Ogłoszenia Zwierzęta
Aktualności: Dar Życia poleca Kalendarz ze zdjęciami oraz Foto Karty, powołując się na nasze forum otrzymają Państwo rabat w postaci darmowej wysyłki PREZENTÓW. Kod rabatowy to słowo DAR ŻYCIA a strony to Foto Karty oraz Kalendarze ze zdjęciami

Autor Wątek: Tak się w polskiej szkole zabija talenty  (Przeczytany 1783 razy)

Offline sonia

  • User z prawami do pisania
  • Rozgadany Weteran
  • *******
  • Wiadomości: 25632
    • Dar Życia
Tak się w polskiej szkole zabija talenty
« dnia: Wrzesień 05, 2013, 10:25:26 pm »
http://spoleczenstwo.newsweek.pl/tak-sie-w-polskiej-szkole-zabija-talenty,107844,1,1.html

Tak się w polskiej szkole zabija talenty

Koniec wakacji. Zdolne dzieci znów zaczną grać na nerwach nauczycielom. Rwać się do odpowiedzi, denerwować klasę. Aż się zdolnym znudzi i zamilkną. Albo pójdą uczyć się same do szkoły, w której nie ma klas.
Kiedy Wiktor poszedł do szkoły, umiał czytać, pisać, liczyć. Na lekcjach się nudził – opowiada o 9-letnim synu Katarzyna Kijas z Poznania. – Początkowo wyrywał się do mówienia, bo o cokolwiek nauczycielka zapytała, znał odpowiedź. Jednak tym ciągłym zgłaszaniem się bardzo wszystkich irytował, nauczycielka posadziła go więc w ostatniej ławce, żeby nie przeszkadzał.
 
 Takie dzieci jak Wiktor rozwalają lekcje. Stale mają coś do powiedzenia, trzeba je strofować, uciszać. Katarzyna Kijas w końcu poszła z synem do poradni, żeby powiedzieli, co z nim nie tak. Rozpoznanie: zdolny, nawet bardzo. Powinien przeskoczyć od razu dwie klasy albo mieć indywidualny tok nauki. – Poszłam z diagnozą do dyrekcji szkoły, słałam pisma do wydziału oświaty, kuratorium, dopytywałam, co dalej? Kiedy syn zacznie mieć zajęcia na miarę swoich możliwości? Żadnej reakcji – opowiada matka. Wiktor wciąż siedział w ostatniej ławce, umierał z nudów. Wracał do domu sfrustrowany, wręcz agresywny.
 
 Mogli go przenieść do innej szkoły, ale przerabiali to już wcześniej ze starszą córką Zosią, która zdała do piątej klasy.

Większość
To też dziecko uzdolnione, z tych, które mają mnóstwo zainteresowań. Zosia tańczy w zespole folklorystycznym, gra na flecie, śpiewa, żegluje, projektuje i szyje sobie ubrania. Pierwsza podstawówka, do której trafiła, bardzo ją rozczarowała, więc poszukali drugiej. Nie było dużo lepiej, więc przenieśli ją do trzeciej. – Okazało się jednak, że szkoły są do siebie bardzo podobne. Zmieniać je to za mało. Trzeba by było zmienić system edukacyjny, który nie zauważa dzieci wyrastających ponad przeciętną, walcuje wszystkich równo – zauważa Kijas. Denerwuje ją, że zamiast się rozwijać, jej dzieci na lekcjach muszą bezmyślnie wypełniać puste miejsca w zeszytach ćwiczeń. – Nie wymaga się, by wpisywały pełne zdania, wystarczy wyraz, czasami sylaba. Nie mają nawet jak się wypowiedzieć.
 
Katarzynę Kijas brak dobrego systemu edukacji zaczął uwierać tym mocniej, że oprócz Zosi i Wiktora ma jeszcze Wincenta, który właśnie od września powinien zacząć naukę. A że też jest uzdolniony i ma wiele zainteresowań, aż strach było go
 zapisać do szkoły.
 
 Profesor Edycie Gruszczyk-Kolczyńskiej z Akademii Pedagogiki Specjalnej w Warszawie jest potwornie żal zdolnych dzieci. – To męka patrzeć, jak szkoła trwoni ich talenty – mówi. Przebadała polskie kilkulatki i zauważyła, że zdolności, które dzieci mają jeszcze w przedszkolu, w szkole zadziwiająco szybko nikną. – Skupiłam się na uzdolnieniach matematycznych, ponieważ matematyka jest najwcześniej nauczana w sposób systematyczny – tłumaczy profesor. Z jej badań wynika, że dużą łatwość przyswajania wiedzy i nabywania umiejętności matematycznych ma aż ponad połowa dzieci w wieku przedszkolnym. Wybitne uzdolnienia matematyczne zauważyła u co piątego pięciolatka. Ale gdy przebadała dzieci pod koniec pierwszej klasy podstawówki, wybitnie dobrze wypadło już tylko co ósme.
 
 Skąd ten spadek? Prof. Gruszczyk--Kolczyńska twierdzi, że to efekt uboczny socjalizacji szkolnej. Od pierwszych dni w klasie uczeń jest przymuszany, by nie wyrywać się, nie wyróżniać. Być jak większość. Ci, którzy wyrastają ponad średnią, nie mają nikogo po swojej stronie. Ani kolegów z klasy – bo ten, który wie więcej, działa im na nerwy. Ani nauczyciela – bo nie wiadomo, co z takim zrobić, czym go zająć. Zdarza się, że uzdolnieni nie mają po swojej stronie nawet rodziców, bo i oni – słysząc nieustannie narzekania nauczyciela, że dziecko na lekcjach przeszkadza – zaczynają je namawiać, żeby siedziało cicho, jakoś się przemęczyło. – To zadziwiające – mówi prof. Gruszczyk--Kolczyńska – że w szkołach często nie potrafi się właściwie interpretować dziecięcych zachowań. Uczeń, który ma dużo do powiedzenia i bez przerwy się zgłasza, uchodzi za niegrzecznego. Jego umysł niczym koń wyścigowy rwie do przodu, ale stale się takie dziecko ucisza, hamuje.


Raport specjalny: Rok szkolny 2013/14
Nuda

 

– Już w połowie pierwszej klasy zaczął śpiewać: nienawidzę szkoły – wspomina Zuzanna Cytrycka z Warszawy, mama Stasia. – Pojawiły się bóle brzucha, prośby, żeby nie musiał iść na lekcje. A wydawało się, że wybraliśmy mu szkołę najlepszą z możliwych: basen, klasa z elementami sportowymi. Syn łatwo się uczy, ciekawy świata, dużo czyta. Wszystko fajnie. A jednak niefajnie, skoro Staś ledwie przetrwał trzy klasy i powiedział, że ma dość. Nie chce więcej nudy, powtórek, nie pójdzie już do tej szkoły.

– Trudny temat – mówi Maria Mach, dyrektor Krajowego Funduszu na rzecz Dzieci, pytana, co się dzieje z uczniami, którzy mają nieprzeciętne talenty. Statystycznie rzecz biorąc, zdolnych może być nawet 15-20 proc. uczniów, a kilku w każdej setce to jednostki wybitnie zdolne. – Niestety – wzdycha Maria Mach – w prowadzonym przez Fundusz programie pomocy wybitnie zdolnym jesteśmy w stanie pomóc ok. 500 osobom rocznie. Tymczasem wsparcia w rozwoju zainteresowań i uzdolnień na różnych poziomach potrzebuje znacznie więcej.

Fundusz, którym kieruje, wsparł w ubiegłym roku dokładnie 523 utalentowanych uczniów: większość z zainteresowaniami naukowymi, ale też 134 pasjonatów muzyki, 36 uzdolnionych plastycznie,
12 tancerzy baletowych. Pomoc to warsztaty naukowe na poziomie akademickim, staże badawcze w laboratoriach PAN i wyższych uczelni, zajęcia z wybitnymi
profesorami, artystami.

– Jesteśmy malutką organizacją pozarządową, nasze działania oparte są głównie na wolontariacie. Trudno to nazwać działaniem systemowym – tłumaczą w Funduszu. Zdają sobie sprawę, że pomagają garstce, tym, którzy się przebili, zostali zauważeni. A część zdolnych przepada. – Niektóre dzieci zaczynają ukrywać swoje zdolności. Wiedzą, że gdy się wychylą, będą mieć trudniej. Na wszelki wypadek, żeby przetrwać, wolą nie błyszczeć – mówi Maria Mach.


Średnia
 
 Mogło się coś zmienić na lepsze w roku 2011. Ministerstwo Edukacji ogłosiło wówczas „Rok odkrywania talentów”. – Zostałam zaproszona do grupy ekspertów, którzy mieli wypracować program wspierania uczniów zdolnych. Przygotowaliśmy raport, spisaliśmy propozycje, które można byłoby od razu wprowadzić, oddaliśmy to ministerstwu – mówi Maria Mach. Nie wie, czy ktoś w resorcie ten raport przeczytał. W każdym razie wielkich efektów nie widzi.
 
 Ministerstwo zapytane, co trzeba byłoby zrobić, żeby w szkołach zauważano i rozwijano talenty dzieci, przysyła nam długi spis zapewnień, że robi się wiele, trwa opracowywanie „kompleksowego systemu pracy z uczniem zdolnym”, szukanie „uniwersalnego narzędzia wspomagającego nauczycieli”. Resort zapewnia też, że organizowane są konferencje, seminaria, wydano 9 poradników dla nauczycieli, a w planach jest kolejnych 11.
 
 – Wciąż brakuje systemowych rozwiązań, konsekwentnych, spójnych działań koordynowanych i finansowanych przez władze oświatowe – zauważa dyrektor Mach.
 A niespójność widać choćby w sposobie przyznawania stypendiów prezesa Rady Ministrów – to prestiżowe wyróżnienie ma trafiać do jednego ucznia z każdej szkoły. I na ogół nie są to ci, którzy się wybijają w jednej dziedzinie, lecz ci z najwyższą średnią ocen. W Krajowym Funduszu na rzecz Dzieci żartują sobie, że średnia jest dla średnich. Rząd co roku planuje na to 11 mln zł, a część i tak nie jest wykorzystywana. W tym roku ponad 900 szkół nie zgłosiło żadnego ucznia, który miałby wystarczająco wysoką średnią.
 
 – Średnia ocen, nauczanie pod średniego ucznia to specyfika polskiej edukacji – wzdycha prof. Gruszczyk-Kolczyńska. Nauczyciel już na studiach jest przygotowywany, żeby wszystkich w klasie podciągać do średniej. Profesor – w ramach naukowej dociekliwości – sprawdziła kiedyś programy na kierunkach przygotowujących nauczycieli do pracy z uczniami pierwszych trzech klas podstawówki. – Było mnóstwo przedmiotów i podręczników, które podpowiadały, jak pomóc słabszemu, wyrównać szanse, deficyty, opóźnienie. Ale nie znalazłam nic o uczniach, którzy wystają ponad średnią.
 
 Zapytaliśmy kilka nauczycielek klas I-III, jak sobie radzą z tym, żeby słaby nadążał, a zdolny się nie zniechęcał. Wszystkie mówiły, że stopniują zadania i jednakowo dbają o wszystkie dzieci w klasie. I tylko jedna, prosząc o niepodawanie jej nazwiska, przyznała, że jednak bywa bezsilna: w domu zadania za dzieci rozwiązują rodzice, więc jak tu ocenić dziecko? A w klasie jedne bazgrzą w ćwiczeniach, drugie się zamyślają i nic nie robią, trzeba nad nimi stać, a jeszcze ma w klasie chłopca, który popuszcza w majtki, więc tego musi pilnować szczególnie, żeby nie było za późno. No i trzeba ćwiczyć testy – dzieci podlegają Ogólnopolskiemu Badaniu Umiejętności Trzecioklasistów. Mówi się, że to tylko orientacyjne badanie osiągnięć każdego ucznia. Ale nie oszukujmy się, w ocenie dyrekcji lepszy jest ten nauczyciel, którego klasa w rozwiązywaniu testu będzie, średnio licząc, lepsza.

 
Radość
 – Rzuca się górnolotne hasła o odkrywaniu talentów, ale tak naprawdę zabija się te talenty już na początku edukacji. W najlepszym razie zostawia się zdolne dzieciaki samym sobie – mówi Henryk Pawłowski, nauczyciel matematyki w IV LO w Toruniu. Jest honorowym profesorem oświaty, przeciwnikiem uczenia „pod testy”. Wychował też tylu finalistów i laureatów olimpiad oraz międzynarodowych zawodów, że przestał liczyć tytuły i medale. Idą w setki. Z wieloma uczniami musi nadrabiać to, co zaniedbano w podstawówce, gimnazjum. Po godzinach pracuje z uczniami z innych miast: Bydgoszczy, Chojnic, Inowrocławia, Poznania. Dziwi go, że zgłaszają się do niego: czy tam nie ma nauczycieli, którzy mogliby poprowadzić uczniów? Daniel Strzelecki z Lubicza w październiku rozpocznie pierwszy rok studiów magisterskich z matematyki. Mówi, że podstawówka i gimnazjum, przez które przebrnął, zanim trafił do Henryka Pawłowskiego, to były lata stracone.
 – Nuda tragiczna. Nie do wytrzymania. Aby przetrwać lekcje, brałem jakąś literaturę, zadania, nad którymi mogłem sobie pomyśleć – narzeka na czasy gimnazjalne Janusz Schmude, student matematyki. Dopiero gdy trafił na zajęcia prowadzone przez Pawłowskiego, poczuł, że umysł mu się otwiera. Mówi o Pawłowskim, że jest niezwykły, zajęcia prowadzi zajmująco, czuje się, że matematyka to jego pasja.

 
 – Nie wiem, co takiego robię, czego nie mogą zrobić inni nauczyciele – Pawłowski rozkłada ręce. Może działa to, że się nie boi uczniów poszukujących, drążących? – Mówię im: pouczmy się razem, wy czegoś ode mnie, ja czegoś od was – tłumaczy. Jeśli go w czymś zagną, to się przyznaje, że nie wiedział. A może dlatego chcą się z nim uczyć, że on się maksymalnie skupia na tym, co robią? Gdy któremuś daje problem do rozwiązania i widzi, że on ten problem rozwiązuje na tablicy pięknie, oryginalnie, to aż podskakuje z radości, wyciąga aparat, robi zdjęcie, zanim tablica zostanie zmazana. Jeździ z uczniami na wycieczki i także tam omawiają matematyczne działania, idąc, rysują patykiem na piasku. Wymieniają się opiniami na portalu dla matematyków, utrzymuje z nimi kontakty także wtedy, gdy kończą szkołę, idą na studia.

Uwaga

– Zdolni potrzebują uwagi – mówi prof. Gruszczyk-Kolczyńska. Twierdzi, że od dawna wie, jak się powinno prowadzić lekcje, żeby tym zdolnym pomóc, nie krzywdząc mniej zdolnych. Poszła z tym pomysłem do MEN. – Nie będę opowiadać szczegółów, bo się jeszcze zdenerwuję. Wyszłam z niczym. Miałam wrażenie, że się tam nie rozumie, o czym mówię – wspomina. A mówiła o podstawowych rzeczach: że się powinno zdolniejszych uczniów od pierwszej klasy doceniać, angażować – choćby w pomoc słabszym. I że lepiej byłoby zrezygnować z gotowych pakietów edukacyjnych, tych wszystkich ćwiczeń, w których uczeń ma niewiele do wpisania. Niech uczeń sam napisze swój pierwszy podręcznik, tak jak umie.
 
 Prof. Krzysztof Szmidt, pedagog twórczości z Uniwersytetu Łódzkiego, zaproponował kiedyś wprowadzenie w szkołach regularnych lekcji, które by rozwijały dzieci twórczo. Przygotował podręczniki, zaczął szkolić nauczycieli, żeby umieli rozwiązywać z uczniami problemy w sposób oryginalny, żeby z nimi ćwiczyli wyobraźnię, przybliżali naturę procesów twórczych, zachęcali do stawiania pytań. Lekcje twórczości pojawiły się w szkołach na chwilę w latach 90. A po reformie zniknęły. – Nie ma zainteresowania, by dzieci tego uczyć. Robi się to tylko w niektórych szkołach, poza programem – mówi prof. Szmidt. Nieraz – prowadząc zajęcia z nauczycielami – próbuje od nich wyciągnąć, czy pamiętają najciekawsze pytanie, jakie zadał im uczeń. – Nie pamiętają – mówi profesor. – Większość nie jest zainteresowana tym, żeby uczeń dociekał, miał pytania. Pytając, burzy im lekcję.

Wolność

 – Jeżeli stworzymy dziecku warunki i przestrzeń do samodzielnej nauki, pozwalając mu decydować o tym, czego i kiedy się uczy, to można się aż zdumieć, czym ono potrafi się zainteresować – mówi Marianna Kłosińska, prezeska Fundacji Bullerbyn organizującej letnie i zimowe obozy, w czasie których dzieci się uczą – w te wakacje było 700 chętnych. Rok temu razem z koleżanką wpadła na pomysł założenia regularnej grupy unschoolingowej: czworo dzieci, zamiast w szkole, uczyło się w domu jednorodzinnym w Świętochowie, 40 km od Warszawy. Teraz do tej grupy chce należeć 15 dzieci. Spodobała im się idea Johna Holta, pedagoga z USA, który kiedyś próbował reformować amerykańskie szkolnictwo, ale doszedł do wniosku, że tamtego systemu edukacji nie da się poprawić. Lepiej będzie dzieci wyprowadzić z systemu i pozwolić, by uczyły się samodzielnie. – Każde dziecko inaczej i innych rzeczy. Wybiera to, co mu odpowiada i jest zgodne z jego potencjałem – mówi Kłosińska.
 
 MEN nie ma danych, ile dzieci uczy się w grupach unschoolingowych. Ze statystyk resortu wynika tylko, że w systemie szkół niepublicznych było w ubiegłym roku
 170 tysięcy dzieci, a z homeschoolingu, czyli nauczania w domu, korzystało 389.
 
 Dr hab. Marek Budajczak, który jest prezesem Stowarzyszenia Edukacji Domowej, szacuje, że tych, którzy uczą się poza szkołą, jest już 1200-1500. A od września będzie jeszcze o kilkaset więcej.
 – Tradycyjna szkoła to miejsce, w którym młodzi ludzie są pilnowani, aby przebywali w wyznaczonych im pomieszczeniach zgodnie z planem i realizowali wydawane im polecenia bez względu na ich wolę. Pod tym względem przypomina koszary wojskowe. Nawet jeśli dzieci na początku protestują, to zauważają, że nikt z dorosłych tymi protestami się nie przejmuje, i w efekcie się podporządkowują. Jedne uczą się lawirować, grać w tę grę, a inne zamykają się w sobie i cierpią – mówi Michał Jankowski z Poznania, ojciec trojga dzieci. Dwa lata temu wpadła mu w ręce książka o brytyjskiej szkole demokratycznej, Summerhill School. Pojechał tam z synem, który wtedy nie miał jeszcze nawet 11 lat. I syn został. Spodobało mu się, że nie ma podziału na klasy, plan lekcji jest opracowywany dla każdego indywidualnie. – Społeczność uczniów sama też ustala prawa, rozstrzyga spory. Każdy czuje się panem swojego życia i czuje się odpowiedzialny za siebie – mówi Jankowski.
 Żadne z jego trojga dzieci nie chce już uczyć się w tradycyjny sposób, od września pójdą do Trampoliny, pierwszej w Poznaniu szkoły demokratycznej, bez klas. Szkołę współtworzy Jankowski z grupą innych rodziców – w sumie uczyć się tu będzie 40 uczniów, w tym dzieci Katarzyny Kijas.
 
 Staś, syn Zuzanny Cytryckiej z Warszawy, też od września nie pójdzie do swojej dawnej podstawówki, tylko do szkoły demokratycznej. Choć to wyzwanie finansowe (1500 zł miesięcznie) i logistyczne (trzeba będzie syna dowozić, stać w korkach). No i jest ryzyko: syn idzie w nieznane. Na takie nauczanie w Polsce porwało się jeszcze niewielu, są to wszystko grupy eksperymentalne. – Ale Staś podjął decyzję bez mrugnięcia okiem – mówi Zuzanna Cytrycka. – Co mnie nawet przeraziło. Nie byłam świadoma, że on aż tak tej swojej dotychczasowej szkoły nie lubił.
 
Małgorzata  Święchowicz
Dziennikarka działu Społeczeństwo
[size=78%]http://www.newsweek.pl[/size]
02-09-2013
 
 
 
 
Tam gdzie warto dotrzeć, nie ma dróg na skróty.
Sonia, mama Moniki z zD- 19,10l. , Domowa terapia

Pan Rajek

  • to weteran
  • polecający usługi
  • *******

Offline renata

  • User z prawami do pisania
  • Raczkujący bywalec
  • **
  • Wiadomości: 87

 

(c) 2003-2017 Team Dar Życia :: nota prawna :: o plikach Cookies :: biuro@darzycia.pl
Polecamy:   Forum o zwierzętach