Ogłoszenia Zwierzęta
Aktualności: Dar Życia poleca Kalendarz ze zdjęciami oraz Foto Karty, powołując się na nasze forum otrzymają Państwo rabat w postaci darmowej wysyłki PREZENTÓW. Kod rabatowy to słowo DAR ŻYCIA a strony to Foto Karty oraz Kalendarze ze zdjęciami

Autor Wątek: Masz niegrzeczne dziecko? To bardzo dobrze!  (Przeczytany 2896 razy)

Offline Gaga

  • Administrator
  • Rozgadany Weteran
  • *****
  • Wiadomości: 26258
Masz niegrzeczne dziecko? To bardzo dobrze!
« dnia: Luty 07, 2010, 10:51:01 pm »
Masz niegrzeczne dziecko? To bardzo dobrze!
Emilia Iwanciw2010-02-05


Mieliśmy kiedyś na zajęciach znanego biznesmena, który po pięciu spotkaniach założył na głowę uszy zająca i kołysał się w rytm muzyki. Była to dla niego ogromna przyjemność - mówi prof. Ewa Zwolińska

Emilia Iwanciw: Do czego przydaje się kreatywność?

prof. Ewa Zwolińska: Dziś już niemal do wszystkiego. Świat wokół zmienia się błyskawicznie. Człowiek, który nie potrafi się dopasować do tych zmian ani ich zrozumieć, ma nikłe szanse na bycie szczęśliwym. Będzie biadolił, zamiast podejmować wyzwania. To właśnie m.in. przez małą kreatywność wielu osobom w średnim wieku z takim trudem przychodzi nauka obsługi komputera, czy komórki. Człowiek za młodu mało kreatywny po latach może być trudny do zniesienia dla innych i dla samego siebie obserwując, jak barwnie można żyć, a on nie umie.

To brzmi bardzo smutno. Tym smutniej że - jak dowodzą aktualne badania - dzieci nie są dziś kreatywne.

- Jeśli nie weźmiemy spraw w swoje ręce, spora grupa dzieci może wyrosnąć na dorosłych, którzy będą borykać się z własną niemocą i bezradnością. Wszystkie badania, jakie do tej pory w Polsce były robione, pokazują, że problem istnieje, a nawet się potęguje.


Na kogo wyrosną mało twórcze dzieci?

- Mówiąc kolokwialnie: mogą być strasznymi nudziarzami. Nie będą miały pasji, pomysłu na siebie, na swoje życie zawodowe ani na czas wolny. Pozbawione spontaniczności - będą wciąż poruszać się po orbitach znanych i oswojonych rewirów, np. dom, praca, dom. W pracy nie zrobią kariery. Bo człowiek, który nie jest kreatywny, będzie umiał jedynie wykonywać polecenia i zadania dobrze sobie znane. Bez używania wyobraźni i podejmowania inicjatywy niewiele nowego wniesie do firmy. Będzie bezrefleksyjnie wypełniał rubryki w pismach urzędowych. I jak natrafi na jakiś nielogiczny zwrot na przykład, to być może nawet nie wpadnie na to, by go ulepszyć, poprawić.

No i co z tego? Może on w tym swoim wąskim, poukładanym światku będzie szczęśliwy?

- Wątpię. W rytuałach, po których się porusza, nie będzie miejsca na zmiany. A życie zaskakuje. W obliczu nagłej zmiany taki człowiek stanie zupełnie bezradny. Jak ktoś mu nie powie, co ma zrobić, on się kompletnie pogubi. Proszę mnie jednak dobrze zrozumieć. Nie chodzi o to, że nagle mamy pokolenie dzieci z "defektem", którym jest brak kreatywności. Większość dzieci w chwili narodzin od razu jest bardzo kreatywna, ale rodzice, a potem nauczyciele w szkole bezwiednie to w nich tłumią...

W jaki sposób?

- Zupełnie prosty. Kiedy na świat przychodzi dziecko, "statystyczna matka" dba o to, żeby było czyste, najedzone, ładnie ubrane, miało suchą pieluchę. Zajmuje się więc szeroko pojętą pielęgnacją oraz opieką. I prostu z dzieckiem przebywa.

To chyba dobrze, bo znaczy, że dba o nie?

- Dobrze, ale zdecydowanie za mało. Rodzicowi, którego dziecko jest najedzone i ma sucho, wydaje się, że zrobił wszystko, co do niego należało. Maluch leży w leżaczku, a mama krząta się po mieszkaniu: sprząta, zmywa podłogi, szykuje posiłki. Koleżanka wpadnie na kawę i pochwali: jaka ta twoja Zosia cichutka, normalnie anioł. W przerwie pomiędzy jednym a drugim karmieniem młoda mama poogląda coś w telewizji, wyskoczy z dzieckiem po zakupy do marketu, wstawi pranie, powiesi pranie, przyrządzi dla siebie i męża kolację. Wieczorem będzie już znużona i śpiąca.

Ale zaśnie z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku.

- I będzie w błędzie. Bo do jej obowiązków w pierwszych latach życia dziecka (tak samo jak do obowiązków jej partnera) jest uczenie go świata i rozwijanie w nim kreatywności.

No dobrze, ale w jaki sposób?

- Każde dziecko rodzi się z naturalną pasją poznawania. Można powiedzieć, że jesteśmy wszyscy kreatywni z natury. Ale świat nas tresuje, wbija w schematy, wyuczone normy. I w ten sposób zatracamy zdolność do kreatywności. Sami wbijamy w taki szary mundurek nasze maluchy.

Pieczołowicie się nimi opiekując?

-... i nie mając nic więcej do zaproponowania ponadto. Cieszymy się, kiedy nasze dziecko jest cichutkie, spokojne i nie marudzi. A to nie zawsze jest dobrze. Czasem lepiej, kiedy ono otwiera wszystkie szafki, zrzuca ze stołu naczynia, zdejmuje bieżnik ze stolika i bierze go do buzi, macza palce w mleku i oblizuje, maże po ścianach znalezionym gdzieś długopisem, domaga się wciąż naszej uwagi pojękując i gaworząc, a potem zadając niewygodne, wręcz absurdalne pytania.

Taki maluch jest przecież niegrzeczny. Rodzice mają to tolerować?

- Proszę pani, taki maluch jest zupełnie normalny i może być pani pewna, że ma on w sobie duże pokłady kreatywności. W przyszłości może być superciekawym człowiekiem, jeśli dobrze nim pokierujemy. Problem w tym, że to my nazywamy go niegrzecznym, karzemy, temperujemy. Zamiast sami dostosować się do dziecka, oczekujemy, że ono dopasuje się do naszego poukładanego świata i sterylnego mieszkania. To niemożliwe i nie tędy droga.


To znaczy, że mam pozwalać na to, żeby dziecko zupełnie bezkarnie demolowało mi dom?

- Oczywiście - nie na wszystko możemy pozwolić. Bo któregoś dnia dziecko ciągnąc za ten obrus np. wyleje na siebie gorącą kawę. Pozwalajmy jednak na to, co jest bezpieczne. Dopasujmy mieszkanie do potrzeb dziecka. Mazanie rączkami umoczonymi w farbie po ścianie w pokoju dziecka niczemu nie zagraża. Wizerunek mieszkania może się zmienić, ale to nie jest przecież najważniejsze. Dajmy sobie też prawo do spontaniczności i swobody.

Czyli mamy po prostu wyluzować?

- Dokładnie tak. Zamiast krzyczeć na dziecko za to, że kolejny raz wyjmuje z najniższej szafki w kuchni sitka miski i garnki, przyłączmy się do wspólnej zabawy. Pokażmy, jakie wydają dźwięki i jak śmiesznie można wyglądać z sitkiem na głowie. Przesiejmy przez sitko mąkę, umorusajmy sobie nią nosy. Obiad, sprzątanie mogą poczekać. Potańczmy przy skocznej piosence, jaka akurat płynie z radia i rozmawiajmy z dzieckiem o tym, co widzimy dookoła, nawet niemowlakiem. Dajmy czas sobie i dziecku na wygłupy i spontaniczną zabawę. Dla niego to wspaniała nauka i kapitał na przyszłość.

To nie takie proste. Wiele matek pracuje zawodowo i nie chce z tego rezygnować. Wyobraża sobie pani dyrektorkę banku, panią w garsonce zapiętej na ostatni guzik, która cały dzień zajmowała się poważnymi operacjami finansowymi w bardzo poważnym gabinecie w otoczeniu superpoważnych ludzi. Ona teraz wraca do domu i ma być spontaniczna? Zakładać na głowę sitko?

- Ja przecież nie mówię, że to łatwe. Wbrew pozorom spontaniczności też trzeba się nauczyć. Ale warto próbować: początkowo trochę na siłę, ale potem nieszablonowe pomysły zaczną nam przychodzić do głowy same. I wtedy się okaże, że to jest supermiłe i przyjemne. To świetny sposób na relaks po stresującym dniu w odpowiedzialnej pracy. Na zajęciach umuzykalniających dla rodziców i dzieci mieliśmy kiedyś takiego pana, znanego biznesmena, który z naiwnością dziecka odkrywał przyjemność z takiego spędzania czasu. Przychodził z maluchem po pięciu spotkaniach biznesowych pokołysać się w rytm piosenek, z uszami zająca wyciętymi z kartonu na głowie. Mówił, że to jest dla niego największa przyjemność w ciągu całego tygodnia. Pozbył się wstydu, obawy przed śmiesznością i bardzo zaangażował w te spotkania. Wychodził z nich pięknie zrelaksowany z radosnym dzieckiem.



Jednym słowem: wyluzował.

- I o to właśnie chodzi. Przestańmy ciągle strofować nasze dzieci. Skończmy z wyłącznym pilnowaniem ich bezpieczeństwa, karmieniem i pojeniem. Zacznijmy rozwijać ich wyobraźnię. To ważniejsze niż obiad na czas i codzienne ścieranie kurzu. Nie włączajmy maluchowi telewizora z bajką zbyt często. Zamiast tego pośpiewajmy mu, na spacerze opowiadajmy o tym, jak jest pięknie biało dookoła, zwróćmy uwagę na ptaka, który przysiadł na gałęzi, zapytajmy: ciekawe, na kogo czeka? A potem snujmy z maluchem fajną zmyśloną historię. Jeśli znamy obcy język, ustalmy moment, w którym mówimy do niego np. po angielsku. To pomoże mu osłuchać się z tym językiem i potem łatwiej go przyswoi.

Moja znajoma podczas wieczornego kąpania zawsze mówi do dziecka po niemiecku.

- Świetny pomysł! Jeśli będziemy stymulować rozwój dziecka na różne sposoby, to mu pomoże w szkole. Będzie samodzielnie rozwiązywać zadania bez naszej wiecznej asekuracji. Będzie dla niego przyjemnością twórcza aktywność. Odcięte od komputera i telewizji kreatywne dziecko podczas wakacji nie będzie nam marudzić, że się nudzi. Znajdzie sobie wciągające zajęcie. A dziecko, z którym rodzice się nie bawili tylko z nim przebywali, będzie w szkole zależne od otoczenia. Jak ktoś mu nie wytłumaczy polecenia, to samo zadania nie zrobi.

A jak rozwijać dziecko, które już chodzi do szkoły?

- Przede wszystkim nie liczmy na to, że szkoła rozwinie w nim kreatywność. Dziś szkoła niestety najczęściej spełnia odwrotną funkcję; kreatywność w dzieciach tłumi. Czy wie pani, że dzieci zbuntowane, które są uznawane przez nauczycieli za najbardziej niegrzeczne, osiągają najwyższe wyniki w testach kreatywności?

Nie wiedziałam. Czyli mam się nie martwić, jak mój syn, pierwszoklasista, przyniesie uwagę?

- Zależy za co ta uwaga, ale ja bym się raczej nie martwiła. O samodzielnym rozwijaniu kreatywności w dzieciach szkolnych powinni pamiętać przede wszystkim rodzice, których pociechy są typami niepokornymi, określanymi jako niegrzeczne.

Dlaczego?

- Bo takim dzieciom, które wykraczają poza schematy, szkoła nie ma wiele do zaproponowania. One będą z niej wracać najczęściej sfrustrowane, bo ich punkt widzenia nie zostanie doceniony, ich zdolność do improwizacji i kreatywność może zostać uznana za dziwactwo. Taki uczeń może wyjść ze szkoły ze złymi wspomnieniami, pokaleczony albo po prostu z pustą walizką. Wśród takich osób już dorosłych, często w przyszłości osiągających sukcesy pojawiają się głosy, że więcej by się nauczyli nie chodząc do szkoły.

Mocne słowa.

- Ale w niektórych przypadkach prawdziwe. Jeśli mamy takie dziecko, jego frustracje szkolne postarajmy się zrekompensować pielęgnowaną poza szkołą pasją. I nie słuchajmy bezrefleksyjnie tego, co mówią o dziecku nauczyciele. Wysłuchajmy malucha, zamiast przyjmować postawę, że nauczyciel ma zawsze rację. Niestety, nikły odsetek nauczycieli robi dodatkowo coś kreatywnego, aby pobudzić kreatywność swoich podopiecznych.

Surowa pani jest dla nauczycieli.

- Może tak to brzmi, dlatego dodam, że winni temu nie są sami pedagodzy, ale bardziej system, w jakim przyszło im pracować. Nauczyciele są zakopani po uszy w formalnościach, pisaniu konspektów, wypełnianiu kart pracy i innej papierkowej robocie. Muszą zrealizować zadany program od a do z, zmieścić się w narzuconych terminach, zadbać o odpowiednią ilość punktów na egzaminach. To zajmuje 95 procent czasu ich pensum. Pozostałe pięć procent nie wystarczy, aby rozbudzić w dzieciach kreatywność. Bo do tego trzeba pomysłów i spontaniczności na lekcjach. Trzeba np. wszystko poddawać pod dyskusję. Taką choćby interpretację wiersza. I choć dzieci uwielbiają nieskrępowane dyskusje - nie ma na to czasu. Podaje się więc gotowe rozwiązania i uczy schematów, które pomogą dobrze wypaść na testach.


Można przecież wprowadzać autorskie programy nauczania. Kreatywni nauczyciele starają się obejść schematy w ten sposób.

- Takich osób jest garstka. To są nauczyciele, którzy swój zawód traktują jak misję. I po nocach piszą te programy, nie dostając za to nic w zamian. Ich inicjatywy nie są ani premiowane finansowo, ani nawet chwalone. Wiem to, bo mam kontakt z naszymi absolwentami, z których najlepsi zaczynając swoją pracę mają mnóstwo zapału i piszą takie programy. A po maksymalnie pięciu latach tracą motywację, wypalają się. Zamiast pochwał słyszą kąśliwe uwagi ze strony innych nauczycieli, są wzywani na dywanik do dyrektorów za nieoddanie dziennika w terminie, spóźnione omówienie jakiejś lektury. Podcina się skrzydła nauczycielom, którzy mają odwagę działać nieszablonowo.

Dlaczego?

- Prawdopodobnie dlatego, że dyrektorzy się boją: rodziców, czy wizytatorów z kuratorium. Gdyby okazało się, że nie są dopełnione formalności, albo jakaś z perspektywy nauczyciela mało znacząca lektura nie została przerobiona, a pojawiła się na egzaminie, zrobi się raban. I wtedy rodzice zapomną, że nauczyciel był taki świetny i ciekawie prowadził lekcje i zaczną go rozliczać.

Co mogą zrobić rodzice poza szkołą, żeby ich dzieci były kreatywne?

- Rozmawiać z nimi o tym, czego nauczyły się w szkole, prowokować do dyskusji na różne tematy, podróżować, wygłupiać się, improwizować. Jeśli wyczujemy, że coś szczególnie dziecko interesuje, to rozbudzać od razu, to podsuwając ciekawą książkę albo znajdując w internecie dodatkowe materiały. Dużo dzieciom czytać. Warto zapisywać dziecko na różne zajęcia dodatkowe, aż w końcu natrafi na takie, które je naprawdę wciągnie. Z moją córką, dziś dorosłą kobietą, próbowałam wszystkiego: łyżew, karate, śpiewania i wielu innych. Aż w końcu na zajęciach z tańca nowoczesnego poczuła, że to jest to. Z chęcią chodziła też na lekcje języka obcego.

Co jej to dało?

- Na zajęciach z tańca wytrwała sześć lat i na każde spotkanie czekała z niecierpliwością. Dawało jej to wielką radość. Dzięki temu nauczyła się, jakie szczęście w życiu może dawać pasja niezależna od drogi zawodowej. W moich czasach jednak uważało się, że dodatkowe zajęcia to jest dla dziecka nieszczęście, bo to mu odbiera dzieciństwo. Dopiero dziś wiemy, że to nieprawda, bo każda nauka przez małe dziecko jest traktowana jak zabawa.


Pozdrawiam :))
"Starsza Letnia Miotełka"

Pan Rajek

  • to weteran
  • polecający usługi
  • *******
 

(c) 2003-2017 Team Dar Życia :: nota prawna :: o plikach Cookies :: biuro@darzycia.pl
Polecamy:   Forum o zwierzętach