Ogłoszenia Zwierzęta
Aktualności: Dar Życia poleca Kalendarz ze zdjęciami oraz Foto Karty, powołując się na nasze forum otrzymają Państwo rabat w postaci darmowej wysyłki PREZENTÓW. Kod rabatowy to słowo DAR ŻYCIA a strony to Foto Karty oraz Kalendarze ze zdjęciami

Autor Wątek: Ludzie o wielkim sercu-Anna Dymna  (Przeczytany 39912 razy)

Offline Ulka

  • User z prawami do pisania
  • Rozgadany Weteran
  • *******
  • Wiadomości: 10988
Ludzie o wielkim sercu-Anna Dymna
« dnia: Styczeń 08, 2004, 03:31:13 pm »
Anna Dymna
Nie grozi mi aureola


   
Znalazła wspólny język z niepełnosprawnymi i chorymi, bo sama w życiu wiele przeszła. Ma odwagę pytać o sens życia osoby nieuleczalnie chorej i nieszczęściu patrzeć w oczy.

W swoim programie SPOTKAJMY SIĘ rozmawia z przykutymi do wózków o lataniu, z niewidomymi o kolorach, z oszpeconymi o miłości.
   
 
Boże, żebyś ty tylko nie zwariowała? - martwi się o nią Nina Terentiew. Szefowa telewizyjnej Dwójki i twórcy programu SPOTKAJMY SIĘ z duszą na ramieniu powierzyli rozmowy z chorymi i niepełnosprawnymi Annie Dymnej. Wszyscy wiedzą, że aktorka, postrzegana jako gejzer dobroci i łagodności, sama wiele w życiu przeszła i przecierpiała. Śmierć pierwszego męża, smak bezdomności po pożarze mieszkania, wypadek, po którym mogła się nie podnieść. Nikt nie może mieć pewności, że takie doświadczenia uodporniają. Sama Ania, jak mówią o niej podopieczni i przyjaciele, nie boi się zmierzyć z cudzą ułomnością, choć przyznaje, że każde takie spotkanie odchorowuje. Ale zaraz potem czuje się silniejsza. Bo, jak mówi stare irlandzkie przysłowie: najlepszym schronieniem dla człowieka jest drugi człowiek.

GALA: Jak pani żyje, obcując stale z takim ogromem nieszczęść?

ANNA DYMNA: Program SPOTKAJMY SIĘ odmienił moje życie, bo tego się nie da robić bez emocji. Trzeba sercem. Na kilka dni mnie to kompletnie wyczerpuje, ale na dłużej - daje siłę i motywację, żeby robić jeszcze więcej. Dlatego założyłam fundację Mimo wszystko. Na początku dedykuję ją upośledzonym umysłowo, bo oni nie potrafią się nawet o cokolwiek upomnieć. A też i dlatego że od nich się zaczął mój związek z niepełnosprawnymi. Są to najcudowniejsze istoty na świecie: życzliwe, spontaniczne, niezakłamane. Oni są czyści w odruchach. Zredukowani umysłowo nie potrafią kombinować. W przeciwieństwie do nas, zdrowych.

GALA: Dlaczego na świecie jest cierpienie?

A.D.: Długo się nad tym zastanawiałam, zwłaszcza gdy umierała moja mama. To był najlepszy człowiek, jakiego znałam, i kiedy się tak okropnie męczyła nękana chorobą, nie mogłam pojąć: dlaczego ona?! Wydawało mi się to niedorzeczne. - Podobnie jak to, że rodzą się dzieci niczemu niewinne, a upośledzone. Teraz wiem, że pytanie "dlaczego?" nie ma sensu. Bo na świecie nic nie jest bez sensu.

więcej:
 
1 2 3 4 ...  

http://gala.onet.pl/0,1144826,1,wywiady.html

pod wywiadem są wypowiedzi internautów.
Ulka-Darek30mpdz & Magda31 &   wspomnienia

Pan Rajek

  • to weteran
  • polecający usługi
  • *******

Offline sonia

  • User z prawami do pisania
  • Rozgadany Weteran
  • *******
  • Wiadomości: 25632
    • Dar Życia
Ludzie o wielkim sercu-Anna Dymna
« Odpowiedź #1 dnia: Styczeń 08, 2004, 04:19:28 pm »
To wspaniały reportaż.

Cytuj
Czyli upośledzeni mają względem zdrowych misję uzdrawiającą? Są dla nas jak lustro, żeby nie powiedzieć: krzywe zwierciadło?


brzmia jakby do głębszego przemyślenia - czy Wy też tak czujecie?
Tam gdzie warto dotrzeć, nie ma dróg na skróty.
Sonia, mama Moniki z zD- 19,10l. , Domowa terapia

Offline sonia

  • User z prawami do pisania
  • Rozgadany Weteran
  • *******
  • Wiadomości: 25632
    • Dar Życia
Ludzie o wielkim sercu-Anna Dymna
« Odpowiedź #2 dnia: Styczeń 08, 2004, 07:35:51 pm »

Anna Dymna

Anna Dymna rozpoczyna pracę w fundacji "Mimo wszystko"

Znana krakowska aktorka Anna Dymna poinformowała w piątek dziennikarzy w Krakowie, że rozpoczyna działalność charytatywną w Fundacji "Mimo wszystko", którą sama założyła. Pierwszym zadaniem Fundacji będzie zorganizowanie warsztatów terapii zajęciowej dla 30 niepełnosprawnych osób.

Fundacja istnieje od jesieni. Pomysł jej założenia jest efektem prowadzonego od roku przez Annę Dymną programu telewizyjnego "Spotkajmy się", w którym rozmawia z niepełnosprawnymi. W związku z programem aktorka dostawała mnóstwo listów, zarówno od niepełnosprawnych, jak i od osób deklarujących pomoc.

"Ta fundacja powstała z pewnej potrzeby i przymusu" -powiedziała Anna Dymna. Wyjaśniła, że nie mogła przyjąć oferowanej pomocy finansowej, ponieważ nie miała osobowości prawnej. Dlatego zarejestrowała jednoosobową fundację, którą "firmuje swoją twarzą". Dzięki fundacji ma zamiar "mądrze pomagać" niepełnosprawnym, którzy tej pomocy oczekują i nie są w stanie godnie żyć.

Pierwszym zadaniem fundacji będzie pomoc osobom niepełnosprawnym umysłowo, którzy w myśl nowych uregulowań prawnych tracą prawo do warsztatów terapii zajęciowej. Tymczasem, zdaniem aktorki, "te warsztaty to najpiękniejsza zdobycz naszej demokracji, ponieważ bez nich oni popadają w otępienie i umierają".

"Chcę prowadzić takie warsztaty dla 30 osób. Ich koszt będzie wynosił 700 zł miesięcznie od osoby. Aby zdobyć te pieniądze, będziemy sprzedawać cegiełki po 350 zł, by planować działalność na dłuższy czas" - poinformowała aktorka.

Podkreśliła, że istniejąca od niedawna fundacja spotyka się już z życzliwą pomocą. Otrzymała m.in. od prywatnej firmy lokal do remontu przy ul. Kościuszki w Krakowie i wiele innych pomocnych darów.

Fundacja "Mimo wszystko" zaprezentuje się 21 grudnia w trakcie tegorocznej "Gali Wolontariatu", która po raz pierwszy odbędzie się poza Warszawą - w Teatrze im. Juliusza Słowackiego w Krakowie.

Anna Dymna jest aktorką Narodowego Starego Teatru w Krakowie, profesorem wydziału aktorskiego PWST w Krakowie. Zagrała ponad 100 ról w filmie i telewizji. Od wielu lat działa społecznie, m.in. organizuje Ogólnopolski Festiwal Twórczości Ludzi Niepełnosprawnych Umysłowo "Albertiana", a od roku prowadzi cykliczny program telewizyjny "Spotkajmy się". (PAP), pku  
Anna Dymna rozpoczyna pracę w fundacji "Mimo wszystko"- piątek, 12 grudnia 2003, Serwis TVP 3 Kraków

całość w htmlLudzie o wielkim sercu:Anna Dymna
Tam gdzie warto dotrzeć, nie ma dróg na skróty.
Sonia, mama Moniki z zD- 19,10l. , Domowa terapia

Offline kameljanda

  • User z prawami do pisania
  • Gadacz
  • *****
  • Wiadomości: 1452
Ludzie o wielkim sercu-Anna Dymna
« Odpowiedź #3 dnia: Styczeń 13, 2004, 12:04:01 pm »
Cytat: "sonia"
To wspaniały reportaż.

Cytuj
Czyli upośledzeni mają względem zdrowych misję uzdrawiającą? Są dla nas jak lustro, żeby nie powiedzieć: krzywe zwierciadło?


brzmia jakby do głębszego przemyślenia - czy Wy też tak czujecie?

Tak. Ta kobieta ma niesamowity potencjał, który zapewne czerpie włąśnie od swoich podopiecznych. Jestem ogromnie jej wdzięczna za program "spotkajmy się", po którym czuję się malutka wobec radości życia i ciepła występujących tam gości.

Offline baha

  • Raczkujący bywalec
  • **
  • Wiadomości: 123
Ludzie o wielkim sercu Anna Dmna
« Odpowiedź #4 dnia: Styczeń 13, 2004, 03:49:28 pm »
Czytałam ten cytat i myślę sobie że właśnie "czytanie" naszych dzieci i patrzenie na ich reakcje to jest lustro. Antek nauczył mnie pokory i przewartościował moje życie. Bardzo mu za to dziękuję. Uczę sie od niego cały czas. Sprubójcie i wy.
mama to najtrudnieszy zawód na świecie... ale nie ma lepszego
Antoś/6,5/zD

Offline sonia

  • User z prawami do pisania
  • Rozgadany Weteran
  • *******
  • Wiadomości: 25632
    • Dar Życia
Ludzie o wielkim sercu-Anna Dymna
« Odpowiedź #5 dnia: Styczeń 14, 2004, 09:37:18 pm »
Tutaj udziela się Anna Dymna:
Fundacja im. Brata Alberta

32 - 064 RUDAWA,  
RADWANOWICE 1
tel-fax / 12 / 283-90-80, 283-87-59

widoczna na zdjęciu ze Strony Fundacji
http://www.albert.krakow.pl/galeria7wrz2003/10A9256.jpg
Tam gdzie warto dotrzeć, nie ma dróg na skróty.
Sonia, mama Moniki z zD- 19,10l. , Domowa terapia

Offline Nadzieja

  • Raczkujący bywalec
  • **
  • Wiadomości: 57
Ludzie o wielkim sercu-Anna Dymna
« Odpowiedź #6 dnia: Styczeń 25, 2004, 12:15:06 am »
Drodzy Czlonkowie Forum!


Dnia 8 stycznia dostaliscie komunikat o znanej aktorce, Annie Dymnej,czlowieku o ogromnym prestizu spolecznym o jej inicjatywie Fundacji pomocy dzieciom i uposledzonym - a dzisiaj, po przeszlo dwoch tygodniach - na Waszym Forum jest tylko pare glosow na ten temat????

O czym Wy wszyscy dyskutujecie? Na co trwonicie drogocenny czas?  W dalszym ciagu na plotach i czlonkostwie w klubie poezji?? Czy moze jestescie czlonkami Klubu Ucieczki od Rzeczywistosci?

Bede Was dotad przesladowac dopoty,jak zly duch nie zmusze Was (nawet przez totalne znienawidzenie mnie) do rewizji Waszych postaw, ktore glownie koncentruja sie na gadaniu, gadaniu, gadaniu.....o glupstwach. I braku inicjatyw,pomyslow i ochoty do dzialania. Kto za Was bedzie walczyl- jesli nie zrobicie tego sami?

MOWCIE!

Nadzieja

Anonymous

  • Gość
Ludzie o wielkim sercu-Anna Dymna
« Odpowiedź #7 dnia: Styczeń 25, 2004, 10:08:49 am »
Cytuj
Na co trwonicie drogocenny czas? ...
 Czy moze jestescie czlonkami Klubu Ucieczki od Rzeczywistosci?

Cytuj
Bede Was dotad przesladowac dopoty,jak zly duch nie zmusze Was
(nawet przez totalne znienawidzenie mnie) do rewizji Waszych postaw,

Chyba kogoś tu poniosło, czy twój psychoterapeuta
kazał ci w ramach terapii porządzić trochę innymi i porozkazywać ? :wink:
To nie jest twoje prywatne forum i uzytkownicy
tego forum mogą robić tutaj to co uważamy za słuszne.

Jeśli chcesz uświadamiać ciemnych
to zapraszam na: http://www.maluch.com/forum.htm
tam ci się napewno spodoba.

Offline Grażyna

  • User z prawami do pisania
  • Gadacz
  • *****
  • Wiadomości: 1083
czas
« Odpowiedź #8 dnia: Styczeń 25, 2004, 10:56:22 am »
24 godz. na dobę jestem matką pełno i niepełnosprawnego dziecka! Mój czas wypełnia rehabilitacja i praca z Kacprem, Kacper sam nie zje, nie umyje się, nie ubierze itd., dla Pat też muszę znaleźć czas, lekcje i rozmowy - Pat jest na etapie dojrzewania więc to bardzo ważne! Do tego cały dom - mój mąż pracuje po 12 godz. dziennie!
Uwielbiam wejść na forum to lub inne i oprócz rzeczowych rozmów popleść trochę, odprężyć się, być choć na pół godziny Grażyną!
Anna Dymna to wspaniała kobieta, robi wspaniałe rzeczy i swoją postawą potrafi pociągnąć za sobą innych, czego nie można powiedzieć o tobie Nadziejo!
Jeśli chcesz Nadziejo do czegoś kogoś przekonać to uważam że obrałaś złą drogę, na nienawiści jeszcze nic dobrego nie powstało! Nie liczy się tylko cel ale i droga do niego!

Offline sonia

  • User z prawami do pisania
  • Rozgadany Weteran
  • *******
  • Wiadomości: 25632
    • Dar Życia
Ludzie o wielkim sercu-Anna Dymna
« Odpowiedź #9 dnia: Styczeń 25, 2004, 12:46:11 pm »
Odnoszę wrażenie, że ta polemika powinna znaleźć się w innym wątku TUTAJ
nie skrzywiajmy głównego tematu wątku - zapraszam pod wskazany link.
Tam gdzie warto dotrzeć, nie ma dróg na skróty.
Sonia, mama Moniki z zD- 19,10l. , Domowa terapia

Offline sonia

  • User z prawami do pisania
  • Rozgadany Weteran
  • *******
  • Wiadomości: 25632
    • Dar Życia
Ludzie o wielkim sercu-Anna Dymna
« Odpowiedź #10 dnia: Luty 07, 2004, 01:50:28 pm »
W ośrodku dla niepełnosprawnych w Radwanowicach znów ruszyły warsztaty terapeutyczne- mk 05-02-2004

Po zmianach w ustawie o rehabilitacji blisko trzydziestu podopiecznych ośrodka dla niepełnosprawnych w Radwanowicach od tego roku straciło możliwość uczestniczenia w warsztatach terapeutycznych.


Fot. Krzysztof Karolczyk/AG

- To dla nich jak wyrok śmierci. Musimy im warsztaty zorganizować - apelowała związana od lat z ośrodkiem Anna Dymna.

Miesięczna terapia dla jednej osoby kosztuje około 700 zł. Pieniądze znalazły się dzięki życzliwości sponsorów, pracy Fundacji Brata Alberta i założonej przez aktorkę fundacji "Mimo wszystko".
Wczoraj w Starym Dworze w Radwanowicach otwarto nowe sale terapeutyczne, a warsztaty znów ruszyły pełną parą." - Gazeta.pl > Kraj > Informacje z regionów

Myślę, że to najmilsze uczucie móc zrozumieć i pomóc innym.
Tam gdzie warto dotrzeć, nie ma dróg na skróty.
Sonia, mama Moniki z zD- 19,10l. , Domowa terapia

Offline Grażyna

  • User z prawami do pisania
  • Gadacz
  • *****
  • Wiadomości: 1083
Anna Dymna
« Odpowiedź #11 dnia: Luty 07, 2004, 09:47:22 pm »
Tego się nie da komentować, tu trzeba się ukłonić!

Offline sonia

  • User z prawami do pisania
  • Rozgadany Weteran
  • *******
  • Wiadomości: 25632
    • Dar Życia
Ludzie o wielkim sercu-Anna Dymna
« Odpowiedź #12 dnia: Luty 24, 2004, 11:50:14 pm »
Sam byłbym bezsilny
Gościem specjalnym będzie Anna Dymna
7 marca  o godz. 16.10.


Na 44 odcinek programu Fundacji TVN „nie jesteś sam” – „Zielone drzwi” zaprosimy Państwa 7 marca  o godz. 16.10. Podczas tego spotkania poznamy ludzi, którzy mogliby powiedzieć: „ SAM BYŁBYM BEZSILNY” oraz osoby, które dodają sił i pomagają chorym.

Gościem specjalnym w tym odcinku będzie Anna Dymna, aktorka znana nie tylko ze swoich kreacji aktorskich, ale również z pomocy osobom niepełnosprawnym, chorym i potrzebującym. Pani Anna Dymna założyła w grudniu ubiegłego roku swoją Fundację „Mimo wszystko”.
Tam gdzie warto dotrzeć, nie ma dróg na skróty.
Sonia, mama Moniki z zD- 19,10l. , Domowa terapia

Offline sonia

  • User z prawami do pisania
  • Rozgadany Weteran
  • *******
  • Wiadomości: 25632
    • Dar Życia
Ludzie o wielkim sercu-Anna Dymna
« Odpowiedź #13 dnia: Marzec 02, 2004, 10:08:24 am »
Kraków: wręczono medale św. Brata Alberta
oraz
Cytuj
Znana z działalności na rzecz niepełnosprawnych piosenkarka Eleni Dzoka, niewidomy prawnik Władysław Gołąb z Lasek oraz księża Krzysztof Bąk i Stefan Misiniec zostali w tym roku uhonorowani Medalami św. Brata Alberta.

Cytuj
Medale wręczono im podczas odbywającego się w poniedziałek w Teatrze im. J. Słowackiego IV Festiwalu Twórczości Teatralno- Muzycznej Osób Niepełnosprawnych Intelektualnie "Albertiana", organizowanego przez Fundację Anny Dymnej "Mimo wszystko" i Fundację im. św. Brata Alberta w Radwanowicach.

"W tym roku do kapituły medalu wpłynęło aż 16 wniosków od niepełnosprawnych i ich rodzin z całego kraju" - powiedział prezes Fundacji im. św. Brata Alberta ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski.

Kapituła uhonorowała medalem cztery osoby. Na wniosek niepełnosprawnych z Wielkopolski medal otrzymała Eleni - piosenkarka, która jest zaangażowana w pracę charytatywną na rzecz niepełnosprawnych i chorych na AIDS, organizuje koncerty w w ośrodkach dla niepełnosprawnych, domach pomocy i więzieniach.

Tegorocznym laureatem został także niewidomy prawnik Władysław Gołąb, prezes Towarzystwa Opieki nad Ociemniałymi w Laskach, który stanął w obronie likwidowanych warsztatów terapii zajęciowej przy Domu Pomocy dla Niewidomych w Żułowie koło Zamościa.

Za organizowanie wielu akcji charytatywnych i tworzenie kolejnych ośrodków dla niepełnosprawnych medalem wyróżniono ks. Krzysztofa Bąka, dyrektora Caritas w Katowicach. Za pracę charytatywną w Chrzanowie kapituła wyróżniła medalem ks. Stefana Misińca - poetę i wieloletniego organizatora Tygodni Kultury Chrześcijańskiej.

Medale przyznawane są za pomoc niepełnosprawnym z inicjatywy Fundacji im. św. Brata Alberta w Radwanowicach koło Krakowa. Medal przedstawiający św. brata Alberta, który tuli do siebie dzieci, wykonał podopieczny Fundacji im. Brata Alberta - Krzysztof Sieprawski. Wyróżnienie jest przyznawane od 1997 r. Otrzymali je m.in. prof. Zbigniew Brzeziński, Anna Dymna, Jerzy Buzek, bp Stanisław Dziwisz, Alicja Grześkowiak, Robert Korzeniowski i, pośmiertnie, tragicznie zmarły biskup Jan Chrapek.

W zeszłym roku laureatami zostali m.in. rzecznik praw obywatelskich prof. Andrzej Zoll i metropolita gdański Tadeusz Gocłowski.

Fundacja im. Brata Alberta powstała w Krakowie w 1987 roku. W całej Polsce prowadzi 30 placówek dla osób upośledzonych umysłowo, w tym trzy domy stałego pobytu i jeden hostel. Ma około tysiąca podopiecznych, z czego 100 osób to stali mieszkańcy ośrodków." - (PAP) pku, Medale św. Brata Alberta
Tam gdzie warto dotrzeć, nie ma dróg na skróty.
Sonia, mama Moniki z zD- 19,10l. , Domowa terapia

Offline Nadzieja

  • Raczkujący bywalec
  • **
  • Wiadomości: 57
Anna Dymna
« Odpowiedź #14 dnia: Marzec 21, 2004, 10:18:09 pm »
Bylam akurat w Polsce i ogladalam program z udzialem Anny Dymnej "Zielone drzwi" (specjalnie zanotowalam date- dzieki Sonia za informacje bo nie wiadomo kiedy moga sie przydac).  Uwazam, ze Dymna zrobila znakomita robote przyblizajac portrety ludzi dotknietych uposledzeniem.  Program nie ckliwy ani lzawy (choc oczywiscie oczy byly "na mokrym miejscu")ale realnie patrzacy na potrzeby ludzi niepelnosprawnych.  Wstrzasnieta bylam historia chlopaka wracajacego na przepustke z wojska i wyrzuconego z pociagu przez chuliganow.  

No, coz - niestety, takie historie pokazywane sa w Wielkiej Brytanii bardzo rzadko a jesli nawet - to zawsze maja posmak skandaliku lub niezdrowej nowosci bez aspektu humanitarnego apelu czy nuty spolecznego zaangazowania. Takich programow jak "Przyjaciele" czy "Zielone drzwi" nie ma tutaj w telewizyjnej emisji.

Mysle, ze mozna w Polsce zrobic duzo dobrego bo gleba zyzna!

Pozdrowienia i serdecznosci

Nadzieja

Offline sonia

  • User z prawami do pisania
  • Rozgadany Weteran
  • *******
  • Wiadomości: 25632
    • Dar Życia
Królewna wśród muminków
« Odpowiedź #15 dnia: Kwiecień 10, 2004, 11:16:34 am »
W Rzeczpospolitej Nr 84 - czwartek, 08.04.200

Królewna wśród muminków

Radwanowice są miejscem, w którym ludzie budzą się do miłosierdzia. Tu uczą się, jak w pełni, mądrze, serdecznie i skutecznie pomagać innym...w którym ludzie budzą się do miłosierdzia. Tu uczą się, jak w pełni, mądrze, serdecznie i skutecznie pomagać innym Królewna wśród Muminków Mają niezaburzoną potrzebę drugiego człowieka, którą my zabijamy na każdym kroku - mówi Anna Dymna o swoich podopiecznych ...
Autor: Jerzy Sadecki więcej

"Ksiądz kanonik Tadeusz Isakowicz-Zaleski z Fundacji im. Brata Alberta i założycielka Fundacji "Mimo wszystko", wybitna aktorka Anna Dymna połączyli siły, żeby w podkrakowskich Radwanowicach niepełnosprawni umysłowo mogli godnie i normalnie żyć.


- Witaj, królewno! - woła do Anny Dymnej Jureczek i radośnie rozkłada ręce. - Aniu, ty moja! - obejmuje aktorkę Krzyś. Oni pierwsi wybiegają na powitanie. Obaj są aktorami teatrzyku niepełnosprawnych umysłowo Radwanek. Jureczek wsławił się rolą drzewa w opowieściach biblijnych. - Ja grałem baaaardzo groooźnego lwa - chwali się Krzyś.

Po chwili zjawiają się inni pensjonariusze. Radośni, każdy chce się z nami przywitać, uściskać aktorkę, opowiedzieć o swoich problemach. Malutka, choć 35-letnia, Halinka co chwilę prosi fotoreportera o zdjęcie "z panią Anią" i pozuje przytulona do niej. Rywalizuje z nią Mareczek, który w każdym spektaklu niezmiennie gra kaczuszkę.

Szurają przesuwane w wesołym pośpiechu stoły i ławki. Stołówka radwanowickiego schroniska zamienia się w salę prób. Dwudziestu pięciu aktorów szybko zakłada kolorowe stroje, które wcześniej uszyli wraz z opiekunami.

- Robimy próbę naszej ostatniej sztuki "Wieża Babel" - zapowiada Anna Dymna. To już czwarta część opowieści biblijnych, jakie przygotowała z niepełnosprawnymi aktorami z Radwanowic. - Spektakle nie mogą być dłuższe niż 15 minut. Ich przygotowanie znaczy tutaj tyle co dla profesjonalnego aktora zagranie dwóch "Hamletów" - mówi Dymna. Do każdego przedstawienia sama wymyśla scenariusz, potem nagrywa płytę z muzyką i tekstami w wykonaniu znanych krakowskich aktorów.

- Moim niepełnosprawnym ta muzyka i słowa porządkują świat, łatwiej im odnaleźć się na scenie. Dopowiadają tylko kwestie, które słyszą z głośnika - wyjaśnia aktorka. Każdemu musi bardzo jasno i prosto wytłumaczyć, jak i dlaczego mają się zachować na scenie. - Czy ja szumię? - pyta na przykład Jureczek grający drzewo złego i dobrego w "Wygnaniu Adama i Ewy z Raju". - Nic nie robisz, nie ruszasz się, bo jesteś dumny. Jesteś najważniejszym drzewem w Raju - tłumaczy mu Dymna.

- Ćwiczymy każdy ruch, a potem to razem się skleja w jedną całość - opowiada Jolanta Toboła, jedna z wychowawczyń, które wraz z Dymną prowadzą teatrzyk.

Po próbie siadają w kręgu. Planują, co grać w przyszłości: może Kubusia Puchatka? O tak, Puchatka!!! A może spektakl dla małych dzieci z krótkimi wierszykami?

Warsztaty mimo wszystko

Anna Dymna doskonale pamięta swój pierwszy przyjazd do Radwanowic w 1999 r. Ksiądz Zaleski poprosił ją, aby przewodniczyła jury na przeglądzie zespołów niepełnosprawnych. Wcześniej angażowała się w liczne akcje i występy charytatywne, ale z niepełnosprawnymi umysłowo nigdy nie miała do czynienia, ich widok napawał ją lękiem.

- To był najbardziej niezwykły dzień w moim życiu. Od razu otoczyła mnie grupa niepełnosprawnych. Okazało się, że znają mnie z ekranu, mają mi wiele do powiedzenia i w ogóle mnie kochają. Zobaczyłam, że jest w nich coś tak pięknego, czego nie umiałam nazwać. Są prości, czyści w swych reakcjach. Mają niezaburzoną potrzebę drugiego człowieka, którą my zabijamy na każdym kroku - wspomina aktorka.

Zaczęła się zastanawiać, jak bardzo człowiek jest potrzebny człowiekowi i jak o tym często zapominamy, a potem jesteśmy nieszczęśliwi. Przemyślenia te odnaleźć można w prowadzonym przez nią w telewizji programie "Spotkajmy się", do którego zaprasza ludzi chorych, kalekich.

Wsiąkła w Radwanowice po uszy. Nie tylko reżyseruje w teatrzyku Radwanek, ale wymyśliła też Albertianę, czyli ogólnopolski festiwal teatralno-muzyczny osób niepełnosprawnych umysłowo, który od czterech lat odbywa się w pięknej sali krakowskiego Teatru im. Słowackiego i gromadzi coraz więcej zespołów z całej Polski.

Gdy okazało się, że przez zmianę przepisów o Państwowym Funduszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych (PFRON) od stycznia 2004 r. nie będzie pieniędzy na prowadzenie warsztatów terapii zajęciowej dla 27 pensjonariuszy schroniska w Radwanowicach, Dymna wzięła sprawy w swoje ręce. Założyła własną Fundację "Mimo wszystko" i przy pomocy księdza Zaleskiego uruchomiła dla tej grupy warsztaty terapii artystycznej z pracowniami: malarską, rzemiosł różnych, tkacko-krawiecką i muzyczną.

- Muszę teraz stawać na głowie, żeby co miesiąc były pieniądze na utrzymanie warsztatów - mówi Anna Dymna.

- Pani Ania uruchamia cały swój talent aktorski, wykazuje mnóstwo pomysłów i uporu. Nigdy nie potrafię odmówić jej pomocy - śmieje się jeden ze sponsorów Fundacji "Mimo wszystko". Firmy i hurtownie dają Dymnej wyposażenie warsztatów. Radio-taxi Barbakan zobowiązała się od każdego kursu przekazywać 1 grosz na jej fundację.

Bez murów i szlabanów

- Jeżdżę do Radwanowic, bo tam naprawdę czuję się człowiekiem. Czasem mam wrażenie, że normalnie jest tam, a nie w naszym świecie zdrowych ludzi - wyznaje Anna Dymna. Nie ona jedna jest pod urokiem tego, co dzieje się w Radwanowicach. Częstym gościem i patronem tego, co tam się dzieje, jest kardynał Franciszek Macharski, metropolita krakowski. - Radwanowice są takim niezwykłym miejscem, w którym ludzie budzą się do miłosierdzia - mówi. - Zorganizowanym z sercem i z głową. Uczącym, jak w pełni, mądrze, serdecznie i skutecznie pomagać innym.

Tereny schroniska w Radwanowicach w niczym nie przypominają zakładu opieki społecznej. Wyglądają na jedno z wiejskich osiedli. - Żadnych murów, szlabanów, wartowni. Pełna integracja z wsią, zieleń, ogród. Takie od początku były fundamentalne założenia Stanisława Pruszyńskiego, inicjatora powstania schroniska - opowiada ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski, prezes Fundacji im. Brata Alberta. Zaleski i Pruszyński spotkali się na początku lat osiemdziesiątych. Młody ksiądz miał za sobą pracę z niepełnosprawnymi Muminkami w ramach katolickiego ruchu "Wiara i światło". Pozbawiony majątków na Wołyniu, znacznie starszy od niego arystokrata Pruszyński od lat pomagał bezdomnym i kalekim. Stwierdzili, że niezbędne jest utworzenie stacjonarnej placówki, w której niepełnosprawni umysłowo - sieroty naturalne lub społeczne - będą mogli godnie żyć.

Pokonali opór władz i w 1987 r. założyli Fundację im. Brata Alberta, której swój rodzinny dwór z dwunastohektarowym gospodarstwem rolnym w Radwanowicach przekazała Zofia Tetelowska, stając się dobrym duchem całego przedsięwzięcia.

W symbiozie z wsią

- Zaczęliśmy od remontu zaniedbanego dworu i urządzenia kaplicy. Na początek wprowadziło się sześciu niepełnosprawnych - wspomina ks. Zaleski. Pierwszy nowy dom powstał dzięki staraniom Norwega Nilsa Rogstada, który po odwiedzeniu Radwanowic zapalił się do projektu i zebrał pieniądze wśród protestantów norweskiej parafii. Potem - za pieniądze innych ludzi dobrej woli - zbudowali trzy następne domy.

Od samego początku fundacja żyje w ścisłej symbiozie z mieszkańcami Radwanowic. - Nikt się tu od niepełnosprawnych nie izoluje. Na ulicy, w sklepie witają się jak swój ze swoim - opowiada Józef Krzyworzeka, wójt gminy Zabierzów. Sołtys Radwanowic Daniel Waltowski przyznaje, że na początku były pewne obawy, czy niepełnosprawni nie będą groźni dla ludzi. Szybko się rozwiały. - Siedemnasty rok żyjemy jak w rodzinie, sporo mieszkańców dostało pracę w schronisku - podkreśla sołtys. Wspólnie z fundacją budowali wodociąg, kanalizację, drogi. Niedawno w sąsiedztwie schroniska razem postawili kościół, a wcześniej cała wieś chodziła do kaplicy urządzonej przez fundację, bo własnej nie miała. Do mszy służą wspólnie chłopcy ze wsi i ze schroniska.

Gdy szkole podstawowej w Radwanowicach zagroziła likwidacja, przejęło ją Oświatowe Towarzystwo Integracyjne powołane przez Fundację im. Brata Alberta i rodziców. Prowadzi ono dwie integracyjne placówki: szkołę i przedszkole, dowożąc także dzieci z innych wsi. - Nigdy dzieci nie miały tak dobrej opieki jak teraz - chwali sołtys.

- W radwanowickim schronisku mamy 75 pensjonariuszy. Drugie tyle codziennie przywozimy z kilku gmin na zajęcia w warsztatach terapii zajęciowej finansowane przez PFRON - wylicza ks. Zaleski. Od kilku lat Fundacja im. Brata Alberta nie ogranicza się już do Radwanowic. Pociągnęła za sobą zapaleńców z innych miejscowości. Obecnie prowadzi 30 domów, które zajmują się opieką nad 1100 niepełnosprawnymi umysłowo w wieku od trzech lat. - To idzie jak burza, ciągle zgłaszają się do nas ludzie, którzy chcą tworzyć nowe domy. Jak mógłbym im odmówić? - rozkłada ręce ks. Zaleski. Z trójki założycieli fundacji pozostał sam. W 1998 r. zmarł Stanisław Pruszyński, a w ubiegłym roku Zofia Tetelowska.

Ormiacha, szaleniec Boży

- Ksiądz Zaleski to typ szaleńca Bożego, który pociąga za sobą innych - opowiadają współpracownicy szefa Fundacji im. Brata Alberta. - Z kamienia potrafi zrobić chleb. Bardzo sprytnie zarzuca sieci i łowi ludzi, którzy mogą coś zrobić dla jego podopiecznych - mówi Anna Dymna. - Ze względu na moje ormiańskie pochodzenie mam wrodzony talent do handlu - przyznaje z szelmowskim błyskiem w oku ks. Tadeusz. Około 70 proc. pieniędzy na opiekę nad niepełnosprawnymi dostaje z funduszy publicznych. Ale resztę fundacja musi pozyskać sama. - Zdobywanie pieniędzy zajmuje mi 95 proc. czasu - wyznaje ksiądz Zaleski. Szuka sponsorów i darczyńców, organizuje kiermasze i akcje charytatywne. Każdy z pracowników fundacji ma w umowie wpisany obowiązek udziału w kwestowaniu.

Wszyscy, którzy bliżej poznali ks. Zaleskiego, mówią, że jest tytanem pracy i ma charyzmę. Jakby mało mu było obowiązków w fundacji, jest także krajowym duszpasterzem Ormian.

- Dawni znajomi nazywają go Ormiacha, bo zawsze było w nim coś z niepokornego i odważnego zawadiaki. Jeśli uważał, że coś jest słuszne, był radykalny, oddawał się sprawie bez reszty - opowiada Marcin Przeciszewski, obecnie szef Katolickiej Agencji Informacyjnej, a kiedyś jeden z organizatorów ruchu Muminków.

Tadeusz Zaleski jest legendą krakowskiej opozycji. Już jako kleryk kolportował niezależne wydawnictwa, w stanie wojennym związał się z kościołem w Mistrzejowicach, ostoi zdelegalizowanej "Solidarności". Był zatrzymywany przez SB, dwukrotnie napadnięty przez "nieznanych sprawców". - W 1988 r. przyłączył się do strajku, dodawał otuchy, odprawiał msze. Wraz z nami przeżył pacyfikację Huty Lenina - wspomina Stanisław Handzlik, jeden z dawnych liderów "Solidarności" Nowej Huty.

Teraz walczy o dobro swoich podopiecznych. Gdy władze chciały likwidować PFRON i zabrać pieniądze na warsztaty terapii zajęciowej, organizował demonstracje przed Sejmem, z petycjami docierał do mediów i parlamentarzystów.

W jednej wspólnocie

- Z czasem wypracowaliśmy własny styl opieki nad niepełnosprawnymi umysłowo - wyjaśnia ks. Zaleski. - Fundacja prowadzi placówki koedukacyjne, podzielone na małe wspólnoty, które same zajmują się swoimi pomieszczeniami, nie ma tam salowych i sprzątaczek. I, co najważniejsze, wszyscy nasi podopieczni, niezależnie od stanu upośledzenia, wykonują jakąś pracę, pełnią funkcje w schronisku. Uważamy bowiem, że praca jest najlepszą formą terapii. To naszych niepełnosprawnych dowartościowuje, daje im sens życia - mówi. Najwięcej czasu spędzają w warsztatach terapii zajęciowej. Pod okiem instruktorów tkają, wyszywają, malują, rysują, robią meble, wielkanocne ozdóbki, gotują, uprawiają grządki. Najlepsze prace trafiają na konkursy, sprzedawane są na kiermaszach, zasilając kasę fundacji.

W schronisku nie ma służbowej hierarchii, wychowawcy traktowani są jak starsi bracia i siostry. W ich relacjach z niepełnosprawnymi dużo jest ciepła i życzliwości.

- Wiemy wszystko o naszych podopiecznych i oni wszystko wiedzą o nas, chcą dzielić nasze radości i kłopoty - mówi Katarzyna Malara, zastępca kierownika warsztatów terapii zajęciowej. Nie słychać, aby ktoś podnosił głos na pensjonariuszy.

- Pewne rygory muszą być zachowane, ale lepiej wprowadzać je łagodną perswazją, czasem posługując się żartem - tłumaczy wychowawczyni Jolanta Toboła.

- Trzeba lubić tę pracę, wykazywać dużo cierpliwości. Kto tego nie potrafi, szybko odchodzi - opowiada Piotr Motyl, instruktor w pracowni stolarskiej. Do Radwanowic trafił, żeby odbyć zastępczą służbę wojskową. I stwierdził, że to praca jego życia, zaczął studiować pedagogikę. - Ci odrabiający wojsko często żenią się z dziewczynami pracującymi w fundacji i zostają u nas. Mamy już sporo takich rodzin. Po trzydziestym ślubie przestałem liczyć... - opowiada ks. Zaleski.
Źródło: Rzeczpospolita - 08.04.04, autor:
JERZY SADECKI
Tam gdzie warto dotrzeć, nie ma dróg na skróty.
Sonia, mama Moniki z zD- 19,10l. , Domowa terapia

Offline kameljanda

  • User z prawami do pisania
  • Gadacz
  • *****
  • Wiadomości: 1452
Ludzie o wielkim sercu-Anna Dymna
« Odpowiedź #16 dnia: Maj 31, 2004, 07:41:54 am »
Czy oglądał ktoś wczorajszy odcinek?
Niestety trafiła mi się tylko jego końcowa część, gdzie zaproszona była osoba chora na padaczkę.

Offline sonia

  • User z prawami do pisania
  • Rozgadany Weteran
  • *******
  • Wiadomości: 25632
    • Dar Życia
Ludzie o wielkim sercu-Anna Dymna
« Odpowiedź #17 dnia: Czerwiec 08, 2004, 02:22:29 pm »
Podam  Kontakt do Fundacji:

Fundacja Anny Dymnej MIMO WSZYSTKO
Adres: 30-114 Kraków, Tadeusza Kościuszki 43
Tel.: 0*12  422 69 03
E-mail:  mimowszystko@interia.pl
Tam gdzie warto dotrzeć, nie ma dróg na skróty.
Sonia, mama Moniki z zD- 19,10l. , Domowa terapia

Offline Ulka

  • User z prawami do pisania
  • Rozgadany Weteran
  • *******
  • Wiadomości: 10988
Rozpoczyna działalność oddział młodych przy Fundacji Anny Dy
« Odpowiedź #18 dnia: Listopad 24, 2004, 04:54:16 pm »
Rozpoczyna działalność oddział młodych przy Fundacji Anny Dymnej
Fundacja Anny Dymnej "Mimo wszystko" zaprasza do udziału w konferencji prasowej dotyczącej imprezy inaugurującej działanie oddziału młodych Fundacji.

Konferencja odbędzie się 30 listopada, o godzinie 12.00 w klubie "Pod Jaszczurami" w Krakowie. Gościem honorowym konferencji będzie Pani Anna Dymna.

więcej:

http://www.niepelnosprawni.info/labeo/app/cms/x/10954;jsessionid=E6CBFE77AC7DDC7243B483F40A424AFF
Ulka-Darek30mpdz & Magda31 &   wspomnienia

Offline Gaga

  • Administrator
  • Rozgadany Weteran
  • *****
  • Wiadomości: 26258
Ludzie o wielkim sercu-Anna Dymna
« Odpowiedź #19 dnia: Grudzień 03, 2004, 02:14:08 am »
Fundacja Anny Dymnej - " Mimo Wszystko"
adres Fundacji A.Dymnej

Kim jesteśmy?
Studentami, którzy chcą pomagać studentom - ciężko chorym, kalekim, inwalidom.
Jest to rozszerzona Fundacja Anny Dymnej , o której wspomniała Ulka w wątku Rozpoczyna działalność oddział młodych przy Fundacji Anny Dymnej

Studenci założyli fundację, by pomagać ciężko chorym kolegom

Niewielki pokój w piwnicach Akademii Sztuk Pięknych wygląda jak hurtownia ozdób choinkowych. Mieści się tu biuro fundacji, powołanej przez studentów z pomocą Anny Dymnej.

Wszystko po to, by pomagać innym studentom - tym, którzy musieli przerwać naukę z powodu ciężkiej choroby, których czeka poważna operacja lub potrzebują zawrotnych sum na przeszczep, skomplikowaną operację, protezę ręki albo wózek inwalidzki. - Musimy pamiętać o tym, że oni są wśród nas. Siedzą z nami na wykładzie albo przy piwie - mówi Ola Dyras, studentka II roku ASP.

Ona i jej koledzy z fundacji o tych studentach nie zapominają. Jeden z pomysłów na zdobycie pieniędzy polega na sprzedaży ozdób choinkowych własnoręcznie wykonanych przez studentów. W najbliższy piątek będzie je można kupić na kiermaszu w Klubie pod Jaszczurami. Będzie też koncert saksofonisty Andrzeja Rzymkowskiego z Akademii Muzycznej (wystąpi ze studentami) i Tyldy Ciołkosz, liderki zespołu Cashmere. I najważniejsze: aukcja plakatów, obrazów, grafik i rysunków podarowanych przez profesorów, absolwentów i studentów ASP.

To pierwsza charytatywna impreza, którą organizują jako studenckie biuro Fundacji Anny Dymnej "Mimo wszystko - studenci studentom". Nie jest to jednak ich pierwsza próba koleżeńskiej pomocy. Rok temu, gdy dowiedzieli się o chorującym na białaczkę Bartku, błyskawicznie zorganizowali aukcję dzieł sztuki. Zebrali ponad 60 tys. zł. Niestety, nie wygrali walki z czasem - Bartek zmarł w kwietniu.

- Po aukcji młodzi ludzie przyszli do mnie ze łzami w oczach. Mówili, że zaczęli działać za późno - wspomina Anna Dymna, która im pomagała. - Pomyślałam, że dopóki są tacy młodzi ludzie, to nie ma się czego bać. Dlatego wzięłam ich pod skrzydła swojej fundacji. Będę wspierać ich działania, biorę też odpowiedzialność za to, jak wydawane będą pieniądze.

Pierwszym podopiecznym nowego oddziału fundacji będzie Andrzej, student psychologii na Uniwersytecie Jagiellońskim. Cierpi na bardzo rzadką chorobę genetyczną. Do końca życia musi brać lekarstwa utrzymujące właściwy poziom odporności organizmu. Miesięczne leczenie kosztuje 5 tys. zł.

Magda Bożyk, kierownik biura: - Rozwiesimy plakaty, wydrukujemy ulotki. Rozmawiamy z lekarzami, władzami uczelni, z samorządami studenckimi. Jeśli ktoś zna ciężko chorego studenta czy studentkę, niech mu o nas opowie. Chcemy, by o naszej działalności usłyszało jak najwięcej osób, by historia Bartka więcej się nie powtórzyła.

O biurze Fundacji Anny Dymnej "Mimo wszystko - studenci studentom" można przeczytać na stronie internetowej: www.mimowszystko.krakow.pl/studenci.
Pieniądze na pomoc chorym studentom można wpłacać na konto:
ING Bank Śląski 70 10 50 1445 1000 0022 7599 1459
z dopiskiem "STUDENCI STUDENTOM"
Pozdrawiam :))
"Starsza Letnia Miotełka"

Offline Gaga

  • Administrator
  • Rozgadany Weteran
  • *****
  • Wiadomości: 26258
Ludzie o wielkim sercu-Anna Dymna
« Odpowiedź #20 dnia: Styczeń 10, 2005, 01:05:30 am »
Uczciwie robić swoje – na nasze pytania odpowiada Anna Dymna
Cytuj
Anna Dymna ma na swoim koncie ponad 150 ról. Od 1973 roku nieprzerwanie jest związana z Teatrem Starym w Krakowie. Swoją popularność wykorzystuje, by pomagać innym. Uhonorowana została prestiżowym Medalem Brata Alberta. Prowadzi program "Spotkajmy się" w TVP 2 poświęcony osobom niepełnosprawnym, jest również założycielką fundacji "Mimo wszystko".


Vide także:
Medale św. Brata Alberta przyznane
Pozdrawiam :))
"Starsza Letnia Miotełka"

Offline Gaga

  • Administrator
  • Rozgadany Weteran
  • *****
  • Wiadomości: 26258
Ludzie o wielkim sercu-Anna Dymna
« Odpowiedź #21 dnia: Styczeń 14, 2005, 12:34:14 am »
Kłopoty niepełnosprawnych
W Krakowie niepełnosprawni umysłowo po kilka lat czekają na miejsce w ośrodkach prowadzących warsztaty terapii zajęciowej. Podobnie w domach pomocy społecznej.

W sąsiednich miejscowościach są wolne miejsca, ale nie dla krakowian, bo Urząd Miasta nie chce za nich płacić. "Władze doprowadziły do absurdalnej sytuacji" - alarmują fundacje pomagające niepełnosprawnym.

W schronisku dla osób niepełnosprawnych w Radwanowicach warsztaty terapii zajęciowej prowadzą dwie fundacje:
Brata Alberta i Mimo Wszystko Anny Dymnej.
W tej chwili mają 23 wolne miejsca. Najtrudniej jest przekonać do warsztatów opiekunów niepełnosprawnych z małych miejscowości.

Tymczasem z Krakowa zgłosiło się już kilkudziesięciu niepełnosprawnych. Ale nie mogą oni skorzystać z warsztatów poza miastem, bo gmina Kraków nie chce za to zapłacić.

Co gorsza, okazuje się, że to samo dotyczy miejsc w domach pomocy społecznej. W Krakowie czeka się po kilka lat. W Radwanowicach są puste pokoje.

Aby skorzystać z warsztatów wystarczy orzeczenie o niepełnosprawności.
Zajęcia są bezpłatne i nie odbierają prawa do renty. Informacje można uzyskać pod krakowskimi numerami 283-87-59 i 283-90-80.

(Kronika)
Pozdrawiam :))
"Starsza Letnia Miotełka"

Offline Gaga

  • Administrator
  • Rozgadany Weteran
  • *****
  • Wiadomości: 26258
Ludzie o wielkim sercu-Anna Dymna
« Odpowiedź #22 dnia: Marzec 20, 2005, 12:35:18 am »
Oddaję to, co dostałam  

Może cierpienie jest właśnie po to, żeby poznać smak szczęścia i radości

 Dostaję listy, w których czytam: „Nie wolno się pani zestarzeć”, „Pani jest nasza Ania Pawlaczka”. Przepraszam, ale Pawlaczką już nie będę, tak jak nie będę już Małgorzatą z „Mistrza i Małgorzaty”. Czas płynie, czego nie akceptuje wielu widzów. Dla mnie to sens życia. Przyjmuję to wyrozumiale.
 

 
Cytuj
To są ludzie o trwale uszkodzonych umysłach. Nie porozmawiam sobie z nimi intelektualnie, ale takie rozmowy mam na co dzień, w teatrze. Ci ludzie mają coś, czego my nie mamy: czyste, nieskażone uczucia. Nie potrafią mózgiem zabić potrzeb emocjonalnych. Patrząc na nich, uświadomiłam sobie, jak bardzo człowiek jest potrzebny człowiekowi. Złapałam się na tym, że też często mam ochotę do kogoś się przytulić, powiedzieć, co czuję, o czym marzę, ale... wstydzę się. Myślę: nie wypada! Ludzie coraz rzadziej patrzą sobie w oczy, boją się siebie, wstydzą... nie ufają. Walczą o coś, pędzą gdzieś, zabiegają o stanowiska, pieniądze. Niepełnosprawni umysłowo tego nie potrafią. I stało się tak, że ja, z tego normalnego świata, na wysokim poziomie intelektualnym i artystycznym, jeżdżę do tamtego ich świata, niby nienormalnego, po normalność. Te wizyty stały się dla mnie lekiem na stresy i zło naszego świata.
EWA LIKOWSKA
Pozdrawiam :))
"Starsza Letnia Miotełka"

Offline Nadziejka

  • Gadacz
  • *****
  • Wiadomości: 1522
Ludzie o wielkim sercu-Anna Dymna
« Odpowiedź #23 dnia: Marzec 20, 2005, 10:53:52 am »
Wielką mądrość i wielkie serce trzeba posiadać, by napisać o ludziach upośledzonych umysłowo tak jak pani Ania:
Cytuj
Są to najcudowniejsze istoty na świecie: życzliwe, spontaniczne, niezakłamane. Oni są czyści w odruchach. Zredukowani umysłowo nie potrafią kombinować. W przeciwieństwie do nas, zdrowych.

To było z wywiadu, który znajduje się na początku tego tematu. To jest przecież także o moim synu i sama prawda.  Jak także to, co zacytowała Gaga ostatnio:
Cytuj
Ci ludzie mają coś, czego my nie mamy: czyste, nieskażone uczucia. Nie potrafią mózgiem zabić potrzeb emocjonalnych.

No i łzy same cisną się do oczu...
Mama Michałka (5 lat)

Offline dorota1

  • Raczkujący Gadacz
  • ****
  • Wiadomości: 485
Ludzie o wielkim sercu-Anna Dymna
« Odpowiedź #24 dnia: Marzec 20, 2005, 01:08:02 pm »
To rzeczywiście jest piękne, takie są nasze dzieci dlatego mamy takie szczęscie to oni nas uczą miłosci bezinteresownej dla innych.

Offline Gaga

  • Administrator
  • Rozgadany Weteran
  • *****
  • Wiadomości: 26258
Ludzie o wielkim sercu-Anna Dymna
« Odpowiedź #25 dnia: Kwiecień 15, 2005, 12:32:14 am »
Anna Dymna



Zbieram piękne gesty

Była Barbarą Radziwiłłówną, córką profesora Wilczura, Anią z Samych swoich.
Teraz jest wielkim ambasadorem niepełnosprawnych.
Anna Dymna nie tylko zbiera dla nich pieniądze. Stara się również przeniknąć do ich świata. I zrozumieć go.


Ludzie ufają jej i ofiarowują swoje pieniądze. Dlatego stworzyła fundację Mimo Wszystko, która pomaga osobom upośledzonym umysłowo. Działa w niej, nie biorąc dla siebie ani grosza. Jest bezinteresowna wobec swoich podopiecznych, tak jak - jej zdaniem - oni są bezinteresowni, szczerzy i prawdziwi. Ludzie zdrowi często nie chcą dostrzegać, że dookoła nich żyją chorzy. Anna Dymna patrzy na świat szeroko otwartymi oczami i otwartym sercem. I namawia nas, byśmy byli dobrzy.

GALA: Jesteś wielką aktorką, a od pewnego czasu także wielką instytucją charytatywną. Okazało się, że masz smykałkę do zbierania pieniędzy.

ANNA DYMNA: Nie lubię pieniędzy, ale są bardzo przydatne, gdy chce się pomagać innym ludziom.

GALA: Cel uświęca środki?

A.D.: Pieniądze są potrzebne, lecz nie są moim jedynym celem. Prowadzę program Spotkajmy się w telewizyjnej Dwójce. Rozmawiam przed kamerą z ludźmi chorymi, pokrzywdzonymi, okaleczonymi przez los. Za każdym razem jest to dla mnie niezwykłe przeżycie. Lubię te rozmowy, choć często są bardzo tragiczne. Moi rozmówcy stają się moimi najlepszymi przyjaciółmi. Weszłam w ich świat. Świat ludzi, o których mówi się, że są inni. Ludzi, którzy mają potworne problemy ze sobą, ze swoim zdrowiem, którzy bardzo często są w straszliwej sytuacji życiowej. Zdumiewające! Zauważyłam, że często mało mówimy o ich cierpieniu fizycznym, o kalectwie. W naszych rozmowach istotna okazuje się samotność, miłość, odrzucenie. Choć są pełnoprawnymi obywatelami, często są pozbawiani wielu praw, spychani na obrzeża życia. Jestem z innego świata, ale wiem, że ci ludzie, choć przykuci do wózków, ze śmiercią na karku, są tacy sami jak ja. Czują tak jak my, mają takie same potrzeby, ambicje, talenty. Chcą być potrzebni, chcą być traktowani normalnie. Boimy się ich, ale najchętniej nie zauważalibyśmy, że oni istnieją.

GALA: Dlaczego chciałaś zbliżyć się do niepełnosprawnych umysłowo?

A.D.: Zetknęłam się z nimi przez przypadek. To są osoby piękne, czyste. One rozumieją świat uczuciami, bo umysły mają ograniczone. Ogromnie dużo mnie nauczyli. Na początku bałam się ich. Nie wiedziałam, czy umiem z nimi rozmawiać. Nie wiedziałam, czy coś zrozumieją. Okazuje się, że mam z nimi jak - najlepszy kontakt. Oni naprawdę kochają, naprawdę cię potrzebują, naprawdę się cieszą. Wszystko robią naprawdę, bo nie potrafią udawać! W tym świecie, gdzie my wszystkiego się boimy, nie patrzymy sobie w oczy, otoczeni jesteśmy kłamstwem, możemy się od nich uczyć. Moi podopieczni dają mi dużo do myślenia o moim życiu. Jak jesteśmy zakłamani, jak przestajemy się nawzajem potrzebować, jak boimy się siebie.

GALA: Spotkajmy się to program trudny do oglądania i trudny do prowadzenia.

A.D.: Często po tych rozmowach nie mogę się uspokoić. Myślę o moich rozmówcach. O ich bezradności, cierpieniu. Często nie mogę pojąć wszystkiego, co do mnie mówią. Nie umiem opowiedzieć, co ten program przede mną otworzył! Zobaczyłam, że piękno jest zupełnie gdzie indziej, niż my wszyscy myślimy. Prawdziwe wartości są naprawdę zupełnie inne. To, o co walczymy i czemu poświęcamy życie, często nie jest tego warte. Ci ludzie - którzy cierpią, nie chodzą, żyją w tragicznej sytuacji - są radośni i mówią, że życie jest piękne.

GALA: Ludzie pomagają fundacji, bo doskonale cię znają i kochają.

A.D.: Fakt, że jestem aktorką od 35 lat, wzbudza zaufanie. Ludzie lubią mnie, bo kiedyś zagrałam Marysię Wilczurównę albo Barbarę Radziwiłłównę. To jest pewien kapitał. Na pewno mi łatwiej.

GALA: Czym się kierowałaś, zakładając fundację Mimo Wszystko? Mało masz zajęć!?

A.D.: Założyłam ją tylko po to, żeby uratować 26 osób niepełnosprawnych umysłowo. Chciałam stworzyć dla nich warsztaty. Miałam zamiar ciułać grosiki i jakoś tych moich podopiecznych utrzymywać. Nagle się okazało, że można zrobić znacznie więcej. Ludzie sami zaczęli do mnie przychodzić, dawali pieniądze. Dzwonili i mówili: "Chcemy pomóc". "Dlaczego mnie?" - pytałam. "Bo nie wiemy, komu i jak pomóc, a pani wie". Czasem wiedziałam. Nie mogłam odmawiać. Ludzie bardzo chcą pomagać!

GALA: Jak psychicznie znosisz nieszczęścia, z którymi stykasz się teraz na co dzień?

A.D.: Ta fundacja ratuje mnie psychicznie. Program Spotkajmy się jest dla mnie straszliwym problemem, bo muszę z gośćmi rozmawiać o rzeczach tak okrutnych, że sama tego nie wytrzymuję. Nie mogę sobie z tym poradzić. Program jest bardzo ważny, bo ma "odwstydzić" różne problemy. Ma uczłowieczyć śmierć, uczłowieczyć cierpienie i przestrzec, że każdy z nas pewnego dnia może zachorować. Po tych rozmowach i spotkaniach boję się, nie śpię po nocach. Ale za chwilę daje mi to ogromne siły. Dzięki temu, że mam fundację, mogę konkretnie pomagać także bohaterom moich programów. Znam ich rodziny, najpilniejsze potrzeby, sposoby leczenia. Wszystko dokładnie sprawdzam, niczego nie robię chaotycznie, jak bywało dawniej. A zdarzało się, że ludzie prywatnie pisali do mnie listy z prośbą o pomoc i ja prywatnie, jako Anna Dymna, wysyłałam paczkę. To było niedobre i jeszcze niejednokrotnie w łeb za to dostawałam. Właśnie teraz otrzymałam pieniądze z Irlandii. I rozdam je potrzebującym w sposób rozsądny. Mogę przyznawać stypendia, zapewniać rehabilitację.  

 GALA: Wokół wielu fundacji nie ma teraz dobrej atmosfery. Nie boisz się, że ludzie ulegną nastrojom nieufności i nie będą chcieli cię wspomagać?

A.D.: Dobro jest teraz towarem podejrzanym. Jak robisz dobrze, musisz się cały czas tłumaczyć, dlaczego to robisz. A ja nie jestem w stanie wytłumaczyć, dlaczego pomagam. Po prostu robię to. W Polsce ludzie są już zmęczeni tym, co się dzieje: nienawiścią, komisjami śledczymi, wzajemnym pomawianiem się. Chcą być dobrzy, poczuć radość i lekkość. Nie jestem zbieraczem pieniędzy. Zbieram dobre i piękne gesty i odruchy serca ludzi, którym los innych nie jest obojętny.

GALA: Wszystko w fundacji robisz za darmo!

A.D.: Nie biorę za to grosza i nigdy w życiu nie wezmę, bo wtedy odebrałoby mi to całą radość. Ona jest cenniejsza i polega właśnie na tym, żeby zrobić coś z innego powodu niż pieniądze.

GALA: Ile znaczy dla ciebie ten jeden procent z naszych podatków?

A.D.: W zeszłym roku dostałam tytuł organizacji pożytku publicznego na tydzień przed końcem rozliczeń podatkowych, dałam tylko trzy ogłoszenia i dostałam od ludzi około 200 tysięcy złotych. Wpłaty były różne, wiele po 10-15 złotych. To dało mi spokojne prowadzenie warsztatów terapeutycznych przez rok. Zatrudniam terapeutów, muszę mieć dla podopiecznych profesjonalnych psychologów, wychowawców. Płacę im pensje. A wyposażenie? Kwestuję. Kiedyś używałam słowa "naciągam". Teraz mówię "zdobywam".

GALA: Teraz znów intensywnie namawiasz nas, byśmy byli dobrzy.

A.D.: Ten jeden procent to jest szansa, żeby konkretnie zmieniać świat. Nie namawiam ludzi, żeby płacili wyłącznie na moją fundację. Niech płacą, komu chcą. Byle tylko dzielili się z innymi. Każda złotówka to czyjś uśmiech.

GALA: Jak łączysz pracę zawodową i charytatywną?
A.D.: Mniej śpię, więcej pracuję. Po prostu. Gram w Teatrze Starym, uczę w szkole teatralnej, prowadzę Salon Poezji. Te zajęcia da się pogodzić. Czasami jestem zmęczona, ale na wszystko mam czas.

Rozmawiała Dorota Wellman
Nr 15, od 11 do 24 kwietnia
Pozdrawiam :))
"Starsza Letnia Miotełka"

Offline Ulka

  • User z prawami do pisania
  • Rozgadany Weteran
  • *******
  • Wiadomości: 10988
Dzień z życia Anny Dymnej
« Odpowiedź #26 dnia: Kwiecień 19, 2005, 09:56:39 am »
Ludzie traktują mnie jak zabytek Krakowa. Uśmiechają się, dają prezenty. Hejnaliści wpuszczają mnie na wieżę mariacką. Na przełomie milenium to ja o północy pociągałam za sznur. Gdy wracam wieczorem do mojego domku za miastem, na płocie czekają na mnie trzy koty: Czacza, Haszysz i ogromny kocur Książę, który uciekł z domu, by zamieszkać ze mną. Niwelują wszystkie złe prądy, to dlatego jestem taka zdrowa

zobacz zdjęcia

http://kobieta.gazeta.pl/wysokie-obcasy/5,53581,2654485.html
Ulka-Darek30mpdz & Magda31 &   wspomnienia

Offline Ulka

  • User z prawami do pisania
  • Rozgadany Weteran
  • *******
  • Wiadomości: 10988
Pozwolić niepełnosprawnym tworzyć
« Odpowiedź #27 dnia: Kwiecień 19, 2005, 09:58:04 am »
Pozwolić niepełnosprawnym tworzyć


Ruszyła licytacja piętnastu rysunków wykonanych przez podopiecznych Anny Dymnej.

 
Biorąc udział w aukcji, pomożemy niepełnosprawnym
Autorami prac są niepełnosprawni intelektualnie dorośli, którymi opiekuje się w ośrodku w Radwanowicach fundacja Anny Dymnej Mimo Wszystko. Aukcję zorganizowały wspólnie fundacja, "Rz" i radiowa Jedynka.

Pieniądze będą przeznaczone na utrzymanie warsztatów terapii artystycznej, np. farby, wyżywienie, pensje pięciu terapeutów. 26 niepełnosprawnych przez osiem godzin dziennie zajmuje się m.in. tkactwem, malarstwem, teatrem. - Czują się potrzebni - przekonuje Anna Dymna.

Za pośrednictwem strony internetowej licytować można już od wczoraj. Cena wywoławcza rysunku to 50 złotych. Każdy z nich będzie opatrzony autografem Anny Dymnej. Finał aukcji nastąpi w piątek.

http://www.rzeczpospolita.pl/gazeta/wydanie_050419/kraj/kraj_a_13.html
Ulka-Darek30mpdz & Magda31 &   wspomnienia

Offline Ulka

  • User z prawami do pisania
  • Rozgadany Weteran
  • *******
  • Wiadomości: 10988
Wygrać życie, mimo wszystko
« Odpowiedź #28 dnia: Czerwiec 02, 2005, 06:13:24 pm »
Wygrać życie, mimo wszystko


Od niepełnosprawnych powinniśmy uczyć się radości życia i pokonywania słabości - mówi aktorka Anna Dymna

 
Anna Dymna zaczyna następną akcję na rzecz niepełnosprawnych

I takiemu celowi: pokazania, co potrafią ludzie chorzy i ułomni, służy VI Tydzień Osób Niepełnosprawnych, który w środę rozpoczął się w Krakowie. Wypełni go mnóstwo imprez artystycznych i sportowych, w czasie których wraz z niepełnosprawnymi bawić się będą mieszkańcy Krakowa i turyści.

Największym wydarzeniem jest niedzielne spotkanie na krakowskim Rynku Głównym pod hasłem "Zwyciężać mimo wszystko". - Swoje osobiste zwycięstwa nad słabością i chorobą zaprezentują tam niepełnosprawni z całej Polski - zapowiada Anna Dymna, założycielka Fundacji Mimo Wszystko, główna organizatorka niedzielnej imprezy.

Będą spektakle teatralne i popisy sportowe oraz finał I Festiwalu Piosenki Zaczarowanej dla Osób Niepełnosprawnych z udziałem 16 wokalistów wybranych spośród 370 osób, które zgłosiły się do konkursu. Ale nie pojawią się sami, lecz w duetach z gwiazdami: Edytą Bartosiewicz, Anną Marią Jopek, Urszulą, Sylwią Wiśniewską, Pawłem Kukizem, Grzegorzem Turnauem, Piaskiem i Michałem Wiśniewskim. Koncert transmitować będzie TVP 2.

http://www.rzeczpospolita.pl/gazeta/wydanie_050602/kraj/kraj_a_10.html
Ulka-Darek30mpdz & Magda31 &   wspomnienia

Offline Gaga

  • Administrator
  • Rozgadany Weteran
  • *****
  • Wiadomości: 26258
Ludzie o wielkim sercu-Anna Dymna
« Odpowiedź #29 dnia: Sierpień 05, 2005, 11:08:07 pm »
Anna Dymna buduje dom dla niepełnosprawnych

Mam potrzebę spłacenia długu ludziom, a niepełnosprawnym w szczególności. Dali mi siłę, bo jak mogłabym narzekać, leżąc z uszkodzonym kręgosłupem, jeśli wokół mnie kręcili się ludzie bez rąk i nóg i byli szczęśliwi.


 To prawda, że stara się pani o kawał lasu pod Lubiatowem?
- Nie wiem, czy nie za wcześnie o tym mówić. No ale, niech będzie... Mam się spotkać z waszym wojewodą. Chcę go prosić, by przekazał mojej, założonej z końcem ubiegłego roku fundacji "Mimo wszystko", piękny teren między Lubiatowem a Kopalinem, który dwa lata temu opuściło wojsko.

- Co tam miałoby powstać?
- Europejski integracyjny ośrodek dla niepełnosprawnych. Nie ma w Polsce takiego miejsca, do którego niepełnosprawni umysłowo z domów opieki społecznej mogliby za darmo jeździć. Wpadłam na pomysł, by przekazać te ziemie jakiejś fundacji. Nie znalazłam takiej zainteresowanej. Swojej jeszcze wówczas nie miałam. Ale teraz już mam i mogę działać.

- Czemu akurat tutaj?
- Od wielu lat przyjeżdżam na wakacje nad morze. Obserwowałam ten cudowny teren od dawna. Rozpytywałam leśniczych. Nikt nie potrafił mi powiedzieć, co tu powstanie. A takie niezagospodarowane tereny popadają szybko w ruinę. Minęły już dwa lata i nic się tam nie dzieje!

- Jak miałby wyglądać taki ośrodek?
- Są tam baraki wojskowe. Na początek można w jednym zrobić warsztaty terapeutyczne dla dzieci. Liczę, że gdyby to były dzieci, łatwiej będzie zdobyć pieniądze. Z czasem rozpisałoby się konkurs architektoniczny na projekt. W miejscu baraków stanęłyby małe pawilony przygotowane dla ludzi o różnym stopniu niepełnosprawności, baseny. Trzeba to tak budować, by nie zniszczyć ani jednego drzewa.

- A pieniądze?
- To nie problem, zdobędę je. Trzeba uruchomić media, bogate firmy. Unia Europejska chętnie dofinansowuje takie projekty. Założyłam fundację, by ludzie mogli wpłacać pieniądze. Ostatnio dzwoniła firma z Warszawy. Chcą mi dać 50 tysięcy, bo szukają kogoś wiarygodnego. A moja fundacja jest jednoosobowa, jeśli zginą jakieś pieniądze, to będzie wiadomo, że to ja je ukradłam. "Mimo wszystko" jest organizacją pożytku publicznego i w ciągu dwóch dni napłynęły na konto takie pieniądze, o które walczyłam pół roku. Później ośrodek już sam by się utrzymywał. Przecież są w Europie bogaci ludzie, którzy mają niepełnosprawne dzieci i nie mają gdzie z nimi jeździć. Lubiatowo to nie pomysł zwariowanej aktorki. Wiele osób tu ma dzieci niepełnosprawne, które po ukończeniu 18 roku życia są pozamykane w domach i rodzice nie wiedzą, co z nimi zrobić.

- Jest pani ciężko doświadczona przez los. Trzy ciężkie wypadki samochodowe, pożar mieszkania, śmierć ukochanego męża...
- Nieszczęścia, wypadki... nie mówmy o tym. Było i minęło. Jestem aktorką. Może gdybym nią nie była, to teraz siedziałabym na rencie lub jeździła na wózku inwalidzkim. Aktorstwo to zawód, który wymaga nieprawdopodobnej mobilizacji, więc zaciskałam zęby i ćwiczyłam.

- Pomaga pani niepełnosprawnym, prowadzi w TVP program "Spotkajmy się", do którego zaprasza ludzi pokrzywdzonych przez los. Czy w ten sposób chce pani spłacić życiu dług?
- Mam potrzebę spłacenia długu ludziom, a niepełnosprawnym w szczególności. Dali mi siłę, bo jak mogłabym narzekać, leżąc z uszkodzonym kręgosłupem, jeśli wokół mnie kręcili się ludzie bez rąk i nóg i byli szczęśliwi.

- Były takie chwile, że mówiła pani "już nie mogę, poddaje się"?
- Zdarzały się, ale kiedy na tych salach tortur patrzyłam jak sparaliżowani zaczynali ruszać palcami, siły do walki mi wracały.

- Po co pani po własnych tragediach jeszcze nieszczęścia innych?
- Bo mnie to wzmacnia. Dostaję listy od ludzi, którzy piszą, jak potrzebny jest taki program. Ale też te programy odchorowuję ciężko. Czasem wydaje mi się już, że nie dam rady, bo nie śpię tydzień, ale kontakty z niepełnosprawnymi umysłowo ratują mnie psychicznie. W naszym świecie jest taki kryzys wartości, ludzie się nienawidzą, oddalają od siebie. Nasze życie staje się zimne i przerażające, tak jakby wszyscy nagle zaczęli serca tracić. Ludzie przestali się spotykać przy stole, przy pół litrze, pierogach... A do niepełnosprawnego umysłowo trzeba się przytulić, pogłaskać. On pokazuje, jaki człowiek człowiekowi jest potrzebny. W takich chwilach wydaje mi się, że to ja do nich przyszłam z nienormalnego świata. To jest przerażające, ale mówi, w jakich czasach żyjemy.

- Nie lepiej zapomnieć, korzystać z prawa gwiazdy, bywać w tzw. wielkim świecie i zarabiać, pokazując swoją twarz w reklamach?
- Gwiazdorstwo mnie nigdy nie interesowało. Mogłabym robić reklamy, grać w serialach i zbudować kilka domów, ale to nie dla mnie. Na seriale nie mogę się zdecydować, nie wiedząc, jaki będzie koniec, czy będzie 100, czy 200 odcinków...

- Ale pieniądze z reklamy mogłyby przydać się fundacji...
- Gdybym reklamowała proszki do prania czy mleko, bo to mi proponowali, to nie byłabym wiarygodna jako kobieta, która ma fundację. A poza tym jestem aktorką od 35 lat i walczę o godność w tym zawodzie, uczę studentów, mam autorytet i szkoda by mi było teraz poświęcić swoją twarz dla majonezu. Nie będę wisieć na billboardach z jajkiem rozbitym na oku albo z domalowanymi wąsami. Jak dostaję pieniądze od firmy, to mam taki plakacik, gdzie jestem w otoczeniu niepełnosprawnych i tym im dziękuję. Walcząc o pieniądze na moją fundację będę dawała moją twarz. Ale póki co tylko w taki sposób.

- Trochę pani szokuje, rozmawiając z niewidomymi o kolorach, z przykutymi do wózków o lataniu, z oszpeconymi o miłości. To nie jest dla tych ludzi wstrząs?
- Dostaję w łeb od wielu ludzi za ten program, ale mnie to nie obchodzi. Terapeuci twierdzą, że nie umiem się zachować. Ja nie jestem terapeutą, nie jestem psychologiem, jestem normalnym człowiekiem. Program prowadzę na poziomie mojej wrażliwości. Siedzę przy człowieku i zapominam, że on nie ma nóg, czy jest niewidomy. Rozmawiam o tym, o czym on chce. Ludzie, którzy umierają, pragną mówić o śmierci. Oni są napiętnowani tym, że umierają i wszyscy się od nich odwracają. Ich trzeba ze śmiercią oswoić. A jak człowiek jest sparaliżowany i ma dwójkę pięknych dzieci, to aż czeka, by ktoś zadał mu pytanie, jak on te dzieci zrobił. Więc się go pytam. Wie pani, jaki jest szczęśliwy...

- Chciała pani być psychologiem klinicznym, pracować z więźniami i chorymi psychicznie. Myśli pani, że więcej w takiej sytuacji można było zrobić, niż teraz będąc aktorką?
- Przecież aktorzy nie robią w życiu nic innego tylko zajmują się drugim człowiekiem. Jak gram rolę, to muszę wiedzieć, dlaczego ta postać zachowuje się tak, a nie inaczej. To fascynujący zawód, bo człowiek poznaje duszę innego człowieka. A psychologiem klinicznym właściwie jestem. Życie zatoczyło takie koło.

- Aktorkom po pięćdziesiątce trudno o rolę?
- Czas działa na naszą niekorzyść. Mężczyzna 50-letni nabiera jako aktor dopiero charakteru. Kobieta, nawet jeśli jest świetną aktorką, idzie w odstawkę. Ale ja nie będę zaprzedawać duszy diabłu, by cofnąć czas. Mogłabym coś sobie odessać, podciąć, podciągnąć i udawać, że mam 40 lat, ale to jest głupie i niepotrzebne. A jak mam grać coś, co mnie nie interesuje, to lepiej zrobić przedstawienie z niepełnosprawnymi lub zorganizować im festiwal. Zagrałam już tyle ról, że więcej nie muszę. Przymierzam się, by zrobić kampanię społeczną i pokazać, że starość jest piękna i dużo warta, a w Polsce starych ludzi nieomal "wyrzuca się na śmietnik". Znam wspaniałe osoby, które się wstydzą, że są stare, a starość powinna być powodem do największej dumy, a w społeczeństwie powodem do największego szacunku.

- Chce pani zorganizować dzień niepełnosprawnego...
- Tak. Pierwsze takie święto chorych ludzi już 13 czerwca na rynku w Krakowie. Będzie organizowane co roku. Będę się zajmować wszelkimi formami niepełnosprawności - sportem, teatrem, piosenką, wierszami pisanymi przez niepełnosprawnych, które będą czytane przez znanych aktorów. Cały rok będę zbierać wiersze, a potem wydam książkę. Proszę zaapelować, może ktoś z waszego terenu mógłby mi przysłać wiersze chorych na schizofrenię, ociemniałych...

- Jest jakieś kryterium?
- Muszę wiedzieć, ile ten ktoś ma lat i na co choruje. To wszystko. Niepełnosprawni to ludzie, którzy mogą nas wiele nauczyć, bo z innej strony patrzą na życie. Oni są tak samo nam potrzebni, jak my im, mają w sobie taką siłę i taką radość, której my nie mamy.

Fundacja Anny Dymnej
Jest organizacją pożytku publicznego, co oznacza, że 1 procent ze swojego dochodu, zamiast urzędowi skarbowemu, można jej przekazać. Podajemy adres i numer konta:
"Mimo wszystko" Fundacja Anny Dymnej, ul. Kościuszki 43, 30-114 Kraków.
E-mail: mimowszystko@interia.pl

http://www.mimowszystko.org/katdetail.php?katId=100

Pod ten adres można nadsyłać wiersze napisane przez niepełnosprawnych.
ING Bank Śląski: 70 1050 1445 1000 0022 7599 1459.

Rozmawiała Beata Jajkowska
Dziennik Bałtycki

http://www.wm.pl/Index.php?ct=niepelnosprawni&id=618451
Pozdrawiam :))
"Starsza Letnia Miotełka"

Offline Gaga

  • Administrator
  • Rozgadany Weteran
  • *****
  • Wiadomości: 26258
Ludzie o wielkim sercu-Anna Dymna
« Odpowiedź #30 dnia: Marzec 24, 2006, 12:30:46 pm »
Wywiad z Anną Dymną.

Wyrzuciłam syna z domu
Anna Dymna (54 l.): To z powodu miłości



Foto Grzegorz Kozakiewicz/Forum, Grażyna Makara/Agencja Gazeta

Z aktorką spotykamy się w gmachu TVP. Wygląda wspaniale. Podczas rozmowy co chwila dyskretnie poprawia włosy.

- Farbuję je - rzuca widząc, że zwracają moją uwagę. Emocjonuje się bardzo opowiadając o niepełnosprawnych podopiecznych. - Ma pani papierosa? - w pewnym momencie macha ręką w kierunku asystentki. - Jak nie zapalę, to zwariuję! - tłumaczy. Ale nie zapala. Pytana o męża nie ukrywa, że nie jest łatwą partnerką. - Ale największe zawirowania mam już za sobą - wyjaśnia.

O swoich kotach mówi: - Gdy czasem płaczę, one patrzą na to, ale nie załamują się, jak ja. Pomruczą, pomruczą i ja przestaję.

- Nie chce pani grać w serialach, ale przyjęła pani rolę w reklamie. Dla pieniędzy?

- To nie tak. Grać w serialu to bardzo poważna decyzja, zmieniająca styl, sens i rytm życia. Gdy dostaję takie propozycje, dokładnie rozważam za i przeciw. Mogłabym spokojnie zarabiać w reklamie czy serialu na większy dom, na basen, na podróż do Afryki, na luksusowe auto, ale musiałabym zrezygnować z wielu pasji i zajęć, które nadają prawdziwy sens mojemu życiu. To są nasze trudne wybory. Ale mam już 54 lata, coraz bardziej cenię upływający czas i naprawdę już wiem, co jest dla mnie ważne. Oczywiście, że pieniądze by się przydały, a i oddech na miłym serialowym planie zwolniłby może trochę szalony pęd mojego życia.

- Wróćmy do reklamy Totalizatora.

- Kiedyś odrzucając udział w reklamie mleka austriackiego zażartowałam: "Wezmę udział w reklamie, gdy będę mogła wspierać coś, co jest moją miłością i pasją". Totalizator sam się do mnie zwrócił z propozycją wsparcia mojej fundacji "Mimo Wszystko". Zdecydowałam więc pokazać twarz z podopiecznym na billboardach.

- Dużo pani na tym zarobiła?

- To zarobił Totalizator Sportowy i cały zysk z tego specjalnego zakładu przekaże na konto mojej fundacji. Prawdopodobnie będzie to ponad 100 tysięcy złotych. Jeszcze nie znamy ostatecznej kwoty.

- Na co przeznaczy pani te pieniądze?

- Na całoroczny, wymarzony dom wczasowo-rehabilitacyjny dla osób niepełnosprawnych i warsztaty terapeutyczne w pięknym nadmorskim lesie. Potrzebuję na to kilkanaście milionów.

- Niektórzy mówią: "Dymna zaprzedała się, goniąc za mijającą sławą".

- Jak bym słuchała tego, co inni mówią, to bym już dawno musiała się powiesić. Z różnych powodów czasami ludzie się tak zachowują, we wszystkim szukają oszustwa, złych intencji. Żyjemy w czasach, w których dobro jest najbardziej podejrzaną wartością i budzi nieufność. Ale ja i tak lubię ludzi! Są naprawdę wspaniali. Niektórzy tylko o tym jeszcze nie wiedzą. Na swoją twarz pracowałam 35 lat - ciężko, solidnie i uczciwie. Teraz ją wykorzystuję bezczelnie i z radością, by pomóc innym. I co w tym złego? Nie gonię za sławą, bo już się wcześniej nagoniłam. Teraz ją tylko zamieniam na coś innego. Za pracę w fundacji nie biorę pieniędzy. I będę dla niej pracować dopóki mam siły i dokąd będzie mi to sprawiało radość.

- Pomaganie bez rozgłosu nie daje pani takiej radości?

- Wolałabym pomagać po cichutku, bez billboardów i kampanii medialnych. Ale właśnie moja znana z ekranu, publiczna twarz może nagłaśniać i wspierać wiele trudnych problemów i mozolnych działań wspaniałych ludzi. Telewizja i reklama dają siłę i napęd. Gdyby nie telewizyjne emisje i współpraca z TVP 2, to Festiwal Zaczarowanej Piosenki obejrzałoby w zeszłym roku nie ponad 3 miliony widzów, a zaledwie kilka tysięcy na krakowskim Rynku.

- W programie "Spotkajmy się" wciąż rozmawia pani z ludźmi dotkniętymi przez los. Można się po jakimś czasie uodpornić na ich ból, na cierpienie?

- Ja nie potrafię. Gdyby tak się stało, ten program straciłby sens i musiałabym przestać go robić.

- Jaką pani płaci za to cenę?

- Czasami ogromną. Moi niepełnosprawni goście opowiadają rzeczy, które mnie przerastają. Po tych rozmowach często nie śpię wiele nocy i nie mogę poradzić sobie ze swoimi emocjami. Ale w rezultacie one dają mi siły do działania. Za każdym razem odkrywam nieprawdopodobną rolę tych ludzi w naszym życiu, tak rzadko przez nas uświadamianą. Ale by to odkryć, nie trzeba bać się ich cierpienia.

- Kiedyś się pani bała?

- W 1999 roku pojechałam na festiwal osób niepełnosprawnych umysłowo. Byłam przewodniczącą jury. Przeżyłam to strasznie. Bałam się tych ludzi, jak wielu z nas. Wyjechałam z gorączką, z bólem głowy i serca. Ale nie mogłam o nich zapomnieć. Nie wiedziałam, co mnie do nich ciągnęło. Teraz to odkrywam. To świat ludzi pięknych, czystych, którzy mają nieskazitelne uczucia. Wiedzą o życiu takie rzeczy, których my, zdrowi, pewnie nigdy nie poznamy.

- Myśli pani czasami o wycofaniu się z zawodu?

- Nie, ale przemijania się nie zatrzyma. Czas największej aktywności zawodowej mam już za sobą. Zagrałam około 200 ról filmowych, telewizyjnych i teatralnych. Ale to prawda, gdy gram - jestem szczęśliwa. Pojawienie się na scenie i wejście w cudze życie jest dla mnie lekarstwem i zbawieniem. Świat niepełnosprawnych jest zupełnie inny - konkretny i prawdziwy. Te dwa światy dają mi pełną harmonię w życiu, w domu.

- Ma pani 20-letniego syna. Jaką jest pani matką?

- W ubiegłym roku "wyrzuciłam" Michała z domu. Umówiliśmy się, że jak będzie pełnoletni, dostanie się na studia, to tak właśnie postąpimy. Jak był mały, powtarzałam mu: "Jesteś jedynakiem, prawdziwym moim skarbem. Nie możemy dopuścić do tego, bym cię zadręczyła miłością. Będziesz musiał brać ster w swoje ręce, popełniać swoje błędy, decydować o sobie i swoich wyborach. Oczywiście będę blisko!". Więc jak dostał się na studia, spakowałam go.

- I bez protestów opuścił dom.

- To była wspólna trudna decyzja. Mieszka na magicznym strychu w centrum Krakowa, gdzie kiedyś mieszkałam z Wiesiem Dymnym. Oczywiście tęsknię za synem, a on za mną. Ale cóż za radość, gdy się spotykamy! Nigdy mojego dziecka nie miałam dosyć. Robiliśmy razem tyle rzeczy, śpiewaliśmy, pisaliśmy wiersze, książki. Do dziś mam cztery tomy zielników, które razem zrobiliśmy. Dostaliśmy za nie szóstkę z botaniki. Najgorsze, że teraz nie mam z kim grać na komputerze!

- Mąż panią wspiera?

- Bardzo, choć nietypowe z nas małżeństwo. Jest dyrektorem Teatru Słowackiego w Krakowie i pracuje od świtu do nocy. Ja pracuję w Starym Teatrze. Jesteśmy więc konkurencją. Nie mamy do siebie pretensji o cokolwiek, bo jak ja jestem w domu, to jego nie ma, a jak on jest, to mnie nie ma. Więc cieszymy się z chwil, gdy jesteśmy razem. Ale razem robimy też wspaniałe rzeczy. Poprosiłam go cztery lata temu, by udostępniał w niedzielne poranki salę foyer w swoim teatrze. Otworzyłam tam Krakowski Salon Poezji. Właśnie odbyło się 158. spotkanie.

- Zastanawia się pani nad tym, co będzie pani robiła za dwadzieścia lat?

- Mam nadzieję, że wytrzymam to tempo. Mam tyle rzeczy do zrobienia! Przecież gdy się jest wolontariuszem, to powinno się żyć wiecznie, by nie zostawiać swoich podopiecznych. Kiedy zwolnię, będę pisać. Do dwóch książek już się zabieram: o Wiesiu Dymnym i "Spotkajmy się" - o moich niezwykłych rozmówcach z telewizyjnego programu.

Anna Dymna (54 l.)
Popularność przyniosła jej rola wnuczki Pawlaka w "Nie ma mocnych" i "Kochaj albo rzuć". W 1973 r. wyszła za mąż za Wiesława Dymnego - współtwórcę Piwnicy pod Baranami. Miała 27 lat, gdy została wdową. W 1983 poślubiła rehabilitanta Zbigniewa Szota. Ma z nim syna. Rozwiedli się po 6 latach. Obecnie jej mężem jest Krzysztof Orzechowski, dyrektor Teatru Słowackiego w Krakowie.

autor: Rozmawiała Monika Dąbrowska
Super Express z dnia 24 marca 2006 roku.
Pozdrawiam :))
"Starsza Letnia Miotełka"

Offline Ulka

  • User z prawami do pisania
  • Rozgadany Weteran
  • *******
  • Wiadomości: 10988
Ulka-Darek30mpdz & Magda31 &   wspomnienia

Offline Emilianka

  • User z prawami do pisania
  • Wyjadacz
  • *****
  • Wiadomości: 3124
Ludzie o wielkim sercu-Anna Dymna
« Odpowiedź #32 dnia: Maj 21, 2006, 01:33:34 pm »
Artykuł o Annie Dymnej. - Ona jest wiarą mocna

http://film.onet.pl/0,0,1336048,1,600,artykul.html

Cytuj
W bogatym dorobku artystycznym Aktorki znalazły się wspaniałe kreacje, jakie stworzyła na scenie macierzystego Teatru Starego w Krakowie, gdzie nadal pracuje. Od zupełnie innej strony poznaliśmy Dymną w telewizyjnych programach „Spotkajmy się”. Raz w miesiącu w telewizyjnej Dwójce rozmawia ona w fascynujący sposób z ludźmi niepełnosprawnymi, przybliżając widzom ich marzenia, postawy i sposób na życie.

Mądrość audycji polega na tym, że możemy tych ludzi lepiej poznać i wiele się od nich nauczyć. Zrozumieć, czym jest szczęście, jak nie dać się złamać losowi, i że nie warto rezygnować z życiowych zamiarów. Mimo wszystko. „Mimo Wszystko” – to nazwa fundacji charytatywnej, którą Anna Dymna prowadzi od 2003 r. Aktorka przyznaje, że praca z ludźmi niepełnosprawymi daje jej ogromną energię. Odkryła też prawdę, która kiedyś stanowiła dla niej tajemnicę, podczas gdy inni już tę tajemnicę dawno posiedli. – To nie jest tak, że tylko my jesteśmy potrzebni ludziom chorym i niepełnosprawnym. Oni są nam bardzo potrzebni. Mają w sobie coś takiego, co może przywrócić człowiekowi wiarę w sens istnienia – zauważa pani Anna.


Cytuj
Anna Dymna jest człowiekiem pełnym ciepła, serdeczności i niespożytej energii. Z planu zdjęciowego goni zagrać spektakl w Teatrze Starym w Krakowie albo na nagranie do telewizji. Sprawami fundacji zajmuje się nieustannie. O każdej porze dnia, a kiedy trzeba – również i nocy. Znajduje też czas na refleksję. Wyszła właśnie książka, w której opublikowany został wywiad rzeka, jaki z Dymną przeprowadził Wojciech Szczawiński. Mądra książka, nad którą warto się pochylić, by lepiej zrozumieć bliźniego. Kupując ją, można również wesprzeć fundację. Zastanawiałam się, skąd u Dymnej taka ogromna miłość, która przepełnia przestrzeń między nią a innymi. Już wiem: Z wiary. – Mojej wiary w Boga nie zaburzy żaden człowiek ani zdarzenie – wyznaje Dymna Szczawińskiemu. Ona jest wiarą mocna. To widać. – Nigdy nie pomagałam ludziom, by potem czekać na ich wdzięczność albo nagrodę od Boga w życiu wiecznym – mówi. I dodaje:
– Nie kalkuluję.


( źródło: Tygodnik Katolicki)

Offline sonia

  • User z prawami do pisania
  • Rozgadany Weteran
  • *******
  • Wiadomości: 25632
    • Dar Życia
Ludzie o wielkim sercu-Anna Dymna
« Odpowiedź #33 dnia: Czerwiec 15, 2006, 06:18:00 pm »
Zwyciężać mimo wszystko - ogólnopolskie spotkanie integracyjne

Fundacja Anny Dymnej „Mimo wszystko” zaprasza na trzecie ogólnopolskie spotkanie integracyjne pod hasłem: „Zwyciężać mimo wszystko”, które będzie się odbywać na krakowskim Rynku w dniach 17-18 czerwca 2006 r. W programie m.in. II Edycja Festiwalu Zaczarowanej Piosenki „A na tym Rynku w Krakowie...”

Program Imprezy Integracyjnej Zwyciężać Mimo Wszystko
17 – 18 czerwca 2006

Sobota 17 czerwca

8:00 – 13:00 Próby z gwiazdami, Rynek
10:00 - Konferencja „Zwyciężać Mimo Wszystko” w Międzynarodowym Centrum Kultury, Rynek Główny 25
14:00 - UROCZYSTE OTWARCIE IMPREZY scena pod Ratuszem
15:00 – 17:00 Koncert Finałowy Festiwalu Zaczarowanej Piosenki z niepełnosprawnymi
finalistami Festiwalu zaśpiewają: Monika Brodka, Edyta Górniak, Justyna Steczkowska,
Michał Bajor, Adam Nowak, Mietek Szcześniak
Koncert poprowadzą: Anna Dymna, Maciej Stuhr i Zbigniew Zamachowski
17:30 – Ogólnopolski Przegląd Teatralny Osób Niepełnosprawnych, 5 grup teatralnych

Niedziela 18 czerwca

10:00 – 14:00 Zwyciężać Mimo Wszystko – Pokazy niepełnosprawnych mistrzów sportu, mecz siatkówki reprezentacji Polski siatkarzy niepełnosprawnych i gwiazd – 10 dyscyplin
15:00 - 19:00 Pokazy Ratownictwa WOŚP
21:00 - Wielki Koncert Fundacji Mimo Wszystko. Wystąpią: Irena Santor, Blue Cafe, Ich Troje, Paweł Kukiz, Andrzej Piaseczny, zwycięzcy II Festiwalu Zaczarowanej Piosenki
Koncert poprowadzą: Anna Dymna i Piotr Truszkowski, Bliss Band, Full Power Spirit.
organizator: Fundacja Anny Dymnej "Mimo Wszystko"
adres: ul. Balicka 12A/5B, 30-149 Kraków
tel.: /faks 012 422 69 03,
www: http://www.mimowszystko.org

miejsce: Kraków
data wydarzenia: 2006-06-17 do 2006-06-18
Źródło: Fundacja Anny Dymnej "Mimo Wszystko"

18 czerwca 2006 r. na krakowskim Rynku odbył się niecodzienny koncert
Tam gdzie warto dotrzeć, nie ma dróg na skróty.
Sonia, mama Moniki z zD- 19,10l. , Domowa terapia

Offline Gaga

  • Administrator
  • Rozgadany Weteran
  • *****
  • Wiadomości: 26258
Nowe warsztaty powstają w Radwanowicach
« Odpowiedź #34 dnia: Wrzesień 29, 2006, 07:26:01 pm »

 Anna Dymna, która od lat pomaga niepełnosprawnym, wyróżniona została Medalem św. Jerzego, przyznawanym przez Tygodnik Powszechny


Nowe warsztaty powstają w Radwanowicach

Nowe warsztaty terapii zajęciowej dla niepełnosprawnych zamierza wybudować w Radwanowicach Fundacja Anny Dymnej „Mimo Wszystko”.
 
 
W piątek drewnianą kapliczkę, będącą nietypowym kamieniem węgielnym pod budowę warsztatów, poświęcił metropolita krakowski kard. Stanisław Dziwisz.

Przywołując słowa Jana Pawła II kardynał przypomniał, że niepełnosprawni powinni być otoczeni nie tylko opieką, ale i miłością i są dla nas w świecie wypełnionym pogonią za zyskiem szansą na rozwijanie bezinteresownej pomocy. – Pomaganie drugiemu człowiekowi, a szczególnie niepełnosprawnemu, należy do istoty bycia uczniem Chrystusa – powiedział kard. Dziwisz.

Warsztaty powstaną na 8 ha dawnego gospodarstwa rolnego, które fundacja „Mimo Wszystko” otrzymała na 50 lat od Fundacji im. Brata Alberta za symboliczną złotówkę.

– Powstanie tam sala rehabilitacyjna i sala teatralna. Warsztaty te będą służyć podopiecznym obu fundacji i uczniom z miejscowej integracyjnej szkoły podstawowej – mówił dziennikarzom prezes Fundacji im. Brata Alberta ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski.

Anna Dymna mówiła, że te „warsztaty są dowodem, że warto robić coś razem patrząc na cel”. – My się nie kłócimy, nie przepychamy. Są wspólni podopieczni i my możemy im pomagać. To jest cudowne – uważa aktorka.

Budowa powinna ruszyć wiosną przyszłego roku. Cała inwestycja pochłonie ok. 8 - 10 mln zł. Fundacja „Mimo Wszystko” zbiera fundusze na ten cel, będzie się też ubiegać o dotacje m.in. ze środków UE.

Anna Dymna, która od lat pomaga niepełnosprawnym, wyróżniona została w br. Medalem św. Jerzego, przyznawanym przez Tygodnik Powszechny. Aktorkę nagrodzono za "walkę ze smokiem obojętności i rezygnacji" i za to, że z powodzeniem przekonuje innych, iż niepełnosprawni mogą nas nauczyć miłości.

Obecnie z warsztatów terapeutycznych prowadzonych w Radwanowicach korzysta 150 niepełnosprawnych, choć chętnych jest dużo więcej.(PAP)
Pozdrawiam :))
"Starsza Letnia Miotełka"

Offline sonia

  • User z prawami do pisania
  • Rozgadany Weteran
  • *******
  • Wiadomości: 25632
    • Dar Życia
Ludzie o wielkim sercu-Anna Dymna
« Odpowiedź #35 dnia: Październik 01, 2006, 12:26:32 pm »
Dymna i Kołakowski - rycerze walczący ze smokami

Kim są rycerze Medalu św. Jerzego, przyznawanego przez "Tygodnik Powszechny" od 1993 r.? To ludzie, którzy nie boją się walczyć ze współczesnymi smokami zła. Tym razem kapituła wyróżnienia uhonorował Annę Dymną i prof. Leszka Kołakowskiego.

Znana aktorka i założycielka Fundacji Mimo Wszystko oraz filozof odebrali wczoraj swoje medale. Wzruszona Anna Dymna mówiła o tym, że wyróżnienie nie należy się jej, lecz niepełnosprawnym, z którymi pracuje podczas warsztatów terapeutycznych. - Kiedy jest mi naprawdę źle, to właśnie wśród niepełnosprawnych umysłowo szukam normalności - mówiła aktorka. Prof. Kołakowski też odżegnywał się od tytułu rycerza walczącego ze smokami: - Nie ujarzmiłem smoka. Co najwyżej drażniłem się z nim, a on się irytował - stwierdził.




Tam gdzie warto dotrzeć, nie ma dróg na skróty.
Sonia, mama Moniki z zD- 19,10l. , Domowa terapia

Offline Gaga

  • Administrator
  • Rozgadany Weteran
  • *****
  • Wiadomości: 26258
Ludzie o wielkim sercu-Anna Dymna
« Odpowiedź #36 dnia: Grudzień 20, 2006, 10:20:20 pm »
Anna Dymna tworzy nowy ośrodek
19 grudnia 2006

Nowy ośrodek rehabilitacyjno-wczasowy fundacji Anny Dymnej „Mimo wszystko” powstanie w Lubiatowie. Znajdą się tu m.in. warsztaty terapeutyczne dla osób niepełnosprawnych.

– Teren w Lubiatowie fundacja otrzymała w listopadzie 2005 r., do morza jest 300 metrów – powiedziała Ewa Dziadyk, przedstawicielka fundacji. Osoby niepełnosprawne będą tu mogły wypoczywać wraz ze swymi najbliższymi.

Podczas otwarcia III Międzynarodowego Konkursu Kalendarzy i Kart Świąteczno-Noworocznych VIDICAL 2007, 1 lutego 2007 r. w Muzeum Plakatu w warszawskim Wilanowie odbędzie się aukcja na rzecz fundacji Anny Dymnej. Przebiegać będzie pod hasłem „Kalendarze mimo wszystko”. Całość uzyskanych środków zostanie przekazana na rzecz ośrodka w Lubiatowie.

Licytowane będą prace ofiarowane przez byłych jurorów, jak Franciszek Starowieyski, Waldemar Świerzy, Janusz Stanny, Jan Jaromir Aleksiun, Tomasz Bogusławski, Krzysztof Gierałtowski, Tadeusz Rolke, a także po raz pierwszy w Polsce oryginalny kalendarz Pirelli 2007.

Fundacja „Mimo Wszystko” jest organizacją pożytku publicznego.

We wrześniu 2003 roku założyła ją Anna Dymna. Początkowo praca fundacji koncentrowała się na utrzymywaniu warsztatów terapeutycznych oraz opiece nad osobami niepełnosprawnymi intelektualnie ze schroniska im. Brata Alberta w podkrakowskich Radwanowicach.

Obecnie fundacja znacznie poszerzyła działalność – organizuje i współorganizuje imprezy integracyjne, aukcje, konferencje.
Pozdrawiam :))
"Starsza Letnia Miotełka"

Offline sonia

  • User z prawami do pisania
  • Rozgadany Weteran
  • *******
  • Wiadomości: 25632
    • Dar Życia
Ludzie o wielkim sercu-Anna Dymna
« Odpowiedź #37 dnia: Luty 16, 2007, 07:21:55 am »
Z odruchu serca

- Bohdan Gadomski
Boże święty, kobieto, coś ty narobiła! - rozmowa z Anną Dymną

Nasz świat zdąża w złym kierunku - samotności i ciemności. Ludzie coraz mniej ze sobą rozmawiają, życie ma tempo, które jest wręcz zgubne. Staram się temu nie poddawać. Walczę o okruszyny normalności - mówi aktorka Anna Dymna.



Bohdan Gadomski: Znalazła pani wspólny język z osobami chorymi i niepełnosprawnymi. Czy dlatego, że sama pani w życiu wiele przeszła?

Anna Dymna: Na to składa się bardzo wiele powodów. Byłam wychowywana w poszanowaniu i miłości do ludzi. Uprawiam zawód, który polega na tym, że muszę zrozumieć sytuację i postępowanie drugiego człowieka. Całe życie uczyłam się słuchać i rozmawiać z ludźmi. Otwartość i potrzebę rozmawiania wyniosłam z domu, a z biegiem lat wypracowywałam te predyspozycje jako aktorka. Gdy miałam w życiu problemy i tragedie, pomogli mi ludzie.

Najbardziej - niepełnosprawni. Kiedyś, gdy byłam bliska załamania i się rozsypywałam, zobaczyłam roześmiane dziewczyny na wózkach inwalidzkich.

One mnie zawstydziły, dały mi siły i pomogły cieszyć się tym, co mam i brać w garść

Najpierw zaprzyjaźniłam się, dzięki księdzu Tadeuszowi Zaleskiemu, prezesowi Fundacji Brata Alberta, z ludźmi niepełnosprawnymi umysłowo. To dla nich założyłam Fundację "Mimo wszystko" i w lutym 2004 roku otworzyłam Warsztaty Terapii Artystycznej w Radwanowicach, dla tych, którzy stracili prawo do korzystania z placówki dotowanej przez państwo. Teraz, na ośmiu hektarach otrzymanych od księdza Zaleskiego, zaczynam budowę nowoczesnych warsztatów terapeutycznych dla podopiecznych obu fundacji.

Oni są jak duże dzieci. Godni szacunku i pomocy. Nie potrafią o siebie walczyć ani nawet poprosić o pomoc. Za to mają w sobie coś pięknego i czystego. To najpiękniejsi ludzie, jakich w życiu widziałam, chociaż może inaczej i czasem brzydko wyglądają.

Dlaczego pani to wszystko robi?

Nasz świat zdąża w złym kierunku - samotności i ciemności. Ludzie coraz mniej ze sobą rozmawiają, życie ma tempo, które jest wręcz zgubne. Staram się temu nie poddawać. Walczę o okruszyny normalności. Źle się dzieje w życiu publicznym. Padają autorytety. Ludzie coraz bardziej się nienawidzą z powodu swoich kompleksów, ze strachu, z braku pracy. Może dlatego lgnę do ludzi niepełnosprawnych umysłowo. Jeżdżę do nich po odrobinę normalnych odruchów.

Czyżby ludzie niepełnosprawni umysłowo pokazywali, co jest najważniejsze dla człowieka w jego życiu?

Oni przez to, że nie mają dobrze rozwiniętych mózgów, niczym nie manipulują, działają odruchami i przypominają, że człowiekowi najbardziej potrzebna jest bliskość i obecność drugiego człowieka. Cieszą się, że jestem z nimi, lubią się przytulić, zwierzyć czy choćby przy mnie popłakać.

Jak żyje się w Polsce ludziom przewlekle chorym?

Bardzo źle, okropnie. Często wydaje się, że nic im się nie należy. Czasem wegetują w nędzy, bezradni, samotni i czekają na śmierć.

Czyli nie boi się pani zmierzyć z cudzą ułomnością?

Nie, chociaż jest to bardzo trudne i chyba nigdy nie nauczę się dystansu w kontaktach z nimi. Nie panuję często nad swoimi reakcjami i emocjami. Po prostu przy nich pękam. Ale nauczyłam się od nich być z nimi, trzymać za rękę w najgorszych momentach, milczeć lub rozmawiać o cierpieniu i śmierci.

Często po nagraniach Programu TVP 2 "Spotkajmy się", nie śpię wiele nocy. Czasem te spotkania odchorowuję. Zauważyłam kilka razy, że bolą mnie choroby moich rozmówców. Kiedyś, po programie o stwardnieniu guzowatym i raku nerki, moje nerki pękały z bólu. W odreagowaniu najbardziej pomaga mi teatr, który jest jedynym miejscem, do którego wchodząc, muszę zapomnieć o wszystkim i stworzyć zupełnie inny świat.

Skąd czerpie pani siły i motywacje do dalszych działań?

Przede wszystkim z ludzi. Prowadzę fundację, w której jest zatrudnionych ponad 20 osób. Mam filię w Gdańsku, gdyż na terenie woj. pomorskiego, w lesie nad samym morzem, zaczynam budowę ośrodka terapeutyczno-wczasowego. Mam wspaniałych, oddanych pracowników, przyjaciół, wolontariuszy. To oni dają mi największe siły. Po części też, podobnie jak ja, są wolontariuszami, bo pracują po godzinach i zawsze, gdy są potrzebni.

Pracuje pani ponad siły i nie bierze za to grosza?

Za pracę w fundacji nic nie biorę, chociaż, jak trzeba, pracuję po kilkanaście godzin na dobę. Myślę, że gdybym brała za to pieniądze, to nie miałabym sił do tak intensywnego działania. A tak, sprawa jest czysta. Zapłatą jest ogromna, nieopisana radość, że mogę się komuś przydać. To największa zapłata. A że to nie jest takie proste, najlepiej wiedzą moje koty.

Do kogo adresowana jest Fundacja "Mimo wszystko"?

Fundacja działa ponad trzy lata, chociaż niektórzy myślą, że znacznie dłużej, bo bardzo intensywnie działa i rozwija się w lawinowym tempie. Prowadzimy subkonta, fundujemy różne stypendia dla osób chorych, dla rodzin z niepełnosprawnymi dziećmi, dofinansowujemy operacje, leczenia, rehabilitacje. Pieniądze zdobywamy od wielu sponsorów, organizujemy różne aukcje, ale przede wszystkim walczymy o wpłaty z 1 proc. podatków. Państwo i urzędy wobec moich działań są zwykle naprawdę życzliwe. Chociaż czasem nasłucham się przykrych rzeczy.

Na przykład - jakich?

W Polsce, jak ktoś robi coś dobrego, to zwykle od razu jest podejrzany. W fundacjach wielu ludzi wietrzy jakiś przekręt. Gdy pojechałam nad morze, żeby walczyć o ziemię dla swoich podopiecznych, to od razu usłyszałam: "Co, Dymna chce ziemię? Ona musi coś kombinować". A tymczasem fundacje wyręczają państwo i państwo powinno być dla nas życzliwe.

A nie jest?

Na szczęście często jest. Nie narzekam. Niestety, są i takie fundacje, które nie działają przejrzyście, nie rozliczają się, piorą brudne pieniądze. Wystarczy, że jest afera w jednej fundacji, a cień pada na wszystkie.

Jak reaguje pani na zarzuty pod własnym adresem?

Kieruję na stronę internetową. Tam są wszelkie nasze rozliczenia. Jestem czysta i przejrzysta, więc spokojnie robię swoje.

Czy osoby chore i niepełnosprawne zastanawiają się nad sensem życia głębiej niż my?

Oczywiście. Przykuci do wózka, z innej perspektywy patrzą na życie. Cenią każdą chwilę, umieją się cieszyć z drobiazgów, widzą więcej niż my, którzy pędzimy jak szaleni i często nie dostrzegamy w tym pędzie, ile mamy powodów do szczęścia. Rozmawiam z ludźmi, którzy przeszli choroby nowotworowe, operacje, wypadki, i pytam ich - co się zmieniło, a oni mówią:

"Boże, nie wiedzieliśmy przed tym, że życie jest takie piękne". Dla nich, na Rynku w Krakowie, robię Festiwal Zaczarowanej Piosenki i tam, obok niepełnosprawnych wokalistów wybranych z całej Polski, stoją największe gwiazdy i wszystkie mówią, że spotkało ich coś niezwykłego, że inaczej zaczynają patrzeć na życie.

Jakich rzeczy dowiaduje się pani od nich?

Wielu. Ale wszyscy powtarzają, że żadne cierpienie nie jest tak straszliwe jak samotność. Miłość, przyjaźń, czasem dobre słowo sprawiają, że każde cierpienie jest ludzkie. I zawsze do zniesienia. Nawet śmierć przy bliskiej osobie traci swoją grozę i moc. I potrafi być uśmiechnięta.

Zapewne jest pani poddawana wielu stresom?

Pewnie, że jestem. Ale mam na to swoje dymne metody. Poczytam wiersze, pogłaszczę koty, pobiegnę do teatru czy do studentów i stres znika.

Czy tak aktywna działalność wolontariuszki nie przysłania pracy aktorki?

Nie.

Ale mniej oglądamy panią na dużym i małym ekranie.

Po pięćdziesiątce ma się mniej propozycji. To normalne. Poza tym bardziej szanuje się czas. Nie przyjmuję więc "gównianych" propozycji. Bardzo trudno jest mi decydować się na rolę w serialu, bo musiałabym zrezygnować ze wszystkiego, na czym mi zależy. Ale gram teraz żonę mafiosa, niedużą rolę w serialu "Odwróceni".

Niektórzy mówią, że Dymnej nie zależy już na karierze aktorskiej...
Karierę robiłam dawno. W moim wieku już się jej zwykle nie robi. Nadal jestem aktorką i czuję się prawdziwie szczęśliwa, gdy gram. Właśnie dzisiaj gram Arkadinę w "Mewie" w Teatrze im. J. Słowackiego w Krakowie. W moim macierzystym Starym Teatrze pracuję nad rolą Klitajmestry w "Orestei".

Jak postrzega pani młode pokolenie kandydatów na aktorów, z którym ma pani kontakt na co dzień w PWST w Krakowie?

Młodzi zawsze są tacy sami, tylko ci obecni są w dużo gorszej sytuacji niż my w ich wieku. Brakuje im autorytetów. Żyją w dziwnych czasach, pełnych pułapek, niebezpiecznych, pociągających atrakcji, ogromnego pędu i chaosu.

Przecież mają kontakt z Anną Dymną.

Jestem bardzo szczęśliwa, jeśli mogę się komuś na coś przydać. Wydaje mi się, że młodzi ludzie są często jakby przestraszeni i coraz bardziej smutni.

Wielu koło dwudziestki już wie, co to depresja. Ja jestem czasem dużo radośniejsza od nich. Mają trudne wybory, chociaż większe od naszego pokolenia możliwości i otwarty świat. Tylko nie ma im kto doradzić, co mają wybrać, a złudnych propozycji jest wiele. Mam 21-letniego syna. On od rzeczywistości uciekł w muzykę, której jest pasjonatem. Studiuje filmoznawstwo, ale tak naprawdę jego światem jest improwizacja i jazz.

W ramach fundacji realizuje pani dziesiątki projektów pomocy dotkniętym przez los. Nad jakim pracuje pani teraz?

Teraz przygotowuję festiwal "Albertiana". Z moimi "aktorami" z Teatrzyku Radwanek pracujemy nad nowym przedstawieniem "Kozucha Kłamczucha". Premiera 19 marca w Teatrze Słowackiego podczas "Albertiany". Kilka dni temu podpisałam z TVP porozumienie o współpracy na kolejne trzy lata przy Festiwalu Zaczarowanej Piosenki. To dla mnie wielka rzecz.

Podobno zbiera pani chwile?

Życie składa się z wielu pięknych chwil. Zbieram je chciwie, bo dają mi siłę. Zbieram radości, wzruszenia, a przede wszystkim rozmowy ze wspaniałymi ludźmi, wielkimi poetami, aktorami, filozofami, artystami i tymi zwyczajnymi i prostymi...

Czy potrafi pani dostosować się do obecnych czasów?

Nie chcę dostosowywać się do obecnych czasów. Musiałabym się zmienić, nauczyć się nienawidzić, walczyć. Nie chcę się temu poddać, wolę unikać agresji i zła, jeśli się da. Smoki wolę oswajać, niż je zabijać. Naprawdę się udaje.

Nawet jak ludzie kpią z pani i nazywają ją: "Matka Boska", "anioł", "święta"?
Wolę uchodzić za naiwną i moralizatorkę. Mam to gdzieś. Z premedytacją mówię dobre rzeczy o ludziach i świecie, bo w ten sposób prowokuję dobro.

Czasem, gdy słyszę, że udaję dobrą, bo się starzeję i nie mam co grać, to mnie trochę boli i zdarza się, że sobie popłaczę do poduszki.

Czyli nie jest pani przez wszystkich kochana?

To przecież niemożliwe. Niektórzy mnie wręcz nienawidzą, bo jestem dla nich jakimś wyrzutem sumienia. Mówią do mnie: "Skąd ty masz tyle siły, jak ty to wszystko godzisz!? Ja bym nie potrafił" - no i mnie nie lubią. "Jerzy Owsiak powiedział mi: "Anka, musisz pamiętać jedną rzecz. Jeżeli ci się uda to, co sobie zamierzyłaś, to zaczniesz się spotykać z okropną nienawiścią z różnych stron. Ale to będzie dowód na to, że rzeczywiście zrobiłaś coś dobrego".

Widzę, że działa pani odruchowo, z potrzeby serca.

Zgadza się. Niczego nie kalkuluję. Gdybym dokładnie przeanalizowała, co to znaczy mieć fundację, nigdy bym jej nie założyła, bo z pewnością doszłabym do wniosku, że nie dam rady. Założyłam ją, bo musiałam ratować 26 osób, które zostały wyrzucone poza nawias życia, pozbawione warsztatów terapeutycznych. Zrobiłam to z odruchu serca, nie miałam wyjścia ani czasu na rozwagę. Teraz czasami budzę się w nocy i myślę sobie: Boże święty, kobieto, coś ty narobiła! Ale tyle dobrego zaczęło się dziać, tyle rzeczy już się udało uruchomić, że nie żałuję.


źródło_oryg. w płatnym on-line
Tam gdzie warto dotrzeć, nie ma dróg na skróty.
Sonia, mama Moniki z zD- 19,10l. , Domowa terapia

Offline Gaga

  • Administrator
  • Rozgadany Weteran
  • *****
  • Wiadomości: 26258
Ludzie o wielkim sercu-Anna Dymna
« Odpowiedź #38 dnia: Marzec 27, 2007, 09:06:12 am »
Anna Dymna nagrodzona
Cytuj
Aktorka Anna Dymna, zaangażowana w pomoc niepełnosprawnym oraz działacz "Solidarności", członek KOR Henryk Wujec otrzymali w poniedziałek nagrody im. Andrzeja Bączkowskiego za 2006 r.

Nagrodę przyznawana jest co roku, w rocznicę śmierci zmarłego w 1996 r. ministra pracy, wybitnym działaczom społecznym. Laureaci są honorowani za krzewienie idei służby publicznej i działalność "w duchu porozumienia i współpracy".

Nagrody przyznano po raz 10. i z tej okazji wyróżniono nie jedną, lecz dwie osoby. Uroczystość odbyła się w Warszawie w redakcji "Rzeczpospolitej".

Anna Dymna została wyróżniona za to, że "od lat działa na rzecz osób niepełnosprawnych, uchodźców, ludzi w trudnym położeniu" i "znana jest z tego, że nie odmawia nikomu w potrzebie". Podkreślano jej "ogromną wrażliwość, szacunek dla drugiego człowieka, chęć zrozumienia jego problemów, ciepło i nadzieję, które ofiarowuje innym".

Dymna - odbierając nagrodę - podkreśliła, że "nie robi niczego nadzwyczajnego, zaś takie momenty dają jej siłę do uśmiechu i dalszej pracy".
Pozdrawiam :))
"Starsza Letnia Miotełka"

Offline sonia

  • User z prawami do pisania
  • Rozgadany Weteran
  • *******
  • Wiadomości: 25632
    • Dar Życia
Ludzie o wielkim sercu-Anna Dymna
« Odpowiedź #39 dnia: Maj 18, 2007, 07:35:17 am »
Anna Dymna zebrała 4 miliony
-Małgorzata Wach

Fundacja Anny Dymnej "Mimo Wszystko" zebrała aż 4 mln zł z 1-procentowego odpisu od podatku! Dystansując takie organizacje, jak Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy czy fundacja TVN "Nie jesteś sam".



Większość organizacji pożytku publicznego jest już w stanie oszacować, ile wyniosą wpływy z 1 procentu odpisu w 2007 r. Absolutną rekordzistką jest w tym roku Fundacja Anny Dymnej "Mimo Wszystko". W ubiegłym roku znana aktorka zebrała 3 mln zł. W tym suma wpłacona na konto jej fundacji jest o ponad milion złotych wyższa. Ale bilans nie jest jeszcze zamknięty.

Swój procent na działalność fundacji wpłaciło około 25 tys. osób z całej Polski. Największa wpłata wyniosła 7 tys. zł, najmniejsza - złotówkę.

Znaczna część pieniędzy - jak podkreśla Maja Jaworska, dyrektor Fundacji "Mimo Wszystko" - "jest naznaczona". Wpłynęły one bowiem z przeznaczeniem dla konkretnych osób. Wśród nich jest m.in. 32-letni Janusz Świtaj, o którym kilka miesięcy temu mówiła cała Polska.

Mężczyzna od 14 lat jest sparaliżowany. W lutym poprosił o zgodę na odłączenie go od aparatury utrzymującej przy życiu. Dziś jest pracownikiem Fundacji "Mimo Wszystko". Pomaga osobom, które są w podobnej sytuacji jak on. Odnalazł sens. Chce żyć. To właśnie jemu setki osób zdecydowały się przekazać swój 1 procent. Uzbierało się 150 tys. zł.

- Za te pieniądze kupimy Januszowi specjalny wózek elektryczny z respiratorem dostosowany do potrzeb osoby sparaliżowanej - opowiada Maja Jaworska. - Wózek będzie wyjątkowy, bo i Janusz jest wyjątkowy.

Janusz waży bowiem ponad 100 kg i ma prawie 2 m wzrostu, dlatego sprzęt zostanie wykonany w Szwecji na zamówienie. Standardowe będą tylko koła.

Po historii z Januszem fundacja Anny Dymnej została dosłownie zasypana listami i e-mailami. O pomoc poprosiło blisko 700 osób z całego kraju.

Część z nich natychmiast otrzymała odpowiedź. Dla wielu innych udzielenie pomocy będzie możliwe właśnie za sprawą 1 procentu. Ale - jak podkreśla Anna Dymna - największa część wpływów zgodnie z wcześniejszą zapowiedzią zostanie przeznaczona na budowę warsztatów terapeutycznych w podkrakowskich Radwanowicach. Koszt inwestycji szacowany jest na około 10 mln zł. Początek budowy przewidywany jest na wrzesień tego roku.

Ile z 1 procentu zebrały inne organizacje?

* Polska Akcja Humanitarna - około 800 tys. zł
* Zarząd Główny PCK - około 80 tys. zł (liczenie w zarządach okręgowych trwa)
* Fundacja Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy - ponad 1 milion 137 tys. zł (w ubiegłym roku ponad 939 tys).
* Fundacja TVN "Nie jesteś sam" - 1 mln 384 tys. zł (przed rokiem 840 tys. zł)
* Fundacja Polsat - 600 tys. zł (rok temu 428 tys. zł)
* Caritas Polska - 1 milion 146 tys. zł (liczenie w Caritas diecezjalnych i archidiecezjalnych trwa. W ubiegłym roku Caritas udało się w sumie zebrać 7 mln zł)


Źródło: Gazeta Wyborcza - Kraków

Twarz bardzo mi pomaga - rozmowa z Anną Dymną

 Dla mnie pieniądze z 1 procentu odpisu są najważniejsze na świecie, bo ludzie wyciągnęli je z własnych kieszeni i zdecydowali, że właśnie nam chcą je dać - mówi szefowa Fundacji "Mimo Wszystko" Małgorzata Wach: W zeszłym roku trzy miliony, w tym roku ponad cztery miliony - w jaki sposób zdobywa się takie pieniądze?

Anna Dymna: Na taki wynik Fundacja "Mimo Wszystko" pracuje przez cały rok i myślę, że ludzie to naprawdę widzą. Dlatego nam ufają. Za mną stoi dwudziestoosobowy sztab wspaniałych ludzi, którzy, jak trzeba, pracują po kilkanaście godzin. Wkładają w tę robotę serce. Organizujemy dwa ogólnopolskie festiwale, ja mam w TV program "Spotkajmy się",
współpracujemy z innymi organizacjami. Docieramy do konkretnych ludzi, którzy nas potrzebują, i bardzo konkretnie im pomagamy. Myślę, że to się liczy. Dla mnie pieniądze z 1 procentu są najważniejsze na świecie, bo ludzie wyciągnęli je z własnych kieszeni i zdecydowali, że właśnie nam chcą je dać.

Spece od reklamy mówią, że ludzie dają pieniądze dlatego, że fundacja ma twarz Anny Dymnej.

- Nigdy nie założyłabym fundacji, gdybym nie miała przekonania, że moja twarz ma jakąś siłę. Ciągle słyszęŁ ,,Pani to ma dobrze, bo jest pani Anną Dymną". Tak, to prawda. Twarz bardzo mi pomaga. Ale nie widzę w tym nic złego. Sama zapracowałam na swój wizerunek. Niektórzy występują w reklamach. Moja twarz firmuje fundację, która robi coś dla innych. Pewnie nie do wszystkich dociera fakt, że choć jestem jej prezesem, to nie biorę za tę pracę ani złotówki. Pracuję jako wolontariusz. Oczywiście zawsze się znajdzie ktoś, komu muszę udowadniać, że nie jestem wielbłądem.

Pani działalność budzi zawiść u innych ludzi?

- Kiedy ma się do czynienia z dużymi pieniędzmi, nie sposób uniknąć podejrzeń czy zjadliwych komentarzy. Ale ja śpię spokojnie. Jeśli przyjmuję od kogoś pieniądze, to spisuję umowę, w której zaznaczam, na co te pieniądze zostaną przeznaczone. Wszystko jest czyste. Dbam też o to, aby informacje na temat wydatków były umieszczane na naszej stronie internetowej. Ludzie mają prawo wiedzieć, na co wydajemy ich pieniądze.

Zdarzyło się oczywiście, że ktoś chciał u nas odstawić lewiznę, bo myślał, że aktorka to się na niczym nie zna, ale od razu powiedziałam o tym publicznie. To było ostrzeżenie dla tych, którzy chcieliby na naszej fundacji płynąć. A do tego, że ktoś nas czasem pomawia, zdążyłam się przyzwyczaić. Myślę, że ludzie robią to odruchowo. Bo w Polsce w ogóle jest teraz taki klimat, że ciągle ktoś kogoś o coś podejrzewa - pacjenci lekarzy, lekarze pacjentów. Wszyscy się podejrzewają w związku z lustracją. Coraz trudniej jest o wiarygodność, a z drugiej strony ludzie potrzebują uśmiechu, ciepła, zainteresowania. Chcą czuć się ważni i potrzebni. Staram się wokół fundacji właśnie taką atmosferę budować.


Źródło: Gazeta Wyborcza - Kraków
Tam gdzie warto dotrzeć, nie ma dróg na skróty.
Sonia, mama Moniki z zD- 19,10l. , Domowa terapia

Offline Gaga

  • Administrator
  • Rozgadany Weteran
  • *****
  • Wiadomości: 26258
Ludzie o wielkim sercu-Anna Dymna
« Odpowiedź #40 dnia: Czerwiec 08, 2007, 09:31:29 am »
Jestem szczęśliwa, gdy pomagam...

Rozmowa z Anną Dymną

Stanisław Skórka: - Jak to się stało, że jedna z najpiękniejszych aktorek w historii polskiego kina podjęła się tak trudnej pracy na rzecz ludzi niepełnosprawnych?


Anna Dymna: - Myślę, że na pewnym etapie życia człowiek odkrywa, że czegoś mu brakuje, że nie powinno się żyć samemu dla siebie. Rodzice wychowali mnie w świadomości ogromnego szacunku dla drugiego człowieka. Dla mnie jest absolutnie oczywiste, że jeśli ktoś się potknie i przewróci, to ja muszę pomóc mu wstać. Byłam wychowywana także w poszanowaniu starości i miłości do przyrody. Wszelkie zachowania wynosi się więc z domu, tam są korzenie.


Potem zostałam aktorką. To zawód publiczny. Już od 25 lat wspieram odnowę zabytków Cmentarza Rakowickiego, brałam udział w różnych akcjach charytatywnych. Chociaż za komuny takie przedsięwzięcia były rzadkością. Przecież żyliśmy w „szczęśliwym” kraju. Ludzie wstydzili się i bali opowiadać o swoim życiu, mówić o swoich problemach, niepełnosprawnych zaś nie widywano na ulicach, bo władze chciały budować wizerunek pięknego, komunistycznego kraju, w którym nie ma kalectwa, nie ma cierpienia, i wszystko jest piękne. Wszystko się oczywiście zmieniło, gdy zmianie uległa rzeczywistość społeczna.

Sama droga do założenia fundacji była bardzo długa. Angażowałam się w różne kwesty, bale dobroczynne - nie wszyscy w pełni to doceniali, bo na przykład podczas kwesty na rzecz dzieci chorych na nerki zadzwoniła pewna pani mówiąc: - My tu robimy taką uroczystość i będziemy zbierać pieniądze na rzecz dzieci ofiar wypadków drogowych. Ja odpowiadam: - Nie mogę, dlatego, że jestem tego dnia gdzie indziej i kwestuję na rzecz dzieci chorych na nerki. Usłyszałam: - To znaczy, że pani jest obojętna na los tych poszkodowanych dzieci... To było upokarzające. I gdy raz zdarzyło się na takim balu, że jakiś spocony pan mnie poklepał i dał mi sto złotych „na biedne dzieciaczki” wiedziałam, że muszę to zmienić. Zaczęłam się przyglądać, jak pomagają inni. Pod Krakowem jest Fundacja Brata Alberta, prowadzona przez księdza Tadeusza Isakowicza-Zaleskiego. Fundacja ta zajmuje się ludźmi niepełnosprawnymi umysłowo. Kilka lat temu, chyba w 1998 r., ksiądz Tadeusz zaprosił mnie w charakterze przewodniczącej jury na przegląd ich twórczości teatralno-muzycznej. Bałam się tego jak ognia, nigdy wcześniej tych osób nie znałam, ale nie mogłam też odmówić - tym bardziej, że byłam bardzo ciekawa spotkania z nimi. Kiedyś przeczytałam wyznanie pewnego lekarza, że największą nagrodą za wszystkie trudy jego życia jest kontakt z niepełnosprawnymi umysłowo - co mnie wydawało się niedorzeczne, bo jak można się z takim człowiekiem porozumieć, zobaczyć w nim coś pięknego? Pojechałam tam i rzeczywiście nastąpił we mnie przełom. Zostałam otoczona ludźmi niezwykłymi, innymi, życzliwymi. Niewielu znało mnie z ekranu. Wyściskali mnie, wycałowali, każdy chciał mi coś opowiedzieć, przytulić się i poczułam się naprawdę potrzebna. A gdy zobaczyłam, co się dzieje na scenie, doznałam szoku - moje pojęcia o estetyce i sztuce, o sile teatru nagle uległo zmianie. Ci ludzie niekiedy nie umieli mówić, nie rozumieli do końca w czym i kogo grają, ale cieszyli się faktem, że są oglądani, że coś robią. Byli tacy szczerzy, czyści i uczciwi jak dzieci. Dzisiaj widzę, że czasem się złoszczą, czasem płaczą, bywają bardzo męczący ale zawsze są szczerzy, ich odruchy są niewinne - nie potrafią kalkulować, komplikować umysłem uczuć. I taki kontakt w tej rzeczywistości, w jakiej żyjemy, jest dla mnie oczyszczający i zbawienny. Często wydaje mi się, że myślą i rozmawiają uczuciami. Gdy czują się samotni po prostu przytulają się do kogoś i płaczą. Bliskość drugiego człowieka jest dla nich ratunkiem i schronieniem. Zaczęłam ich odwiedzać, bo nie mogłam o nich przestać myśleć. Zaczęłam coraz częściej przyjeżdżać do Radwanowic. I zaczęłam się przydawać. W schronisku działał teatrzyk Radwanek. Pracowały w nim terapeutki, wspaniałe dziewczyny, ale że nie były artystkami, ich przedsięwzięcia nie wyglądały profesjonalnie. Pomyślałam, że mogę im pomóc. Powoli poznawałam każdego „aktora”. Przyjeżdżałam na próby. Praca przynosiła nam wszystkim dużo radości. Niedługo potem otrzymałam Medal Brata Alberta. Wiedziałam, że jeszcze na niego nie zasłużyłam, że otrzymałam go na wyrost i na zachętę. No i zabrałam się do roboty. W ciągu kilku miesięcy zorganizowałam Ogólnopolski Festiwal Twórczości Teatralno-Muzycznej Osób Niepełnosprawnych „Albertiana”.

W międzyczasie pojawiła się kolejna nowelizacja ustawy o rehabilitacji i zatrudnieniu osób niepełnosprawnych, na mocy której część podopiecznych korzystających z warsztatów terapeutycznych księdza Zaleskiego straciła prawo do uczestniczenia w zajęciach. Nie mogliśmy do tego dopuścić, by siedzieli bezczynnie i kiwali się przy ścianie. Przecież te warsztaty terapeutyczne to często cały ich sens i radość życia. Tam czują się potrzebni. Właśnie wtedy podjęłam decyzję o założeniu fundacji, żeby ratować 26 osób i otworzyć dla nich warsztaty terapeutyczne. Już po miesiącu od złożenia w sądzie dokumentów zostałam jej prezesem. Na początku zatrudniałam tylko prawnika i księgową, ale wkrótce potem sprawy potoczyły się w tempie lawinowym. Przyczyniła się do tego telewizja, która przygotowywała program w związku z europejskim rokiem osób niepełnosprawnych. Gdy zadano mi pytanie, jak przybliżyć problemy osób chorych i niepełnosprawnych przeciętnemu, zdrowemu człowiekowi, odpowiedziałam, że potrzebna jest zwyczajna rozmowa. A jej podstawą musi być obopólne zaufanie, chęć odwstydzenia i uczłowieczenia bólu, tematów tabu, wstydu, strachu... I tak powstał program Spotkajmy się, który prowadzę od trzech lat.

Fundacja powstała później, we wrześniu 2003 r. Ludzie zaczęli do mnie dzwonić z prośbą o pomoc; niektórym wydawało się, że prowadząc program w telewizji jestem wszechmocna. Na szczęście dzwoniły również osoby, które oferowały pieniądze na pomoc dla cierpiących. To oni radzili mi: - Niech pani założy fundację, ufamy pani, pani wie, komu pomagać...

S.S.: - Pani fundacja nosi nazwę „Mimo wszystko”; czy mogłaby Pani dokończyć myśl, która kryje się za tymi słowami?

- Nazywamy się „Mimo wszystko” dlatego, że każdego człowieka - mimo wszystko - trzeba szanować i ratować. Mimo wszystko trzeba budzić w ludziach nadzieję, podawać im rękę, załamanym pomagać na nowo uwierzyć w życie. Jeżeli ktoś umiera, to mimo wszystko trzeba spowodować, żeby się uśmiechnął na koniec drogi. Czasy nie sprzyjają czynieniu czegoś dobrego, bo dobro w naszej rzeczywistości jest bardzo podejrzane. Ale mimo wszystko trzeba to robić.

Szukając nazwy dla mojej fundacji miałam wiele różnych propozycji, ale to „mimo wszystko” jest naprawdę mądre i aktualne. Czasem gdy mam chwile zmęczenia i załamania, wtedy myślę sobie: mimo wszystko muszę sobie poradzić. Mogłabym na ten temat jeszcze dużo mówić...

S.S.: - Co stara się Pani osiągnąć, jaki jest cel fundacji oprócz samej pomocy niepełnosprawnym?


- Na początku chcieliśmy prowadzić tylko warsztaty terapeutyczne. Martwiłam się, jak uda mi się je utrzymać. Na szczęście szybko uzyskałam status organizacji pożytku publicznego. Zaczęłam walczyć o ten 1%. Dostałam od księdza Zaleskiego 8 ha ziemi przy dworku w Radwanowicach - ogromne pole otoczone lasami. Dla niepełnosprawnych zdobyłam również teren po jednostce wojskowej nad morzem w Lubiatowie.

Rozmawiając z ludźmi niepełnosprawnymi w m.in. programie Spotkajmy się zauważyłam, że cierpienie, choroba i śmierć nie są ich najgorszymi zmartwieniami. Najgorszym nieszczęściem jest to, o czym pisała Matka Teresa: samotność, nienawiść, odrzucenie. To człowieka najbardziej boli, zarówno zdrowego, jak i niepełnosprawnego. Zresztą to słowo jest okropne i powinniśmy wymyślić inne. Przecież człowiek niepełnosprawny w środku jest taki sam jak my wszyscy, ma takie same uczucia, marzenia, ambicje, talenty - kalectwo i choroba nie zabija w nim przecież pełnego człowieczeństwa. Słowo „niepełnosprawny” jest często fałszywie używane, bo jeżeli człowiek, który - choć nie ma nóg - uprawia sporty, ma rodzinę, kształci się, to jak można nazywać go niepełnosprawnym? To są ludzie, którzy mają utrudnioną sytuację techniczną, ale oni wykazują się sprawnością dużo większą i znajdują w sobie taką siłę, o jakiej my w ogóle nie mamy pojęcia. Niekiedy sama czuję się bardziej niepełnosprawna. To my mamy te wózki inwalidzkie i te nasze niepełnosprawności schowane głęboko w środku.

Co roku na krakowskim Rynku organizujemy dwudniową imprezę integracyjną pod hasłem: Zwyciężać mimo wszystko, połączoną z Festiwalem Zaczarowanej Piosenki. Podczas pokazów sportowych tradycyjnie rozgrywamy mecz, w którym na przeciwko siebie stają: grupa paraolimpijczyków siatkarzy oraz gwiazdy - sportu, teatru, filmu. Ostatnio gościliśmy m.in. Rafała Kubackiego, Dariusza Michalczewskiego, Zbigniewa Zamachowskiego i Macieja Stuhra. I za każdym razem to gwiazdy dostają łupnia.

S.S.: - W takim razie jak powinniśmy nazywać takich ludzi, aby nie czuli się urażeni i poniżani?

- Wiem, że w niektórych językach istnieje sformułowanie człowiek, któremu trzeba podać rękę. Co roku mówię na Rynku: „Słowo  słyszycie dzisiaj po raz ostatni”. Wiemy, że ci ludzie chcą rywalizować, są utalentowani, a najbardziej upokarza ich to, gdy się mówi: - Ty biedaczku nie masz nóżek, ty jesteś sparaliżowany, ty nic nie widzisz, to sobie pośpiewaj byle jak, dostaniesz czekoladkę - tak się czasem ich traktuje. A oni potrzebują prawdziwej rywalizacji, chcą wygrywać lub przegrywać - ale przede wszystkim: mieć na to szansę. Na naszym festiwalu nie ma żadnych taryf ulgowych. Jest profesjonalne jury, są etapy kwalifikacyjne. Spotykamy się z zarzutami, że jesteśmy za ostrzy dla niepełnosprawnych wokalistów. Po dwóch latach festiwalu widzimy jednak, że mogą spokojnie rywalizować z każdym dobrze śpiewającym człowiekiem. Podczas finałów u ich boku stoją wielkie gwiazdy polskiej piosenki m.in. Edyta Górniak, Adam Nowak, Grzegorz Turnau, Andrzej Piaseczny, Ania Jopek, Edyta Bartosiewicz, Paweł Kukiz i inni. I wszyscy razem są świetni. Ale ponieważ niepełnosprawni umysłowo nigdy nie będą mieli szansy wygrywać w tym festiwalu, chcę zorganizować im osobny festiwal piosenki.

S.S.: - Jak ocenia Pani szansę kampanii ? Jaka może być inna szansa czynnego ich uczestnictwa w życiu pełnosprawnych osób?

- Każda akcja na rzecz niepełnosprawnych to jest krok do przodu. Jestem w kapitule POPONu (Polska Organizacja Pracodawców Osób Niepełnosprawnych). Istnieją już określone kategorie i nagradzane są przedsiębiorstwa, które zatrudniają osoby niepełnosprawne. Psychiatra, dr Andrzej Cechnicki, który wybudował w Krakowie hotele „U Pana Cogito” i zatrudnił w nich swoich podopiecznych, powiedział mi, że badania wykazały, iż człowiek chory na schizofrenię pracuje trzykrotnie wydajniej. Praca jest dla niego ogromną szansą na wyzdrowienie, często najlepszym sposobem i jedyną szansą, by trzymać się rzeczywistości. W momencie, kiedy jest odrzucany, zaczyna pochłaniać go schizofrenia. Różne są opinie na temat uleczalności schizofrenii, ale znam ludzi chorych, którzy świetnie funkcjonują w społeczeństwie. Jest to jawnie niesprawiedliwe, jeżeli pracodawca nie chce ponownie zatrudnić osoby, która leczyła się po ataku schizofrenii. Gdy chory ma kamień w woreczku żółciowym, to po zabiegu operacyjnym wraca zwyczajnie do pracy. Schizofrenia to też choroba. I takim ludziom trzeba dać szansę. W tej dziedzinie jest jeszcze sporo do zrobienia. Nadal jest kłopot z poruszaniem się niepełnosprawnych. Dlaczego np. w Sejmie nie można poruszać się na wózku?

Dorota Kamisińska: - Na naszej Uczelni uruchomiono specjalność: asystent osoby niepełnosprawnej. Jakie cechy Pani zdaniem powinien mieć kandydat na takie studia? Czy osoba podchodząca do życia bardzo emocjonalnie będzie w stanie profesjonalnie zajmować się niepełnosprawnym?

- To muszą być ludzie wrażliwi i otwarci na drugiego człowieka. Z emocjami sobie człowiek poradzi, choć tego z góry nie da się określić. Sama również staram się panować nad uczuciami, choć nie jest to łatwe. Niby potrafię każdego trzymać za rękę, rozmawiać o najgorszym cierpieniu, o śmierci - ale czasami coś we mnie pęka i zaczynam ryczeć. Wiele problemów mnie przerasta, a że naprawdę staram się zrozumieć osobę cierpiącą, to czasem tak się to kończy. Przecież nie jestem ze skały. Gdy zdarzyło mi się to po raz pierwszy, byłam przerażona, myślałam - jaki wstyd. Ja płaczę, a sparaliżowana kobieta z uśmiechem mnie uspokaja! I co dziwne, ona wcale nie czuła się tymi moimi łzami upokorzona. Widziała, że naprawdę poruszyła mnie jej sytuacja, że to normalna i prawdziwa reakcja. Osoby, które mają być asystentami niepełnosprawnych, muszą być przede wszystkim szczere i radosne, otwarte i delikatne, stanowcze i konsekwentne, tolerancyjne. Po prostu muszą lubić człowieka.


D.K.: - Zdarza się, że wolontariuszami są już licealiści, przychodzą, bo im czegoś w życiu brakuje, ale potem rezygnują - i co wtedy?

- Nic nie robi się na siłę. Niedawno byłam na spotkaniu w KUL-u, gdzie przyszło tysiące młodych osób. Była m.in. Janina Ochojska, siostra Małgorzata Chmielewska i jakiś ksiądz. W pewnym momencie ktoś zapytał: „Czy jak się jest wolontariuszem, to czy w każdej chwili można przestać?” I tu jest problem, bo nie można. Odpowiedziałam, że jest to straszna odpowiedzialność, bo już masz w pewnym sensie w rękach czyjś los. Więc zanim odejdziesz musisz kogoś przygotować, żeby przejął twoje zadanie.

Mam u siebie wspaniałych wolontariuszy z oddziału Studenci studentom. Powstał z inicjatywy studentów ASP. Spotkaliśmy się, gdy ich kolega umierał na raka krwi i prosili mnie o pomoc w zorganizowaniu aukcji, aby zebrać pieniądze na przeszczep. Mieli niesamowity zapał, ściągnęli z całej Polski obrazy od profesorów i studentów, zebraliśmy ponad 40 tysięcy. Po jakimś czasie przyszli zapłakani, ich kolega umarł, bo niestety było za późno. Chcieli założyć fundację, aby mieć pieniądze natychmiast, gdyby ktoś potrzebował, więc im oznajmiłam: „Biorę was pod swoje skrzydła”. Odtąd mam ich w fundacji. Z ich inicjatywy powstaje wiele cudownych rzeczy. Jest u nas Mateusz, który choruje na zaawansowaną dystrofię mięśniową, waży 23 kg, jest studentem. Zwierzył się kiedyś, że marzy, aby jeszcze tylko gdzieś wyjechać, nigdy nigdzie nie był, bo całe życie choruje. Wraz z fundacją studenci zorganizowali mu trasę. Podczas imprezy Zwyciężać mimo wszystko przeprowadzili aukcje swoich prac - zebrali tam kilka tysięcy. Zdobyliśmy dodatkowych sponsorów. Przez dwa tygodnie jechał przez Europę zielony samochód Fundacji Mimo Wszystko. Z dwiema osobami niepełnosprawnymi na wózkach, dwoma wolontariuszami i moim asystentem Markiem, kierownikiem wyprawy. Bałam się o nich, oczywiście miałam wszystkie zezwolenia lekarzy, rodziców, bo nie wiedzieliśmy jak Mateusz to zniesie. Ale oglądając zdjęcia widziałam jego uśmiechniętą twarz, choć rzadko się uśmiecha. Niestety zaraz pojawiły się uwagi, po co wyrzucać pieniądze na taką wycieczkę. Uważam, że na takie pytania nie powinno się odpowiadać...

S.S.: - Właśnie, chciałem o to zapytać. Czy zdarza się, że ktoś nie potrafi pojąć znaczenia tej pracy i rzuca przysłowiowe kłody pod nogi?


- Mam jedną zasadę: gdy pomagam, wszystko muszę dokładnie sprawdzić. Jeżeli ktoś prosi o pomoc - a do fundacji przychodzą różni, czasem także bezczelni ludzie - sprawdzamy najpierw wszystkie dokumenty: wypisy ze szpitali, opinie lekarzy, zarobki, następnie orientujemy się, co ten człowiek sam już zrobił w swojej sprawie. Sprawdzamy, gdzie powinien się zwrócić, bo państwo jednak ma swoje obowiązki i kierujemy tych ludzi tam, gdzie jeszcze nie byli. Pomagamy dopiero wtedy, kiedy już wiadomo, że inne możliwości zostały wyczerpane.

Nie mogę ani jednej złotówki dać do ręki, muszę osobiście podpisywać umowy na operacje, kupno sprzętu i lekarstwa. Powinnam mieć sztab ludzi, ale go nie mam.

Czasem mam kłopot z terapeutami, specjalistami, którzy zarzucają mi różne rzeczy. Jestem tylko aktorką i wcale nie uważam, że się na czymś znam. Ja pomagam ludziom tak jak to może robić każdy zwyczajny człowiek. Zawsze jednak korzystam z pomocy fachowców, zatrudniam ich przecież i z nimi pracuję. Odbyłam kilka pouczających rozmów, które dużo mi dały do myślenia na temat stosunku do osób niepełnosprawnych. Kiedyś w Gdańsku terapeutki nie zostawiły na mnie „suchej nitki”. Najpierw wypytywały mnie o to, jak pracuję na scenie z moimi niepełnosprawnymi aktorami. Więc im opowiadałam, że się z nimi zaprzyjaźniam, w jaki sposób ich rozluźniam, jak radzę sobie z ich kryzysami. Zarzuciły mi na przykład, że upokarzam ludzi niepełnosprawnych mówiąc o moich aktorach z Radwanka: „łasuchy”. A to są łasuchy, mimo że dorośli. I cukierki bardzo nam pomagają w pracy.

Czasem przywożę do Radwanowic zabawki przytulanki - sama uważam się za normalną osobę, a od czterdziestu lat śpię ze „śpiochem”, taką puszystą maskotką - i co to kogo obchodzi? Jeżeli dam osobom upośledzonym umysłowo sto tysięcy złotych, nie będą wiedzieli, co zrobić z tymi pieniędzmi. Gdy zaś dam komuś pluszowego pieska, to ten człowiek może się do niego przytulić, wie, że to jest od pani Ani. Pluszowy piesek czy miś nie upokarza nikogo, to może być pierwszy krok do nawiązania jakiejś więzi, do tego, żeby później pomagać i lepiej ich zrozumieć.

Czasem słyszę też zarzuty, że jestem aktorką, że moje programy traktuję jak występy, że wygaduję głupoty. Odpowiadam: że być może właśnie dlatego, że całe życie uczę się w moim zawodzie zrozumieć drugiego człowieka, uczę się go słuchać i z nim rozmawiać... Być może dlatego odważyłam się prowadzić tak trudny program. Ale podstawą moich kontaktów z osobami niepełnosprawnymi jest szczerość, zaufanie, prawda... Muszę całkowicie zapominać o tym, że jestem aktorką. Zapominam też, że to są jacyś „pacjenci”.

Podstawą w tej pracy jest postrzeganie każdego człowieka jako osobnej planety, indywidualne zbliżenie. Nie ma dwóch osób takich samych. Nie ma dwóch takich samych osób niepełnosprawnych czy dwóch tak samo umierających na mukowiscydozę. Każdy jest inny i każdy inaczej to przeżywa...

S.S.: - Czy jako osoba stykająca się na co dzień z niepełnosprawnymi ma Pani sugestie dotyczące kształcenia nauczycieli pracujących w klasach integracyjnych oraz studentów pedagogiki specjalnej?

- Ludzie niepełnosprawni potrzebują normalnego traktowania. Znam przypadek, kiedy to w klasie integracyjnej nauczycielka rozpoczynając lekcje powiedziała: „Na świecie są różne dzieci - normalne i nienormalne. W naszej klasie będą dzieci nienormalne...”. Na studiach każdego typu trzeba uczyć przede wszystkim kontaktu z człowiekiem. Prof. Andrzej Szczeklik twierdzi, że studia medyczne powinny być inaczej zorganizowane, bo w erze internetu i telefonów komórkowych student nie powinien męczyć się godzinami, by nauczyć się nazwy każdej kosteczki na pamięć - może skorzystać ze ściągi elektronicznej. Potrzebnych jest natomiast dużo więcej zajęć, gdzie będzie okazja kontaktu z drugim człowiekiem. Studenci czasem nie wiedzą, że jak się podaje rękę, to się patrzy człowiekowi w oczy, że można zadać pytanie, ale trzeba czekać na odpowiedź.

Osobę niepełnosprawną należy traktować na równi z innymi, oczywiście zdając sobie sprawę, na ile ona jest okaleczona i jak jej można pomóc Od osoby niepełnosprawnej należy również wymagać. Jeżeli się źle zachowuje, należy jej zwrócić uwagę. My w fundacji możemy się bardzo kochać, ale musimy przede wszystkim okazywać sobie szacunek. Oni się temu podporządkowują, są szczęśliwi, że się od nich czegoś wymaga. Osoby niepełnosprawne są często zamknięte w sobie, niesympatyczne, „opancerzone” z powodu obaw przed odrzuceniem. Niestety mają powody. Czasem długo trzeba „pukać”, żeby się otworzyły.

Niektórzy niepełnosprawni nienawidzą świata. Nie mogą sobie poradzić z tym, co ich spotkało. Najpierw pojawia się pytanie: dlaczego ja? Odpowiedzią jest nienawiść wobec wszystkich, wobec Boga, odrzucanie wszystkiego, zamykanie się w sobie, rozpacz. Często jednak się od tego cierpienia „odbijają”, znajdują radość i motywację do dalszego życia. Czasem tłumaczą sobie, że są wybrańcami, skoro cierpienie jest tak dotkliwe, to musi być bardzo ważne. Ci, którzy wierzą odkrywają, że Bóg wystawił ich na próbę, bo w nich uwierzył. Mają w sobie tak nieprawdopodobną siłę, że ja patrząc na nich myślę sobie, że to jest niemożliwe, żeby w człowieku coś takiego istniało. Ale to długa droga. I jest możliwa przede wszystkim wtedy, gdy jest ktoś obok. Samotność niestety jest dla człowieka najgorszym nieszczęściem. I to właśnie możemy zmienić.

D.K.: - Nawiązując do teatru, jak Pani pracuje z niepełnosprawnymi nad rolą?

- Uruchamiam w nich radość, co jest w ogóle podstawą pracy z tymi ludźmi. W każdej chwili na scenie muszą wiedzieć co robią i po co to robią. Tak samo jak i aktor. Nie ma żadnego znaczenia czy się pracuje z niepełnosprawnymi, czy ze studentami - to jest dokładnie taka sama praca. Muszę znać ich problemy, są to często powiązane różne choroby, do niepełnosprawności umysłowej dochodzą jeszcze choroby psychiczne, ataki padaczki i inne schorzenia. Nie ze wszystkimi niestety da się pracować na scenie, ludzie ci muszą umieć coś powtórzyć i coś zapamiętać. Ale są też tacy, którzy nic nie mówią, za to potrafią się cudownie na scenie zachować. Wygląda to tak: ja tworzę im świat, piszę scenariusz, z kolegami aktorami nagrywam dialogi i całą warstwę dźwiękową, kolega akustyk wgrywa muzykę, scenograf projektuje kostiumy i scenografię. Jak w prawdziwym teatrze. Najważniejsze to wymyślić temat, co nie jest takie proste. Obecnie mam dylemat, reżyserowałam Opowieści biblijne, ale one nie mogą być okrutne i źle się kończyć. Oni nie zagrają, jeśli coś nie skończy się happy endem, bo płaczą. Gdy graliśmy wygnanie Adama i Ewy z Raju to był problem, gdy anioł z ognistym mieczem wyrzucał ich do innego świata. Tłumaczyłam, że dzięki temu jesteśmy na ziemi, dzięki temu się spotkaliśmy. W końcu dali się przekonać. Bardzo lubili Arkę Noego, ponieważ na końcu pojawiała się tam tęcza i gołąbek z gałązką - nadzieja i przymierze. To im się podobało. Potem zrobiłam Brzydkie kaczątko, to było przedstawienie jakby o nich, następnie Calineczkę, która też jest o nich. O tym, że każdy człowiek musi mieć swoje miejsce na ziemi i ma jakąś wartość. Nie wiem, co zrobię w tym roku, mam z tym problem, gdyż oni nie chcą głupich bajek o krasnoludkach, chcą mądrych sztuk, chcą je rozumieć - to są dorośli ludzie. Chciałam robić Kubusia Puchatka - często przygotowuję to ze studentami - ale nie dam rady zrobić jej z niepełnosprawnymi. Tam wszystko odbywa się w warstwie słownej, a oni nie rozumieją, muszą mieć zdarzenia, postacie. Z obsadzaniem ról też jest problem. Nie wszystkie postacie im się podobają, niektórych się boją. Na rolę ropuchy w ogóle nie było chętnych. Tłumaczyłam, że to nie jest normalna ropucha, to jest królowa ropuch. I podziałało! Do węża też długo musiałam namawiać. Na szczęście kostium był tak piękny, że się udało pozyskać aktora.

D.K.: - A czy kiedyś z jakiegoś powodu odmówili wyjścia na scenę?

- Nigdy. Mamy w Radwankach takiego wesołego Maniusia, bardzo sprawnego fizycznie, grał kotka w Stworzeniu Świata, pamiętam, jak mieliśmy po raz pierwszy grać to w Teatrze Słowackiego. Wszyscy się przebierają, a Maniuś - „zdechły kotek” - oczy podkrążone, smutny. Pytam: - Maniuś, co się stało? - Nie będę grał... - Dlaczego? - Chory jestem dzisiaj, nie będę wesołym kotkiem... - To będziesz smutnym kotkiem, przecież Pan Bóg stworzył różne kotki: smutne, wesołe... - Wejdź na scenę, możesz się położyć, będziesz spał, będziesz śpiącym kotkiem, kotek może być taki. Wszedł, uśmiechnął się, wszystko mu przeszło, zaczął fikać koziołki i wtedy się udało. Ale oni są meteoropatami, jak jest zła pogoda, to są kompletnie rozkojarzeni. Terapeutki, Jola i Marysia ćwiczą z nimi godzinami sytuacje. Podziwiam je i uczę się od nich cierpliwości i stanowczości.

S.S.: - Czy i kiedy znajduje Pani czas dla rodziny i na pracę aktorską?

- Nie mam tego czasu za wiele. Mój mąż jest dyrektorem teatru, więc też cały dzień pracuje. Mój syn mieszka już osobno, wiec nie cierpi, że często nie ma mnie w domu. A moje koty są wypasione i szczęśliwe. Ze zwierzętami dogaduję się nieraz lepiej niż z ludźmi. Kiedy wyjeżdżam, wyczuwają to i wtedy Haszysz pcha się do walizki, Czacza łazi za mną niespokojna, a Książę się na mnie obraża. Witają mnie jednak wszystkie na płocie niby obrażone, ale mruczą, miauczą i łaszą się zawsze z największa kocią miłością.

D.K.: - Wspomniała Pani o ośrodku w Lubiatowie; czy moglibyśmy poznać plany, jakie Pani z nim wiąże?

- To jest najważniejsze przedsięwzięcie naszej fundacji, choć na razie nadal szumi tam las. Mamy prawie 4,5 ha terenu z dawnymi zabudowaniami wojskowymi. Znajdują się tam m.in.: plac apelowy wylany betonem, stacja paliw, garaże i... ogromny schron do montażu głowic rakietowych. Zrobię tam wspaniałą salę gimnastyczną. W tej chwili czekamy na plan zagospodarowania przestrzennego, bez którego nie mogę wykonać ani jednego ruchu. NiestOśrodek ety, niektóre mury i fundamenty są popękane i nie opłaca nam się ich remontować. Kalkulujemy, ile by nas kosztowało zburzenie, a ile remont. Otworzyłam w Gdańsku małe biuro fundacji. Pracują tam już moi ludzie, dyrektorem budowy całego ośrodka jest Tomasz Gzowski. Zatrudniam również w sekretariacie absolwentkę psychologii, osobę niepełnosprawną, z porażeniem mózgowym.

W Lubiatowie planujemy otworzyć dzienne warsztaty terapeutyczne dla osób niepełnosprawnych. Postaramy się wykorzystać atut przyrody - takie „warsztaty leśne”. Z Lasami Państwowymi mam umowę, która nie pozwala mi ściąć ani jednego drzewa, co jest słuszne. Powstanie też całoroczny Ośrodek Terapeutyczno-Wczasowy dla osób niepełnosprawnych. To powinno być takie miejsce, gdzie osoby, które straciły nadzieję na normalne życie, radość życia, nie mogą siebie zaakceptować w nowej sytuacji, nie mogą sobie poradzić z chorobą, będą przyjeżdżać po radość i normalność. Chcemy, aby przy każdej osobie chorej, niepełnosprawnej, był ktoś, kto już to przeszedł i poradził sobie. Powinni to być właśnie tacy wolontariusze, studenci, młodzi ludzie, którzy się uczą - tacy właśnie asystenci. W związku z tym chciałabym nawiązać kontakty z wyższymi uczelniami. Kiedyś rozmawiałam w programie Spotkajmy się o potrzebie stworzenia takiego miejsca... Ktoś wówczas powiedział: „W życiu bym sobie nie poradził, gdyby nie to, że obok mnie znaleźli się ludzie, którzy przez to przeszli. Oni mi powiedzieli: - No to co, że nie masz nóg. A po cholerę ci te nogi? Na kółkach szybciej!”.

Bardzo ważny będzie oczywiście nadzór lekarski, ale tam mają być ludzie o stabilnym stanie zdrowia, to nie ma być miejsce, które zastąpi szpital albo sanatorium - raczej ośrodek psychologiczno-terapeutyczny. Takie są najbardziej potrzebne.

Potrzebuję na ten ośrodek kilkanaście milionów. Robiłam kampanię społeczną, która niestety nie przebiła się specjalnie. Nakręciliśmy z Maćkiem Stuhrem i Mają Ostaszewską filmy reklamowe, które w zamyśle miały informować o naszym zamiarze, otrzymaliśmy linię charytatywną od Telekomunikacji Polskiej i numer esemesowy od trzech telefonii komórkowych. Ale trudno! Powtórzymy taką akcje za jakiś czas, jeśli tylko media zechcą pomóc. Wszystko przed nami. Mamy coraz więcej Przyjaciół. Utworzymy honorowy komitet budowy tego ośrodka pod nazwą „Spotkajmy się”. Wielu kolegów chce mi pomóc.

S.S.: - Właśnie, słyszałem też o akcji Anny dla Anny...

- Anie z Warszawy już po raz trzeci robią taką akcję. Na ostatniej uzbierały dla naszych podopiecznych 60 tys. złotych. Niedawno „Gala” zwróciła się do mnie z propozycją przekazania na moją fundację pieniędzy uzyskanych z aukcji zdjęć z kalendarza Radość macierzyństwa, w którym znalazły się polskie gwiazdy filmu i piosenki sfotografowane w ciąży lub ze swoimi dziećmi. Za te pieniądze chcemy ufundować indywidualne stypendia po tysiąc złotych miesięcznie dla niepełnosprawnych matek lub dla matek niepełnosprawnych dzieci. Dla wielu będzie to chwilowa odmiana życia. Opiekujemy się m.in. rodziną, która zaadoptowała dzieci chore na AIDS. Jest tylu wspaniałych ludzi, którym trzeba pomóc.

Potrzebujemy funduszy na budowę ośrodka w Lubiatowie, a tutaj z 1% zaczynamy budować Radwanowice. Jak będziemy mieć już projekt nadmorski, to wtedy wystąpimy o pieniądze do Unii Europejskiej i do różnych programów ekologicznych. Może dostaniemy dofinansowanie nawet do 75%. Myślimy już teraz o tym, jak ten ośrodek utrzymywać. Bardzo liczymy na sponsorów. Chcę w Lubiatowie zrobić takie drzewo - pomnik sponsorów. Na nim będą różne liście, małe i duże. Gdy ktoś ofiaruje pięć tysięcy, to będzie sponsorem brzozowym, będzie miał na tym drzewie listek brzozowy z nazwiskiem, za dziesięć tysięcy - liść klonowy, dwadzieścia tysięcy - lipowy itp. Tydzień temu dostałam od darczyńcy sto tysięcy i to będzie pierwszy dębowy sponsor. Za milion będzie sponsor sosnowej szyszki, nie wiem, może ktoś marzy, by mieć taką piękna szyszkę i za chwilę da nam milion. Możecie ogłosić, że już zbieram liście...

S.S.: - Nie pozostaje nam nic innego, jak życzyć Pani powodzenia w spełnieniu wszystkich planów. Dziękujemy za rozmowę.

 

Rozmawiali Dorota Kamisińska
i Stanisław Skórka
Pozdrawiam :))
"Starsza Letnia Miotełka"

Offline sonia

  • User z prawami do pisania
  • Rozgadany Weteran
  • *******
  • Wiadomości: 25632
    • Dar Życia
Ludzie o wielkim sercu-Anna Dymna
« Odpowiedź #41 dnia: Czerwiec 09, 2007, 09:47:31 am »
Nowy ośrodek Fundacji Anny Dymnej


Projekt ośrodka

Konkurs na projekt ośrodka dla niepełnosprawnych "Spotkajmy się" w nadbałtyckim Lubiatowie wygrała pracownia architektoniczna Valode & Pistre. - To ma być miejsce piękne, gdzie ludzie, którzy stracili sens życia na nowo go odzyskają. I ten cel udało się zwycięzcom osiągnąć - mówi Anna Dymna.
Budowa ośrodka to największy jak do tej pory projekt realizowany przez Fundację Anny Dymnej "Mimo Wszystko". W malowniczo położonym terenie o powierzchni ponad czterech hektarów powstaną m.in. warsztaty terapii, hotel, basen, stajnia, stołówka, boiska i korty. Niełatwe zadanie zaprojektowania ośrodka łączyło w sobie dwa podstawowe wymogi - główną ideę ośrodka i uszanowanie otaczającej go przyrody. - To miejsce nie może się kojarzyć z niczym, co niepełnosprawni widują na co dzień : szpitalem czy miejscem odosobnienia. Miało być przede wszystkim piękne - tłumaczy Anna Dymna. - Ludzie niepełnosprawni są upokorzeni tym, że spycha się ich do byle jakości. Tu każdy powinien się czuć jak u siebie - dodaje.

Na konkurs zorganizowany przez Stowarzyszenie Architektów Polskich wpłynęło 11 prac. Sąd konkursowy pod przewodnictwem prof. Dariusza Kozłowskiego jednogłośnie wybrał propozycję firmy Valode & Pistre Architekci. Na planie prostokąta rozmieszczono siedem budynków o niespotykanych łagodnych liniach i zaokrąglonych fasadach. Część z nich przypomina kształtem zwrócone do siebie bumerangi.

- My żartobliwie nazywaliśmy je naleśnikami - mówi Michał Szymanowski, referent jury. - Takie ukształtowanie budynków ma swoje zalety. Dzięki temu, że są nieregularne i miękkie, można je doskonale wpasować w zieleń.

Krzysztof Ingarden, członek jury: - Ten projekt cechowała wielka delikatność. Ma się wrażenie przebywania w przestrzeni, która jest częścią natury. Z pokoi rozciąga się widok na las. Każdy ma inny widok, nie ma więc mowy o monotonii.

Cztery główne obiekty połączono przeszklonym pasażem. W przyszłości zróżnicowana faktura płytek ma pomóc osobom niewidomym poruszać się w przestrzeni. Do każdego zakątka dwukondygnacyjnych budynków bez problemu dostanie się osoba na wózku inwalidzkim.

Ośrodek w Lubiatowie stanie się miejscem wypoczynku i rehabilitacji osób o różnym stopniu niepełnosprawności umysłowej, ruchowej, wzroku, słuchu czy z uszkodzeniami neurologicznymi. Powstanie dzięki hojności sponsorów i dotacjom unijnym.


Źródło: Gazeta Wyborcza Kraków
Tam gdzie warto dotrzeć, nie ma dróg na skróty.
Sonia, mama Moniki z zD- 19,10l. , Domowa terapia

Offline sonia

  • User z prawami do pisania
  • Rozgadany Weteran
  • *******
  • Wiadomości: 25632
    • Dar Życia
Ludzie o wielkim sercu-Anna Dymna
« Odpowiedź #42 dnia: Czerwiec 14, 2007, 05:27:00 pm »
Ogólnopolskie Dni Integracji „Zwyciężać mimo wszystko” 2007

Fundacja Anny Dymnej Mimo Wszystko zaprasza do Krakowa na Ogólnopolskie Dni Integracji „Zwyciężać mimo wszystko”, których jedną z głównych atrakcji będzie Koncert Finałowy Ogólnopolskiego Festiwalu Zaczarowanej Piosenki im. Marka Grechuty.

Impreza odbędzie się w dniach 16-17 czerwca 2007 r.


Od 2004 roku Fundacja Anny Dymnej „Mimo Wszystko”, przy współpracy z Państwowym Funduszem Osób Niepełnosprawnych, Telewizją Polską S.A. oraz Urzędem Miasta Krakowa, organizuje Ogólnopolskie Dni Integracji „Zwyciężać mimo wszystko”. W tym roku rozpoczyna je konferencja i dyskusja panelowa „Prawdziwe zwycięstwa człowieka”, w której udział biorą lekarze, psycholodzy, terapeuci, dziennikarze i osoby niepełnosprawne.

Trwająca dwa dni impreza, transmitowana przez TVP2, odbywa się na krakowskim Rynku Głównym. W jej trakcie pokazywany jest dorobek artystyczny i sportowy osób niepełnosprawnych. Prezentują go zespoły muzyczne i teatralne, najwybitniejsi polscy paraolimpijczycy, zaś poezję osób niepełnosprawnych czytają krakowscy aktorzy. Podczas kiermaszu można obejrzeć i nabyć rysunki oraz rękodzieło autorstwa podopiecznych warsztatów terapii zajęciowej i artystycznej z terenu całego kraju.

Od roku 2005 podczas imprezy odbywa się Finał Festiwalu Zaczarowanej Piosenki im. Marka Grechuty. W tym roku finaliści Festiwalu zaśpiewają z zaproszonymi gwiazdami: Arturem Gadowskim, Kasią Nosowską, Zbigniewem Wodeckim, Kubą Sienkiewiczem, Eweliną Flintą oraz Ewą Bem. Koncert poprowadzą Anna Dymna, Cezary Kosiński i Zbigniew Zamachowski.
Ten koncert odbędzie się w sobotę, 16 czerwca o godz. 15.00

Natomiast w niedzielę, 17 czerwca, o godz. 21 odbędzie się Wielki Koncert Fundacji „Radość Mimo Wszystko”. Podczas koncertu będzie można wysyłać smsy, z których dochód zostanie przeznaczony na budowę Ośrodka Wypoczynkowo-Rehabilitacyjnego „Spotkajmy się” w Lubiatowie. Gwiazdami koncertu będą m.in.: Irena Santor, Dorota Miskiewicz, Anita Lipnicka, Zbigniew Zamachowski, Michał Bajor.

Linie smsowe oraz telefoniczna, z których dochód będzie przeznaczony na budowę ośrodka w Lubiatowie, będą czynne w dniach 16-30 czerwca 2007.

SMS 74711, hasło: SPOTKAJMY SIĘ (4 zł + VAT)

Linia telefoniczna: 0400 407 401 (4,06 zł + VAT)

Oba koncerty: Finał Festiwalu Zaczarowanej Piosenki oraz Radość Mimo Wszystko będą retransmitowane przez Telewizję Polską.

Program imprezy:

16 czerwca

11:00 - Konferencja „Prawdziwe zwycięstwa człowieka” – Klub Pod Jaszczurami (Rynek Główny 8)
14:45 - Uroczyste otwarcie imprezy
15:00-17:30 - dwuczęściowy Koncert Finałowy Ogólnopolskiego Festiwalu Zaczarowanej Piosenki im. Marka Grechuty
17:40-19:30 Przegląd Teatralny - Wystąpią laureaci II miejsc Ogólnopolskiego Festiwalu Twórczości Teatralno-Muzycznej Osób Niepełnosprawnych Albertiana 2007 oraz soliści z SOSW dla Dzieci Niewidomych i Słabowidzących przy ul. Tynieckiej w Krakowie

17 czerwca

10:00-16:00 - pokazy niepełnosprawnych mistrzów sportu W programie mecz siatkówki reprezentacji Polski siatkarzy niepełnosprawnych przeciwko Drużynie Gwiazd
13.00 - msza święta w Bazylice Mariackiej
16:00-19:00 - pokazy ratownictwa WOŚP
21:00 - Wielki Koncert Fundacji Mimo Wszystko
Ponadto w sobotę oraz niedzielę od 10:00 do 20:00 na Plantach przy Pałacu Sztuki odbędzie się kiermasz prac plastycznych, z którego dochód zostanie przeznaczony na zakup protez dla podopiecznej Fundacji. Podczas imprez towarzyszyć nam będzie zespół November Project z Warszawy.

miejsce: Kraków
data wydarzenia: 2007-06-16 do 2007-06-17
Źródło: Fundacja Mimo Wszystko
Tam gdzie warto dotrzeć, nie ma dróg na skróty.
Sonia, mama Moniki z zD- 19,10l. , Domowa terapia

Offline Gaga

  • Administrator
  • Rozgadany Weteran
  • *****
  • Wiadomości: 26258
Ludzie o wielkim sercu-Anna Dymna
« Odpowiedź #43 dnia: Czerwiec 15, 2007, 09:37:01 am »
Zwyciężać mimo wszystko

Cytuj
Jak zwykle w sobotę imprezie towarzyszyć będzie też Festiwal Zaczarowanej Piosenki, promujący i wspierający utalentowane muzycznie osoby niepełnosprawne. I to bez żadnej taryfy ulgowej. Uczestnicy festiwalu , jak sami podkreślają, nie mają zamiaru śpiewać niewidzącymi oczami, złamanym kręgosłupem czy sparaliżowanymi nogami. Chcą być (i będą) traktowani jak wszyscy inni młodzi piosenkarze, zaś ich zdolności wokalne zostaną poddawane wnikliwej weryfikacji. Na zwycięzcę czeka statuetka Zaczarowanego Ptaszka.

Obok niepełnosprawnych wystąpią m. in. Artur Gadowski, Kasia Nosowska, Ewelina Flinta i Ewa Bem. Z kolei na koncercie finałowym w niedzielę o godz. 21 zaśpiewają Anita Lipnicka, Dorota Miśkiewicz, Irena Santor i Michał Bajor. Dla nich to też całkiem niezła okazja do nauki. - Dlaczego tutaj jestem? - pytał przed laty Paweł Kukiz. - Bo nie jestem kretynem, który widzi jedynie czubek własnego nosa. Warto tu być i uczyć się radości życia od niepełnosprawnych artystów uczestniczących w tej imprezie.



Więcej w wątku:

Festiwal Piosenki Zaczarowanej

http://forum.darzycia.pl/topic,5583.htm
Pozdrawiam :))
"Starsza Letnia Miotełka"

Offline Gaga

  • Administrator
  • Rozgadany Weteran
  • *****
  • Wiadomości: 26258
Ludzie o wielkim sercu-Anna Dymna
« Odpowiedź #44 dnia: Wrzesień 20, 2007, 04:30:25 pm »
Anna Dymna: Nie jestem twarzą żadnej partii
Cytuj
A jeśli ktoś będzie dociekał, z kim mi się dobrze współpracuje, to już teraz mu odpowiem:

z ludźmi, którzy chcą coś robić dla innych, zwłaszcza tych najsłabszych, którzy sami nie są w stanie sobie poradzić, i faktycznie to robią - nie tylko wtedy, gdy trwa kampania wyborcza.

Oświadczenie Anny Dymnej

Więcej:
http://forum.darzycia.pl/vp118864.htm#118864
Pozdrawiam :))
"Starsza Letnia Miotełka"

Offline Gaga

  • Administrator
  • Rozgadany Weteran
  • *****
  • Wiadomości: 26258
Ludzie o wielkim sercu-Anna Dymna
« Odpowiedź #45 dnia: Marzec 09, 2008, 10:59:35 am »
Uśmiech oddaje wszystko

Z Anną Dymną – aktorką filmową i teatralną, założycielką Fundacji "Mimo Wszystko" – rozmawia Anna Przewoźnik

Świata się nie zmieni, zawsze będzie istniało w nim dobro i zło, zawsze będą ludzie szczęśliwi i nieszczęśliwi. Wiem jednak, że dobro warto czynić mimo wszystko.

Anna Przewoźnik: Działa Pani społecznie na rzecz osób niepełnosprawnych, potrzebujących pomocy. Czy choć trochę naprawiła Pani świat?


Anna Dymna: Podobne pytanie zadał mi dziennikarz, który przeprowadzał ze mną wywiad rzekę: "Po co Pani to wszystko robi, przecież świata i tak Pani nie zmieni?".



Anna Dymna, fot. PAP/ Piotr Rybarczyk


A zmieni Pani?

Oczywiście, że nie. Świata się nie zmieni, zawsze będzie istniało w nim dobro i zło, zawsze będą ludzie szczęśliwi i nieszczęśliwi. Wiem jednak, że dobro warto czynić mimo wszystko. Ciemność i jasność będą zawsze, możemy jednak spowodować, żeby w mroku nie zatonąć.

Myślę, że przy pomocy wielu ludzi udało mi się wywołać uśmiech na kilku smutnych twarzach, poprawić komuś życie, pomóc się zaakceptować, uwierzyć we własne siły.

Wciąż jednak są miejsca, o których można powiedzieć, że Pan Bóg o nich zapomniał…

Tak, ale gdy nagle w takim miejscu zapala się światełko, pojawia się czasem drobna inicjatywa ludzka – to jest to iskra, od której zapala się wielkie ognisko. I nagle robi się ciepło i jasno. I odmienia się zupełnie ludzkie życie. Takie działania ratują świat.

Dlaczego zaczęła Pani pomagać ludziom niepełnosprawnym?

Sama się nad tym zastanawiam… Na pewno nie dlatego, by zyskać ich wdzięczność. Gdy pomagam, nie kalkuluję. Najważniejsze rzeczy, jakie zrobiłam w życiu, powstały z odruchu serca.

Zaczęło się od podkrakowskich Radwanowic, prawda?

Tak. Po raz pierwszy pojechałam tam w 1999 r. Otoczyła mnie wtedy grupa ludzi niepełnosprawnych umysłowo, z których 70% w ogóle nie wiedziało, kim jestem. Od razu mnie jakoś polubili. Nawiązałam z nimi kontakt, zaprzyjaźniłam się i zaczęłam im pomagać. Do dziś usiłuję robić dla nich coś pożytecznego.

Nie przeszkadza fakt, że jest Pani osobą publiczną?

Zdaję sobie sprawę, że w tym tkwi moja siła. Kiedy walczę o pieniądze dla niepełnosprawnych, wiele osób podczas spotkania wspomina moje role. "Jak ja się w pani kochałem, jak pani była Marysią Wilczurówną czy Anią Pawlaczką" – słyszałam wiele razy. To bardzo pomaga w zdobywaniu funduszy na konkretny cel. Poza tym moi niepełnosprawni są inaczej traktowani, kiedy przy nich jestem. Dla Festiwalu Zaczarowanej Piosenki, organizowanego dla nich, pozyskuję największe gwiazdy naszej estrady. Są wśród nich m.in. Paweł Kukiz, Irena Santor, Anna Maria Jopek, Edyta Bartosiewicz. To ludzie, którzy bez żadnych wątpliwości powiedzieli: – Jeśli ty to robisz, to my idziemy z tobą. I stoją przy osobach niepełnosprawnych, dodają im odwagi i siły.

Można więc powiedzieć, że dobro rodzi dobro. Jeśli czynimy coś dla dobra drugiego człowieka, to nagle spotyka się ludzi, którzy pomagają w takim działaniu.

Dokładnie tak, uśmiech oddaje uśmiech, i to zwykle podwójny, a jak czynisz dobro, to ono przyciąga. Moja Fundacja "Mimo Wszystko" działa na rzecz osób niepełnosprawnych, chorych, pokrzywdzonych przez los. Nasze działanie opiera się na uśmiechu, a nie na narzekaniu. Nie ukrywam, że czasem mnie to wszystko przerasta. Organizuję dwa ogólnopolskie festiwale. Wkrótce Fundacja zacznie budować w Radwanowicach ośrodek dla niepełnosprawnych. Teren pod ten ośrodek przekazała Fundacja im. Brata Alberta. Stworzymy tu nowoczesne warsztaty terapii artystycznej dla stu osób. Służyć one będą zarówno mieszkańcom tamtejszego schroniska dla niepełnosprawnych, jak i podopiecznym naszej Fundacji. Na terenie radwanowickiego schroniska planujemy także budowę boiska oraz hali sportowej. Muszę tu powiedzieć o ks. Tadeuszu Isakowiczu-Zaleskim z Fundacji im. Brata Alberta: gdyby nie on, nic bym nie zrobiła, zresztą moja praca z niepełnosprawnymi rozwinęła się dzięki niemu. On mnie wszystkiego nauczył.

Fundacja angażuje się przede wszystkim w pomoc dorosłym niepełnosprawnym umysłowo. Dlaczego właśnie im?

Upośledzone dzieci mają sporo ośrodków pomocy, szkół. Dla nich łatwiej pozyskać pieniądze. Młodzieżą natomiast mało kto się zajmuje. Wielu z tych młodych, kiedy straci rodziców, zostaje bez opieki. Ci ludzie wracają wtedy do melin, do rodzin patologicznych, trzeba się nimi zająć.

Uważam, że jest jeszcze jeden obszar polskiej rzeczywistości, mocno zaniedbany – to osoby starsze. U nas są one niejako na bocznicy, a przecież w starości zawarta jest skarbnica wiedzy, doświadczeń, z których można czerpać garściami.

W ramach Fundacji podejmowanych jest wiele inicjatyw. Jedna z nich to otwarty oddział "Studenci studentom".

Codziennie w drzwiach naszej Fundacji staje zrozpaczony człowiek, którego dziecko, żona czy mąż ucierpieli w wypadku lub cierpią na jakąś chorobę. To ludzie, którzy byli już niemal wszędzie i nie otrzymali żadnej pomocy. Zakładamy im subkonta (mamy już ponad 100 takich kont).

Warto tu wspomnieć o Pani największym i najkosztowniejszym planie...

Po wielu staraniach Fundacja podpisała umowę z Lasami Państwowymi na bezpłatne użytkowanie 4,1 ha ziemi. Przekazano nam grunt po byłej jednostce wojskowej w miejscowości Lubiatowo, między Łebą a Białogórą. Jest to piękny teren, położony 700 m od plaży. Chcemy, by powstał tam ośrodek wczasowo-rehabilitacyjny "Spotkajmy się" dla ok. stu osób niepełnosprawnych. Tam ludzie okaleczeni przez los spotkają się z życzliwością i radością, ich życiu przywrócona będzie godność, wiara w siebie. Chcemy stworzyć pierwszą ścieżkę nadmorską dla niepełnosprawnych. Planujemy uruchomić tam warsztaty terapii artystycznej, gdzie prowadzone będą zajęcia dzienne dla niepełnosprawnych z biednych, zaniedbanych terenów z ogromnym bezrobociem. Pragniemy, by działała w ośrodku poradnia dla bezrobotnych, dla alkoholików. To wymaga dużych nakładów finansowych i sił, ale jest już wielu wspaniałych ludzi wokół mnie.

Skąd u Pani taka siła ducha do mierzenia się z przeciwnościami i ludzkim cierpieniem? Obcuje Pani z nim również w programie Mateusza Dzieduszyckiego "Spotkajmy się".


Siły czerpię od ludzi, tak na scenie, jak i w życiu, w działaniu. Kiedyś myślałam, że nie będę potrafiła rozmawiać z ludźmi chorymi, bo to przekracza moją odporność i siły. Okazało się, że daję radę i że to właśnie ja od nich wiele czerpię. Kiedy rozmawiam z nimi na planie, nie ma już we mnie żadnych barier, nie widzę w nich chorób i kalectwa. Ci ludzie jak tlenu potrzebują rozmowy o śmierci, o cierpieniu, o chorobie, by ją oswoić, odwstydzić, uczłowieczyć. Chcą być traktowani normalnie, odpowiadać na proste, zwyczajne pytania. Mimo że rozmowom często towarzyszy ogromne cierpienie, czasem są one bardzo radosne.
Kiedyś rozmawiałam z ludźmi, którzy nie mogą mówić, ale ja wiem, że w środku są tacy sami jak ja, tylko że ich myśli są "pozamykane". Wspomnę choćby 22-letniego Łukasza, który ma ciężkie porażenie mózgowe, nie może pisać ani mówić, ale uśmiecha się. A pisze nosem na klawiaturze.

Czy to nie przytłacza?

Czasem tak. Bywa, że sobie popłaczę, że nawet na wizji puszczają mi nerwy. Kiedyś po rozmowach z sześcioma osobami wydawało mi się, że jestem na skraju wytrzymałości, że więcej nie dam rady. Ale kiedy przyszedł kolejny rozmówca – od 27 lat całkowicie sparaliżowany, który mówił mi, że cieszy się życiem i że ono jest piękne – to jak wtedy myśleć o bólu głowy? W takich sytuacjach robi mi się wstyd.

Moje bycie z niepełnosprawnymi to sprzężenie zwrotne. Od tych ludzi naprawdę wiele przejmuję, bo oni mają w sobie radość i siłę.

Co tego rodzaju program zmienia w ludziach, którzy go oglądają?

Myślę, że może burzyć bariery, bo po to właśnie jest, żeby pokazać, iż wokół nas są niepełnosprawni. Dobrze, że coraz częściej spotykamy ich na ulicy, w kinie, teatrze, restauracji, że pojawiają się w mediach. Ale niektóre prawa ciągle są przeciwko nim, upokarzają ich. Musimy o tym mówić.

Przypominam sobie słowa Jana Pawła II, który twierdził, że w każdym człowieku jest Boża iskra: "Kimkolwiek jesteś, jesteś kochany – nie zapomnij, że każde życie, nawet bezsensowne w oczach ludzi, ma wieczną i nieskończoną wartość w oczach Boga". O tym trzeba pamiętać.

Tworzony przez Annę Dymną Ośrodek Rehabilitacyjny "Spotkajmy się" można wspomóc, przekazując 1 procent podatku dochodowego.

Twój 1 procent ma siłę milionów!

KRS 0000174486

infolinia 0-801 003 173

www.mimowszystko.org
Pozdrawiam :))
"Starsza Letnia Miotełka"

Offline Gaga

  • Administrator
  • Rozgadany Weteran
  • *****
  • Wiadomości: 26258
Odp: Ludzie o wielkim sercu-Anna Dymna
« Odpowiedź #46 dnia: Grudzień 16, 2010, 09:03:16 am »

Przeczytajcie wyjątkowy wywiad z najbardziej szczodrą polską aktorką >>>

Anna Dymna dla WP


Marzenie każdego prawdziwego aktora? Umrzeć na scenie! Należy do nich także Anna Dymna.

Aktorka przyznaje, że kocha swój zawód, a najlepiej czuje się na teatralnej scenie, gdzie może zapomnieć o problemach dnia codziennego.

A że ma do załatwienia w życiu jeszcze wiele ważnych spraw, więc póki co, umiera tylko wirtualnie.


WP.PL: Zbliżają się święta Bożego Narodzenia. Wiem, że co roku wiesza Pani na choince własnoręcznie zrobione anioły. A jak miewa się Pani osobisty Anioł Stróż?

Anna Dymna: Mój Anioł Stróż jest bardzo dzielny, że ze mną wytrzymuje. Współczuję mu. Czasem mnie kopnie, a jak trzeba poda rękę. Dotarliśmy się przez te 59 lat mojego życia. Nie ma ze mną łatwo.

Czasem mu mówię: „Wiesz, przesadzasz trochę z tym doświadczaniem mnie”. Ale jakoś sobie radzimy. Mamy do siebie anielską cierpliwość.



A czy spotkała Pani na swojej drodze anioły w ludzkiej postaci?

Tak, zwłaszcza odkąd mam Fundację, ciągle je spotykam. Większość moich niepełnosprawnych przyjaciół to anioły. Aniołami są także ci, którzy im pomagają. Niektóre chcą zachować anonimowość, inne, właśnie dlatego że znane, mogą bardziej pomóc - poprzez udział w koncertach, aukcjach, akcjach charytatywnych. Należy do nich Irena Santor - największy przyjaciel i opiekun Festiwalu Zaczarowanej Piosenki i wielu innych, wielkich artystów, których nie sposób wymienić. Wiele gwiazd potrafi rezygnować z intratnych koncertów, żeby w czerwcu, kiedy jest finał Festiwalu Zaczarowanej Piosenki, przyjechać do nas kosztem na przykład festiwalu w Opolu, który się wtedy odbywa. Najwspanialsze jest to, że nikt nie żałuje. Wszyscy mówią, że to dla nich ważne. Fantastyczne, że się poznaje ludzi od takiej strony. W niektórzy naprawdę budzą się anioły.



W programie „Anna Dymna – Spotkajmy się”, który od siedmiu lat prowadzi Pani w telewizji, poznaje Pani największe ludzkie tajemnice...

Osoby niepełnosprawne bardzo wiele mogłyby nas nauczyć, ale często się ich boimy. Kiedy jestem z nimi blisko, zawstydzają mnie. Przestałam narzekać. Pewnie, że jak mnie zaboli, to sobie jęknę, na przykład kiedy nie mogę na scenie się podnieść, a muszę podskakiwać.

Uwierzyłam, że wszystko się da, że człowiek wszystko może, tylko musi chcieć i musi mieć obok kogoś. Trzeba zabiegać o to, żeby być potrzebnym

Dzięki Fundacji „Mimo Wszystko” chorzy i niepełnosprawni, a także ci, którzy im pomagają, czują się potrzebni...

Jak się ma Fundację to na co dzień styka się z cierpieniem ludzkim, dobrem ale też z okrucieństwem, nieczułością i złem. Poznajemy życie z najciemniejszej strony. Straszne, bo się każdemu nie pomoże. Czasami można by się załamać, gdyby nie to, że poznaje się życie także z najjaśniejszej strony.

Dzięki Fundacji mogę obserwować najpiękniejsze ludzkie odruchy. Okazuje się, że każdy, jak się do niego uśmiechnąć, wcześniej czy później, odpowie ci też najpiękniejszym uśmiechem.

Książka to doskonały prezent pod choinkę. Ma Pani swoje ukochane lektury, które towarzyszą Pani przez życie?

Najbardziej kocham "Kubusia Puchatka". Do tej pory go czytam.

Kiedy trafi mi się fajna grupa studentów, odkrywamy emocje i ludzkie charaktery pracując nad Prosiaczkiem, Tygryskiem, Kłapouchym.


I jak się studenci sprawdzają?

Zdarzało się, że mi się na „Kubusiu Puchatku” całkowicie otworzyli. Miałam kiedyś dziewczynę, która się wstydziła swojej kobiecości. A jak zagrała Prosiaczka wyszła z niej naprawdę słodka kobitka i do tej pory taka jest.

„Kubuś Puchatek” jest magiczny, daje nieprawdopodobne możliwości. Pomaga zrozumieć świat. Niestety, nie mogę go robić z moimi niepełnosprawnymi intelektualnie przyjaciółmi ze względu na abstrakcyjne myślenie.

Ma Pani inne magiczne teksty...

Znam wiele magicznych „bajek” dla dorosłych. Przez całe życie czytam Biblię. Jeszcze z moim pierwszym mężem Wiesławem Dymnym przeczytaliśmy na głos cały Stary Testament w przekładzie Jakuba Wujka. W tej księdze zawarte jest wszystko o człowieku.

Ale, choćby się czytało Biblię całe życie, nie sposób przeczytać jej do końca. Bo kiedy otwiera się ją mając 20 lat, to czyta się coś innego niż gdy się ma tych lat 50. Uwielbiam też Dostojewskiego. Całe życie jestem nim napiętnowana. Jedną z moich ukochanych lektur jest "Mistrz i Małgorzata" Bułhakowa. Grałam kiedyś Małgorzatę. Egzemplarz, z którego wtedy korzystałam, jest zniszczony - popodkreślany, pozakładany, wymięty. Uwielbiam "Czarodziejską górę" Manna, "Zamek" Kafki. Wiem, nie jestem oryginalna (śmiech). Bardzo dużo czytam też książek z innych dziedzin.


A z jakich, jeśli można wiedzieć?

Ostatnio przeczytałam książkę "Antropolog na Marsie", którą napisał lekarz neurolog, Oliver Sacks. To facet, który zdjął na chwilę kitel, żeby zbliżyć się do swoich pacjentów. Jednym z nich był genialny chirurg ze Stanów, cierpiący na zespół Tourette'a, czyli zaburzenie neurologiczne charakteryzujące się występowaniem licznych tików ruchowych i werbalnych. Opisał też człowieka, który przez 40 lat był niewidomy. Po operacji odzyskał wzrok, ale wciąż nie umiał widzieć i żeby coś zobaczyć zamykał oczy. Są tam opisane nieprawdopodobne rzeczy o człowieku. Inna książka, do której zaglądam bardzo często, to "Kore – O chorych, chorobach i poszukiwaniu duszy medycyny” Andrzeja Szczeklika. To lekarz naukowiec z Krakowa, a jednocześnie wielki humanista. Medycyna, sztuka, malarstwo, filozofia, poezja wszystko się w jego książce łączy. Czasami wydaje mi się, że jestem za głupia, żeby czytać książce łączy. Czasami wydaje mi się, że jestem za głupia, żeby czytać takie książki, ale je czytam. I dzięki temu staję się troszeczkę mądrzejsza. O książkach mogłabym mówić godzinami, bo to chyba największy mój przyjaciel w życiu.

Jest Pani osobą, która wprowadziła w Krakowie poezję na salony. Mam na myśli oczywiście „Salon Poezji”...

Krakowski Salon Poezji prowadzę od 2002 roku. W tej chwili jest tych Salonów już znacznie więcej, bo aż 25. Wkrótce otworzymy kolejne – w Polkowicach i Wiedniu. Dawno wyszliśmy poza granice kraju. Mamy swoje Salony w Sztokholmie, Dublinie, Montrealu, Ottawie.

„Salon” brzmi arystokratycznie i elegancko...

To tylko nazwa. Zdarza się, że nasze „salony” mieszczą się w piwnicach i ruinach. Dzięki nim zaczynam być ekspertem od poezji. Zawsze ją czytałam, ale nigdy tak dużo jak teraz i nie w taki sposób.

Do tej pory uczyłam studentów prozy, teraz prowadzę grupę mistrzowską, z którą przerabiam najpiękniejszą poezję miłosną świata. Jak się czyta poezję, to człowiek nie czuje się ze swoimi problemami taki osamotniony. Okazuje się, że taki sam problem miał i Kochanowski, i Szekspir.

Mam szczęście, że robię takie rzeczy. Dzięki nim poznałam osobiście księdza Jana Twardowskiego, Czesława Miłosza, Wisławę Szymborską, Julię Hartwig ...wszystkich największych poetów polskich.


W Krakowie łatwo spotkać poetów...

Normalnie chodzą po ulicach (śmiech). Poeci są fajni, bo są inni. Niektórzy są jak rozkapryszone, urocze dzieci.

Znam takich, którzy nie znają Internetu, a o samochodzie wiedzą tyle, że to co się trzyma w ręku to kierownica. Ale są cudownymi ludźmi.

Każda rozmowa z nimi bywa podróżą. Pan Bóg dał im taki talent, że z kilku słów potrafią składać całe światy.


Pani ukochanym miejscem w Krakowie jest niewątpliwie Stary Teatr im. Heleny Modrzejewskiej. Gra Pani na jego scenie...37 lat!

I cały czas jestem w repertuarze. W tej chwili gram w trzech ogromnych przedstawieniach.

U Janka Klaty w "Orestei" gram Klitajmestrę i Hajduczka w "Trylogii". Trzecie przedstawienie z moim udziałem to "Król umiera, czyli ceremonie" Eugene Ionesco, w reżyserii Piotra Cieplaka.

W grudniu gramy wszystkie trzy! "Król umiera...", o dziwo, idzie na Sylwestra, tak żeby człowiek sobie pomyślał o przemijaniu i śmierci w ten dzień.


Aktorstwo to moja miłość – mogłaby się Pani pod tym podpisać?

Zawsze kochałam swój zawód ale dopiero teraz naprawdę go doceniam i widzę jak jest niezwykły i wspaniały. I z radością wykonuję go do tej pory, żebym nie wiem jak była zmęczona. Mam 59 lat i czasem brakuje mi sił, ale na scenie włącza się jakiś drugi obieg i gram Hajduczka i jak trzeba galopuję jak młódka po łóżkach, biegam jako Klitajmestra z siekierą i zabijam i jestem szczęśliwa. To bardzo męczące, intensywne role, ale dzięki nim wchodzę w bezpieczny, wirtualny świat teatru, gdzie mogę odpocząć od wszystkich prawdziwych cierpień, tragedii, z którymi mam do czynienia na co dzień. W teatrze mogę nad wszystkim panować.

Kocham grać. Wtedy psychiczne odpoczywam, choć zdarza się, że wracam do domu „na czworakach”, bo mi kręgosłup wysiada. Ale myślę sobie, że póki mam siły, jest dobrze. Dalej będę więc grała. No i jak każdy prawdziwy aktor marzę, by kiedyś umrzeć na scenie. Ale póki co muszę jeszcze żyć, bo zaczęłam wiele ważnych rzeczy i muszę je dokończyć. Na razie więc umieram tylko wirtualnie.

























Pozdrawiam :))
"Starsza Letnia Miotełka"

 

(c) 2003-2017 Team Dar Życia :: nota prawna :: o plikach Cookies :: biuro@darzycia.pl
Polecamy:   Forum o zwierzętach