Ogłoszenia Zwierzęta
Aktualności: Jeśli uważasz że serwis Dar Życia jest potrzebnym miejscem Wesprzyj nas. Chcemy reaktywować serwis, dostosować graficznie i technicznie do aktualnych standardów, ale potrzebujemy Twojego wsparcia. Dziękujemy za wsparcie.

Autor Wątek: Dzieci mówią sobie "dość"  (Przeczytany 14709 razy)

Offline Ulka

  • User z prawami do pisania
  • Rozgadany Weteran
  • *******
  • Wiadomości: 10988
Dzieci mówią sobie "dość"
« dnia: Listopad 28, 2003, 02:42:24 pm »
Nastolatki są szczególnie podatne na depresję i myśli samobójcze

  „Kiedy mnie już nie będzie, to może ktoś zauważy, że istniałam” – napisała w pożegnalnym liście nastolatka. Stale rośnie liczba dzieci i młodzieży podejmujących zamach na własne życie. Stanowią już blisko 10 proc. ogółu samobójców.
 
 Gdy dziecko odbiera sobie życie, reakcją jest szok, bezradność, niedowierzanie, gigantyczne poczucie winy u otoczenia. Zwłaszcza że te odratowane na pytanie: dlaczego?! potrafią podawać powody zaskakująco błahe: zakaz pójścia na prywatkę, pałka z matematyki czy domowa kłótnia z trzaskaniem drzwiami. Jednak – jak twierdzą zgodnie wszyscy specjaliści – samobójstwo to proces, nie akt. Jest jak czechowowska strzelba, która wypala w trzecim akcie, ale od dawna nabita wisi na ścianie.

 
Nóż i ketchup

Fala samobójstw wśród dzieci i młodzieży nasila się pod koniec semestru i gdy zbliża się zakończenie roku szkolnego. Stąd prosta droga do wniosku: winna jest szkoła.

– To stereotyp często ogrywany przez media – mówi dr Agata Brzozowska z Kliniki Psychiatrii Wieku Rozwojowego szpitala Akademii Medycznej w Warszawie. – Pokazuje się palcem na szkołę, a zapomina, że podłożem jest brak oparcia w domu, bez którego trudno radzić sobie z problemami.

10-letni Marek, dyslektyk i dziecko nadpobudliwe, nie potrafił poradzić sobie z piętrzącymi się w szkole kłopotami. Ojciec alkoholik rozwiązywał te problemy pasem i zamykaniem w komórce. Chłopiec namówił brata na pozorowane samobójstwo. Wzięli noże, oblali sobie przeguby ketchupem, ułożyli się w łóżkach i udawali martwych. To pomogło. Matka, gdy wyszła z szoku, zrozumiała, że coś trzeba zrobić. Załatwiła zmianę szkoły i przyprowadziła chłopca na leczenie.

Alfred Adler napisał, że samobójstwo może być zamaskowaną formą agresji skierowaną przeciw otoczeniu. Rzeczywiście, czym innym jest sytuacja, gdy dziecko w środku nocy połyka 50 tabletek, a czym innym, gdy bierze 10 i natychmiast informuje o tym domowników. W wielu próbach samobójczych podejmowanych przez dzieci i nastolatków uderza pewna teatralność. Chciałoby się powiedzieć, że jest to manipulacja, emocjonalny szantaż czy chęć zemsty na rodzicach.

– Czasem chodzi po prostu o to, żeby znaleźć się w szpitalu, zrobić wrażenie, ukarać rodziców i wpędzić ich w poczucie winy – mówi dr Krzysztof Rosa, socjolog pracujący w Klinice Ostrych Zatruć Instytutu Medycyny Pracy w Łodzi. – Ale każda taka sytuacja to sygnał, że w domu jest coś nie tak, że rodzina nie potrafi normalnie ze sobą rozmawiać.

Zdarza się, że dzieci mające myśli samobójcze specjalnie zostawiają na wierzchu pamiętnik, w którym opisują swój stan, albo ostentacyjnie rozdają ulubione rzeczy, mówiąc: mnie niedługo nie będą już potrzebne. Zdaniem specjalistów nie wolno lekceważyć żadnych gróźb, bo komunikat: zabiję się, tak naprawdę brzmi: pomóżcie mi, sytuacja jest dla mnie zbyt trudna i nie potrafię sobie z nią poradzić.

– Jeśli te słowa padną w pustą przestrzeń, mogą się spełnić – ostrzega dr Agata Brzozowska.

Niebezpieczne są nawet te pozorowane próby. Do łódzkiego szpitala przywieziono dziewczynę, która po ostrej kłótni z ojcem łyknęła na jego oczach garść tabletek nasercowych. Gdy zajęli się nią lekarze, była jeszcze przytomna, sama podała nazwę proszków. Akcję podjęto natychmiast. Rodzice czekali na korytarzu licząc, że może jeszcze tego dnia będą mogli zabrać córkę do domu albo chociaż z nią porozmawiać. Proszki okazały się zbyt silne, dziewczyna zmarła po trzech godzinach.

 c.d. tu

http://polityka.onet.pl/162,1141777,1,0,artykul.html
Ulka-Darek30mpdz & Magda31 &   wspomnienia

Pan Rajek

  • to weteran
  • polecający usługi
  • *******

Offline Ulka

  • User z prawami do pisania
  • Rozgadany Weteran
  • *******
  • Wiadomości: 10988
"" Fala" w szkole ?
« Odpowiedź #1 dnia: Listopad 28, 2003, 02:56:40 pm »
Dyrektorka jakubowskiego gimnazjum zostanie zawieszona
 Po wczorajszym spotkaniu z mazowieckim kuratorem oświaty, wójt Jakubowa dziś zawiesi w czynnościach dyrektorkę gimnazjum. Uczeń tej szkoły popełnił niedawno samobójstwo, bo nie wytrzymał fali ze strony starszych kolegów.
Wszystko to efekt opisanej przez nas przedwczoraj dramatycznej historii 13-letniego Mateusza, ucznia pierwszej klasy gimnazjum w Jakubowie. Starsi koledzy kazali mu zapałką obmierzać korytarz, musiał też chodzić z napisem "kot" na karku. Nie wytrzymał. Popełnił samobójstwo.

http://www1.gazeta.pl/warszawa/1,34862,1799737.html
Ulka-Darek30mpdz & Magda31 &   wspomnienia

Offline Ulka

  • User z prawami do pisania
  • Rozgadany Weteran
  • *******
  • Wiadomości: 10988
Po tragedii w Jakubowie: program 1TVP
« Odpowiedź #2 dnia: Listopad 28, 2003, 03:00:02 pm »
Samobójcza śmierć 13-letniego Mateusza ściągnęła do maleńkiego Jakubowa pod Mińskiem ekipę telewizyjną. "Mateusz odebrał sobie życie, bo nie mógł dłużej znieść szykan ze strony starszych kolegów" - zagaił prowadzący program. I pytał: "Jak to możliwe, że tak zwana fala przenosi się z wojska i więzień do szkół?". Matka zmarłego gimnazjalisty sypała przykładami: jej syn był bity, wyśmiewany, zamykany w ubikacji. Inni rodzice przekonywali, że w ich gimnazjum nic złego się nie dzieje. "Córka nigdy mi się nie skarżyła" - mówiła jedna z matek. "Nigdy nie słyszałem słowa fala" - wtórował jej jeden z ojców. "Szkoła na pewno nie była powodem tego samobójstwa" - przekonywali chórem rodzice. Sielankę zmącił sołtys Jakubowa. "Falę w szkole zauważyłem już dwa lata temu. Nawet poruszyłem ten temat na sesji rady gminy. Dziwię się rodzicom, którzy udają, że nic nie wiedzieli" - stwierdził.

Co gorsza, nic nie wiedzieli też nauczyciele. "Nasza szkoła jest jak okręt, który płynie po fali ku lepszemu " - mówiła dyrektorka gimnazjum. "To dlaczego Mateusz wyskoczył za burtę?" - ripostował prowadzący. Dyrektorka bąknęła coś o nierzetelności w kolportowaniu informacji, by na koniec wyznać: "Nie twierdzę, że jestem bardzo dobrym kapitanem tego okrętu".

Przed kamerami wypowiadali się też mazowiecki kurator oświaty i wójt gminy, w sumie kilkanaście osób - sami dorośli. Kamery przebiegały po poważnych twarzach gimnazjalistów, ale nikt nie uznał za stosowne któregoś z nich zapytać o zdanie. Cóż, dzieci jak ryby... Cała nadzieja w tym, że choć niepytani, swoje wiedzą. I potrafią przebrnąć przez falę szykan i przemocy. Bo dzisiejsza polska szkoła to sport iście ekstremalny. Przetrwać to odrobić najtrudniejszą z lekcji
"Na żywo" 1TVP 27.11, godz. 18.05

http://www1.gazeta.pl/warszawa/1,34862,1799738.html
Ulka-Darek30mpdz & Magda31 &   wspomnienia

Offline Mawe

  • User z prawami do pisania
  • Aktywny Gadacz
  • *****
  • Wiadomości: 917
Dzieci mówią sobie "dość"
« Odpowiedź #3 dnia: Listopad 28, 2003, 04:48:31 pm »
Dlaczego fala przeniosła się do szkoły trudno powiedzieć. Trzeba z tym walczyć kategorycznie i choć wiem, że jest to niebywale trudne to jednak możliwe. My musieliśmy ostro ukarać uczniów, którzy próbowali się zabawić kosztem młodszych kolegów. Efekty były zaraz widoczne.
Pozdrawiam Ewa i 4 muszkieterów

Offline Ulka

  • User z prawami do pisania
  • Rozgadany Weteran
  • *******
  • Wiadomości: 10988
Nie chcę się błąkać
« Odpowiedź #4 dnia: Wrzesień 07, 2004, 07:59:13 pm »
Nie chcę się błąkać

 
"Jeśli masz popełnić samobójstwo, przeczytaj najpierw ten tekst. Nie będę się z toba sprzeczać, czy masz się zabić, czy nie". Ze strony www.przyjaciele.org "Razem przeciw samobójstwom"

Fragmenty czatu, sobota, 14 sierpnia. vampir: Lato, a od wczoraj leje. Przed południem zmarł Miłosz.

miki: Dobry dzień na umieranie. Może w końcu i mnie starczy odwagi. Worek na głowę...

alien: Zazdroszczę mu. Pożył, odszedł, ma z głowy.

hera: Hej, Czesiu, zaraz do ciebie idziemy.

Łukasz, wrzesień 2003

Czy matka da mi w końcu spokój? Marzę, że kiedyś obudzę się i nie będę słyszał jej cholernych obcasików. Stuk, stuk, stuk - taki alfabet Morse'a. Wolne, wolne... - znaczy, że ma dobry humor. W nocy przyszedł pan Jarek, robi mu jajecznicę.



tekst bardzo długi, dla zainteresowanych link do strony

http://serwisy.gazeta.pl/df/1,34467,2268983.html
Ulka-Darek30mpdz & Magda31 &   wspomnienia

Offline Gaga

  • Administrator
  • Rozgadany Weteran
  • *****
  • Wiadomości: 26484
Dzieci mówią sobie "dość"
« Odpowiedź #5 dnia: Wrzesień 10, 2004, 02:21:08 pm »
Od ojca wolał śmierć

Jacek P poskładał do szafki nowe ubrania. Poprosił mamę o cukierki. Zjadł. Pobawił się z młodszym rodzeństwem. A potem zszedł do piwnicy i odebrał sobie życie.
-

 Mamusiu, a jak jest w domu dziecka? Może mógłbym tam być, kiedy ojciec do nas wróci? - Jacek zamęczał Hannę Pepłowską (40 l.) pytaniami całą drogę z Kiersztanowa do Gierzwałdu. Był koniec sierpnia. Hanna dostała 200 zł z opieki społecznej, dofinansowanie na przybory szkolne. Jackowi brakowało butów i spodni. Wybrali się więc na rynek w Gierzwałdzie.

- Nie myśl o tym. Będzie dobrze - odpowiadała Hanna, ale sama się tym gryzła. Na drugi dzień miał u nich być z wizytą biegły sądowy. No i były mąż, skazany za znęcanie się nad rodziną i molestowanie seksualne synów. Bogdan (51 l.) po powrocie z więzienia domagał się w sądzie jednego z dwóch pokojów, w których zamieszkuje 10-osobowa rodzina Pepłowskich.

- Ja z nim pod jednym dachem mieszkał nie będę. Prędzej z domu ucieknę - rozpaczliwie wołał Jacek.


Z pijanym ojcem w ŁÓŻku

Hanna, matka ośmiorga dzieci, wyszła za mąż w 1986 roku. Pochodzili z jednej wsi. Za pracą wyjechali na Śląsk. Bogdan poszedł do kopalni. - Było dobrze, zanim nie poznał kumpli. Wódeczka, imprezy i... stracił pracę. Dzieci sypały się jedno za drugim, mieszkaliśmy na stancji. Wybłagałam mu robotę w drugiej kopalni. Postanowiliśmy, że wrócę z dziećmi do rodziny, a on zamieszka w hotelu. Będzie taniej, no i doczekamy się mieszkania pracowniczego.

Po wyjeździe Hanny Bogdan rzucił pracę. - Najął się do dojenia krów w PGR-ze w Kiersztanowie. Dostaliśmy tu mieszkanie. Pracował 4 miesiące, kielicha nie odstawił, pobił brygadzistę i wyrzucili go - mówi Hanna.

Z zasiłku ledwo porobiła opłaty. W sklepie "na kreskę" kupowała tylko chleb, masło i cukier. A Bogdan pił, spał po rowach, kradł.

- Wracał, kiedy już spaliśmy, opróżniał lodówkę ze wszystkiego, co trzymałam dla dzieci - opowiada Hanna. - Kiedy wstawaliśmy rano, już go nie było.

Hanna opowiada o ucieczkach z dziećmi do sióstr, o biciu, straszeniu i groźbach pijanego Bogdana. - To był jakiś straszliwy potwór, przed którym wciąż trzeba było uciekać - mówi. - Wzrok miał pokrzywiony i mściwy. Twarz obrzmiałą. Czasem pijany walił się na łóżko do starszych synów, Marka i Artura. Ciasno u nas, wszyscy spaliśmy po dwoje na łóżku - w jednym pokoju ja z młodszymi, w drugim starsze. No i on. Nie miałam pojęcia, że zaczął dobierać się do chłopców.


WytŁukĘ was!

Było lato 1998 roku. Bogdan wrócił z sąsiedniej wsi pijany. Z butelką wina w ręku, z oszalałym wzrokiem. Tłukł butelką o krawędź stołu, rzucał się na dzieci.

- Rano ubrałam dzieci i oznajmiłam, że idziemy do lekarza. Trafiłam do znajomej w Gierzwałdzie, która pomagała maltretowanym kobietom. Załatwiła nam mieszkanie w Olsztynie, opiekę prawną i psychologiczną. Chłopcy wyznali, co ojciec wyczyniał z nimi w nocy. Złożyliśmy zawiadomienie na policję.

16-letniemu dziś Markowi z trudem przychodzi mówienie o ojcu. Zresztą, słowa "ojciec" nikt w tym domu nie wypowiada. Jest "on". - Nienawidzę go - mówi Marek. - Pijany kładł się w nocy do nas, obmacywał i takie różne... Mówił, że pozabija, jak komuś o tym powiemy.

31 sierpnia 1998 roku Bogdan poszedł siedzieć. Hanna odetchnęła, wróciła z dziećmi do Kiersztanowa, do domu. Złożyła pozew o rozwód.

- Bogdan przez trzy lata pisał z więzienia listy, że nas wytłucze, że podpali, jak wróci... Wyszedł w 2001 roku.

Hanna mieszkała już z konkubentem Janem. Bogdan poszedł mieszkać do matki, ale wciąż był zameldowany w Kiersztanowie. Zaczął słać pisma do sądów. Domagał się jednego pokoju i, tym samym, mieszkania z synami. Odbyło się kilka rozpraw. Po ostatniej, w czerwcu, sąd zdecydował, że mieszkanie musi obejrzeć biegły sądowy. Biegły miał przyjść w sobotę, przed rozpoczęciem roku szkolnego.


Tragedia w piwnicy

W piątek, po powrocie z zakupów, Jacek przymierzał przed rodzeństwem nowe ubrania. Cieszył się, że szkoła się zacznie. - Poskładał nowe ubrania do szafki - opowiada Hanna. - Włożył stare i poprosił, czy nie mogłabym cukierków kupić. Dałam 1,50 zł, córka poleciała do sklepu, kupiła. Jacek poczęstował się i poszedł do gołębi, które sprowadził dla niego mój konkubent. A potem zniknął. Myślałam, że poszedł do kolegów. A on zszedł do piwnicy.

Nastał zmierzch, w domu zrobiło się ciemno, na dodatek w pokoju wysiadła żarówka. Ktoś wpadł na pomysł, żeby wykręcić dobrą z piwnicy. Pobiegł po nią Marek. Paliło się tam światło, ale drzwi były zamknięte od środka. Marek je wyważył. I Jacek... na pręcie, na lince zawieszony... Już nic się nie dało zrobić...

Pogotowie, policja, prokuratur... Wszyscy w domu dostali zastrzyki uspokajające. Wpadł do nich Bogdan, któremu ktoś z Kiersztanowa przyniósł tragiczną wieść. - Wpadł rozjuszony, złapał Marka za gardło, zaczął go dusić i krzyczeć, że to przez niego Jacek się powiesił - relacjonuje rodzeństwo.

- I tak was powybijam, a będę tu mieszkać! - odgrażał się. Marek wypchnął go z domu, przyjechała policja.


Jak im pomóc?

Sierżant sztabowy Edmund Malik z posterunku w Stębarku prowadzi śledztwo w sprawie samobójstwa chłopca. Prowadzi też śledztwo w sprawie stosowania gróźb karalnych przez Bogdana P. wobec rodziny. Po pogrzebie Bogdan został zatrzymany przez policję i odwieziony do więzienia. Okazało się, że od 2002 roku miał wyrok, również o stosowanie gróźb karalnych wobec rodziny. Nie odsiedział go. Sąd dał nakaz doprowadzenia go do aresztu na 6 miesięcy, kilka dni przed samobójstwem Jacka.

- Może gdybyście zatrzymali go wcześniej... - mówię do sierżanta Malika.

- Nie przebywał na naszym terenie - odpowiada policjant. - Ale teraz będzie trochę spokoju. Bogdan po pogrzebie i do mnie dzwonił. Za śmierć syna wini wszystkich, nawet mnie. Jego degradacja będzie postępować. A co ja mogę zrobić? Jedynie pilnować bezpieczeństwa tej rodziny.

Hanna z dziećmi od 2 września jeździ do Ostródy, do psychologa. Samochód dała gmina Gierzwałd. Psychologa załatwił ośrodek pomocy społecznej.

- To wszystko do czasu - mówią dzieci Pepłowskiej. - On przecież znowu wyjdzie z więzienia.


autor: Anita Czupryn

Zródło: Super Ekspress z dnia 8 wrzesnia 2004 roku
Pozdrawiam :))
"Starsza Wiosenna Miotełka"

Offline sonia

  • User z prawami do pisania
  • Rozgadany Weteran
  • *******
  • Wiadomości: 25627
    • Dar Życia
Dzieci mówią sobie "dość"
« Odpowiedź #6 dnia: Wrzesień 24, 2004, 11:05:57 am »
ZDANIEM MAMY. Tylko nie getto!

Szkoły lepsze i gorsze były od zawsze. A w ramach tych szkół bywały klasy cieszące się lepszą lub gorszą opinią. W jednej akurat zeszły się dzieci spokojniejsze, w drugiej z kolei bardziej uzdolnione. Z reguły taki układ był jednak dziełem przypadku. Na przełomie lat 50. i 60. o tym, czy chodziło się do klasy a, b czy c decydował... alfabet. W klasie "a" były więc dziewczynki lub chłopcy (bo szkoły koedukacyjne należały do rzadkości), których nazwiska zaczynały się na litery od A do K, w "b" - ze środka, a w "c" - z końca alfabetu.

Szansa na to, by w jednej klasie zeszli się uczniowie zdolniejsi, w innej z bogatszych rodzin, a w kolejnej same nieznośne była więc znikoma. Ale też różnice, przynajmniej finansowe, między dziećmi były minimalne. Jeżeli kogoś nie było stać na wyjazd na wycieczkę, płacił za to komitet rodzicielski. I tyle...

- Dlaczego moje dziecko nie ma prawa jechać na "zieloną szkołę", dłuższą wycieczkę albo uczyć się w szkole dodatkowego języka? Dlaczego poziom w klasie jest niższy niż mógłby być, a syn narażony jest na demoralizujący wpływ kolegów? - zastanawiają się rodzice, których potomstwo skazane jest na chodzenie do szkoły w "niedobrej" dzielnicy, gdzie wielu rodzin nie stać na absolutnie żadne wydatki ekstra, dzieci nie chcą się uczyć, a przy tym rozrabiają ponad miarę. - Nie stać nas na prywatną szkołę, a poza tym płacimy podatki i mamy prawo, żeby w zamian za to nasze dziecko miało naukę na właściwym poziomie - argumentują.

Więc co - przyjmować dzieci do klas według zarobków rodziców, miejsca zamieszkania (osobny oddział dla tych z mieszkań socjalnych), czy może według stopnia demoralizacji? Klasa "a" dla lepiej sytuowanych, "b" - dla chuliganów a "c" dla niedożywionych? Ale jak podzielić młodych ludzi, jeśli synek z bogatej rodziny będzie bardziej zdemoralizowany od tego z biednej, a dziewczynka z mieszkania socjalnego okaże się zdolniejsza od koleżanki mieszkającej w przyzwoitym bloku lub nawet w domku jednorodzinnym?

Chyba nie w tym sęk, by dzielić dzieci, ale by dorośli znaleźli wyjście z tej sytuacji - np. szukając grosza na dopłaty do ponadprogramowych lekcji albo wycieczek nie tylko w szkole czy pomocy społecznej, ale w fundacjach i instytucjach charytatywnych, organizując zajęcia wyrównawcze dla mniej zdolnych uczniów itp. Bo tworzenie gett nigdy i nikomu nie wychodzi na dobre..."- EWA - Dziennik Polski z dn. 23,09.2004r

ZDANIEM TATY. Równi i równiejsi

Maciek, syn dość wysoko postawionego w służbowej hierarchii gminnego urzędnika, siedzi w ławce z Kacprem, którego rodzice są lekarzami. Razem z nimi do klasy chodzą dzieci prawników, inżynierów, nauczycieli, pracowników wyższych uczelni, właścicieli niewielkich prywatnych firm. Wszystkie mogłyby uczyć się prywatnie, lecz z różnych powodów trafiły do gimnazjum publicznego, jednego z kilku w mieście. W tej samej szkole są również dwie inne klasy, utworzone z uczniów przyjętych tylko dlatego, że mieszkali w rejonie obsługiwanym przez wspomnianą placówkę oświatową. A rejon to, przyznajmy szczerze, nieciekawy. Stare, popadające ruinę kamienice z lokatorami, wśród których na próżno szukać przedstawicieli miejscowej inteligenckiej elity.

Podział na klasy lepsze i gorsze w publicznych podstawówkach i gimnazjach nie jest przypadkowy. Wynika z oczekiwań części rodziców, którzy liczą, że lokując swoje latorośle w grupie wybrańców, zapewnią im wyższy poziom nauczania i bezpieczeństwo, uchronią się przed problemami wychowawczymi, związanymi z wpływem tzw. złego towarzystwa. Takie rozwiązanie jest również na rękę dyrekcji szkół, choćby z czysto praktycznego punktu widzenia. Wiadomo na przykład, jak trudno przy nadmiernie zróżnicowanych aspiracjach i zamożności rodziców zorganizować wspólne wyjście do teatru czy wyjazd na wycieczkę. Ci chcą i mogą jechać, tamci też chcieliby, ale oczekują, że zostaną wsparci finansowo przez bogatszych, innych to zupełnie nie interesuje.

Przeciwko podziałom w szkołach zdecydowanie protestują pedagodzy i psychologowie. Alarmują, że taka segregacja fatalnie odbija się na charakterach młodych ludzi, rodzi kompleksy, wywołuje poczucie odrzucenia, pogłębia różnice dzielące poszczególne grupy społeczne. Zgoda, ale nie ukrywajmy, że rację mają też przecież rodzice, którzy, jakkolwiek byłyby im bliskie ideały wolności, równości i braterstwa, kierują się przede wszystkim dobrem własnych dzieci, tak jak je sami pojmują. Poza tym narzekamy, że współczesna szkoła jest oderwana od realnego życia. No, to proszę bardzo. Lekcja 1: "Świat zamieszkują równi i równiejsi"... - ADAM , Dz.Polski z dn.23-09.2004r
Tam gdzie warto dotrzeć, nie ma dróg na skróty.
Sonia, mama Moniki z zD- 19,10l. , Domowa terapia

Offline Ulka

  • User z prawami do pisania
  • Rozgadany Weteran
  • *******
  • Wiadomości: 10988
Dziecko i samobójstwo
« Odpowiedź #7 dnia: Kwiecień 17, 2005, 10:38:58 am »
Zanim młody człowiek targnie się na swoje życie, zwykle wysyła swoim najbliższym rozpaczliwe wołanie o pomoc. Naucz się je słyszeć

http://samozdrowie.interia.pl/temat_tygodnia/news?inf=100023130
Ulka-Darek30mpdz & Magda31 &   wspomnienia

Offline Emilianka

  • User z prawami do pisania
  • Wyjadacz
  • *****
  • Wiadomości: 3124
Dzieci mówią sobie "dość"
« Odpowiedź #8 dnia: Luty 14, 2006, 02:39:58 am »
W Newsweeku z 29.01.06 (nr 4/2006) byl artykuł na ten temat.


Długie, ale wklejam cały, bo archiwum Newsweeka ma płatny dostęp.

Dzieci, których nie ma.
Iwona Dominik , Violetta Ozminkowski

Codziennie w Polsce samobójstwo popełnia co najmniej jedno dziecko. Każda z tych śmierci to porażka świata dorosłych.

  W sobotę 14 stycznia dziesięcioletnia Martyna kupiła w osiedlowym sklepiku ołówki, cyrkiel i gumkę do ścierania. W niedzielę rano była u spowiedzi. W poniedziałek miała z całą klasą pojechać do kina na "Opowieści z Narnii". Ot, zwyczajna dziewczynka z brązowymi włosami do ramion spiętymi dwoma spinkami.
Tej feralnej niedzieli w domu rozmawiała z rodzicami o ocenach w szkole. "Idą ferie, koniec półrocza, idź się pouczyć" napominał tata. Z niechęcią, ale poczłapała w końcu do swojego pokoju na piętrze. Wtedy widzieli ją po raz ostatni. O godz. 20 Martyna wzięła pasek od szlafroka, przewiesiła go przez poręcz, zawiązała pętlę, wsadziła do niej głowę, a potem skoczyła ze schodów.
Znajomi i przyjaciele, którzy tydzień temu w środowe przedpołudnie przyszli na pogrzeb 10-letniej Martyny Filipiak ze wsi Objezierze pod Obornikami Wielkopolskimi, opowiadali o tym, jak bardzo zwyczajną i pogodną była dziewczynką. Jakby każdy starał się przekonać innych i samego siebie, że jest niewinny. Że naprawdę nic, absolutnie nic nie wskazywało na to, że dziecko chce odebrać sobie życie.

  Więc dlaczego? Dlaczego co roku 30-50 dzieciaków w wieku 10-14 lat popełnia samobójstwo w Polsce? To dwie klasy gimnazjalne.
Wśród starszych nastolatków rokrocznie wiesza się, truje lub wykrwawia 300 młodych ludzi? Jedno duże liceum.
Statystycznie więc każdego dnia w Polsce odbiera sobie życie jedno dziecko.?

  To dwa razy więcej niż 10 lat temu - mówi prof. Aleksander Araszkiewicz z Polskiego Towarzystwa Suicydologicznego.
To "odmłodzenie struktury samobójczej" - jak nazywa się to zjawisko w suchym języku nauki - dotyczy całego świata i wywołuje alert wśród psychologów, psychiatrów i socjologów. W USA samobójstwo jest trzecim powodem śmierci wśród młodych ludzi (15-24 lat); w Kanadzie - drugim. Spośród 276 tysięcy amerykańskich dzieciaków, które w zeszłym roku próbowały się zabić (wiek 14-17), pięć tysięcy zrobiło to skutecznie. Najnowszy raport Parlamentu Europejskiego podkreśla, że co dziesiąty młody Europejczyk ma za sobą przynajmniej jedną próbę samobójczą. Ludzie w wieku 10-18 lat stanowią 15 procent wszystkich samobójców we Francji, 13 procent w Anglii i Niemczech, 8 procent w Hiszpanii i Włoszech.

  Ale nawet najstaranniej wyliczone statystyki nie odpowiadają na pytanie: dlaczego?
Psychiatrzy mówią o coraz słabszej kondycji psychicznej młodych ludzi, depresji, na którą cierpi już około 20 procent nastolatków, o wszechobecnym stresie. Psycholodzy ? o kryzysie rodziny we współczesnym świecie i dotkliwej samotności młodzieży. Bo do samobójstwa może doprowadzić młodego człowieka nie tylko dom z alkoholem, przemocą, molestowaniem seksualnym (fakt bycia molestowanym seksualnie zwiększa prawdopodobieństwo popełnienia samobójstwa aż czterokrotnie), ale też ten zupełnie normalny. Tyle że chłodny, z zabieganymi rodzicami i dziećmi całymi dniami wpatrującymi się w ekran komputera.

  Śmierć Martyny wstrząsnęła całą Polską, bo dziewczynka miała zaledwie 10 lat. Była to jednak tylko jedna z całej serii samobójstw z początku tego roku.
17 stycznia 14-latek z województwa pomorskiego powiesił się, bo miał iść do poprawczaka. Tego samego dnia w centrum Warszawy rzuciła się z okna 14-latka. 8 stycznia powiesiła się na szaliku w swoim pokoju 12-letnia Jadzia ze Szczecina, bo miała dosyć awantur między pijanymi rodzicami. 13-letni Mariusz z Pomorskiego tak bardzo bał się, że ojciec spuści mu lanie za rozerwanie spodni koledze, że wolał się powiesić. A w Szczecinie w dzień swoich urodzin zacisnęła sobie pętlę na szyi 15-letnia dziewczynka, która w mieszkaniu babci usychała z tęsknoty za matką pracującą za granicą.

  Takich tragedii być może było dużo więcej, bo prawdziwa skala samobójstw ukrywa się gdzieś między suchymi danymi urzędów statystycznych, policyjnymi wykresami a tragedią pogrążonych w głuchej rozpaczy rodziców. - Nierzadko jest tak, że nikt nie jest w stanie stwierdzić, czy dorastający chłopak, którego ciało znajduje policja na torach, to ofiara własnej nieuwagi, czy zamierzonego aktu samozagłady - mówi psycholog Maciej Tryburcy.
16-letnia Ania i jej 19-letni chłopak Tomek ze wsi Szkwa na Mazowszu 13 stycznia tego roku pod Zambrowem wjechali swoim maluchem pod koła tira. Tomek zginął na miejscu, Ania wciąż walczy w szpitalu o życie. Tragiczny wypadek, było ślisko, stwierdzili policjanci, którzy przyjechali do wypadku. Okazało się jednak, że szaleńczo zakochani w sobie nastolatkowie zostawili w domu list pożegnalny. Postanowili umrzeć razem, bo rodzice nie aprobowali ich związku.

   Naukowcy twierdzą, że liczba samobójstw odzwierciedla kondycję psychiczną całego społeczeństwa, a prof. Maria Jarosz w książce  "Samobójstwa. Ucieczka przegranych" podkreśla, że wskaźnik zamachów na własne życie to wręcz jego najczulszy barometr. W Polsce ten wskaźnik od połowy lat 90. utrzymuje się na stałym poziomie (16 na 100 tys. mieszkańców), ale zmienia się jego struktura, czyli to, kto decyduje się na odebranie sobie życia. A decydują się coraz młodsi. Żyją pod ciągłą presją. Mają mieć ciała gwiazd filmowych, być poliglotami, kończyć kilka fakultetów, przygotować się do konkurencji na rynku pracy. Kiedy odpadają z wyścigu, zaczyna się depresja.
  Wiek dojrzewania od zawsze zaprawiony jest trucizną samobójczych myśli. Huśtawka nastrojów, impulsywność, nadwrażliwość czy konflikty z rodzicami to stały arsenał zachowań przeciętnego nastolatka. Być może to właśnie dlatego tak trudno pośród setek zbuntowanych nastolatków zauważyć tego jednego, który cierpi na depresję i układa plan własnej zagłady.

  Zdaniem prof. Stana Kutchera, psychiatry z kanadyjskiego Dalhousie University, nastolatki z problemami psychicznymi to prawdopodobnie najbardziej lekceważona na świecie grupa ludzi.
"Nad ich problemami zbyt często przechodzi się bez większej refleksji, zrzucając wszystko na karb dojrzewania"
podkreśla profesor.

  Psycholog Mirosław Madejski przestrzega jednak przed zbyt pochopnym używaniem słowa "depresja" w określaniu przyczyn zachowań samobójczych. "Depresja to choroba, a nie wszyscy młodzi ludzie, którzy chcą popełnić samobójstwo, są chorzy. Oni często są po prostu w permanentnym kryzysie" tłumaczy psycholog.
Ten kryzys najczęściej nazywa się "rodzina".

 Maciej Tryburcy, który od 10 lat prowadzi internetową stronę dla ludzi myślących o samobójstwie, podkreśla, że prawie zawsze w    e-mailach, które dostaje, pojawia się słowo "rodzina". "I to nie jest tak, że ona jest zabiegana, że nie widzi problemów swojego dziecka. Ona zazwyczaj jest w stanie rozkładu. Dzieciaki piszą: "Dobry dzień dzisiaj, nie dostałem ścierką". Albo: "Pijany ojciec mnie o mało co nie skatował". Te listy pełne są opisów przemocy, a dzieciaki czują się jak śmieci.

To musiała czuć -letnia Jadzia, która powiesiła się na swoim łóżeczku. Jej pijani w sztok rodzice spali tuż obok, ale niczego nie słyszeli.

"Mamusiu, błagam Cię, proszę Cię, wybacz mi, ale ja nie daję sobie ze sobą rady, w głowie mi się kotłuje, nie wiem, co mam robić. Popełnianie samobójstwa to głupi gówniany wybryk. Ale ja jestem takim gównem, mam dopiero 15 lat, więc cóż, przepraszam za wszystko, kocham Was" napisała w kwietniu zeszłego roku14-letnia Angelika z Ząbkowic. Swoją śmierć zaplanowała bardzo dokładnie. Rzuciła się pod pociąg relacji Kamieniec Ząbkowicki Świdnica. Na torach zostały tylko adidasy.
Z zeznań koleżanek w prokuraturze:
"Narzekała, że jej ojciec krzyczał na nią i bił bez powodu, i często nadużywał alkoholu. A na matkę, że nigdy nie stanęła w jej obronie. Miała pretensje, że na zewnątrz udają szczęśliwą rodzinę, a w domu tylko się kłócą"
"Angelika uważała, że byłoby lepiej dla niej i dla brata, gdyby rodzice po prostu się rozwiedli, a nie trwali w tym nieszczęśliwym związku. Ojciec, jak mówiła, zawsze ją poniżał, jak dostawała w szkole złe oceny. Mówił, że jest zerem."
"Raz widziałam, kiedy byłam u niej w domu, jak ojciec ją zawołał, a ona powiedziała, że zaraz przyjdzie. Wtedy on przyszedł i uderzył ją ręką w twarz."
Sprawę śmierci Angeliki prokuratura umorzyła. "Braliśmy pod uwagę wątek maltretowania dziecka" przyznaje Paweł Migacz, prokurator rejonowy w Ząbkowicach." Ale nikt ze świadków, choćby sąsiedzi, nie potwierdził, że coś takiego mogło mieć miejsce.

  gelika szukała pocieszenia u koleżanek.
Zazwyczaj tak jest, że kiedy w rodzinie nie daje się wytrzymać, młodzi ludzie szukają akceptacji poza nią. Chłopak, dziewczyna, grupa kolegów z klasy zaczynają stanowić cały świat. Wielu ludzi nie może zrozumieć: jak to? chodziła z chłopakiem miesiąc, on ją rzucił i zaraz odebrała sobie życie? "A oni na tej jednej relacji, tej miłości zawiesili całe swoje być albo nie być. To był dla nich ostatni sznurek łączący ich ze światem" mówi Mirosław Madejski.
  Dlatego tak strasznie boli odrzucenie przez rówieśników. Z listów pozostawianych przez młodych samobójców nierzadko wyziera ponury obraz relacji w szkole: wyśmiewania, popychania, ironicznych docinków. Wszystko skrywane przed rodzicami, którzy zadowalają się rutynową formułką: "W szkole wszystko w porządku."

  21 listopada 2003 roku odebrała sobie życie 14-letnia Ola z gimnazjum w Sobótce koło Wrocławia. Była bardzo ładna: długie jasnobrązowe włosy, pełne usta. Bezproblemowa, zawsze skryta, rodzicom nigdy nie opowiadała o tym, co dzieje się w szkole. Kiedy wieszała się we własnym domu, zrobiła to tak cichutko, że w pokoju obok bawiła się jej młodsza siostra i niczego nie usłyszała. Po samobójstwie jej rodzice krok po kroku odkrywali mroczny świat córeczki. Dowiedzieli się, że w nowym gimnazjum (niedawno przeprowadzili się do Sobótki) Ola była tępiona. Były wyzwiska, pobicia i poszturchiwanie.
Dwa miesiące później powiesił się 16-letni Piotrek, ksywa Kondor, z tego samego gimnazjum. Nielubiany. Zawsze przygarbiony. Wsiok.
 
Może to zwykły zbieg okoliczności, a może coś, co psychiatrzy nazywają samobójstwem naśladowczym. "Bo samobójstwo kolegi, kumpla może wywołać u dzieciaków pewne przyzwolenie na rozpatrywanie opcji ostatecznego wyjścia" twierdzi profesor psychologii Peter Crabb z Penn State University w Abington pod Filadelfią.
Tym bardziej że w świecie nastolatków rozmowy o samobójstwach są czymś tak zwyczajnym, jak omawianie najnowszego filmu w kinie. O tym się rozmawia w szkołach, na trzepakach, dyskotekach. Samobójcza śmierć stała się elementem kultury młodych. Amerykańskie media nazwały to efektem Kurta Cobaina, wokalisty zespołu Nirvana, idola nastolatek, który w 1994 roku odebrał sobie życie.
Dr Richard Salwen, dyrektor oddziału psychiatrii w szpitalu w Danbury w Connecticut, mówi w jednym z wywiadów o tym, jak bardzo samobójstwa stały się akceptowane w świecie młodych ludzi. Wspomina rozmowę, jakiej był świadkiem u siebie na oddziale. Jedna z nastolatek dzwoniła do drugiej: "Hej, jestem w szpitalu, gdybyś chciała podciąć sobie żyły, to wpadnij do mnie."
"Ale też metody pozbawiania się życia są na wyciągnięcie ręki.
Wystarczy kilka kliknięć, by znaleźć w Internecie strony poświęcone najlepszym metodom otrucia się spalinami w samochodzie" zauważa Maciej Tryburcy.

  Jednak od czytania o śmierci do targnięcia się na własne życie jest długa droga. Psycholodzy porównują ją do wspinania się na szczyt piramidy.
U jej podnóża znajdują się pierwsze myśli samobójcze. W Polsce, jak wynika z badań doc. Agnieszki Gmitrowicz, psychiatry z Kliniki Zaburzeń i Katedry Psychiatrii Uniwersytetu Medycznego w Łodzi, ma je blisko 30 procent młodzieży ze szkół podstawowych i średnich. Takie myśli nie oznaczają, oczywiście, że dziecko targnie się na swoje życie, zazwyczaj są czymś w rodzaju koła ratunkowego w sytuacjach kryzysowych, pomagają osłabić niepokój przed przyszłością lub zaplanować skrócenie cierpienia.
Ale pod wpływem cierpień psychicznych zaczynają się niekiedy krystalizować w plan. To wyższy człon piramidy. Zaczyna się swoista gra ze śmiercią. Żeby jej jednak spojrzeć prosto w oczy, trzeba pokonać kolejny etap: nieudanych prób samobójczych. "Wierzchołek piramidy stanowią samobójstwa dokonane. Większość na ten wierzchołek wchodzi po kilku próbach", pisze prof. Barbara Pilecka w książce "Kryzys psychologiczny."


  W Polsce dopiero po drugiej próbie samobójczej kieruje się dziecko na leczenie. Pierwsza jest traktowana przez świat dorosłych jak wybryk, a nie wołanie o pomoc. To jest standard. "Bagatelizujemy pierwsze próby samobójcze, tymczasem doświadczenie wskazuje, że młody człowiek, który już raz zdecydował się na taki desperacki krok, odważy się zrobić to jeszcze raz" mówi Mirosław Madejski.
I dlatego zachodnie społeczeństwa już od dawna reagują na każdy sygnał, a jeśli zdarzy się wypadek śmiertelny, ogłaszają w szkołach alarm.
 
Kiedy 10 października 2005 roku setki nastolatków i ich rodziców mokło na deszczu przed domem pogrzebowym w Middletown w USA, by pożegnać 16-letnią Rebeccę Marseglię, w całym miasteczku ogłoszono właśnie taki alarm. Nastolatkę znaleziono powieszoną na drzewie trzy dni po tym, jak obwieściła kolegom w szkole, że wybiera się na wycieczkę do znajomych na Florydę. W miasteczku, gdzie chodziła do szkoły, natychmiast uruchomiono całodobowy anonimowy telefon zaufania, nauczycieli wysłano na obowiązkowe spotkania z psychiatrami, gdzie dwa razy w tygodniu uczyli się rozpoznawania u dzieci samobójczych nastrojów. Grupy wsparcia utworzyli rodzice.

Takie alarmy to w Stanach Zjednoczonych i Kanadzie już norma. Starannie przećwiczona sekwencja wydarzeń, które muszą nastąpić po każdym młodzieżowym akcie samobójczym, nie tylko po to, by pomóc jego nastoletnim kolegom w uporaniu się z traumą wynikającą z kontaktu ze śmiercią, ale żeby bardziej uwrażliwić wszystkich dorosłych na rozpoznawanie sygnałów o nadchodzącej tragedii.
 
  W całej Europie zgodnie z zaleceniami WHO od 1999 roku wprowadzane są programy zapobiegania samobójstwom: szkoli się personel medyczny, pracuje z nauczycielami i dziennikarzami. Polski program zapobiegania samobójstwom utknął gdzieś w ministerialnych biurkach.
"Ale pomału zaczyna się coś dziać" mówi Mirosław Madejski, psycholog z Grupy Interwencji Psychologicznej i Szkoleń
ARCAN, która od lat prowadzi kursy dla pracowników ośrodków interwencji kryzysowej. Uczą na nich rozpoznawania tzw. syndromu presuicydalnego - czyli objawów mogących wskazywać, że jakieś dziecko może myśleć o samobójstwie. Radzą, jak budować kontakt z takim dzieckiem, w jaki sposób z nim rozmawiać i jak skutecznie pomóc jego rodzinie.

  Samobójstwa dzieci i młodzieży to ostatnie tabu współczesnego świata. "Dorośli boją się nawet o nich myśleć, nie mówiąc już o nazywaniu rzeczy po imieniu" mówi dr Włodzimierz Adam Brodniak, sekretarz Polskiego Towarzystwa Suicydologicznego.
I dlatego jeśli nawet rodzice czy pedagodzy widzą, że z młodym człowiekiem dzieje się coś bardzo złego, jeśli nawet domyślają się, iż myśli on o śmierci, milczą. Boją się mówić na ten temat w obawie, że rozmową mogą doprowadzić do nieszczęścia, nie daj Boże podsuną dzieciakowi głupie myśli.
Ośrodków interwencji kryzysowej jest jednak raptem ponad sto w całym kraju. Na dodatek niektóre z nich o godz. 15 zamykają swoje drzwi na klucz. Brakuje dziecięcych psychiatrów (jest ich stu w całej Polsce), kuleje wiedza szkolnych pedagogów i psychologów, którzy nie potrafią w tłumie dzieciaków na korytarzu wypatrzyć tego, który pod maską uśmiechu układa plany samobójcze. Nie wiedzą i często nie kwapią się do poznania prawdy o tym, co dzieje się w domach ich osowiałych uczniów. Między światem dorosłych i dzieci brakuje pomostu.

  Może właśnie dlatego żadnemu z kolegów 16-letniego Piotrka z Sobótki nie przyszło do głowy, by powiedzieć dorosłym, że chłopak już raz próbował się powiesić, że zdejmowali mu sznur z szyi, że ciągle niby w żartach mówił: "Ja się kiedyś powieszę. "Plan wprowadził w życie w lutym zeszłego roku. Zjeżdżał z kolegami z ośnieżonej górki na workach, w pewnym momencie powiedział: "Chłopaki, idę do domu coś zjeść, za dziesięć minut wrócę. Znaleźli go powieszonego w szopie."

Przy braku pomocy instytucjonalnej coraz więcej młodych ludzi szuka pomocy w świecie wirtualnym.
Tam, gdzie nie trzeba czekać w kolejkach do specjalisty, prosić o skierowania, ściemniać przed nauczycielem.
Na internetową stronę "Razem przeciw samobójstwom" (www.przyjaciele.org) miesięcznie wchodzi 1,5 mln osób.
Prawie sami młodzi ludzie pogrążeni w rozpaczy, przeraźliwie samotni w swoich kłopotach. Często piszą, że dopiero tutaj pierwszy raz odważyli się uchylić swoją maskę.
Na listy odpowiada im czterech psychologów. Nie robią "internetowej psychoterapii", po prostu wciągają ich w rozmowę, podbudowują, dyskretnie podpowiadają, gdzie można poszukać pomocy. Wiedzą dobrze, jak pisał jeden z najlepszych suicydologów na świecie, wiedeński psychiatra Erwin Ringel, że
każde samobójstwo poprzedza jakaś nieudana rozmowa.


***
30 % uczniów ze szkół ponadpodstawowych przyznaje się do myśli samobójczych. Aż 7 % z nich przynajmniej raz targnęło się na życie.
W Polsce leczenie niedoszłych samobójców rozpoczyna się dopiero po drugiej probie. Na Zachodzie reaguje się już po pierwszej.

25 % dzieci, które popełniły samobójstwo w momencie śmierci była pod wpływem alkoholu lub narkotyków.
Zazwyczaj też wychowują się w rodzinach patologicznych, gdzie alkohol i przemoc są na porządku dziennym.
Aż 20 % młodocianych samobójców było wcześniej wykorzystywanych seksualnie.

87 % samobójców w wieku 10 - 24 lat to chłppcy.
W przeciwieństwie do dziewczyn posługują się przy samobójstwie bardziej skutecznymi metodami, jak poiweszenie, skok z wysokości lub strzał z broni palnej (USA).
Dziewczyny wykazują niższy poziom samoagresji. Boją się bólu i częściej wybierają gaz lub tabletki.

Offline Emilianka

  • User z prawami do pisania
  • Wyjadacz
  • *****
  • Wiadomości: 3124
Dzieci mówią sobie "dość"
« Odpowiedź #9 dnia: Luty 14, 2006, 02:57:52 am »
Strona internetowa:
www.przyjaciele.org

http://www.przyjaciele.org/pomoc/

(...)

"Samobójstwo nie jest kwestią wyboru, następuje, gdy cierpienie przekracza siły do walki z nim"
Otóż to. Nie jesteś złym człowiekiem, szaleńcem, czy osobą niepełnowartościową ponieważ masz nastrój samobójczy. To nawet nie oznacza, że chcesz umrzeć - to tylko mówi, że Twoje cierpienie jest tak silne, że nie możesz go opanować. Jeżeli zacząłbym wieszać Ci na ramionach ciężarki i tak w którymś momencie musiałbyś upaść.. niezależnie od tego jak bardzo chciałbyś stać dalej. (To właśnie dlatego bez sensu jest pocieszać Cię teraz słowami "głowa do góry, nie trać ducha" - oczywiście, że nie traciłbyś ducha, gdybyś tylko mógł.)

Nie zgadzaj się, jeżeli ktoś mówi Ci: "Twój problem jest zbyt mały, aby myśleć o samobójstwie". Są różne rodzaje cierpienia, które mogą prowadzić do samobójstwa. U każdego człowieka ten sam problem znaczy co innego. To, co jest do zniesienia dla innego, może być nie do zniesienia dla Ciebie. Punkt krytyczny, za którym cierpienie staje się nie do zniesienia, zależy od Twojej siły do zwalczania go. W tym też ludzie różnią się znacznie między sobą.

Kiedy cierpienie przekracza Twoje siły pojawia się myśl o samobójstwie. Samobójstwo nie jest ani dobre, ani złe, nie jest wadą charakteru, jest moralnie neutralne. Jest po prostu efektem stanu nierównowagi pomiędzy cierpieniem, a siłami obrony przed nim.

Możesz pozbyć się myśli o samobójstwie na dwa sposoby:
[1] znajdując sposób na zmniejszenie cierpienia, lub
[2] znajdując sposób na zwiększenie swojej "odporności".
Oba są możliwe.

Teraz chciałbym przekazać Ci kilka rzeczy do przemyślenia:

1. Pierwsze, o czym powinieneś się dowiedzieć, to to, że ludzie są w stanie sobie z tym poradzić - nawet ci, którzy czuli się tak źle, jak Ty teraz. Statystycznie patrząc, jest bardzo duża szansa, że będziesz dalej żył. Wierzę, że ta informacja doda Ci trochę nadziei.

2. Chciałbym Cię namówić na danie sobie trochę czasu. Powiedz sobie: "Poczekam 24 godziny, zanim coś zrobię". Albo tydzień. Pamiętaj, że odczucia i czyny to dwie różne rzeczy - to, że czujesz potrzebę samounicestwienia wcale nie znaczy, że masz to zrobić w tej chwili. Pozwól, aby między Twoją decyzją, a realizacją upłynęło trochę czasu. Nawet 24 godziny. Możesz wliczyć w to 5 minut, które spędziłeś czytając tę stronę. I następne 5 minut, które jeszcze tu spędzisz. Zdaj sobie sprawę z tego, że mimo Twoich odczuć nic nie robisz w tej chwili, aby je zrealizować. To dla mnie bardzo zachęcające - mam nadzieję, że także dla Ciebie.

3. Trzecia sprawa: ludzie często decydują się na samobójstwo, bo szukają ulgi od cierpienia. Nie zapominaj, że ulga jest odczuciem. A Ty musisz być żywy, aby móc z niej skorzystać. Jeżeli będziesz martwy, nie będzie żadnej ulgi.

4. Sprawa czwarta: niektórzy ludzie zareagują negatywnie na Twoją decyzję o samobójstwie ponieważ będą źli, lub przestraszeni. W efekcie mogą pogłębić Twoje cierpienie zamiast Ci pomóc poprzez bezmyślne słowa. Musisz zrozumieć, że ich złe reakcje to efekt ich obaw, a nie Twoja wina.
Są jednak także ludzie, którzy mogą być z tobą w tym okropnym czasie, nie będą Ciebie osądzać, czy kłócić się z Tobą, wysyłać do szpitala, czy próbować na siłę wywlec szczegóły Twojego złego samopoczucia. Po prostu będą się o Ciebie troszczyć. Znajdź jednego z nich. Teraz. Wykorzystaj Twoje 24 godziny, lub Twój tydzień i powiedz komuś co się z tobą dzieje. Nie ma nic złego w prośbie o pomoc. Zadzwoń do psychologa, ostrożnie wybierz jednego z przyjaciół, czy księdza, kogoś, kto będzie chciał Ciebie wysłuchać. Nie dokładaj sobie jednak dodatkowego brzemienia chcąc poradzić sobie z tym wyłącznie samemu. Nawet samo opowiedzenie komuś , jak znalazłeś się w tym położeniu wyzwoli mnóstwo energii, energii potrzebnej Ci do odbudowania równowagi sił w Twojej psychice.

5. Ostatnia rzecz, którą chcę Ci przekazać: myśli samobójcze powracają. Po tym, jak odejdą musisz nadal się o siebie troszczyć. Dobrym pomysłem będzie psychoterapia.

(...)


Artykuły na temat samobójstw i problemach, które mogą prowadzić do samobójstwa:
http://www.przyjaciele.org/pomoc/czytelnia.php

np:
Życie rodziców po samobójstwie dziecka Myśli samobójcze - jak poważny jest wój stan

i inne...

Gdzie uzyskać pomoc - lista kontaktów wg miast:
http://www.przyjaciele.org/pomoc/gdzie_pomoc.php



Książka:

SAMOBÓJSTWA. Ucieczka przegranych.
Jarosz Maria

Warszawa: 2004
Wydawnictwo PWN



Studium samobójstwa jako wskaźnika integracji i stanu całego społeczeństwa, jako swoistego wskaźnika pesymizmu społecznego. Autorka prezentuje reakcje ludzi na nowe, dotąd nie doświadczane sytuacje społeczne. Swoje analizy opiera na socjologicznej, kryminologicznej i psychologicznej literaturze przedmiotu, wykorzystuje też – często trudno dostępne – dane statystyczne i dane pochodzące z badań empirycznych. Poprzez analizę zachowań autodestrukcyjnych odkrywa zaskakujące prawidłowości życia społecznego – w różnych czasach i kulturach – zwłaszcza we współczesnym społeczeństwie polskim.

Offline Emilianka

  • User z prawami do pisania
  • Wyjadacz
  • *****
  • Wiadomości: 3124
Dzieci mówią sobie "dość"
« Odpowiedź #10 dnia: Listopad 04, 2006, 07:03:32 pm »
Dzieci odchodzą, gdy rodzice śpią


14-letnia Ania nie żyje. Koledzy, którzy doprowadzili ją do samobójstwa, siedzą w poprawczaku, dyrektor gimnazjum podał się do dymisji. Ale za chwilę zapomnimy o tej sprawie - dopóki znów jakieś dziecko nie przeskoczy na skakance na drugą stronę świata. I to znów będzie nasza wina.

 Z psychiatrą dziecięcym Jolantą Paruszkiewicz rozmawia Juliusz Ćwieluch.

Juliusz Ćwieluch: Kto zabił Anię?

Jolanta Paruszkiewicz: Anię zatopiła, mówiąc obrazowo, wznosząca fala agresji. Zjawisko, które wszyscy dostrzegamy, ale niewiele z nim robimy. Zabiła ją nasza bezsilność. Ciche przyzwolenie na zło, z którym stworzony przez nas system zapobiegania podobnym wypadkom po prostu sobie nie radzi.

Przecież każda szkoła ma pedagoga, jest psycholog, czasem wspiera ich ksiądz...

- I co z tego? Na moim oddziale mam trzech psychologów, dwóch sanitariuszy, dwóch wychowawców, dwóch terapeutów zajęciowych i dwóch albo trzech lekarzy. Taki sztab ludzi pracuje z 20 pacjentami.

Mówi pani jednak nie o szkole, ale o szpitalu, takim dziecięcym piekle, gdzie trafiają dzieci z największymi problemami.

- A pan myśli, że czasem w takim gimnazjum to jest dużo lepiej? Dzieci, które do nas przychodzą, trafiają właśnie z gimnazjów. Z tak zwanych normalnych szkół. Mam pełen oddział i kolejkę na ładnych parę miesięcy. Przyjmujemy tylko przypadki nagłe. Pierwszeństwo mają na przykład próby samobójcze albo schizofrenia, ostre natręctwa, czyli choroby psychiczne. A zaburzenia funkcjonowania, czyli wagary, pobicia, muszą czekać na konsultację.

Może dlatego coraz głośniej się mówi, że eksperyment pod tytułem gimnazjum w obecnym kształcie to porażka?

- Nie umiem odpowiedzieć na to pytanie, bo za mało wiem na ten temat. Z mojej perspektywy najtrudniejsze przypadki przychodzą z gimnazjum. To w ogóle jest trudny wiek. Ale dodatkowo nakłada się przekonanie: skończyłem podstawówkę, jestem dorosły.

Odbieram sobie życie, dokonuję aktu zarezerwowanego niejako dla dorosłych. A jednocześnie używam do tego skakanki, dziecięcej zabawki.

- Samobójstwo już dawno przestało być domeną dorosłych. Jeszcze niedawno 10-latek podejmujący próbę samobójczą to był ewenement. Mieliśmy takie przypadki raz na kilka lat. Teraz co roku zdarza się przynajmniej jeden taki przypadek. Najmłodszy pacjent z próbą samobójczą w mojej praktyce miał sześć lat. Sięgają po leki, wieszają się. Najczęściej wieczorem, kiedy rodzice śpią.

Gdyby samobójstwo Ani się nie udało, to trafiłaby na pani oddział. Kogo by pani winiła?

- Ja nie jestem od obwiniania, tylko od leczenia. O sprawie powiadomiłabym prokuraturę. Dużo mówi się o winie nauczyciela. Kiedy ja byłam uczennicą, zdarzało się, że zostawiano nas w klasie samych i nikt nie próbował gwałcić koleżanek.

Czyżby pani również uważała, że już nigdy nie będzie takiej młodzieży?

- Trudna młodzież była i pewnie będzie zawsze. Z tą różnicą, że wcześniej była pod większą kontrolą. Równało się do lepszego. Teraz liderami stają się często osoby z poważnymi problemami, czasami zaburzone. Zachowują się skrajnie, a wychowawcy nie potrafią im pomóc lub się temu przeciwstawić. Nie potrafią zintegrować klasy wokół wartości pozytywnych. W normalnym społeczeństwie to nie powinien być problem.

Może ono nie jest takie normalne?

- Może nie. Kilka objawów chorobowych można by wskazać. Wszyscy chcą mieć wszystko. I to najlepiej od razu. Całkiem się w tym wszystkim pogubiliśmy. I nie chodzi mi o banały, że ludzie są zapracowani. Obydwoje z mężem jesteśmy lekarzami. Czasem w pracy spędzaliśmy po 70, 80 godzin tygodniowo. Dzieci były w żłobku, przedszkolu, chodziły do zwykłych szkół. Mówiąc o pogubieniu, myślę o frustracji, agresji, którą przynosimy do domu i tam ją rozładowujemy. A dzieci wcale nie mają łatwiej. Jeden z moich pacjentów próbował popełnić samobójstwo, bo tata nie kupił mu komputera. Reakcja może wydawać się przesadzona. Ale on jeden w klasie nie miał tego komputera, a dzieci przygotowywały na nich prace domowe. On wypadał gorzej. Czuł coraz większą presję. Te dzieci naprawdę nie mają lekko. Na szczęście są jeszcze rodziny i szkoły, które potrafią sobie z tym radzić i pięknie wychowują.

A co to znaczy wychować dziecko?

- Kiedy pytają mnie o to rodzice moich pacjentów, to mówię im: porozmawiaj z nim. Przedstaw swoje racje, ale posłuchaj też, co ma do powiedzenia dziecko. Jeśli nie nauczysz je odróżniać dobra od zła, to będziesz skazany na ciągłe kontrolowanie. Ale nie licz, że dziecko da się upilnować. Nie pomoże ci też system wychowawczy, bo w przypadkach trudnych po prostu jest niewydolny.

To może dosyć już tych kłamstw. Dosyć oszukiwania, że Bóg wie co robimy dla naszych dzieci. Jak w tej feralnej gdańskiej szkole, która oficjalnie brała udział w programie zwalczania agresji. To jakaś przerażająca kpina. Po prostu lipa.

- Na pewno lipą jest ten program, skoro nauczyciele nie potrafili zdiagnozować ognisk agresji i ich rozbijać. Agresja ma to do siebie, że się rozprzestrzenia. A niekontrolowana przenosi się na całe środowisko. To nie mógł być pierwszy wybryk tych chłopców. Z drugiej strony tak naprawdę to nie wiem, czy nauczyciel dałby sobie radę z opanowaniem zjawisk, które miały miejsce w tej klasie. Proszę zwrócić uwagę na wielką samotność tego dziecka. Nikt nie zareagował. Nikt nie pobiegł po nauczyciela. Tak jakby dzieci już nie wierzyły, że dorosły może coś zmienić. Świat dzieci i dorosłych po prostu się rozjechał. Sklejenie go to robota dla specjalistów. A tych jest jak na lekarstwo.

Czy pani czasem nie próbuje teraz czegoś ugrać dla kolegów psychologów?

- Ugrać? Prawda o pomocy psychologicznej i psychiatrycznej dla polskich dzieci jest taka, że jeśli masz ze sobą problemy, a twoi rodzice są biedni, to masz pecha, bo na wizytę w poradni czeka się miesiącami. Prywatna wizyta to około 100-120 złotych za godzinę terapii. Plus dojazdy. Jakieś 500 złotych miesięcznie. Ile osób na to stać? To jest dopiero lipa.

To może jednak minister Giertych ma rację. Z braku innych środków trzeba izolować jednostki, które zagrażają innym?

- Proszę pana, rozmawia pan z osobą, która cztery lata współpracowała z jedną z jednostek wychowawczych, o których tyle mówi pan Giertych. Przeczytam panu coś. ,W trakcie rozmowy 10-letni Adaś żalił się, że pod wpływem podawanych leków usypiał szybciej od pozostałych dzieci, które wówczas podpalały mu włosy". Czytać dalej?

Nie. W kwestii wychowania Giertych jest jednak ewolucjonistą. Słabsze, dysfunkcyjne jednostki muszą zostać złożone w ofierze społeczeństwu, które chce bronić się przed ich agresją i ma do tego prawo. Tak myśli wielu Polaków.

- Proponowany system ma jedną wadę. Zamknięte w poprawczakach dzieci kiedyś z nich wyjdą. I to znacznie gorsze, niż tam weszły.

To wtedy minister Ziobro załatwi karę śmierci.

- ...

To jakie pani ma pomysły?

- Najprostsze. Wspierajmy rodzinę. Ale nie becikowym, tylko wspierajmy ją realnie. Agresja dzieci bardzo często wynoszona jest z domu. Lecząc dziecko, a nie pracując z jego rodzicami, stoimy w miejscu. Nawet najmniejszy sygnał trzeba sprawdzić. Na miejsce wysłać fachowca. Dlaczego w Polsce odseparowuje się dziecko, a nie sprawcę zagrożenia, na przykład agresywnego ojca? Kiedy słyszę, jak Ela opowiada mi, że w ośrodku musiała jeść własną kupę i popijać sikami albo lizać pupę najsilniejszej dziewczyny, to coś we mnie krzyczy. W ośrodkach nie rozwiążemy problemów tych dzieci, bo kadry jest za mało i jest za słaba. Trzeba wspierać rodzinę. Chyba że się nie da, bo i takie przypadki się zdarzają.

Czyli zero tolerancji?

- Moi przyjaciele prowadzą pod Białymstokiem w Szepietowie szkołę. Stoi kilka lat, a wygląda jak nowa. Jak postawili nowe ławki, to każdy nauczyciel po swoich zajęciach sprawdzał, czy ławka jest w dobrym stanie. Jeśli była uszkodzona, prowadzono z uczniem spokojną, ale rzeczową rozmowę. Tam się pyta, szuka źródła, ale nie ma pobłażania. Jak zabrudził, to mył. Jak zniszczył, to musiał odkupić. Dzieci potrafią wykorzystać naszą słabość. Ale potrafią też odwdzięczyć się za naszą uwagę. To wszystko może być czasem takie proste.

Rozmawiał Juliusz Ćwieluch
Wszystkie imiona dzieci zostały zmienione

Źródło: Przekrój
Czwartek, 2 listopada 2006

Offline Gaga

  • Administrator
  • Rozgadany Weteran
  • *****
  • Wiadomości: 26484
Dzieci mówią sobie "dość"
« Odpowiedź #11 dnia: Listopad 06, 2006, 07:20:44 pm »
Udaremniono próbę samobójczą 16-latki
Niedziela, 5 listopada

Policjantom z Gdańska, dzięki informacji od kolegów z Bochni udało się udaremnić próbę samobójczą nastolatki, która o swoich zamiarach rozmawiała poprzez internetowy komunikator. Do zdarzenia doszło w sobotę późnym wieczorem.

- Oficer dyżurny pomorskiej policji otrzymał informację od dyżurnego z Bochni, że na policję zatelefonowała dziewczyna, która powiadomiła o swojej rozmowie za pośrednictwem internetu z młodą gdańszczanką planującą samobójstwo - powiedział Jarosław Sykutera z biura prasowego KWP w Gdańsku.

Po konsultacjach postanowiono, że do rozmów w Bochni dołączy m.in. psycholog.
W trakcie rozmowy ustalono m.in. szkołę do jakiej uczęszcza potencjalna samobójczyni, uzyskano też jej zdjęcie.

Zdjęcie przesłano e-mailem do Gdańska, policjanci udali się do dyrektora szkoły aby ten zidentyfikował uczennicę. Dwie minuty przed północą policjanci wraz z psychologiem weszli do mieszkania w Gdańsku. Matka nastolatki była kompletnie zaskoczona. W pokoju obok dziewczyny znajdowała się garść tabletek psychotropowych oraz przygotowana szklanka wody. Po półtoragodzinnej rozmowie udało się odwieść dziewczynę od wcześniej podjętego zamiaru targnięcia się na własne życie - poinformował Jarosław Sykutera.

Oceniono, że w przypadku zażycia przez 16-latkę zgromadzonych tabletek, prawdopodobnie doszłoby do tragedii.

Źródło informacji: PAP


Bywa i tak,że młody człowiek daje sygnały,że coś sobie zrobi.
Nie zawsze są trakowane takie wywody poważnie przez rozmówcę.
Kiedyś czytałam o podobnej sprawie,rozmówca potraktował to poważnie tak jak i Policja.
Zorganizowali akcję podobnie jak w tym przypadku był to  drugi koniec Polski.
Jeśli dobrze pamiętam,był to "omyłkowy" telefon, nie rozmowa na GG.

Tu zareagowała młoda dziewczyna  :kw:  :serce:

Może warto z dziećmi i na ten temat rozmawiać
Dogadajmy się -rozmawiajmy z dziećmi
Jak sie zachować,jak zareagować kiedy słyszy od kogoś o podobnych zamiarach  :(
aby nie skończyło się tragedią,tak jak w przypadku niedawnej śmierci gimnazjalistki Ani,
gdzie brak być może zaufania do dorosłych,do Rodziców doprowadził do takiego dramatu.
Pozdrawiam :))
"Starsza Wiosenna Miotełka"

Offline Gaga

  • Administrator
  • Rozgadany Weteran
  • *****
  • Wiadomości: 26484
Dzieci mówią sobie "dość"
« Odpowiedź #12 dnia: Listopad 08, 2006, 01:20:15 am »
Nie wiem co to sie dzieje??? :puppydogeyes:
To już poważny problem jest  :lzy:

Trzynastolatek popełnił samobójstwo
Cytuj
7 listopada (16:54)

Policjanci ustalają, dlaczego trzynastoletni uczeń gimnazjum w podkieleckim Piekoszowie (Świętokrzyskie) popełnił w poniedziałek samobójstwo - poinformowała oficer prasowy kieleckiej policji, Małgorzata Syska.

Policjantka powiedziała, że nic nie wskazuje na to, by samobójstwo miało związek z kłopotami w szkole. Chłopiec nie miał też problemów w rodzinie, nie wykazywał skłonności samobójczych.

 Policjanci prowadzący sprawę spotkali się dziś z dziećmi z jego klasy w obecności pedagoga i dyrektora szkoły. Rozmawiali też z rodziną. Wynika z tego, że chłopiec nie miał w szkole żadnych problemów, nikt mu nie zagrażał, nie miało to związku z żadną "falą". Nie miał większych problemów z nauką, uczył się przeciętnie - powiedziała Syska.
Pozdrawiam :))
"Starsza Wiosenna Miotełka"

Offline Emilianka

  • User z prawami do pisania
  • Wyjadacz
  • *****
  • Wiadomości: 3124
Dzieci mówią sobie "dość"
« Odpowiedź #13 dnia: Marzec 15, 2007, 11:32:53 am »
MEN: Większość samobójstw uczniów nie ma związku ze szkołą

Z danych zebranych przez kuratorów oświaty od 1 września do 5 grudnia tego roku wynika, że w tym czasie 31 uczniów popełniło samobójstwo; w większości tych przypadków targnięcie się na życie nie miało bezpośredniego związku ze szkołą.

Dane te podał w środę 6 grudnia dyrektor departamentu nadzoru pedagogicznego MEN Ryszard Szubański na posiedzeniu sejmowej Komisji Edukacji, Nauki i Młodzieży.

"Wiadomo, że nigdy taki krok (samobójstwo - PAP) nie jest podyktowany jedną przyczyną. Natomiast w niewielu tylko przypadkach, w trzech czy czterech, stwierdzono ewidentny związek ze szkołą czy funkcjonowaniem w środowisku szkolnym. W każdym innym przypadku te związki są problematyczne lub w ogóle ich nie było" - powiedział Szubański.

Zaznaczył także, że "nie prawdą jest, jakoby to gimnazjum było szkołą naznaczoną stygmatem samobójstw dzieci i młodzieży". "W podanym okresie w gimnazjach zdarzyło się 12 samobójstw, podczas gdy w szkołach ponadgimnazjalnych aż 18. Jeden przypadek miał zaś miejsce placówce innej niż szkoła. Najwięcej przypadków - po cztery - miało miejsce w województwach warmińsko-mazurskim i dolnośląskim" - mówił.

Jak podał, zgłoszonych było też dużo prób samobójczych. "Tych faktycznie najwięcej było w gimnazjach. Trzeba jednak pamiętać, że nie wszystkie próby samobójcze są zgłaszane. Dlatego nie należy z tych danych wyciągać wniosków" - podkreślił.

Według Szubańskiego, jest też inna grupa zdarzeń, która zasługuje na szczególną uwagę. "Choć w większości przypadków nie kończą się one tragicznie, to mają specyficzny charakter. Mamy dużo zgłoszeń przemocy seksualnej. Coraz więcej zgłaszanych jest przypadków np. gwałtów i to nie tylko w placówkach ogólnodostępnych, ale także w różnego rodzaju ośrodkach zamkniętych, specjalnych. Jest to bardzo niepokojące zjawisko" - powiedział.

Poinformował, że zgłaszane były także przypadki brutalnej, wręcz okrutnej agresji, fizycznej przemocy, w tym dwa przypadki pobić ze skutkiem śmiertelnym. "Jak się czyta informację o tych przypadkach, można odnieść wrażenie, że jest to okrucieństwo wzięte ze stron internetowych czy horrorów" - dodał.

Dlatego - jak podał Szubański - resort edukacji zwrócił się do kuratorów, by wszystkie przypadki sprawdzali i badali na miejscu.    

"Niepokojącym również z punktu widzenia nadzoru pedagogicznego i ministerstwa edukacji oraz kuratorów jest coraz częstsze zgłaszanie przypadków przestępstw i nieetycznych zachowań ze strony nauczycieli. Mam na myśli przypadki np. łapówkarstwa czy uwodzenia uczennic" - powiedział.

Szubański podał, że z informacji zebranych przez kuratorów od dyrektorów szkół wynika, że od 1 września do 5 grudnia miało miejsce w szkołach około 400 przypadków różnych zdarzeń o charakterze patologicznym.

Zaznaczył, że kuratorzy zestawiając zebrane dane, zauważyli, że są miejsca, gdzie nawet drobne incydenty są zgłaszane, takie gdzie "pewne rzeczy" są uważane za niemal naturalne i niezgłaszane oraz takie, gdzie jest zmowa milczenia, gdzie się spraw w ogóle nie ujawnia. "One same dopiero po jakimś czasie wydają się" - zaznaczył. Podkreślił, że to są najgroźniejsze sytuacje. "Chcielibyśmy by kuratorzy oświaty w zainteresowali się szczególnie nimi" - powiedział.

Jednocześnie Szubański zauważył, że liczba zgłoszonych zdarzeń o charakterze patologicznym od początku września do początku grudnia tego roku jest porównywalna z liczbą i charakterem wydarzeń, które miały miejsce w 2004 r. Zaznaczył także, że do nasilenia zdarzeń patologicznych dochodzi zawsze późną jesienią. "Jesień sprzyja tego typu wypadkom, w odróżnieniu od wiosny i lata, gdy tego typu wypadków jest mało" - dodał. Jego zdaniem, także liczba samobójstw wśród uczniów nie jest tej jesieni wyższa niż była jesienią 2004 r.

"Choć nie jest to alarmowa sytuacja, to jednak niewątpliwie wymaga wzmożonej czujności" - powiedział. W rozmowie z PAP Szubański podkreślił, że zmiany, jakie wprowadziła listopadowa nowelizacja rozporządzenia w sprawie zasad sprawowania nadzoru pedagogicznego, ma sprawić, by dyrektorzy i nauczyciele jak najmniej czasu spędzali na pracy biurokratycznej, a jak najwięcej z uczniami. Dodał, że chodzi też o to, by wizytatorzy częściej odwiedzali szkoły. DSR

PAP - Nauka w Polsce

Offline Emilianka

  • User z prawami do pisania
  • Wyjadacz
  • *****
  • Wiadomości: 3124
Dzieci mówią sobie "dość"
« Odpowiedź #14 dnia: Kwiecień 30, 2007, 11:26:28 am »
Różo, dlaczego to zrobiłaś?

Grzegorz Szaro

15-latka z Gdyni popełniła samobójstwo. Jedna z wersji: uważała, że źle napisała egzamin gimnazjalny

Róża była uczennicą Gimnazjum nr 16 w Gdyni. Była lubiana w klasie. - Normalna kumpela - mówią o Róży jej znajomi z gimnazjum.

- Dobra uczennica. Żadnych kłopotów z nią nigdy nie było - dodają nauczyciele.

W minione wtorek i środę Róża jak tysiące innych uczniów w Polsce pisała egzamin gimnazjalny. Jego wynik jest brany pod uwagę przy rekrutacji do szkoły średniej - im wyższy, tym większa szansa na kontynuowanie nauki w renomowanej szkole.

Dzień po egzaminie dziewczynka sięgnęła po alkohol

Dzień po nim Róża pojawiła się w szkole pijana. Gdy nauczyciele zobaczyli, w jakim jest stanie, wezwali jej rodzinę. - Skierowano ją lekarza. Rozmawiał z nią psycholog. W szkole szybko pojawiła się babcia. Dziewczynka nie powiedziała, co się stało - mówi Irena Pancer, p.o. pomorskiego kuratora oświaty. - Potem matka zabrała Różę do domu. Według naszej oceny dyrekcja szkoły zachowała się prawidłowo.

- Byliśmy zaskoczeni - mówi proszący o anonimowość nauczyciel. - Nigdy nie spodziewaliśmy się po Róży, że może sięgnąć po alkohol. Pochodziła przecież z zupełnie normalnej rodziny. Matka, ojciec, młodszy i starszy brat. Żadnej patologii.

W piątek Róża nie zjawiła się w szkole. Gdy po południu nie było jej w domu, na poszukiwanie siostry wyszedł starszy brat. To on przed 17 odnalazł ciało. Róża wisiała w lasku kilkadziesiąt metrów od domu. Nie żyła.

Przyczyny tragedii na razie nieznane

- Na razie nie natrafiliśmy na list pożegnalny, który pomógłby w ustaleniu przyczyny samobójstwa - mówi nadkomisarz Maciej Kramp z Komendy Miejskiej Policji w Gdyni. - Wiadomo, że przyczyny targnięcia się na życie są zwykle bardzo złożone i pewnie tak jest w tym przypadku. Teraz mamy kilka hipotez. Wśród nich problemy w szkole.

Od soboty motywy samobójczej śmierci uczennicy stara się wyjaśnić również zespół powołany w Gimnazjum nr 16. W jego składzie jest m.in. psycholog. W następny poniedziałek, gdy uczniowie wrócą do szkoły po długim weekendzie, będzie z nimi rozmawiać o śmierci Róży. Możliwe, że uczniowie pomogą w ustaleniu przyczyny samobójstwa.

- Jeśli Róża uznała, że źle poszedł jej egzamin, na pewno z kimś o tym rozmawiała - mówi Pancer. - Wyników jeszcze nie ma. Chcę wierzyć, że nie to było powodem.

Irena Dzierzgowska, współautorka reformy oświatowej w rządzie AWS-UW: - Reformując oświatę, zastanawialiśmy się, czy dla 15-latka egzamin nie będzie za dużym stresem. Doszliśmy do wniosku, że dzieci w tym wieku od lat pisały egzaminy, np. zdając po ośmioklasowej podstawówce do liceum. Egzamin gimnazjalny jest ważny, jednak słabszy wynik nie przekreśla kariery. Uczeń może najwyżej mieć kłopoty z dostaniem się do renomowanego liceum, ale drzwi pozostałych nie są dla niego zamknięte.

W ciągu ostatnich sześciu miesięcy na Pomorzu odebrało sobie życie sześcioro nastolatków. Tragiczną serię zapoczątkowało w październiku samobójstwo 14-letniej Ani z Kiełpina.


Źródło: Gazeta Wyborcza

Offline ilonadora

  • User z prawami do pisania
  • Rozgadany Weteran
  • *******
  • Wiadomości: 8423
    • http://wwwmojedzieciaki.blox.pl/html
Dzieci mówią sobie "dość"
« Odpowiedź #15 dnia: Maj 09, 2007, 12:48:27 pm »
Tragedia trzynastolatki



Tragedia, dramat, szok. Te słowa to za mało, żeby opisać wypadek, do którego doszło na łódzkich Bałutach. 13-letnia Ola weszła na IX piętro bloku przy ul. Obornickiej i wyskoczyła z okna klatki schodowej. Zginęła na miejscu. Na półpiętrze zostawiła tylko buty. Żadnego listu.


Nikt nie widział, jak dziewczynka wchodziła na parapet okna ani tego, czy sama z niego wyskoczyła, czy też została wypchnięta. Filigranową blondynkę leżącą przed klatką schodową zauważyli przechodnie. Na początku myśleli, że dziewczynka się potknęła i przewróciła. Dopiero kilka chwil później, kiedy zauważyli, że się nie rusza, zaalarmowali pogotowie i policję.
Prawdopodobnie było to samobójstwo, nie chcę nawet myśleć, że ktoś jej w tym pomógł... - mówił Andrzej Knap, komendant II komisariatu, który przyjechał na miejsce wypadku.

Dziewczynka nie miała przy sobie ani torebki, ani plecaka. Policjanci nie znaleźli niczego, co pomogłoby ustalić jej tożsamość. Na półpiętrze policjanci znaleźli jej buty, co zdaniem biegłego, może wskazywać na samobójstwo. Funkcjonariusze zabezpieczyli ślady, przesłuchali mieszkańców bloku. Nikt jej nie znał, ani wcześniej nie widział. Jak przyszedłem, to już leżała, była policja - mówi pan Wojtek, dozorca. Nie znam jej, tutaj nie mieszkała.

Policjanci sprawdzili okoliczne szkoły. Okazało się, że Ola nie była uczennicą pobliskiego Gimnazjum nr 17 ani Szkoły Podstawowej nr 166. Sąsiadujące z blokiem XXX Liceum Ogólnokształcące od razu wykluczono, bo dziewczynka nie wyglądała na licealistkę.

Kobieta mieszkająca obok też nic nie widziała. Jak przyszła, odjeżdżało pogotowie.

To jest blok grozy! W ciągu 10 lat cztery osoby skakały z tych okien - mówią okoliczni mieszkańcy. Pamiętają m.in., że wśród osób, które targnęły się na życie, była kobieta, którą mąż zdradzał i wojskowy.

Różni tu już skakali. Ale żeby dziecko?! Taka tragedia... - komentowali gapie.

Policjanci ze zdjęciem Oli objeżdżali okoliczne szkoły. Tymczasem, późnym popołudniem mama dziewczynki sama zgłosiła się na policję. Zaniepokoiła się, bo córka miała być w domu o godz. 12. Nie wiedziała co się stało. Policjanci natychmiast skojarzyli fakty. Podany przez kobietę rysopis zgadzał się z wyglądem Oli. Pojechali do domu rodziców dziewczynki w towarzystwie psychologa.

To normalna, sympatyczna rodzina. Na wiadomość o śmierci Oli jej rodzice doznali tak wielkiego szoku, że potrzebna była interwencja pogotowia. Zostali w domu, bo mają jeszcze młodszą córkę - mówią policjanci.

Wstępna hipoteza zakłada, że przyczyną tragedii mogły być szkolne niepowodzenia Oli.


wp.pl
"Być bohaterem przez minutę, godzinę, jest o wiele łatwiej niż znosić trud codzienny w cichym heroizmie."
Ilonadora i czwórka pociech

Offline ilonadora

  • User z prawami do pisania
  • Rozgadany Weteran
  • *******
  • Wiadomości: 8423
    • http://wwwmojedzieciaki.blox.pl/html
Dzieci mówią sobie "dość"
« Odpowiedź #16 dnia: Maj 17, 2007, 10:41:33 am »
"Mamo, zabierz mnie z tej szkoły, bo się zabiję"


Źle się dzieje na lekcjach we wrocławskiej podstawówce muzycznej – zauważają to uczniowie, ich rodzice i specjaliści z kuratorium.


Mamo, ja nic nie umiem, a pani na mnie cały czas krzyczy. Zabierz mnie z tej szkoły, bo się zabiję! – płakała ośmioletnia Klara po powrocie do domu. Wytrzymała w klasie trzy tygodnie. Jej wychowawczyni uczy tam do dziś.

Klara Zgorzelska przyjechała z rodzicami do Wrocławia ze Szczecina. Tam skończyła pierwszą klasę szkoły muzycznej. Była bardzo dobrą uczennicą. We wrześniu mama zapisała ją do drugiej klasy szkoły muzycznej przy ul. Łowieckiej. Zależało jej na tym, bo to jedyna taka szkoła we Wrocławiu, gdzie rano są zajęcia z ogólnokształcących przedmiotów, a po południu – z muzyki. Poza tym ma świetną renomę.

Po kilku dniach okazało się, że ta szkoła to koszmar – opowiada Emilia Zgorzelska. Z rytmiki i kształcenia słuchu Klara dostawała same plusy. Ale każdego dnia wracała z uwagami w dzienniczku od wychowawczyni, która miała z nią wszystkie inne lekcje. Że za wolno pisze, że nie rozumie pytań, nie umie na nie odpowiedzieć. Już przy odrabianiu lekcji tak się bała i zaciskała mocno długopis, że nie dawała rady pisać!

Klara siedziała w domu osowiała i smutna. Jej mama trzy razy rozmawiała z wychowawczynią, by wyjaśnić sytuację. Gdy to nie dało skutku, poprosiła dyrektora, by przeniósł córkę do innej klasy. Postawa tego pana była żenująca – ocenia Zgorzelska. Nie chciał mnie nawet słuchać. Stwierdził, że jak mi się nie podoba, mogę zabrać córkę ze szkoły.

Jeśli ta nauczycielka wie, co robi uczniom, jest złym człowiekiem – ocenia Emilia Zgorzelska. A jeśli nie, to powinna zastanowić się, czy to jest zawód dla niej. Dzieci nie można uczyć w atmosferze terroru! W klasie Klary został jej kolega, który chodzi do szkoły przy Łowieckiej drugi rok. Ciągle przynosi w dzienniczku uwagi, że się kręci, patrzy w okno, kładzie się na ławce, nie ma stroju na wf. Jest trochę roztargniony – tłumaczy mama chłopca. Ale jego wychowawczyni nie ma dobrej woli. Jeśli nie ma stroju do wf, każe mu ćwiczyć w majtkach. A reszta dzieci się z tego śmieje.

Lekcjom w wydaniu wychowawczyni drugiej klasy przyjrzało się kuratorium oświaty. Wizytatorzy znaleźli szereg błędów. Wobec wszystkich uczniów nauczycielka ma takie same wymagania. Nawet w stosunku do tych, którzy dostali opinię z poradni psychologiczno-pedagogicznej, że te wymagania powinny zostać dostosowane do ich poziomu – wylicza Janina Jakubowska z kuratorium. Tej pani brak umiejętności mediacyjnych, co doprowadziło do zaostrzenia sporu matki ucznia z innymi rodzicami. Nie znaleźliśmy dokumentacji, która by świadczyła, że dyrektor przeprowadzał hospitacje jej lekcji. Powinien to robić raz na rok.

Wizytatorzy stwierdzili, że brakuje systemu motywacyjnego. Uczniowie słyszą pod swoim adresem tylko uwagi, nie mogą doczekać się pochwał. Nie zgadzam się z zarzutami – zastrzega Zbigniew Łuc, dyrektor placówki. Wychowawczyni klasy drugiej to doświadczony pedagog z 18-letnim stażem. Do tej pory nie było wobec niej żadnych zastrzeżeń. Dyrektor przyznaje, że przez kilka lat nie było hospitacji. Na początku tego roku szkolnego wicedyrektorka przeprowadziła jednak kontrolę. Potem następne dwie po wizycie kuratorów. Nie wykryła błędów.

Dyrektor przypadek Klary tłumaczy słabym zdyscyplinowaniem uczennicy i jej mamy. Klara ciągle się spóźniała na lekcje na ósmą rano. Proponowałem przeniesienie do klasy, której zajęcia rozpoczynają się o 10.50. Mama jednak zabrała córkę ze szkoły. Pani Emilia jest oburzona: Córka spóźniła się raz, a dyrektor nic nie zaproponował poza zabraniem jej z Łowieckiej. W Szczecinie chodziła do szkoły, która miała motto z Korczaka: „Mów dziecku, że jest dobre, mądre, że potrafi”. Tego cytatu wychowawczyni z Łowieckiej na pewno nie zna.

Wychowawczyni klasy drugiej jest do końca tygodnia na zwolnieniu lekarskim. Nie chciała rozmawiać z dziennikarzami dziennika. Klara została przyjęta do rejonowej podstawówki na Karłowicach i do szkoły muzycznej przy pl. Powstańców Śląskich. Przestała się bać i znów jest radosnym dzieckiem.


wp.pl
"Być bohaterem przez minutę, godzinę, jest o wiele łatwiej niż znosić trud codzienny w cichym heroizmie."
Ilonadora i czwórka pociech

Offline ilonadora

  • User z prawami do pisania
  • Rozgadany Weteran
  • *******
  • Wiadomości: 8423
    • http://wwwmojedzieciaki.blox.pl/html
Dzieci mówią sobie "dość"
« Odpowiedź #17 dnia: Październik 15, 2007, 11:06:03 am »
Mam 14 lat i chcę się zabić...


''Mam 14 lat i nie chcę już dłużej żyć. Chcę się zabić... Ale jak to zrobić bezboleśnie i tak, żeby nikt mnie nie odratował? Czy ktoś zna dobry sposób?'' Na różnych forach internetowych znajdziemy sporo takich wpisów.

Pytający to najczęściej zagubieni w dzisiejszych realiach nastolatkowie i - niestety - bardzo często otrzymują odpowiedź. Autorzy takich ''przepisów'' wysyłają nie tylko instrukcję na skuteczne odebranie sobie życia. Czasami nawet dołączają truciznę.

Są nieszczęśliwi, nie widzą sensu w swoim życiu, nie potrafią poradzić sobie ze swoimi problemami. Uważają, że jedynym rozwiązaniem jest śmierć. Im szybciej, tym lepiej. ''Pomocy'' szukają w internecie. Na apele samobójców bardzo często odpowiadają ludzie, którzy rzeczywiście chcą im pomóc... w odebraniu sobie życia.

Zamówienie na arszenik

Szesnastoletnia dziewczyna nie radziła sobie ze swoimi problemami. W końcu uznała, że jedynym sposobem na ich rozwiązanie jest samobójstwo. O swoich zamiarach napisała na internetowym forum. Jej wpis przeczytał 21-letni mężczyzna, student biologii. Uznał, że ją rozumie i zaoferował swoją ''pomoc''. Wcale nie odwodził jej jednak od samobójczych myśli, nie próbował też przekonywać, że śmierć wcale nie jest rozwiązaniem. Wręcz przeciwnie, doradzał, jak może to zrobić najlepiej oraz która metoda odebrania sobie życia jest najskuteczniejsza.

W końcu mężczyzna, który nazwał siebie ''przyjacielem'' nastolatki, zaoferował dziewczynie dostarczenie jej trucizny - arszeniku. Wszystko po to, żeby mogła zabić się szybko i bezboleśnie. W przypadku tej szesnastolatki na czas zareagowali rodzice, którzy zawiadomili policję. A jej ''doradca'' trafił do więzienia. Jednak nie wiadomo czy wcześniej nie pomógł w ten sposób komuś innemu.

Samotni i nieszczęśliwi

- Osoby, które dręczą myśli samobójcze, to najczęściej samotni, nieszczęśliwi ludzie, którzy nie widzą sensu w życiu. Niektórzy, zwłaszcza młodzi, próbują o tym mówić, czasami właśnie w internecie - mówi Katarzyna Górka, psycholog z Rzeszowa.

Internetowe fora dyskusyjne dają pełną anonimowość. I właśnie dlatego osoby ze skłonnościami samobójczymi tak często na nich się wypowiadają. Piszą o swoich problemach, uczuciach i lękach. Jedni chcą tylko wyrazić to, co czują, inni chcą poznać ludzi, z którymi mogliby porozmawiać. Są też tacy, którzy szukają w sieci sposobu na samobójstwo. I jakby w odpowiedzi na ich potrzeby powstają strony internetowe, na których mogą bez trudu odszukać cały wachlarz sposobów zabicia się. I choć te witryny co pewien czas są likwidowane przez policję, to jednak niektórym uda się skorzystać z takiego ''poradnika''.

Życie jest bez sensu...


Prawo mówi wyraźnie: rozmowy i wymiana opinii na internetowych forach o samobójczej śmierci nie naruszają przepisów. Jednak w momencie, gdy ktoś namawia do odebrania sobie życia albo proponuje sposób, w jaki można to zrobić, trzeba już mówić o przestępstwie. I choć trudno jest określić motywy działania takich ''doradców'', to pewne jest, że w perfidny sposób wykorzystują ich zły stan psychiczny, depresje i momenty załamania.

Wpisy takie, jak 22-letniego Pawła, mówią same za siebie: ''Po co mam żyć? Nie mam dziewczyny, mam mnóstwo kompleksów, jestem brzydki, brakuje mi pewności siebie. Dlatego coraz częściej myślę o samobójstwie''.

Sznur, tabletki, skok z wysokości

Autorzy stron z poradami, jak popełnić samobójstwo, kierują je właśnie do takich osób, jak Paweł. Perfidnie reklamują różne sposoby odbierania sobie życia, omawiają ich zalety i wady, opisują krok po kroku, jak wygląda zabijanie się według wybranego wzoru. Ten przerażający instruktaż zawiera nawet ''porady'' w rodzaju, jaki wybrać sznur i jakie krzesło. Autor przewiduje też różne okoliczności, aby samobójca uniknął ewentualnego odratowania. ''Poradnik'' dla mających zamiar rzucić się w przepaść dotyczą zaś odpowiedniego wyboru miejsca i otoczenia, żeby nie wylądować np. na drzewie. Te szokujące informacje uzupełniają wypowiedzi ''doradców'', którzy np. nie polecają połykania leków, bo twierdzą, że taka śmierć jest... nieprzyjemna.

Najbardziej jednak przeraża fakt, jak ogromnym zainteresowaniem cieszą się takie strony. Liczba odwiedzin świadczy zaś tylko o tym, że mimo ewidentnego braku legalności, chętnych do zapoznanie się z tymi rewelacjami przybywa. - A przecież tych stron nie tworzą samobójcy, którzy wypróbowali te sposoby, bo jest to po prostu niemożliwe - podkreśla Katarzyna Górka. - Takie rzeczy piszą osoby aspołeczne i na tyle zaburzone psychicznie, że same też potrzebują pomocy.

Chcę taki przepis


Kiedy kilka miesięcy temu pewien internauta znalazł w sieci taką stronę i napisał o tym na swoim blogu, rozpętała się prawdziwa burza. Ale bynajmniej nie zapanował ton oburzenia. Został bowiem zarzucony prośbami o... podanie adresu tej strony. ''Jeśli nie chcesz mi człowieku pomóc, to może ktoś inny ma dobry pomysł na lekką śmierć, bo mam już dosyć wieszania się, brania prochów itd. Nie mam też dostępu do żadnych prochów, a nie chcę znowu podcinać żył. To nie jest to miłe uczucie, jak wypłynie za dużo krwi. Człowiek czuje się wtedy tragicznie'' - tak pisał jeden z użytkowników bloga. Ktoś inny błagał: ''Prześlij mi to!!! Już nie mam sił, jestem taki słaby, już nikt i nic mi nie pomoże...''

Dramatyczne wołanie o pomoc

Jak podkreślają psycholodzy, bardzo często osoby, które proszą o poradę, jak odebrać sobie życie, wcale nie pragną śmierci. W ten sposób wołają tylko o pomoc, zainteresowanie. - Próbują zwrócić na siebie uwagę otoczenia. Można im pomóc, ale pod warunkiem, że one same będą tego chciały. Rozmowa z nimi, wytłumaczenie, że życie jest cenne, mogą okazać się skuteczne - dodaje Katarzyna Górka.



interia
"Być bohaterem przez minutę, godzinę, jest o wiele łatwiej niż znosić trud codzienny w cichym heroizmie."
Ilonadora i czwórka pociech

Offline Emilianka

  • User z prawami do pisania
  • Wyjadacz
  • *****
  • Wiadomości: 3124
Dzieci mówią sobie "dość"
« Odpowiedź #18 dnia: Październik 15, 2007, 02:49:46 pm »
Psychiatrzy: To już epidemia. Fala samobójstw wśród młodych

Dziennik Bałtycki | 2006-12-15

Do soboty było ich szesnastu. W ostatni weekend do Wojewódzkiego Szpitala Psychiatrycznego na gdańskim Srebrzysku znów przywieziono piątkę młodych ludzi. Wiek: 13-14 lat. Powód ten sam – nieudana próba samobójcza.

– To epidemia – twierdzi dr Leszek Trojanowski, dyrektor szpitala. – Przechodzimy prawdziwe oblężenie. Oddział dziecięcy dysponuje 16 łóżkami i musimy już umieszczać dzieci na oddziałach dla dorosłych. Jeszcze nigdy nie było tak źle.

U niedoszłych samobójców nie stwierdzono choroby psychicznej, a jedynie zaburzenia zachowania. Teoretycznie i zgodnie z wytycznymi konsultantów ds. psychiatrii dziecięcej młodzi ludzie nie muszą przebywać w zamkniętym szpitalu. Powinni znaleźć opiekę w domu, w szkole, u psychoterapeutów w pobliskiej poradni.
Niestety, nikt nie może zaręczyć, że taką opiekę znajdą.

Czternastolatek, powiedzmy Tomek, przywieziony w ostatnią niedzielę do szpitala, nie wytrzymał napięcia w domu towarzyszącego rozwodowi rodziców. Wybrał śmierć przez powieszenie.
– Będziesz próbował jeszcze raz? – spytał go lekarz.
– Tak – odparł Tomek. – Wszyscy mnie wkurzają.
Matka Tomka zapowiedziała, że nie zabierze syna do domu. Lekarze nie mają więc innego wyjścia – przyjmują na oddział.
– Strach odmówić – mówi dr Trojanowski.

To się powieś na skakance

Z ogólnopolskich danych wynika, że wśród młodzieży między 15 a 19 rokiem życia samobójstwo stanowi drugą, po wypadkach, przyczynę śmierci. W porównaniu z latami 70. ubiegłego wieku stopa samobójstw wzrosła w tej grupie wiekowej trzykrotnie. Aż połowa uczniów szkół średnich przyznało się w anonimowych ankietach, że co najmniej jeden raz zastanawiało się nad podjęciem ostatecznej rezygnacji z życia. O ile dziewczęta częściej podejmują próby samobójcze, o tyle bardziej skuteczni są chłopcy.

W informacjach przekazywanych przez policyjnych rzeczników nie znajdziemy komunikatów o dzieciach odciętych ze sznura lub ściągniętych z parapetów. Dowiadujemy się tylko o tych, którym się nie udało przeżyć. W ubiegłym roku w województwie pomorskim samobójstwo popełniło 209 osób. W tym roku liczba ta wzrosła do 258 osób. Przez pierwsze trzy kwartały roku 2006 r., wskutek samobójstwa zginęło 23 nastolatków. Czwórka z nich nie przekroczyła 14 roku życia. Od września w całej Polsce zginęło 31 dzieci. Ostatnie trzy przypadki z Pomorza to : 14–letnia Ania z Gimnazjum nr 2, która zginęła po tym, jak upokorzono ją na lekcji 21 października, 16–latek z Gdyni, który popełnił samobójstwo w nocy z 7 na 8 listopada i 15–letni chłopiec z Kwidzyna, odnaleziony w lesie 6 grudnia.

– Prób samobójczych nie odnotowujemy – tłumaczy nadkom. Jarosław Sykutera z KWP. – To problem nie dla policji, ale dla psychologa, rodziny, pedagogów, może też psychiatry.

Dlatego też na alarm biją nie policjanci, ale psycholodzy i psychiatrzy. Dramat Ani, nagłośniony w całej Polsce, omawiany przez polityków, wykorzystywany w kampanii wyborczej, zapoczątkował lawinę, wywołaną tzw. efektem Wertera.

Mariusz Wilk z Centrum Interwencji kryzysowej PCK w Gdańsku stwierdza krótko: – Tragedia. Przed śmiercią Ani odbieraliśmy w miesiącu najwyżej jeden telefon, informujący o próbie samounicestwienia dzieci. Teraz mamy kilka takich telefonów w tygodniu. Dotyczy to przeważnie gimnazjalistów w wieku 13–15 lat.

Młody człowiek po obejrzeniu relacji z pogrzebu Ani wyobraża sobie, że jest na jej miejscu. Tłum przyjaciół z kwiatami, szlochająca nauczycielka matematyki, która żałuje, że tak pochopnie postawiła mu jedynkę.

Na forum internetowym gdansk.naszemiasto.pl mama ucznia Gimnazjum nr 2 pisze, że w ostatnich tygodniach w szkole: "Ulubionym tekstem jest: «to się powieś na skakance» lub wersja numer dwa «bo się powieszę na skakance».

Nikt nie jest bez winy

Mariusz Wilk mówi, że po śmierci Ani nikt nie był bez winy.
– Pisaliśmy listy, ostrzegaliśmy, że takie mogą być skutki – przypomina. – Nie można nobilitować samobójcy, szukać romantycznych wątków, twierdzić, że to był akt odwagi. Raczej zaapelować, by zamiast wybierać ostateczny środek, rozmawiać o tym, jak nam jest ciężko i trudno.

Wiele osób wskazywało, że dramat Ani – choć wymagający nagłośnienia i dyskusji na temat problemu szkolnej przemocy – został potraktowany instrumentalnie.

– Pisanie o problemach związanych z samobójstwami uważam za potrzebne i konieczne – twierdzi ks. Adam Boniecki, redaktor naczelny "Tygodnika Powszechnego". – Rozgłaszanie takich przypadków uważam za nadużycie, jeśli nie prawne, to moralne. Robienie sensacji, jak w przypadku Ani, za coś strasznego.

Przed sześcioma laty Światowa Organizacja Zdrowia na 19 stronach opracowała zalecenia dla mediów (Preventing Suicide – A resource for media professionals) jak pisać o samobójstwach, by nie nakręcać śmiertelnej spirali. Departament Zdrowia Psychicznego WHO zaleca m.in. by nigdy nie publikować zdjęć samobójców, nie podawać szczegółowo metody samobójstwa i szczegółowych powodów, które mogą usprawiedliwiać ten czyn. Nie należy robić sensacji z samobójstwa i udowadniać winy. Jeśli już o samobójstwie piszemy, to należy przekazywać tylko informacje ściśle związane ze sprawą i poprosić specjalistów o pomoc w ich prezentowaniu. Trzeba też prezentować alternatywę dla samobójstwa oraz pokazać, gdzie można szukać pomocy.

Bolesna pigułka zapomnienia

Najmłodsze dziecko, które nałykało się tabletek, miało 8 lat. Do Kliniki Toksykologii gdańskiej Akademii Medycznej trafiają tylko najcięższe przypadki zatrutych dzieci. Ich życie jest bezpośrednio zagrożone.

– Jeśli zdąży się odnaleźć na czas takiego dzieciaka i przywiezie się go do nas, szanse uratowania przekraczają 90 procent – mówi toksykolog, dr Wojciech Waldman. – Młodzi samobójcy łykają wszystko, co im wpadnie w ręce. Czasem są to preparaty witaminowe, antybiotyki, ale bywają też o wiele groźniejsze leki stosowane w chorobach serca i w alergii, które mogą doprowadzić do zatrzymania krążenia. U pacjentów, którzy przedawkowali środki przeciwbólowe i niesterydowe leki przeciwzapalne, leczenie czasem musi się skończyć na albuminowej dializie wątroby i dializie nerek.

Zatrucie nie ma nic wspólnego z łagodnym przejściem w wieczny sen. Wręcz przeciwnie – to często trudne do wyobrażenia cierpienie. Niedoszli samobójcy przechodzą płukanie żołądka. Intubację. Dializy. Choć wracają do zdrowia, to jednak nadal nieznane są dalekosiężne skutki ich decyzji. Nie wiadomo, czy za jakiś czas nie pojawią problemy w nauce, będące skutkiem niedotlenienia mózgu. A może nie będzie można jeździć na nartach, chodzić w góry, pływać żaglówką...

To jednak nie trafia do świadomości nastolatka.

W klinice toksykologii nie ma psychologa, który mógłby porozmawiać z nieletnimi pacjentami. Rozmawiają z nimi lekarze. Pytają o przyczyny, mówią o skutkach.
– Z jednej strony zauważamy coraz mniejszą odporność na stres – twierdzi dr Waldman. – Z drugiej zdarzają się przypadki, w których problem i samo życie przerasta siły młodego człowieka.

Tak było z pewną trzynastolatką. Nazwijmy ją Magdą. Magda i jej koleżanka zaprzyjaźniły się z grupą starszych chłopaków z osiedla. Zaimponowali dziewczynom pieniędzmi i samochodem. Wozili je na imprezy, częstowali amfetaminą. Pół roku później Magda była już uzależniona. Pewnego dnia koleżanka zachorowała i Magda sama wsiadła do samochodu "kumpli". Wywieźli ją za miasto. Kolejno gwałcili. Magda powiedziała potem, że znalazła się w sytuacji bez wyjścia. Ojcu nie mogła powiedzieć, bo uznała, że go to "upokorzy". Starszy brat, gdyby się dowiedział, pewnie by się zaczął mścić i mógłby sam stać się ofiarą. A ona... Ona już potrzebowała narkotyków i wiedziała, że w końcu zwróci się po nie do swoich oprawców. Wolała więc wziąć tabletki i zapomnieć.
O tej sprawie nie powiadomiono policji. Znaleźli się ludzie, którzy chcieli pomóc dziewczynce.
Nie znam dalszych losów Magdy.

Zdarza się, że na pomysł ucieczki od życia młodzi ludzie decydują się z powodów, które wydają się nam, dorosłym, zupełnie błahe.

Jakub nie dostał od matki pieniędzy na kurtkę. Agnieszce, lat 13, nakazano wrócić do domu z imprezy o godzinie 22, a ona chciała bawić się do północy. Zosia, też trzynastoletnia, pokłóciła się z bratem.

Wcale nie znaczy, że chcesz umrzeć

Nie ma jednej przyczyny, dla której człowiek – zarówno dziecko, jak i osoba dorosła – zamierza pożegnać się z życiem. To raczej splot powodów, sytuacji, emocji, charakteru.

Próby samobójcze podejmują osoby zgwałcone. Jeden raz lub wiele razy. Poza domem i w domu, przez ojca, brata, wujka, dziadka. W końcu nie wytrzymują.

Nie wytrzymują też dzieci wymagających rodziców. Takich, którzy oczekują, że syn lub córka skończy renomowaną szkołę, wygra konkurs, dostanie się na najlepsze studia.

Nie wytrzymują dzieci kłócących się i rozstających rodziców. Kochają dom, kochają ojca i matkę. I nagle muszą wybierać. Nie chcą wybierać. Uciekają.

Czasem uciekają rodzice. Pewna piętnastolatka, pozostawiona przez matkę, która wyjechała na stałe z Polski, zginęła w dniu swoich urodzin. Matka ułożyła sobie życie za granicą i choć obiecywała wspólne życie, ciągle odkładała termin zabrania córki do siebie.

Nie wytrzymują też dzieci, które potraktowano jak bagaż. Rodzice podjęli decyzję o emigracji, kupili bilet w jedną stronę. Zmusili nastolatka, by zostawił przyjaciół, pierwszą miłość, dom i boisko na podwórku.

Niektóre grupy młodzieży mogą być bardziej podatne na samobójstwo. To osoby cierpiące na depresję (częściej dziewczynki), odczuwające smutek i beznadziejność. A także ci, którzy depresję odreagowują poprzez tzw. zachowania na krawędzi ryzyka – narkomanię, alkoholizm. Oraz perfekcjoniści, którzy sami stawiają sobie wysoko poprzeczkę wymagań.

Aleksandra Cebella, od 11 lat pracuje jako psycholog klinicznego oddziału dziecięco–młodzieżowego w szpitalu na Srebrzysku. W tym czasie starała się pomóc kilkuset niedoszłym samobójcom.
– Na pierwszym spotkaniu zawsze mówię im to samo – to, że nie chciałeś żyć, nie oznacza, że chciałeś umrzeć – mówi psycholog. – Zdarza się, że niektóre z dzieci nie zdają sobie sprawy z nieodwracalności śmierci. Mówią "ja się zabiję, a potem zostanę lekarzem".

Nikt im wcześniej nie powiedział: "Żyj, bo gdy umrzesz – świat umrze wraz z Tobą".

Podczas terapii jej pacjenci przyznają, że to było tchórzostwo. Zbyt powszednie, by po powrocie mogli się czuć jak bohaterowie.
Niestety, część znów trafia na oddział po kolejnej próbie. Niedoszli samobójcy są bowiem bardziej, niż ci, którzy nigdy nie stanęli na krawędzi, narażeni na recydywę. Po raz kolejny wołają o pomoc.
– Nie rób tego – tłumaczy swoim pacjentom Aleksandra Cebella. – By przyjść do nas, wystarczy skierowanie od psychiatry.

Dorota Abramowicz, Grzegorz Kwiatkowski





Zagrożenie samobójstwem - jak reagować

Oliwia Piotrowska

Dramat samobójstwa dotyka nie tylko bezpośrednio ofiarę, ale także całą społeczność, w której żyła. Na szczęście w 9 przypadkach na 10 człowiek wyraźnie informuje otoczenie, że zamierza targnąć się na swoje życie. Wtedy można jeszcze pomóc.

Znamiennym objawem stanu zagrożenia reakcją samobójczą jest sytuacja, w której człowiek nie widzi możliwości innego rozwiązania swych problemów, a całą jego świadomość wypełnia wyłącznie myśl o nieszczęściu i pragnienie ucieczki od niego poprzez samobójstwo – napisał jeden z najwybitniejszych polskich humanistów, psychiatra i filozof, prof. Antoni Kępiński.

Trzech na dziesięciu nastolatków miewa myśli samobójcze. Oczywiście znaczna większość z nich nie targnie się na swoje życie. Istnieje wiele szczegółowo opisanych sygnałów, które osoba zagrożona samobójstem wysyła do swojego otoczenia. Nigdy nie należy ich lekceważyć.

Sygnały ostrzegawcze

Najpoważniejszym znakiem, że dzieje się coś złego, jest mówienie o zamiarze targnięcia się na swoje życie – ogromna większość samobójców mówi wprost, że zamierza to zrobić. Niekiedy są to informacje bardzo szczegółowe - kiedy człowiek zamierza to zrobić i w jaki sposób. Bywa także, że cierpiąca osoba mówi o tym w sposób ogólny - "chcę się zabić", "mam tego dość, czas ze sobą skończyć", "chciałabym umrzeć" itp. Zdarzają się słowa jeszcze bardziej enigmatyczne - "idę do nieba", "moje trudności nareszcie znalazły koniec", "nie będę już nigdy chodził do szkoły", "wkrótce spotkam się znów z babcią".

Innym bardzo poważnym sygnałem są rytuały kończenia czegoś – rozdawanie swoich rzeczy i zwierząt lub dyspozycje dla rodziny i przyjaciół, komu oddać płyty i książki po śmierci. Próby pogodzenia się z wrogami lub symboliczne przepraszanie za wszystko co złe. Pisanie testamentu lub listów pożegnalnych. Rezygnacja z ulubionych zajęć - lub wręcz przeciwnie, próba wyciągnięcia z nich jak najwięcej.

Kolejny poważny sygnał to myśli i słowa związane ze śmiercią i pogrzebem. Osoby zagrożone samobójstwem mogą zacząć interesować się śmiercią i religijnością, rozmawiać o końcu świata, życiu po śmierci, grzechach. Śmierć może pojawiać się w twórczości takiej osoby - wierszach, obrazkach. Człowiek zagrożony samobójstwem może także interesować się śmiercią w kulturze, sztuce.

Wszelkie zachowania autoagresywne są oczywiście także znakiem ostrzegawczym - samookaleczenia, wyrywanie włosów, ogryzanie paznokci, naroktyki, picie alkoholu czy palenie papierosów, nieostrożne i ryzykowne zachowania seksualne, a nawet zbyt ostra jazda samochodem to działania, które część psychologów kwalifikuje jednoznacznie do zachowań autodestrukcyjnych.

Zmiany sygnalizujące, że dzieje się coś złego, mogą dotyczyć ogólnego funkcjonowania psychicznego człowieka. Generalnie każda poważna czy nagła zmiana w funkcjonowaniu, powinna wzbudzać naszą czujność. Zmiany mogą dotyczyć któregoś z pięciu głównych obszarów aktywności - jedzenia, snu, życia towarzyskiego, wyglądu zewnętrznego i osobowości.

Poważnym sygnałem, że może dojść do samobójstwa, jest nagłe polepszenie się nastroju po okresie depresji. Cierpiący człowiek nagle znajduje wyjście - śmierć - i jest już zadowolony, czuje ulgę, wreszcie wie co zrobić. To działa jak zastrzyk energii, powraca napęd życiowy i zadowolenie. W depresji klinicznej okresem poważnego zagrożenia samobójstwem jest czas, kiedy zaczynają działać leki. Człowiek ma wtedy siłę, której potrzebuje, aby targnąć się na swoje życie.


Jak reagować?

Jeśli ktoś mówi, że zamierza popełnić samobójstwo, porozmawiaj z nim. Taka rozmowa nie będzie prosta, ponieważ wymaga od Ciebie pamiętania o kilku zasadach.

*Po pierwsze, wobec śmierci wszyscy jesteśmy równi, dlatego jeśli jesteś na przykład nauczycielem, a rozmawiasz z uczniem, unikaj nauczycielskiej roli. Śmierć to jedyna rzecz, która dotyka wszystkich ludzi po równo - w tym temacie nie ma specjalistów.

*Po drugie, pamiętaj o różnicach kulturowych. Twoja wiara i przekonania nie muszą obowiązywać innych osób. Pamiętaj, że na twoje przekonania o śmierci składa się twoja wiara, kultura i wychowanie, dopiero na samym końcu wiedza.

*Po trzecie, pamiętaj, że ty sam także prawdopodobnie boisz się śmierci, być może miewasz lub miewałeś myśli o samobójstwie. Bądź szczery sam ze sobą, przyznaj się do wszystkiego, co wywołuje w tobie rozmowa o śmierci - do strachu, bólu, bezradności, tęsknoty, nadziei. Nie oceniaj, nie wyśmiewaj, nie pouczaj, nie lekceważ.

*Mów wprost, unikaj niepotrzebnej grozy. Śmierć, samobójstwo, umieranie - zamiast odchodzenie, zasypianie. Pozwól mówić drugiej osobie swoimi słowami. I najważniejsze - bądź pozytywny, życzliwy, ciepły, serdeczny, cierpliwy. Słuchaj do końca, unikaj ocen i moralizowania. Nie mów o sobie.

*Najlepsze co można zrobić, gdy ktoś w naszym otoczeniu jest zagrożony samobójstem, to natychmiast skontaktować się z innymi ludźmi. Nie wahaj się zawiadomić dyrekcję szkoły czy rodzinę. Zadzwoń do najbliższej poradni psychologiczno - pedagogicznej, do lokalnego centrum interwencji kryzysowej, do dowolnego specjalisty - spytaj, co robić, jak możesz pomóc. W sytuacji skrajnej, gdy oceniasz, że groźba jest bardzo poważna i życie człowieka jest bezpośrednio zagrożone, zadzwoń do najbliższego szpitala psychiatrycznego, porozmawiaj z lekarzem dyżurnym. W szczególnie ostrej sytuacji, na przykład gdy twoje dziecko właśnie zamknęło się w łazience z żyletką, oprócz wyważania drzwi od razu dzwoń po pogotowie ratunkowe. Powiedz, że w tej chwili ktoś obok ciebie próbuje odebrać sobie życie.

*Jeśli nikt nie reaguje na twoje sygnały, nie poddawaj się, szukaj dalej. Każdy pomysł i każdy kontakt jest dobry. Nie ryzykuj - możesz się mylić, a cena pomyłki może być bardzo wysoka.

Offline Emilianka

  • User z prawami do pisania
  • Wyjadacz
  • *****
  • Wiadomości: 3124
Dzieci mówią sobie "dość"
« Odpowiedź #19 dnia: Listopad 07, 2007, 09:57:48 am »
Jak poznać, że uczeń chce się zabić?

Zaniedbany wygląd lub rzucone w rozmowie "ja się zabiję" - to mogą być autentyczne sygnały, że uczeń myśli o samobójstwie - ostrzegają poradniki, które trafią do krakowskich szkół. - Dajcie nam psychologów, a nie uspokajajcie sumień broszurami - komentują nauczyciele

Z danych Głównego Urzędu Statystycznego wynika, że rocznie wśród 15-19-latków w całej Polsce dochodzi do 280 samobójstw, wśród dzieci w wieku 10-15 lat do około 50. Nieudanych prób samobójczych nikt nie liczy. Jednak tylko w tym roku szkolnym w VIII krakowskim LO na swoje życie próbowały się targnąć dwie uczennice. Jedna z nich podjęła tę próbę już po raz drugi. - To się stało całkiem niedawno. Akurat dziś mamy zebranie na ten temat - mówi Zdzisław Kusztal, dyrektor "ósemki".

Psycholog z poradni psychologiczno-pedagogicznej nr 3, Ewa Soja, w poniedziałek interweniowała w jednym z krakowskich gimnazjów, którego uczniowie zaalarmowali dorosłych: "Koleżanka wciąż grozi, że się zabije".

- Problem jest coraz większy, a nauczyciele czują na sobie rosnący ciężar odpowiedzialności. Może te broszury podpowiedzą im, co robić, żeby w porę zapobiec tragedii - ma nadzieję Soja.

Poradniki uczą, że sygnałem do podjęcia działań powinien być zaniedbany wygląd ucznia, nagłe opuszczenie się w nauce, a nawet pozornie żartobliwe i często przez młodych ludzi rzucane w rozmowie "ja się zabiję". Ostrzegają, że najwięcej uczniów odbiera sobie życie w maju lub czerwcu. Dwukrotnie częściej na życie targają się dziewczynki.

Tymczasem wielu nauczycieli uważa, że wyjściem z sytuacji nie jest jednorazowe wysłanie broszur z radami.

- Panuje nieznośna moda na rozwiązywanie problemów różnego rodzaju akcjami - komentuje Gabriela Olszowska, dyrektorka krakowskiego gimnazjum nr 2. - Za akcją idzie szum medialny, który rozbudza wśród młodych ludzi ciekawość problemu. Szum ucicha, a problem i ciekawość zostaje, a stąd już tylko krok do nieszczęścia.

Według Olszowskiej prawdziwy problem to brak pedagogów i psychologów na pełnych etatach (na 300 uczniów przysługuje tylko pół etatu psychologa lub pedagoga, jeden etat należy się placówce mającej od 300 do 600 uczniów, tam gdzie uczniów jest ponad 600, dyrektor może zatrudnić psychologa i/lub pedagoga na półtora etatu): - Tego nam naprawdę potrzeba. Wiem, co mówię, bo kilka lat temu przeżyłam samobójczą próbę uczennicy. Zadzwonił dzwonek na przerwę, a ona otworzyła okno i wyskoczyła.

Nadzieję na zmianę sytuacji nauczyciele wiążą z akcją, która ruszyła w całej Polsce w październiku. Wszystkie publiczne poradnie psychologiczno-pedagogiczne mają obowiązek otworzyć w jednej szkole punkt poradnictwa. Ma działać przez dwa miesiące. Potem kuratoria oświaty mają przesłać do Ministerstwa Edukacji sprawozdanie z ich działalności. Wszystko po to, by ocenić realne zapotrzebowanie na obecność takich poradni w szkołach i zastanowić nad tworzeniem takich punktów na stałe.

W poniedziałek próbowaliśmy porozmawiać z kimś z Ministerstwa Edukacji o przygotowanych dla szkół broszurach. Ile kosztowały? Czemu dostaną je tylko szkoły publiczne? Na ile akcja w ocenie ministerstwa ma sens? Niestety, odpowiedzi nie dostaliśmy. Również od rzecznika prasowego rzecznika praw dziecka odpowiedź nie nadeszła, "bo w kolejce czeka wiele pytań od dziennikarzy".

Co to za akcja?

Akcja rozdawania 2,5 tys. egzemplarzy poradników pt. "Zapobieganie samobójstwom" to inicjatywa Światowej Organizacji Zdrowia, rzecznika praw dziecka i Ministerstwa Edukacji. Wczoraj małopolskie kuratorium dostało 2,5 tys. egzemplarzy, które rozda w gimnazjach i szkołach ponadgimnazjalnych. - Zaczynamy już dziś - zapowiada Jolanta Mączka, dyrektorka wydziału organizacji i finansów w kuratorium.

Źródło: Gazeta Wyborcza Kraków

Offline ilonadora

  • User z prawami do pisania
  • Rozgadany Weteran
  • *******
  • Wiadomości: 8423
    • http://wwwmojedzieciaki.blox.pl/html
Dzieci mówią sobie "dość"
« Odpowiedź #20 dnia: Listopad 09, 2007, 11:43:58 am »
Samobójstwo – odwaga, czy tchórzostwo?



SAMOBÓJSTWO, rozmyślne pozbawienie się życia; wg prawa polskiego nie jest przestępstwem, nie podlega też karze usiłowanie samobójstwa; przestępstwem jest doprowadzenie do samobójstwa innej osoby /cyt. encyklopedyczny/.

Jeżeli spotkamy się z faktem samobójstwa, zaraz nasuwa się pytanie, – dlaczego?. Dlaczego człowiek powołany do życia i zaprogramowany genetycznie na życie, sam sobie to życie odebrał? Można śmiało powiedzieć, że taki człowiek był mordercą dla samego siebie. Ponieważ niemożliwym jest postawienie za ten czyn przed Sądem Karnym zwłok, skupić musimy uwagę na drugiej części pytania: – odwaga, czy tchórzostwo?

Według definicji zawartej w Słowniku Języka Polskiego, – odwaga to: „ śmiała, świadoma postawa wobec niebezpieczeństwa, męstwo, śmiałość, nieustraszoność; bezprzykładna siła moralna”... Czy można, zatem samobójcę /przed czy po śmierci/ obdarzyć takimi cechami, skoro one odnoszą się do człowieka o pięknej osobowości i będącego wzorem dla innych? Inaczej jednak rysuje się nam obraz samobójcy w świetle definicji: cyt. „tchórz – to człowiek łatwo ulegający uczuciu strachu i nie umiejący zapanować nad nim, gdy zachodzi potrzeba działania; lękliwy, bojaźliwy, trwożliwy”. To są właśnie cechy, które uniemożliwiają życie i skutecznie odbierają do niego chęć.

Tak, właściwie można by już temat zakończyć, ale wiadomości ze świata donoszą, że pewien milioner mając „wszystko”, dobrą żonę, dzieci i będąc zdrowy na ciele i umyśle, – co robi? – Właśnie popełnia samobójstwo!!! I w tym miejscu muszę powrócić do początku.

Przecież milioner, więc: zaradny, odporny, mądry, silny, odważny, przy tym tryskający zdrowiem i energią dobry mąż i ojciec postanawia nagle /bez powodu/ przerwać własną śmiercią ten cudowny stan. – Dlaczego?

Kiedyś pisząc referat dotyczący zagłady ludzkości podczas ostatniej wojny, natknęłam się w książce pt. „U progu medycyny jutra” na stwierdzenie, że oprócz instynktu samozachowawczego człowiek posiada również skłonności samo unicestwiające. I znowu pytanie, – dlaczego? Czy to jest świadome, czy też niezależne od naszej woli?

Tak, więc samobójstwo nie jest proste do wytłumaczenia w kontekście odwagi, czy tchórzostwa. Posiada wiele różnych powiązań i zależy od wielu rzeczy. Historia na przykład opowiada o rozlicznych przypadkach odbierania sobie życia w obronie własnego honoru /strzelając sobie w głowę/. Woleli umrzeć niż żyć pohańbionymi. Wydawać by się mogło, że świadomie i z głębokim uzasadnieniem wybierali śmierć. Jest to niewątpliwie akt odwagi, ale pod wpływem bardzo silnego /dzisiaj zapominanego/ bodźca: – honoru i godności.

Jeszcze inaczej się ma sprawa samobójstwa w oczach ludzi analizujących akty samobójcze, na codzień. Otóż kroniki policyjne donoszą, że denat powiesił się na klamce od drzwi, siedząc przy tym na podłodze. Jest to coś niezwykłego. Wszyscy „przywykliśmy” do widoku wisielca bez żadnej podpory pod nogami. Dalsze badania Policji wykazały, że założywszy sobie pętlę na szyi, rękami i nogami odpychał się, aby ją wreszcie śmiertelnie zacisnąć. Chociaż czuł dławienie i duszenie, to coraz mocniej i mocniej zaciskał. – Odwaga, czy tchórzostwo, czy przykład samo unicestwienia? A może jeszcze coś innego, o czym nauka i my nie wiemy? Fakty śledztwa mówiły, że był on zdesperowany sytuacją rodzinną. Co więc dzieje się w mózgu człowieka, że mimo „zaprogramowania” na życie, tak bardzo pragnie umrzeć.

Są jednak niewątpliwie samobójstwa jako akty wyraźnie nadludzkiej odwagi. Oto ks. Maksymilian Kollbe postanawia świadomie popełnić samobójstwo. Chociaż nie robi tego własnoręcznie, ale w jego umyśle powstaje nieodparta decyzja pozbawienia własnego życia dla ratowania cudzego. Tak, z rozwagą i poczuciem swojego posłannictwa /jako duchowny/ ratuje życie człowiekowi, który wspólnie z żoną miał do wychowania swoje dzieci. Wspomniany ksiądz tym samym, samobójczą śmiercią uratował nie jedno, lecz wiele ludzkich istnień. Czy w tym przypadku, mając na uwadze definicję, można mówić o tchórzostwie? Przykłady i fakty mnożą się, a ja w dalszym ciągu nie mogę zdecydować: odwaga, czy samobójstwo?

Dzięki Bogu, jeszcze nigdy „nie spojrzałam śmierci w oczy” i nie wiem jak to jest. Czym kieruje się człowiek skacząc z wieżowca, czy rzucając się pod pociąg? Niewątpliwie jest to ogromny akt odwagi – przejść na „drugą” stronę życia. Myślę, że samobójcy wierzą w życie pozagrobowe. Wierzą, że tam skończą się ich męki i będzie lepiej. Chyba jest to też przykładem poszukiwań innego, lepszego świata. Jest to ciekawość, lub też chęć zrobienia jeszcze czegoś – w przekonaniu, że tu na Ziemi zrobiło się już wszystko, co tylko sobie zaplanowano. Mam na myśli oczywiście wspomnianego milionera. U niego powstała chyba pustka, nuda, że nie może praktycznie nic więcej uzyskać. Podobnie rzecz się miała z Ernestem Heminwayem, który odebrał sobie życie z powodu niemocy twórczej. Nie mógł już więcej napisać – postanowił zakończyć swoje życie. – Odwaga, czy tchórzostwo?

Można bez końca mnożyć dociekania. Ja mam jednak zdecydować i wybrać jedno bądź drugie. W głębokim przekonaniu wybieram jedno i drugie. Ponieważ nie mogę osądzać człowieka tylko za czyn w oderwaniu od pobudek, które nim kierowały, postanawiam go usprawiedliwić. Usprawiedliwić, ale tylko w tych przypadkach, które mają na względzie dobro drugiego człowieka. Tak, więc samobójstwo jest ogromnym aktem odwagi. W przedstawionych przykładach samobójcy wykazali rozmyślność, chęć świadomej „zamiany” swojego życia na czyjeś. Zdawali sobie sprawę, że odchodzą w nicość i tym samym kończą swoje istnienie biologiczne. Przetrwali jednak i żyją nadal w umysłach i sercach ludzi przez nich ocalonych. Żyją także i w naszych umysłach. Przypuszczam, że i oni to przeświadczenie mieli w trakcie podejmowania decyzji. Wiedzieli, że ich życie będzie dalej trwać w ciele innych. Potwierdzam jeszcze raz ich bohaterstwo. Kiedyś, ks. prof. Józef Tischner powiedział: cyt. „spośród żywych istnień tylko człowiekowi jest dane żyć i działać szczególnie dla dobra drugiego”.

Tchórzostwem jednak nazywam akt samobójstwa spowodowany trudnościami życia. Przecież nie raz człowiek „upada i podnosi się” na nowo. Zawsze bywa jakieś inne wyjście. Ale uciekać od trudności i przeciwieństw losu, które stały się przecież sensem rozwoju, jest zwykłym tchórzostwem. Tchórzostwem nazywam również wspominany fakt „niemocy twórczej” pisarza. To chyba pycha i samolubność doprowadziły do tego. To chęć, za cenę życia, pozostawienie po sobie dotychczas dobrej opinii. W takich przypadkach można przecież zmienić zawód itd.

Samobójstwo, to wielka odwaga i wielkie tchórzostwo. Nauka chyba wyjaśni coś więcej coś, co zachodzi w mózgu człowieka i go determinuje. Być może okaże się, że te czyny nie są aktami świadomymi?


zaburzenia.pl
"Być bohaterem przez minutę, godzinę, jest o wiele łatwiej niż znosić trud codzienny w cichym heroizmie."
Ilonadora i czwórka pociech

Offline Gaga

  • Administrator
  • Rozgadany Weteran
  • *****
  • Wiadomości: 26484
Dzieci mówią sobie "dość"
« Odpowiedź #21 dnia: Listopad 13, 2007, 11:51:21 pm »
Cytat: "Emilianka"
Licealista u psychiatry

Cogito, Artur Maciak

Przyczyną chorobliwej niechęci do szkoły nie jest zazwyczaj zła szkoła, tylko to, że młody człowiek nie może dać sobie rady ze sobą. Często pomoc przyjaciół i rodziny nie wystarcza...


http://forum.darzycia.pl/vp122855.htm#122855
Pozdrawiam :))
"Starsza Wiosenna Miotełka"

Offline Gaga

  • Administrator
  • Rozgadany Weteran
  • *****
  • Wiadomości: 26484
Dzieci mówią sobie "dość"
« Odpowiedź #22 dnia: Listopad 27, 2007, 08:26:02 am »
Kiedy dziecko myśli o śmierci

Rozmawiała Małgorzata Wach2007-11-26
 
W czwartek 12-letnia uczennica z Przeciszowa wyskoczyła z okna w szkolnej toalecie. Kilka godzin później pętlę na szyję założyła sobie 14-latka z Bochni. Po tych wypadkach policja zapowiedziała szkolenie, które jej psychologowie przeprowadzą w szkołach.

Małgorzata Wach: Co powoduje, że dziecko chce przestać żyć?


Ryszard Izdebski z Kliniki Psychiatrii Dzieci i Młodzieży:
Jeszcze kilka lat temu dzieci były izolowane od świata dorosłych. W tej chwili bardzo wcześnie wkraczają w dorosłość. Częściej też dorośli zostawiają ich samym sobie mówiąc: "Masz już 13, 14 lat, musisz być dzielny, odpowiedzialny, silny". I kiedy to niekoniecznie silne dziecko napotyka na wydarzenia, z którymi nie jest w stanie samo sobie poradzić, zaczynają się schody. Dochodzi huśtawka hormonalna, problemy w szkole, konflikty w domu, jakaś nieszczęśliwa miłość... Myśl o śmierci nie pojawia się nagle. Ona w dziecku narasta. Oczywiście zdarza się, że samobójstwo popełniają dzieci, które mają na wszystkich polach sukcesy i nikomu by nawet do głowy nie przyszło, że w ich życiu rozgrywa się jakiś dramat. Zdarza się, że do tego tragicznego kroku popycha je jedno wydarzenie: upokorzenie ze strony rówieśników, szykany ze strony szkolnych kolegów, odrzucenie przez kogoś bliskiego.

Co powinno obudzić czujność?

- Odczytać niepokojące sygnały jest niezwykle trudno. Często dziecko jest smutne, zamknięte w sobie i nic się nie dzieje. Sygnały o tym, że w jego wnętrzu rozgrywa się dramat, wysyła najczęściej do rówieśników. Niestety, rzadko są oni na tyle dojrzali, żeby je właściwie odebrać. Wśród symptomów, które mogą być zauważalne dla rodziców, są: pogorszenie się wyników w nauce, ucieczki ze szkoły, spadek nastroju, systematycznie pojawiające się bóle głowy i brzucha, które nie mają związku z faktycznym stanem zdrowia dziecka, płacz i gniew zupełnie bez powodu, jakaś zmiana codziennego rytmu, np. dziecko się spotykało po szkole z przyjaciółmi i nagle nie ma na to ochoty, godzinami siedzi zamknięte w pokoju. Ale żeby zauważyć te sygnały, trzeba swoje dziecko znać. Poświęcać mu trochę czasu każdego dnia. Dużo łatwiej wyczuć, że z dzieckiem jest coś nie tak w domu, w którym są zachowane rytuały rodzinne: wspólne zasiadanie do stołu, spędzanie wolnego czasu - takim rodzicom łatwiej zauważyć "czarne chmury" nad dzieckiem. Jeśli rodzic nie ma czasu dla dziecka, to nie ma się co dziwić, że nie słyszy go nawet wtedy, gdy ono krzyczy całym sobą, że w jego życiu dzieje się coś, co je przerasta.

Czasem po nieudanej próbie samobójczej dziecko mówi: "Chciałem was nastraszyć". Dla dziecka samobójstwo oznacza to samo, co dla dorosłego?

- Dorosły człowiek ma wiele do stracenia, kiedy odbiera sobie życie. Ma świadomość, że ciąży na nim odpowiedzialność: za żonę, dzieci, kredyt, za rozpoczętą budowę itd. Dziecko tego poczucia nie ma. Nie ma też tylu połączeń z ziemią. Zdarza się, że poza najbliższą rodziną nie ma też innych osób, które są dla niego ważne. Często zdarza się tak, że nie chce tak naprawdę odebrać sobie życia, tylko zwrócić na siebie uwagę - wyobraża sobie swoją własną śmierć, reakcje bliskich, rozpacz rodziców i świadomie lub nieświadomie wymyśla scenariusze ratunkowe: że mama na czas wróci do domu, tata wcześniej wyjdzie z pracy, ktoś z kolegów zadzwoni, że najbliższa przyjaciółka zapuka do drzwi, bo jej mówił o swoich dramatycznych planach. To są ułamki sekundy - dziecko zakłada sobie pętlę na szyję, a potem nie jest już w stanie się wyprostować. Wtedy dla wszystkich jest już za późno.


Źródło: Gazeta Wyborcza Kraków
Pozdrawiam :))
"Starsza Wiosenna Miotełka"

Offline Emilianka

  • User z prawami do pisania
  • Wyjadacz
  • *****
  • Wiadomości: 3124
Dzieci mówią sobie "dość"
« Odpowiedź #23 dnia: Luty 11, 2008, 09:54:44 am »
Milion osób nie ma siły, by żyć

Samobójstwo jest jedną z głównych przyczyn śmierci osób młodych w wieku 15 – 44 lat – wynika z międzynarodowych badań

Niemal co dziesiąty człowiek na świecie ma poważne myśli samobójcze. 2,7 proc. przyznaje, że podniosło rękę na swoje życie. To dane pochodzące z badania, którym objęto aż 85 tys. osób z 17 państw leżących na niemal wszystkich kontynentach. Przeprowadzili je naukowcy z Harvard University i Światowej Organizacji Zdrowia. To największe tego typu badanie na świecie.

– Nasze prace wskazują, że samobójcze myśli i zachowania są bardziej powszechne, niż mogłoby się wydawać. A także, że bez względu na szerokość geograficzną czynniki ryzyka są bardzo do siebie podobne – mówi prof. Matthew Nock, psycholog z Harvard University, główny autor pracy. Jej wyniki ukazały się w piśmie „British Journal of Psychiatry”.

Zabójcze dojrzewanie

Ryzyko popełnienia samobójstwa zwiększa młody wiek (18 – 34 lata), słabe wykształcenie, wolny stan cywilny oraz zaburzenia psychiczne. W rezultacie pozbawienie się życia jest jedną z głównych przyczyn śmierci ludzi w przedziale wiekowym 15 – 44 lat.

– W niemal wszystkich krajach zauważyliśmy prawidłowość polegającą na znacznym wzroście myśli samobójczych u osób w okresie dojrzewania i we wczesnej dorosłości – tłumaczy prof. Nock. Największe zagrożenie odebrania sobie życia następuje w ciągu roku od pojawienia się myśli samobójczych. W tym czasie dokonuje się 60 proc. zamachów. Największe zagrożenie jest wówczas, kiedy myślom towarzyszy plan uśmiercenia siebie. W takiej sytuacji prawdopodobieństwo próby samobójczej wynosi ponad 50 proc.

Depresja i alkohol

Mimo że z grubsza problem samobójstw wygląda na świecie podobnie, to naukowcy zauważyli pewne różnice wynikające z sytuacji ekonomicznej. W wysoko rozwiniętych państwach, takich jak Stany Zjednoczone, w większym stopniu istotnym czynnikiem ryzyka są zaburzenia nastroju (np. depresja). Podczas kiedy w państwach słabo rozwiniętych zamachy na własne życie znacznie częściej wiążą się z używaniem alkoholu, narkotyków czy brakiem kontroli impulsywnego zachowania.

Zderzenie z tradycją

Kolejną różnicą jest częstość występowania myśli samobójczych. Z badania wynika, że o ile w Nowej Zelandii przyznaje się do nich 15,9 proc. osób, o tyle w Chinach jedynie 3,1 proc. Autorzy badania podejrzewają, że sytuacja ta może wynikać z różnic kulturowych. W niektórych państwach dzielenie się z innymi swoimi przemyśleniami na temat tak delikatnego tematu jest w mniejszym stopniu akceptowalne niż w innych. Dlatego uczeni podejrzewają, że w rzeczywistości odsetek ten jest wyższy.

Jeśli chodzi o skalę problemu, sytuacja w Polsce nie odbiega od średniej europejskiej. Najwięcej zamachów na własne życie popełnianych jest w byłych krajach sowieckich. A więc tam, gdzie doszło do gwałtownych zmian społecznych, do których nie wszyscy potrafią się przystosować. Po części dotyczy to również Polski. Do roku 1989 motyw ekonomiczny pozbawienia się życia niemal w ogóle się nie pojawiał.

Wzrost liczby popełnionych samobójstw zanotowano w ostatnim czasie w Japonii. Obwinia się o to konflikt systemu wartości świata zachodniego z tradycyjną kulturą tego kraju.

Próby pozbawienia się życia częściej podejmują kobiety, ale bardziej skuteczni są mężczyźni. Na jedną samobójczynię na świecie przypada trzech i pół samobójcy – mężczyzn. W Polsce różnica ta jest jeszcze większa: wynosi jeden do pięciu.

Najwięcej w Europie Wschodniej, najmniej w Ameryce Łacińskiej i krajach muzułmańskich (brak rzetelnych danych dotyczących Afryki). Każdego dnia samobójstwo popełnia na świecie więcej osób, niż zginęło podczas ataku na World Trade Center. Co 40 sekund jeden człowiek. Najwięcej ludzi zabija się wiosną. Niepokojące jest to, że wśród samobójców przybywa osób młodych. Problem jest wstydliwy i w związku z tym nie zauważany przez opinię publiczną.

Źródło : Rzeczpospolita

Offline Emilianka

  • User z prawami do pisania
  • Wyjadacz
  • *****
  • Wiadomości: 3124
Dzieci mówią sobie "dość"
« Odpowiedź #24 dnia: Marzec 18, 2008, 01:17:01 pm »
Czemu nie chcą żyć

 Numer 10/08, strona 78

Coraz częściej dzieci w Polsce odbierają sobie życie. Nie nastolatki, lecz najmłodsi z dobrych, kochających się rodzin.

Bzdura! - Barbara Walicka, mama Agnieszki, niemal na mnie krzyczy. Spacerujemy po warszawskich Łazienkach. Mówię jej właśnie: specjaliści od samobójstw nieletnich twierdzą, że każdy następny artykuł o targnięciu się na życie młodych ludzi może być przyczyną nowej tragedii. - Bzdura - powtarza już ciszej. - Zapewniam panią, że Aga jeszcze państwa tygodnika nie czytała. Aga czytała o czarodziejkach Witch. Bohaterki tego komiksu miewają już kłopoty sercowe, ale żadna z nich nie ma myśli samobójczych. Na to są za młode.

Aga nie była, choć miała zaledwie dwanaście lat. Tego strasznego wieczoru, niewiele ponad miesiąc temu, poszła wyrzucić śmieci. Ale nie zjechała windą do zsypu, tylko razem z kubłem wyskoczyła z trzeciego piętra z okna klatki schodowej na chodnik. Wcześniej mama powiedziała jej, że nie zgadza się, żeby poszła na noc do koleżanki. Uważała, że córka powinna nocować w domu. Nie przekonał jej argument, że przyjaciółki w weekend robią pidżama party i wszystkie śpią u jednej z nich. - One były dużo starsze, bałam się, że będą pić alkohol - tłumaczy. Do głowy jej nie przyszło, że córka może odebrać sobie życie z tak błahego powodu. - A pani by tak pomyślała? - pyta, patrząc na mnie pustym, nieobecnym wzrokiem.

Takie zgaszone oczy mają ludzie chorzy na nowotwór. Ale dopiero wtedy, kiedy nie mają już sił, żeby walczyć z chorobą. Matka Agi mówi, że tak właśnie się czuje. Codzienne parzenie herbaty, nakładanie płaszcza, naciskanie przycisku do windy sprawia jej niemal fizyczny ból. Boli nie do wytrzymania, choć po śmierci Agnieszki przeczytała już chyba wszystkie książki o stracie. W jednej z nich jakiś amerykański autor porównał wychodzenie z żałoby po śmierci dziecka do przeprawy przez rwący strumień na drugi brzeg. Zdaniem pani Barbary to też bzdura. - Jestem pewna, że gdyby jego dziecko popełniło samobójstwo, napisałby, że można tylko stać w tej wodzie i modlić się o śmierć - mówi ze złością.

Czarna kronika pęcznieje

Już dwa lata temu pisaliśmy w "Newsweeku", że coraz więcej dzieci odbiera sobie życie. Wszyscy wówczas byliśmy wstrząśnięci śmiercią Martyny Filipiak z Obornik Wielkopolskich. Dziewczynka miała zaledwie dziesięć lat. Przewiesiła pasek od szlafroka przez poręcz, zawiązała pętlę, wsadziła do niej głowę, a potem skoczyła ze schodów. Nic wcześniej nie wskazywało na to, że chce się powiesić. Ani tydzień wcześniej, ani kilka dni, ani nawet kilka minut zanim powiedziała ojcu, że idzie odrabiać lekcje do swojego pokoju na górę. To wtedy prof. Aleksander Araszkiewicz z Polskiego Towarzystwa Suicydologicznego ostrzegał przed "odmładzaniem struktury samobójczej", choć inni specjaliści uspokajali, że takie tragiczne przypadki, jak śmierć Martyny są precedensem i nie ma powodu do siania paniki wśród rodziców.

W ciągu ostatnich dwóch lat czarna kronika samobójczych śmierci nieletnich zapełniała się jednak systematycznie imionami dzieci. Jest wśród nich imię pogodnej Ani z Gdańska, która powiesiła się na skakance, kiedy koledzy umieścili w internecie nakręcony komórką film, na którym symulowali, że odbywają z nią stosunek. Ślicznej Marty z Kłodzka, która powiesiła się na drzewie, a przedtem na swoim blogu napisała "papaczki" i list do Boga, żeby dał jej siły popełnić samobójstwo. Zawsze wesołego i uśmiechniętego Bartka z Hłudna, ministranta, który powiesił się, bo ksiądz oskarżył go o kradzież pieniędzy. Jest też imię wszędobylskiego łobuziaka Patryka z Ostrowa Szlacheckiego koło Bochni, który powiesił się na strychu domu dwa tygodnie temu, bo zepsuł w szkole monitor komputera. Żadne z tych dzieci nie ukończyło nawet czternastu lat.

Ich imiona są w grupie ponad czterystu dzieci z całej Polski, które w ciągu ostatnich siedmiu lat próbowały popełnić samobójstwo. Ponad połowa z nich odeszła na zawsze. To całkiem spora podstawówka. Tak wynika z danych statystycznych Komendy Głównej Policji w Warszawie. Co gorsza, ta grupa z roku na rok powiększa się o coraz młodsze dzieci. Troje samobójców w zeszłym roku nie miało nawet dziewięciu lat, a z 49 przypadków prób samobójczych poniżej 15. roku życia aż 18 zakończyło się śmiercią. Doktor Krystyna Kmiecik-Baran, psycholog społeczny z Uniwersytetu Gdańskiego, od lat zajmująca się samobójstwami młodych ludzi, twierdzi jednak, że policyjne statystyki są bardzo zaniżone i nie pokazują prawdziwej skali zjawiska. - Często samobójstwo dziecka jes kwalifikowane jako wypadek, bo dziecko połknęło tabletki. Dlatego ukrytych wśród policyjnych statystyk samobójstw nieletnich może być nawet dziesięć razy więcej - szacuje.

Zbyt dotkliwa samotność

Ale nie tylko liczby porażają. Coraz młodsze dzieci każdego roku mają dość. Zatrważające, że robią to dzieci z coraz lepszych domów, to znaczy takich, w których rodzice mają autentyczny kontakt z dzieckiem. Dbają o nie i kochają je. Do niedawna do takich tragedii dochodziło zazwyczaj w domach, gdzie alkohol i przemoc były na porządku dziennym.

- Wzruszaliśmy ramionami, bo wydawało się nam, że takie tragedie dotyczą tylko rodzin patologicznych - wyjaśnia dr Kmiecik-Baran. Ale z czasem okazywało się, że coraz częściej zabijają się dzieci, które były oczkiem w głowie mamy i taty - jak mówi mama Agi o swojej zmarłej pół roku temu córce. Wtedy psychiatrzy zaczęli głośniej mówić o depresji, na którą cierpi około 40 proc. nastolatków, a psycholodzy o kryzysie rodziny i dotkliwej samotności dzieciaków. - Tyle że po staremu samobójstwa tłumaczone są huśtawką emocjonalną cielęcego wieku - tłumaczy dr Kmiecik-Baran.

Czy można jednak na karb dojrzewania zrzucić samobójstwo Bartka, który jeszcze nie przeszedł nawet mutacji? Skąd w ogóle pomysł u tak małego chłopca, którego ulubione placki ziemniaczane właśnie skwierczały na patelni, żeby zamiast zabrać się do ich pałaszowania, pójść za stodołę i zacisnąć sznur na szyi? Dlaczego Aga zamiast wyrzucić śmieci, wrócić do domu i od nowa jęczeć mamie nad uchem, żeby zmieniła zdanie, stanęła na parapecie i skoczyła z okna? Dlaczego Marta zamiast przynieść tacie gazetę z kiosku i pomóc mamie gotować, bo właśnie uczyła się przyrządzać marchewkę z groszkiem, powiesiła się?

Wobec takich pytań psycholodzy i psychiatrzy są coraz częściej bezradni. A rodzice najczęściej milczą, bo oprócz straszliwej straty często spada na nich dotkliwe potępienie sąsiadów i znajomych. - Naprawdę nie chce pani zrobić nam krzywdy? - pyta niepewnie mama Marty, Joanna Derkowska. Jest bardzo późno. Wróciła właśnie z restauracji, w której jest kelnerką. Opowiada, że kiedy obsługuje wesele młodej dziewczyny, musi wyjść i popłakać sobie na podwórko. Lokalna prasa po śmierci jej dziecka nie zostawiła na niej suchej nitki. To bolało. - Takie obmawianie ludzi, którzy dotąd byli, jak mój sąsiad, życzliwymi przyjaciółmi, rani chyba najbardziej - dodaje Marta Obłój, mama Bartka.

Uratować chociaż żywych

Cios przychodzi nieoczekiwanie. W najgorszym momencie życia. Na przykład od sąsiada, który przecież znał całą rodzinę, widział, jak żyją, pomagali sobie nieraz. - Teraz po obcych wsiach opowiada, że Bartek był pijakiem - opowiada matka ministranta, który się powiesił. - I przeze mnie parafianie nie księdza wyrzucili ze wsi, ale samego Boga - żali się. Mama Agi prosi, żeby nie podawać jej nazwiska.

- Już i tak znajomi traktują mnie jak trędowatą, nie chcę dawać im argumentu, że na śmierci własnego dziecka chcę wypłynąć medialnie. Niedorzeczne? Zdziwiłaby się pani, jak nieludzko potrafią być okrutni rodzice, którym przecież może się zdarzyć podobna tragedia - tłumaczy.

Ksiądz Lucjan Szczepaniak, kapelan zajmujący się pomocą rodzicom dzieci, które odebrały sobie życie, twierdzi, że im mniejsze dziecko, tym dotkliwiej są kamienowani ojcowie i matki po jego śmierci przez opinię publiczną. - Moja praca polega na częściowym choćby uwalnianiu dorosłych od poczucia winy. Na ratowaniu żywych. Bo wszyscy rodzice popełniają przecież błędy. I tylko niektórzy mają szansę ich naprawienia. Innym los zabiera ją na zawsze - tłumaczy.

Rodzice obwiniają się, choć przecież starali się zapewnić swoim dzieciom jak najlepsze dzieciństwo. Rodzice Marty i Agi wysłali dziewczynki do prywatnych szkół. Marta chciała zostać lekarką, a Aga aktorką. - Mój syn nie miał za dużych ambicji, chciał zostać murarzem i założyć firmę, tak jak jego tata - opowiada mama Bartka. Ale przecież psycholodzy ostrzegają, że wywieramy za dużą presję na dzieci, że dociskamy je do granic niemożliwości. Bartek nie musiał godzinami ćwiczyć palcówek na pianinie ani wkuwać słówek z angielskiego. Miał za to kumpla Dawida, z którym mógł o wszystkim pogadać. Bo rodzicom Bartek nigdy się nie skarżył - rodziców oszczędzał. I to ich zmyliło.

Tych niepokojących sygnałów było więcej. Rodzice tygodniami, miesiącami i latami po śmierci dziecka rozpatrują każdy gest, każdą zmianę tonu głosu. Obwiniają siebie samych, a potem nawzajem, że coś przeoczyli albo zlekceważyli. - Widziałam, że Marta coraz więcej je, że zajada problemy. Wiedziałam, że ma kłopoty w szkole, bo po ponadsześciomiesięcznym pobycie w szpitalach, po zapaleniu stawu biodrowego koleżanki się od niej odsunęły. Szukałam nawet pomocy, ale okazało się, że najbliższy psycholog jest sto kilometrów od naszego miasta, aż we Wrocławiu - opowiada mama. Dlatego cieszyła się, że córka wyjeżdża do sanatorium, że tam znajdzie fachową pomoc.

Mama Bartka mówi, że wszyscy we wsi wiedzieli o tym, że ksiądz ma twardą rękę do dzieci. - Ale to ksiądz, więc wszyscy uważają, że ktoś lepszy - tłumaczy. Do głowy jej nie przyszło, że syn był przez niego bity. Mama Agi opowiada, że dziewczynka była córeczką tatusia. Starali się zapewnić małej, co tylko mogli, obudzić w niej pasję czytania. - Czy rodzice, którzy wyczekiwali swojego dziecka aż siedem lat, są w stanie świadomie zrobić mu krzywdę? - pyta.

Żadnej z matek nie przeszło przez myśl, że ich dzieci mogłyby targnąć się na życie. Zajmowały się przecież nimi zwyczajnie. Robiły kakao na śniadanie, smażyły jajecznicę, dbały jak umiały. Mama Marty nie może do dziś pogodzić się z myślą, że jej córka, u której każdy włosek musiał być dobrze ułożony na głowie, każda spinka dobrze zapięta, nagle zaciska sobie kawałek obrzydliwego sznura na szyi. - To takie niepodobne do mojego dziecka - powtarza.

Depresja i krew

Wszyscy rodzice mają tendencję do tego, żeby swoje dzieci traktować jak przedszkolaki. Nie dostrzegają, że czasem obok nich, w pokoju z białymi mebelkami mieszkają już nie dzieci, ale młode osoby. Mama Marty zrozumiała to, gdy przeczytała list córki do Boga tego wieczoru, kiedy córka nie wracała do domu ze spaceru. Na swoim blogu dziewczynka napisała: "Daj mi odwagę, aby się zabić. Duszę się w swoim ciele, próbuję wszystkiego, aby uśmierzyć ten ból. Daj mi odwagę, aby przywiązać sznur do swojej szyi, aby choć jeden raz mocniej przycisnąć żyletkę do skóry". Wtedy też zrozumiała, dlaczego kilka tygodni przed samobójczą śmiercią córki znalazła w jej pokoju zakrwawioną chusteczkę z żyletką. Tłumaczyła jej tamtego wieczoru, żeby nie ulegała głupiej modzie. Zabroniła używać komputera przez tydzień.
Skąd mogła przypuszczać, że jej córka była zafascynowana subkulturą emo? Nazwa zespołu Tokio Hotel na blogu dziewczynki niewiele mówiłaby wielu rodzicom. Trzy lata temu niemiecka grupa wykreowała modę na czarne, depresyjne liryki. "Krzycz nawet jeśli to ostatnia rzecz! Krzycz nawet jeśli to boli!" - śpiewa w swoim wielkim przeboju nastoletni Bill Kaulitz, lider zespołu. Jego fani szukają ucieczki od życia w aktach samookaleczenia, a w ostateczności w samobójstwach. - Samookaleczanie jest już tak powszechne wśród młodych ludzi, że zaczęliśmy prowadzić warsztaty dla pedagogów, żeby wiedzieli, jak pomóc swoim uczniom - mówi psycholog Małgorzata Janiszewska. Młodzi ludzie, często jeszcze dzieci, bólem fizycznym zabijają dziś coraz częściej ból psychiczny. - Robią to, bo krwawiąca ręka dokucza mniej niż cierpiąca dusza - tłumaczy psycholog.

Cierpią, bo to my, dorośli zarażamy je swoimi stresami i niepokojem o przyszłość. Nieświadomie przenosimy swoje lęki na dzieci. Według badań dr Krystyny Baran-Kmiecik ponad 40 proc. uczniów podstawówek nie widzi sensu życia, a 30 proc. przyznaje, że ma myśli samobójcze. Bardzo trudno te myśli rodzicom dostrzec, bo dziecko nie okazuje emocji w taki sposób, jak osoba dorosła.
- Smutek czy ogromne psychiczne cierpienie jest czasem tak głęboko skrywane, że wydaje się, iż taki mały człowiek jest wręcz obojętny na to, co się wokół niego dzieje - ostrzega terapeutka Maria Rotkiel. Ten smutek może przerodzić się w autoagresję.

Światu mówią "nie"

Słynny austriacki psychiatra Alfred Adler już sto lat temu zauważył, że samobójstwo może być zamaskowaną formą agresji skierowaną przeciw otoczeniu. - Adler myślał o dorosłych, nie przewidział, że nadejdą czasy, kiedy małe dzieci będą na tyle złe na świat, żeby manifestować to samobójstwem - twierdzi Małgorzata Janiszewska.

Trudno dziś zrozumieć psychologom, a tym bardziej rodzicom, że ich dzieci nie im, ale światu mówią "nie". Po swojemu chcą go naprawić. Jak Bartek, który w liście pożegnalnym do rodziców napisał, że popełnia samobójstwo, bo chce, żeby dorośli wypędzili księdza z parafii.
Bartek zapewne nie zrobiłby tego, gdyby nie dorastał w rzeczywistości, w której samobójcza śmierć jest jednym z elementów świata dzieciaków. O śmierci rozmawiają w szkołach, na trzepakach, dyskotekach. - Kiedy ja bałam się alkoholu i narkotyków, moje dziecko prawdopodobnie rozmawiało z koleżankami o tym, jak bezboleśnie odejść z tego świata - mówi mama Agnieszki. I tego sobie nie daruje do końca życia. Córka zapytała ją przecież kiedyś: - Mamo, a co byłoby, gdybym wcześniej umarła od ciebie? Powinna - tak myśli teraz - złapać ją wtedy za rękę i pobiec do lekarza, policjanta, choćby do samego Pana Boga. A ona odpowiedziała tylko: "Nigdy nie umrzesz wcześniej, bo jak ty umrzesz, ja też umrę". Teraz wie, że córka mogła takiego abstrakcyjnego myślenia w ogóle nie zrozumieć.

- Dlatego tak ważne jest, żeby zacząć w końcu propagować ideę rodzicielstwa przytomnego. Takiego, w którym ojciec nie będzie się wstydził zadzwonić do nauczyciela i poprosić o pomoc, bo zauważył, że jego dziecko się samookalecza - apeluje Małgorzata Janiszewska. Ważne jest, żebyśmy przestali myśleć o samobójstwach dzieci w kategoriach: my, dobrzy rodzice i oni - ci źli. Wszystkie rodziny przeżywają dziś permanentny kryzys. Nie zmaleje tempo życia, jakie narzuca nam współczesna cywilizacja. Już teraz możemy wspierać się nawzajem w szkołach i na podwórku.

Rykoszetem w rodziców

W Finlandii, Danii, Szwecji, Norwegii i na Węgrzech liczba samobójstw wśród dzieci i młodzieży spadła w ostatnich latach o 30 proc., kiedy wprowadzono tam program rzetelnej informacji społecznej. Nikt nie ubolewa tam nad kryzysem rodziny i wartości, tylko daje ojcu albo matce do ręki ulotkę z listą zespołów młodzieżowych, które zdaniem pedagogów mogą oddziaływać niekorzystnie na dziecięcą psychikę. Działają też grupy wsparcia dla rodzin osieroconych samobójczą śmiercią dziecka. U nas są wyrzucani poza nawias.

Traktowani jak trędowaci. Często w akcie rozpaczy sami odbierają sobie życie. Zdaniem Krzysztofa Demczuka, pedagoga zajmującego się interwencją kryzysową, szczególnie narażeni są na to ojcowie zmarłych dzieci. Bo oni nawet w tak dramatycznej sytuacji mają problem z wyrażaniem uczuć. - Mąż przeżywa to wszystko w sobie, a przecież wiem, że musi mu być strasznie ciężko. Wszędzie razem chodzili, syn pomagał mu w pracy, razem wędkowali - mówi mama Bartka. - Ojcowie nie potrafią przepłakać żałoby, dlatego często sami podejmują próby samobójcze lub uciekają w alkohol - twierdzi pedagog. Albo reagują agresją, tak jak tata Patryka, który krzyknął do słuchawki: - Czy ja naprawdę byłem takim złym rodzicem?

To pytanie zadają sobie wszyscy osieroceni rodzice. Catherine M. Sanders, amerykańska psycholog, opisując żałobę po stracie dziecka, wyróżnia cztery fazy: szok, uświadomienie sobie straty, wycofanie się i powracanie do zdrowia. - Ale tak przebiega żałoba po starcie dziecka, które zmarło w naturalny sposób - tłumaczy Małgorzata Janiszewska. Żałoba po samobójczej śmierci dziecka nazywana jest przez naukowców skomplikowaną albo patologiczną. Bo rodzice tych dzieci wciąż na nowo będą sobie zadawać pytanie: dlaczego? I wciąż na nowo szukać na nie odpowiedzi. A przecież wielu z nich ma jeszcze inne dzieci i musi żyć. Mimo wszystko. Mimo że jeszcze przez wiele lat będą pytać tak jak mama Marty: - Jak mam wytłumaczyć moim dwóm synom, że już nigdy nie będę się uśmiechać?

Współpraca Jolanta Molińska, Bartosz Janiszewski

Violetta Ozminkowski

Offline zija

  • User z prawami do pisania
  • Raczkujący Gadacz
  • ****
  • Wiadomości: 433
    • http://dzieciom.pl\4687
Samobójstwo maturzystki miała niepełnosprawną siostrę.
« Odpowiedź #25 dnia: Maj 16, 2008, 02:32:20 pm »
Samobójstwo maturzystki

18-letnia Joasia kilka dni przed maturą rzuciła się z okna na dziewiątym piętrze wieżowca. Nie dała rady problemom, jakie postawiło przed nią życie – problemom, które mogłyby przerosnąć nawet dorosłego człowieka.
Asia rzuciła się z balustrady balkonu w mieszkaniu koleżanki. Przyszła ją odwiedzić. Skoczyła wtedy, gdy koleżanka poszła do kuchni zaparzyć herbatę. Zginęła na miejscu.


http://www.itvp.pl/player.html?mode=0&channel=452&video_id=35028
http://uwaga.onet.pl/1486535,1,archiwum.html

Miała właśnie zdawać maturę. W szkole nie miała problemów, była lubiana. Cicha, skromna – tak zapamiętali ją sąsiedzi. Ale dodają też – widać było, że jest zmęczona, smutna, zrezygnowana.

Asia mieszkała z matką i młodszą, niepełnosprawną, głuchoniemą siostrą Justyną. Ojciec w 2001 r. wyprowadził się od nich, pięć lat później zmarł. Kilka miesięcy później matka po silnym krwotoku trafiła do szpitala. Do domu już nie wróciła – sparaliżowana przebywa teraz w zakładzie Opiekę prawną nad obiema dziewczynkami przejął ich wujek. Joasia dłuższy czas mieszkała u niego, Justyna dojeżdżała tam w weekendy z ośrodka w Raciborzu, w którym przebywa w ciągu tygodnia. W związku z chorobą matki, z chwilą ukończenia przez Joasię 18 lat całe zadłużenie w spółdzielni mieszkaniowej – 67 tysięcy złotych – miało przejść na nią. Wujek postarał się o lokal socjalny dla Joasi, który miał być dla niej zabezpieczeniem na przyszłość. Pomógł go wyremontować i urządzić.

Wydawało się, że Joasia powoli układa sobie życie. Złożyła wniosek o uczynienie jej rodziną zastępczą dla młodszej siostry. Dzięki temu dziewczęta mogłyby otrzymać od miasta dodatkową pomoc. Wniosek został pozytywnie rozpatrzony przez sąd.

Kilka dni po przeprowadzce do nowego mieszkania, Joasia poszła do koleżanki.
Nauczyciele szkolni Joasi, pracownicy socjalni, którzy zajmowali się jej rodziną mówią, że nie zauważyli niczego, co mogłoby wskazywać, że mimo tak ciężkiej życiowej sytuacji popełni samobójstwo. Tym bardziej, że w ostatnim czasie życie dziewczyny zaczęło się powoli polepszać. I właśnie wtedy nie dała rady.

- Nie ma winowajców – mówi Anna Kołodziejczyk, zastępczyni dyrektora Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej w Zawierciu. – Winowajcą jest los, samotność, tęsknota za rodzicami.
kamila 22l porażenie mózgowe  i epi wygasła

bar_barka4

  • Gość
Dzieci mówią sobie "dość"
« Odpowiedź #26 dnia: Maj 16, 2008, 08:01:28 pm »
życie bywa okrutne :cry:  :cry:  :cry:

zwalcio

  • Gość
Dzieci mówią sobie "dość"
« Odpowiedź #27 dnia: Maj 16, 2008, 09:56:05 pm »
Biedna dziewczyna wszystko ją przerosło, a dopiero co zaczynała życie :lzy:

Offline Anna

  • User z prawami do pisania
  • Weteran
  • ******
  • Wiadomości: 4459
Dzieci mówią sobie "dość"
« Odpowiedź #28 dnia: Maj 16, 2008, 11:45:36 pm »
Cytuj
- Nie ma winowajców – mówi Anna Kołodziejczyk, zastępczyni dyrektora Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej w Zawierciu.


Taaak... Tylko czy napewno?
Dziewczyna powinna być pod opieką psychologa.
To charakterystyczne, że "kilka dni po przeprowadzce do nowego mieszkania " wydarzyło się nieszczęście.
 Tam dopiero poczuła, że jest zupełnie sama.

Offline sonia

  • User z prawami do pisania
  • Rozgadany Weteran
  • *******
  • Wiadomości: 25627
    • Dar Życia
Dzieci mówią sobie "dość"
« Odpowiedź #29 dnia: Maj 17, 2008, 10:42:32 pm »
Okrutne  :lzy:  :lzy:  :lzy:
To nie Los- a winne są jednostki, któe powinny sprawować nad nią nadzór psychologiczny- to było zbyt duże brzemię jak na jej wiek.
Tam gdzie warto dotrzeć, nie ma dróg na skróty.
Sonia, mama Moniki z zD- 19,10l. , Domowa terapia

 

(c) 2003-2019 Team Dar Życia :: nota prawna :: o plikach Cookies :: biuro@darzycia.pl
Polecamy:   Forum o zwierzętach