy gwałtowny przyrost słownictwa. W tym samym czasie dziecko zaczyna te wyrazy zestawiać. To kolejny kamień milowy. Najpierw łączy pozbawione odmiany wyrazy w niby-zdania, zwane zlepkami, np.: "Mama am", "Da meko". Ale już niedługo potem pojawia się odmiana: "Moja ląćka", ale "Daj ląćke"; "Tata pi", ale "posiet pać". Może mówić po swojemu (np. słyszy "szczotka", a mówi "ciotka"), ale wie, jak to wypowiedzieć.
Może nie słyszy różnicy?
Słyszy, a nawet potrafi skorygować dorosłych, którzy zwracają się do niego w jego języku, że nie mówi się "piziana", tylko "piziana". Dziecko półtoraroczne zaczyna już łączyć ze sobą wyrazy i odmieniać je.
Co dalej?
Dwulatek potrafi budować zdania. Najpierw bardzo proste, często opuszczając przyimki: "Mama idzie placy" (do pracy) czy zaimek zwrotny "się": "Maciuś bawi". Potem pojawiają się zdania rozwinięte: "Mama jedzie autem do klepu" czy "Tatuś cyści buty mamy". I wreszcie zdania złożone - najpierw są to zestawienia dwóch zdań pojedynczych, np. "Mamusia umyje jąćki, jąćki b ludne". Potem zdania współrzędnie złożone z "i": Mama śpi i tata śpi, i krówka śpi, i piesek śpi". Wczesne są też zdania przeciwstawne: "Tatuś ma motoj, wujek nie ma motoj", a z podrzędnie złożonych przyczynowe: "Mama nie idź do placi, bo zimno na dwozie".
W wieku dwóch i pół roku dzieci znają już prawie całą gramatykę. Mogą jeszcze nie używać trybu warunkowego albo niezupełnie sobie z tym radzą, mówiąc na przykład: "Żeby nie zmarzłem".
To chyba niejedyne błędy?
Dziecko mówi "osioła", "kopaj", "usiadnęłam", ale te błędy świadczą o tym, że zna reguły językowe i że zgodnie z nimi "poprawia" język. Bo język ma całą masę nieregularności, które się nawarstwiły historycznie, ale dziś już nie mają uzasadnienia. Zawsze mówiłam "klaszcze", "głaszcze", ale coraz częściej słyszę, jak ludzie mówią "klaska", "głaska". To jest zmiana językowa. A dziecko na tej samej zasadzie mówi
"płaka" zamiast "płacze". Bo ono nie powtarza jak papuga, tylko samo odkrywa reguły języka. I wybiera formy bardziej logiczne, bardziej regularne, np. "przeskaknąłem", "koniami".
Czy takich niepoprawnych form nie trzeba jednak dyskretnie korygować?
Prawdę mówiąc, nie jest to potrzebne. Ono i tak przestanie tak mówić.
Na pewno nie powinno się dziecku błędu wytykać i domagać się, by powtórzyło wyraz prawidłowo. Zresztą rodzice wcale tego nie robią. Wiadomo, że najchętniej poprawiają błędy rzeczowe, np. dziecko mówi, że lalka leży na stole, a rodzice prostują, że nie, bo na oknie. Błędy gramatyczne zwykle nie tyle korygujemy, co w sposób naturalny podajemy formę poprawną, np. dziecko mówi: "Agusia przeskaknęła", a mama potwierdza: "Tak, przeskoczyłaś"!
A jak odnosić się do zabawnych słów, które tworzą kilkulatki?
To są tak zwane neologizmy dziecięce. Biorą się stąd, że dziecko panuje już nad językiem i doszukuje się regularności tam, gdzie jej nie ma. Bo reguły słowotwórstwa istnieją, ale są mniej sztywne i mniej czytelne niż reguły gramatyki. Z początku trudno zrozumieć, że choć na tego, kto pisze, mówi się "pisarz", to jednak tego, kto czyta, nie nazywamy
"czytarzem" tylko "czytelnikiem". Paradoksalnie, błędy językowe popełniane przez dzieci świadczą o ich znajomości języka.
Czy możemy pomóc dziecku w opanowaniu mowy?
Jeśli wszystko przebiega, jak należy, to nie powinniśmy tym sobie w ogóle zaprzątać głowy, bo w sposób naturalny postępujemy właściwie. Nie mamy się przejmować, nie mamy dziecka poprawiać; formy nieprawidłowe same się wykruszą, a nasze pouczenia mogłyby je tylko zbić z tropu. Ale na pewno trzeba dziecku czytać, nawet maleńkiemu, ba, nawet dziecku w łonie matki.
A kołysanki, wierszyki? I te wszystkie zabawy słowno-dotykowe, jak "Sroczka kaszkę warzyła?", "Idzie rak nieborak"? Ależ oczywiście! Takie zabawy mamy we wszystkich kulturach, to znaczy, że nasz gatunek przejawia do nich naturalną skłonność. I powinniśmy za nią podążać.
Ale ta cała moja pochwała naturalności wymaga zastrzeżenia - wszystko dobrze, dopóki dziecko rozwija się normalnie. Jeżeli natomiast mowa jest opóźniona, to jednak trzeba postępować bardziej świadomie.
Czy takie opóźnienie zdarza się często?
Z badań wynika, że u siedmiorga dzieci na sto występuje tzw. SLI (z ang. Specific Language Impairment), czyli specyficzne zaburzenie rozwoju językowego. Mowa tu o dzieciach, które poza tym rozwijają się normalnie - słyszą, są w pełni sprawne umysłowo, nie mają zaburzeń neurologicznych, nie są autystyczne. A jednak ich mowa jest wyraźnie
opóźniona w stosunku do rówieśników.
Jeśli poza tym rozwijają się normalnie, to może wystarczy spokojnie czekać? Einstein, jak wiadomo, też bardzo długo nie mówił...
Rzeczywiście, spośród owych 7 proc. niemal połowa to dzieci "późno zakwitające" - one same nadrabiają opóźnienie. Pozostałe, mimo pewnych postępów, wciąż jednak odstają od rówieśników. Przy tym często wyrastają z nich dyslektycy. A ponieważ przy dzisiejszym stanie wiedzy nie potrafimy odróżnić jednych od drugich, lepiej nie czekać, tylko dziecku pomóc.
Dr hab. Magdalena Smoczyńska jest profesorem Uniwersytetu Jagiellońskiego. Od lat prowadzi badania nad językiem dziecka.
Opracowała polską wersję amerykańskiego kwestionariusza do badania rozwoju językowego najmłodszych.
Rozmawiała Hanna Bartoszewicz
Kiedy do logopedy?- Krystyna ZIELIŃSKA logopeda 01-05-2004
Kiedy zniekształcanie głosek i niepoprawna wymowa są naturalnym etapem rozwoju mowy dziecka, a kiedy należy szukać pomocy logopedy?
Wielu rodziców, obserwując rozwój mowy swojego dziecka, zadaje sobie pytanie, czy wszystko przebiega prawidłowo. Porównują je z rówieśnikami, przypominają sobie, jak mówiło rodzeństwo, kiedy było w podobnym wieku. Czasem niepokoi ich zniekształcanie głosek, dziwne ich brzmienie, zastępowanie właściwych głosek innymi czy trudna do zrozumienia wymowa.
Zdarza się, że pierwsze niepokojące sygnały pojawiają się wtedy, gdy dziecko idzie do szkoły lub przedszkola. To zwykle nauczyciele lub wychowawcy kierują je do gabinetu logopedycznego.
Zanim zaczniesz się martwić
Przyjmuje się, że dziecko powinno prawidłowo wymawiać wszystkie głoski około siódmego roku życia, najlepiej przed rozpoczęciem nauki czytania i pisania. Nie znaczy to jednak, by już wcześniej nie można było rozpoznawać niektórych wad wymowy i rozpoczynać pracy z logopedą, jeśli jest to konieczne.
Czekanie na "RRRRR"
Bywa, że rodzice trzy-, czterolatków zgłaszają się do logopedy twierdząc, że ich maluch ma wadę wymowy: na "rower" mówi "jowej". Nie jest to wada wymowy, w tym wieku wymawianie "j" lub "l" zamiast "r" jest normalne.
Dopiero około piątego roku życia pojawia się prawidłowo brzmiące "r" (oczywiście są dzieci, które wcześniej potrafią wymówić tę głoskę).
Jeżeli natomiast zamiast "r" słyszymy gardłowy dźwięk albo zauważymy, że przy jej wymawianiu dziecko wysuwa język do przodu, to jest to nieprawidłowość. W takiej sytuacji nie powinniśmy czekać do piątego roku życia, ale wcześniej zasięgnąć porady u logopedy.
Trudne spółgłoski
Spółgłoski "sz", "ż", "cz", "dż" zjawiają się równie późno jak "r" (około piątego roku życia) i wymowa ich często sprawia dzieciom kłopot.
Jednak nie oznacza to, że w przyszłości będą miały wadę wymowy. Na przykład trzy-, czterolatek ma prawo "żabę" nazywać "zabą" czy "ziabą".
Jest to charakterystyczna cecha nie do końca ukształtowanej mowy dziecięcej (rodzice nie powinni naśladować wymowy dziecka, by nie utrwalać błędów).
Mogą jednak powstać pewne nieprawidłowe nawyki. Dziecko ma prawo zamiast "s" mówić "ś", ale jeśli przy tym wsuwa język między zęby, to z pewnością nawyk ten bardzo szybko się utrwali i będziemy mieli do czynienia z wadą wymowy zwaną seplenieniem.
Jąkanie może być rozwojowe
Osobnym, bardzo rozległym problemem, jest jąkanie. U dorosłego będzie to zawsze wada wymowy, którą da się usunąć tylko terapią logopedyczną.
We wczesnym dzieciństwie (między drugim i trzecim rokiem życia, a czasami też u sześciolatków) mamy do czynienia z tzw. jąkaniem rozwojowym (lekkie zacinanie się, powtarzanie sylab). Niemal wszystkie dzieci z niego wyrastają.
Nie należy bez konsultacji z logopedą robić z dzieckiem żadnych ćwiczeń, np. kazać mu powtarzać wyrazy i zdania. Może to bowiem przynieść odwrotny skutek - wada się utrwali.
Swoiste cechy mowy dziecięcej (zastępowanie trudniejszych głosek łatwiejszymi, zmiękczenia) nie są wadami wymowy. Do wad nie należą też regionalizmy czy mowa gwarowa. Na wsi dość często jeszcze spotykamy dzieci "dwujęzyczne": inaczej mówią w szkole, inaczej w domu. Gdy zaczną mieszać oba języki, dochodzi do błędów wymowy, które na szczęście dość łatwo jest usunąć.
Jeśli mamy jakieś wątpliwości, nie wiemy, czy mamy do czynienia z wadą wymowy, błędem wymowy, czy też wymową gwarową, bezpieczniej będzie zwrócić się do specjalisty.
Rozwój mowy- Roksana JĘDRZEJEWSKA-WRÓBEL; Agnieszka TYSZKA; Konsultacja doc.
Magdalena Smoczyńska, językoznawca z Uniwersytetu Jagiellońskiego
01-05-2004
Uporczywe gruchanie gołębia (o piątej rano) potrafi doprowadzić cię do skrajnej irytacji. Gruchania dziecka słuchasz godzinami i z niecierpliwością czekasz na pierwsze "mama".
Krzyczę, więc jestem!
Dziecko krzykiem wita świat i przez pierwsze kilka miesięcy sygnalizuje w ten sposób swoje potrzeby i wzywa pomocy.
Początkiem komunikacji językowej jest chwila, w której maluch zaczyna kojarzyć, że mama pojawia się zawsze wtedy, gdy on głośno płacze. Płacz staje się od tego momentu świadomym środkiem komunikowania światu swoich potrzeb ("daj mi jeść!!!", "zimno mi!", "przytul mnie!").
Dlatego dziecko, do którego rodzice przychodzą tylko na wezwanie, płacze dużo więcej. Krzyk niemowlęcia to także ćwiczenie oddechowe - podczas płaczu płuca dziecka pracują podobnie jak płuca dorosłego podczas mówienia. Jednak płaczu nigdy nie wolno traktować jako "ćwiczenia płuc". Pamiętaj, że krtań i płuca malucha są bardzo delikatne - na skutek nadmiernego wysiłku łatwo może dojść do ich przekrwienia i nadwerężenia.
Gruchanie i gaworzenie
Łagodne lub złowieszcze sapania, mlaski i piski, świadczące o dobrym lub złym samopoczuciu malucha, usłyszysz, kiedy dziecko skończy dwa miesiące. Ten etap, nazywany gruchaniem, nie ma wielkiego znaczenia dla rozwoju mowy.
Pojawiające się w siódmym, ósmym miesiącu gaworzenie jest już świadomym produkowaniem melodyjnych i rytmicznych dźwięków. Ten rodzaj śpiewu to także doskonały trening słuchu - dziecko z upodobaniem powtarza wtedy całe ciągi sylab ("ma-ma", "pa-pa", "la-la", "da-da"), nie tylko zasłyszane od dorosłych, ale także wymyślone przez siebie. W tym okresie dochodzi do pierwszego porozumienia malucha z rodzicami -
dziecko już nie tylko "patrzy za głosem", ale zaczyna reagować na jego melodię. Jeśli zwracasz się do malucha pieszczotliwie - uśmiecha się, jeśli mówisz tonem surowym - wykrzywia buzię do płaczu.
Pamiętaj, że przedłużające się gruchanie i brak gaworzenia to sygnał, że dziecko może mieć problemy ze słuchem. Skonsultuj się wtedy ze specjalistą.
W okresie gaworzenia rozwojowi mowy sprzyja intensywny rozwój fizyczny dziecka. Raczkujący maluch ma mnóstwo okazji do urozmaiconych zabaw, do pokazywania i nazywania nowych przedmiotów, do naśladownictwa. To niezwykle wzbogaca repertuar wydawanych dźwięków.
Gdy dziecko skończy dziewiąty miesiąc, potrafi mówić "mama" i "tata", ale jeszcze bez zrozumienia, a także wskazać nazywany przedmiot palcem ("gdzie jest lampa?").
Mów dużo i prosto!
Roczny maluch może już nazywać ze zrozumieniem najbliższe mu osoby oraz wyrażać nie tylko żądanie ("da!"), ale i sprzeciw ("nie!"). Znaczenie słów poznaje w konkretnych sytuacjach - gdy mówi "pa, pa", wie, że trzeba jednocześnie pomachać ręką. Ważne jest, by rodzice dostosowali się do poziomu jego języka. Nie mów więc do niego zbyt zawile, używaj jak najprostszych słów i wyrazów dźwiękonaśladowczych, np. "tik-tak" i "hau, hau", bo dzięki rytmowi są łatwe nie tylko do zapamiętania, ale i do powtórzenia.
Staraj się jak najwięcej rozmawiać z dzieckiem. Czytaj książeczki, opowiadaj o tym, co widzicie na obrazkach. Częste kierowanie słów do malca, nawet niemowlęcia, to jedyny sposób, by pobudzić go do mówienia.
Dość powszechny jest widok mamy rozmawiającej podczas spaceru z... wózkiem. I chociaż właściwie to nie jest rozmowa, tylko monolog, szybko okazuje się, że daje dobre efekty! Jeśli takie monologi wygłaszasz nieustannie, możesz być pewna, że twój dwunastomiesięczny maluch będzie rozumiał o wiele więcej, niż zdoła wypowiedzieć słowami.
Bułę daj!
Prawdziwy przełom następuje około osiemnastego miesiąca życia. Zamiast pojedynczych wyrazów pojawiają się pierwsze zdania.Od tej chwili znaczenie wypowiadanych słów będzie bardziej zawężone.
"Papu" to teraz to, co na talerzu, a nie - jak wcześniej - cała sfera jedzenia (głód, posiłek, pragnienie). Znikają powoli wyrazy dźwiękonaśladowcze - miejsce "miau, miau" i "hau, hau" zajmują "kot" i "pies".
Zasób słów, jakim posługuje się w tym okresie dziecko, jest już całkiem spory. Jednak w tej dziedzinie istnieją duże różnice indywidualne. Są dzieci, które znają ich naprawdę dużo, ale też bywa, że jeszcze w wieku dwóch lat maluch posługuje się tylko kilkudziesięcioma wyrazami. Jeśli dużo z dzieckiem rozmawiasz, czytasz mu i śpiewasz, to jego słownictwo będzie bogate i różnorodne.
Warto czytać małym dzieciom krótkie wiersze. Ich rytm i rym wyrabiają słuch oraz pamięć. Poezja działa na wyobraźnię, kształtuje mowę symboliczną, nie związaną bezpośrednio z działaniem.
Jeśli córka sąsiadki mówi więcej niż twoje dziecko, to nie ma się czym przejmować. Rozwój mowy to nie wyścig, każdy maluch ma swoje indywidualne tempo.
Na przykład jedynacy obcujący tylko z dorosłymi są zazwyczaj bardziej wygadani od bliźniaków, którzy nieustannie przebywają ze sobą.
Trzylatek sprawnie operuje złożonymi z 3-4 wyrazów zdaniami, zrozumiałymi dla otoczenia. Nadal mówi "po dziecinnemu", jednak fakt, że dziecko mówi niepoprawnie, nie upoważnia do naśladowania go ("Telaz syneczek zje palóweckę."), bo to zaburza poprawny rozwój mowy. Na szczęście dzieci bronią się przed takim językiem, bo choć same robią błędy w wymowie, to przecież słyszą normalnie!
Stąd gwałtowne protesty ("To nie klowa, tylko k l o w a!").
Mówmy więc do dzieci tak, jak chcielibyśmy, żeby one mówiły do nas!
Skąd się bierze deszcz?
W wieku dwóch i pół, trzech lat dzieci mają już opanowane podstawy praktycznej znajomości języka, czyli używają określonego zasobu słów zgodnie z regułami gramatycznymi. Jednak zasób ten wymaga ciągłego uzupełniania, a gramatyka - utrwalania. Nieocenione usługi oddaje tu dziecięca ciekawość świata. Od rana do nocy maluchy zasypują rodziców pytaniami. Znalezienie odpowiedzi bywa męczące, ale nie wolno się poddawać. Ten grad pytań świadczy o ścisłym związku rozwoju mowy i myślenia! W tym prawdziwym dialogu, tak długo oczekiwanym przez wielu rodziców, liczą się odpowiedzi krótkie, proste i prawdziwe!
Kamienie milowe14-06-2005
Z badań przeprowadzonych przez Magdalenę Smoczyńską, które objęło 2,5 tys. polskich dzieci, wynika, że:
- roczne dziecko wypowiada pierwsze słowa: w tym wieku przeciętna dziewczynka zna około 7 wyrazów, chłopiec mniej, bo 4;
- półtoraroczny chłopiec zna około 30 wyrazów, a dziewczynka 80;
- przeciętna dziewczynka zaczyna łączyć wyrazy w wieku 18 miesięcy, chłopiec - o dwa miesiące później;
- dwuletni chłopiec mówi średnio 160 wyrazów, a dziewczynka 215.
Dziecko buduje proste zdania;
- w wieku dwóch i pół roku chłopiec używa około 450 wyrazów, a dziewczynka 550. Dziecko buduje zdania rozwinięte i wiele typów zdań złożonych. Zna już niemal całą gramatykę języka ojczystego (co nie znaczy, że jego język nie będzie się nadal rozwijał i wzbogacał).